# Czerwone trzewiczki

_Hans Christian Andersen_ · 11 min read · ages 9-12

Karen myśli tylko o czerwonych trzewiczkach, aż buty zaczynają tańczyć same i kat na jej prośbę odrąbuje jej stopy. Okaleczona Karen służy na plebanii, a gdy w jej izdebce staje anioł z gałązką róż, ściany rozstępują się i wokół niej staje kościół, serce pęka jej ze szczęścia, a dusza ulatuje w promieniach słońca.

---

Była sobie raz mała dziewczynka, ładna i delikatna. Latem musiała chodzić boso, bo była biedna, a zimą w wielkich drewniakach, w których jej drobne stopy czerwieniały, i to zupełnie, od palców po kostki.

Pośrodku wsi mieszkała stara szewcowa. Siedziała i szyła, jak tylko umiała najlepiej, ze starych pasków czerwonego sukna parę małych trzewiczków. Wyszły niezgrabne, ale szyte były z dobrego serca i miała je dostać ta mała dziewczynka. Nazywała się Karen.

W dniu, w którym chowano jej matkę, dostała czerwone trzewiczki i włożyła je pierwszy raz. Do żałoby nadawały się, rzecz jasna, jak najgorzej, ale innych nie miała, wsunęła więc w nie bose stopy i szła za ubogą trumną.

Wtedy nadjechał wielki, stary powóz, a w nim siedziała stara pani. Przyjrzała się małej dziewczynce, ulitowała się nad nią i powiedziała do pastora:

— Posłuchajcie, oddajcie mi tę małą, a ja się nią zaopiekuję.

Karen myślała, że to wszystko dzieje się tylko przez czerwone trzewiczki, ale stara pani uznała je za ohydne i kazała je spalić. Samą Karen ubrano czysto i porządnie, kazano jej uczyć się czytać i szyć, a ludzie mówili, że jest ładna. Lustro jednak mówiło: „Jesteś więcej niż ładna, jesteś piękna”.

Zdarzyło się kiedyś, że królowa podróżowała przez kraj i miała ze sobą swoją małą córkę, a była to prawdziwa księżniczka. Ludzie ciągnęli tłumnie pod zamek, a wśród nich była i Karen. Mała księżniczka stała w oknie w pięknej białej sukience i pozwalała się podziwiać. Nie miała ani trenu, ani złotej korony, ale za to prześliczne czerwone trzewiczki z safianu. Były, ma się rozumieć, o wiele ładniejsze niż te, które szewcowa uszyła małej Karen. Nic na świecie nie może się przecież równać z czerwonymi trzewiczkami!

Karen podrosła już na tyle, że miała iść do konfirmacji. Dostała nowe ubranie i nowe buty też miała dostać. Bogaty szewc z miasta wziął miarę z jej małej stopy. Działo się to u niego w domu, w jego własnej izbie, gdzie stały wielkie oszklone szafy pełne ślicznych trzewików i lśniących butów z cholewami. Wyglądało to wszystko zachwycająco, ale stara pani widziała już słabo i żadnej przyjemności z tego nie miała. Pośród innych butów stała para czerwonych, zupełnie takich jak te, które nosiła księżniczka. Jakież one były piękne! Szewc powiedział, że uszyto je dla hrabiowskiego dziecka, tylko że nie pasowały.

— To chyba lakierowana skóra? — spytała stara pani. — Tak się błyszczą.

— Tak, błyszczą się — powiedziała Karen.

Trzewiczki pasowały i zostały kupione. Ale stara pani nie miała pojęcia, że są czerwone, bo nigdy w życiu nie pozwoliłaby Karen iść do konfirmacji w czerwonych butach. A ona właśnie tak poszła.

Wszyscy ludzie patrzyli na jej stopy. A kiedy przekraczała próg kościoła i szła ku drzwiom chóru, wydawało jej się, że nawet stare obrazy na płytach nagrobnych, portrety pastorów i pastorowych w sztywnych kryzach i długich czarnych szatach, wbijają oczy w jej czerwone trzewiczki. I tylko o nich myślała, kiedy pastor położył jej rękę na głowie i mówił o świętym chrzcie, o przymierzu z Bogiem i o tym, że ma teraz być dorosłą chrześcijanką. Organy zagrzmiały uroczyście, śpiewały ładne dziecięce głosy i śpiewał stary kantor, ale Karen myślała tylko o czerwonych trzewiczkach.

Po południu stara pani dowiedziała się od wszystkich ludzi, że buty były czerwone. Powiedziała, że to brzydko i że tak nie wypada, i że odtąd Karen ma chodzić do kościoła zawsze w czarnych butach, choćby i w starych.

W następną niedzielę była komunia. Karen popatrzyła na czarne buty, popatrzyła na czerwone, popatrzyła na nie jeszcze raz i włożyła czerwone.

Był przepiękny słoneczny dzień. Karen i stara pani szły ścieżką przez zboże i trochę się przy tym kurzyło.

Przy drzwiach kościoła stał stary żołnierz inwalida, wsparty na kuli i z przedziwnie długą brodą, bardziej rudą niż siwą. Skłonił się aż do ziemi i spytał starą panią, czy wolno mu obetrzeć jej buty. Karen też wysunęła swoją małą stopę.

— Patrzcie, jakie śliczne trzewiczki do tańca! — powiedział żołnierz. — Trzymajcie się mocno, kiedy przyjdzie wam tańczyć!

I uderzył dłonią w podeszwy.

Stara pani dała żołnierzowi jałmużnę i weszła z Karen do kościoła.

A wszyscy ludzie w środku patrzyli na czerwone trzewiczki Karen i wszystkie obrazy na nie patrzyły, a kiedy Karen uklękła przed ołtarzem i podniosła do ust złoty kielich, myślała tylko o czerwonych trzewiczkach. Zdawało jej się, że pływają w tym kielichu. Zapomniała zaśpiewać swój psalm, zapomniała odmówić Ojcze nasz.

Potem wszyscy wyszli z kościoła, a stara pani wsiadła do powozu. Karen właśnie podniosła nogę, żeby wsiąść za nią, kiedy stary żołnierz powiedział:

— Patrzcie, jakie śliczne trzewiczki do tańca!

I Karen nie mogła się powstrzymać, musiała zrobić kilka tanecznych kroków. A kiedy raz zaczęła, nogi tańczyły dalej. Było tak, jakby trzewiczki zyskały nad nią władzę. Tańczyła wokół rogu kościoła i nie umiała przestać. Woźnica musiał biec za nią, złapać ją i wsadzić do powozu, ale stopy tańczyły dalej, tak że mocno kopała poczciwą starą panią. W końcu ściągnięto jej trzewiczki i nogi się uspokoiły.

W domu postawiono trzewiczki w szafie, ale Karen nie umiała się powstrzymać, żeby na nie nie patrzeć.

Potem stara pani zachorowała i legła w łóżku. Mówiono, że już z niego nie wstanie. Trzeba było przy niej czuwać i ją pielęgnować, a nikomu nie wypadało to bardziej niż Karen. Ale w mieście był wielki bal i Karen była na niego zaproszona. Popatrzyła na czerwone trzewiczki i pomyślała, że przecież nie ma w tym żadnego grzechu. Włożyła czerwone trzewiczki, wolno jej było chyba i to. A potem poszła na bal i zaczęła tańczyć.

Kiedy jednak chciała w prawo, trzewiczki tańczyły w lewo, a kiedy chciała iść w górę sali, trzewiczki tańczyły w dół, po schodach, przez ulicę i za bramę miasta. Tańczyła i tańczyć musiała, hen, w ciemny las.

Coś zaświeciło w górze między drzewami. Myślała, że to księżyc, bo świeciło jak on. Ale to była twarz starego żołnierza z rudą brodą. Siedział, kiwał głową i mówił:

— Patrzcie, jakie śliczne trzewiczki do tańca!

Przestraszyła się i chciała zrzucić z nóg czerwone trzewiczki, ale trzymały się mocno. Zerwała z nóg pończochy, ale trzewiczki przyrosły jej do stóp. Tańczyła i musiała tańczyć przez pola i łąki, w deszczu i w słońcu, nocą i dniem, a nocą było najstraszniej.

Dotańczyła aż na otwarty cmentarz, ale umarli tam nie tańczyli. Mieli lepsze rzeczy do roboty niż taniec. Chciała usiąść na grobie biedaka, tam gdzie rośnie gorzka paproć, ale dla niej nie było ani spoczynku, ani wytchnienia. A kiedy dotańczyła do otwartych drzwi kościoła, zobaczyła w nich anioła w długiej białej szacie, ze skrzydłami, które sięgały mu od ramion aż do ziemi. Twarz miał surową i poważną, a w ręku trzymał miecz, szeroki i lśniący.

— Będziesz tańczyć! — powiedział. — Będziesz tańczyć w swoich czerwonych trzewiczkach, aż zbledniesz i zziębniesz, aż skóra skurczy ci się na kościach! Będziesz tańczyć od drzwi do drzwi, a tam, gdzie mieszkają dumne, próżne dzieci, będziesz pukać, żeby cię usłyszały i przelękły się! Będziesz tańczyć, tańczyć...!

— Zmiłuj się! — zawołała Karen.

Ale nie usłyszała już, co anioł odpowiedział, bo trzewiczki poniosły ją przez furtkę na pole, przez drogi i przez kładki, i wciąż musiała tańczyć.

Pewnego ranka przetańczyła obok drzwi, które dobrze znała. W środku śpiewano psalmy, a przez próg wynoszono trumnę przybraną kwiatami. Wtedy zrozumiała, że stara pani umarła, i poczuła, że wszyscy ją opuścili i że anioł Boży ją potępił.

Tańczyła i tańczyć musiała, tańczyć w ciemną noc. Trzewiczki niosły ją przez ciernie i pniaki, aż podrapała się do krwi. Przetańczyła przez wrzosowisko aż do małego, samotnego domu. Wiedziała, że mieszka w nim kat. Zastukała palcami w szyby i zawołała:

— Wyjdź do mnie! Wyjdź do mnie! Nie mogę wejść do środka, bo muszę tańczyć!

A kat powiedział:

— Ty chyba nie wiesz, kim jestem. Ścinam głowy złym ludziom, a słyszę, że mój topór zaczyna dźwięczeć.

— Nie ucinaj mi głowy! — powiedziała Karen. — Bo wtedy nie zdołam odpokutować mojego grzechu. Ale odetnij mi stopy razem z czerwonymi trzewiczkami!

Wtedy wyznała cały swój grzech, a kat odrąbał jej stopy razem z czerwonymi trzewiczkami. Ale trzewiczki z małymi stopami w środku odtańczyły przez pole i dalej, w głąb ciemnego lasu.

Kat wystrugał jej drewniane stopy i kule, nauczył ją psalmu, który zawsze śpiewają grzesznicy, a ona ucałowała rękę, która trzymała topór, i odeszła przez wrzosowisko.

— Dosyć już wycierpiałam za te czerwone trzewiczki — powiedziała. — Teraz pójdę do kościoła, żeby mnie tam zobaczyli.

I ruszyła szybko ku drzwiom kościoła, ale kiedy do nich doszła, czerwone trzewiczki zatańczyły tuż przed nią. Przelękła się i zawróciła.

Przez cały tydzień była smutna i wypłakała wiele gorzkich łez. Ale kiedy nadeszła niedziela, powiedziała:

— Dosyć już wycierpiałam i dosyć się naszamotałam. Chyba jestem tak samo dobra jak niejeden z tych, co siedzą w kościele i puszą się przed innymi.

I poszła odważnie. Ale nie doszła dalej niż do cmentarnej bramy, bo tam zobaczyła przed sobą tańczące czerwone trzewiczki. Przeraziła się, zawróciła i całym sercem pożałowała swojego grzechu.

Poszła na plebanię i poprosiła, żeby ją przyjęto na służbę. Będzie pilna i zrobi wszystko, co tylko potrafi, na zapłatę nie patrzy, byle tylko mieć dach nad głową i być wśród dobrych ludzi. Pastorowa ulitowała się nad nią i wzięła ją do siebie. A Karen była pracowita i skupiona. Siadała cicho i słuchała, kiedy pastor wieczorami czytał na głos z Biblii. Wszystkie dzieci bardzo ją polubiły, ale kiedy mówiły o strojach, o świetności i o urodzie, ona kręciła głową.

W następną niedzielę wszyscy poszli do kościoła i pytali ją, czy pójdzie z nimi. Ona jednak spojrzała smutno, ze łzami w oczach, na swoje kule. Inni poszli więc słuchać słowa Bożego, a ona sama poszła do swojej izdebki, tak małej, że mieściło się w niej tylko łóżko i krzesło. Usiadła tam ze śpiewnikiem, a kiedy czytała w nim z pobożnym sercem, wiatr przyniósł jej od kościoła głos organów. Podniosła zapłakaną twarz i powiedziała:

— Boże, pomóż mi!

Wtedy słońce zaświeciło tak jasno i tuż przed nią stanął anioł Boży w białej szacie, ten sam, którego widziała owej nocy w drzwiach kościoła. Ale nie trzymał już ostrego miecza, tylko wspaniałą zieloną gałąź pełną róż. Dotknął nią sufitu, a sufit uniósł się bardzo wysoko, i tam, gdzie go dotknął, zabłysła złota gwiazda. Dotknął ścian, a one się rozstąpiły, i Karen ujrzała grające organy. Zobaczyła stare obrazy z pastorami i pastorowymi, a wierni siedzieli w wystrojonych ławkach i śpiewali ze swoich śpiewników. Sam kościół przyszedł do biednej dziewczyny, do jej ciasnej izdebki, albo to ona przyszła do kościoła. Siedziała w ławce razem z domownikami pastora, a kiedy skończyli psalm i podnieśli oczy, skinęli głowami i powiedzieli:

— Dobrze zrobiłaś, Karen, że przyszłaś.

— To była łaska — powiedziała.

Organy zabrzmiały, a dziecięce głosy w chórze zabrzmiały miękko i słodko. Jasne słońce wpadło ciepłym strumieniem przez okno do ławki, w której siedziała Karen, i serce napełniło jej się takim słońcem, takim spokojem i taką radością, że pękło. Jej dusza uleciała na promieniach słońca do Boga, a tam nie było już nikogo, kto by pytał o czerwone trzewiczki.

---

- Read online: https://talerie.com/pl/bajki/czerwone-trzewiczki-original
- Source: Sämmtliche Märchen — einzige vollständige vom Verfasser besorgte Ausgabe (Hartknoch, Leipzig) (https://www.projekt-gutenberg.org/andersen/saemmaer/saemmaer.html)
- Public-domain basis: Talerie contemporary retelling (CC0 2026), based on: Sämmtliche Märchen — einzige vollständige vom Verfasser besorgte Ausgabe (Hartknoch, Leipzig) — EU anonymous-work rule, translation published ≤1885 (+70 passed)
- License: CC0-1.0 (https://creativecommons.org/publicdomain/zero/1.0/)
