# Jaś i magiczna fasola

_Joseph Jacobs_ · 10 min read · ages 5-10

Jaś zamienia krowę na garść czarodziejskich ziaren, a wyrosła z nich łodyga sięga pod chmury. Chłopiec wynosi z domu olbrzyma złotą kurę i śpiewającą harfę, a gdy olbrzym rusza za nim w dół, Jaś przecina łodygę siekierą i oboje z matką stają się bogaci.

---

Dawno temu w małej chatce mieszkała uboga wdowa ze swoim jedynym synem. Chłopiec miał na imię Jaś, a całym ich majątkiem była krowa Krasula. Co rano matka ją doiła, Jaś niósł mleko na targ i tam je sprzedawał, i z tego właśnie żyli. Pewnego poranka jednak Krasula nie dała ani kropli.

— Co my teraz zrobimy? Co my zrobimy? — załamała ręce wdowa.

— Nie martw się, mamo. Pójdę poszukać jakiejś pracy — powiedział Jaś.

— Już to przerabialiśmy, nikt cię nie chciał przyjąć — westchnęła matka. — Trzeba sprzedać Krasulę, a za te pieniądze zacząć coś nowego.

— Dobrze, mamo — zgodził się Jaś. — Dziś jest dzień targowy. Sprzedam ją i zobaczymy, co dalej.

Wziął krowę za powróz i ruszył w drogę. Nie uszedł daleko, gdy spotkał dziwnie wyglądającego staruszka.

— Dzień dobry, Jasiu — powiedział starzec.

— Dzień dobry panu — odpowiedział chłopiec i zdziwił się, skąd nieznajomy zna jego imię.

— A dokąd to prowadzisz tę krowę?

— Na targ. Mam ją sprzedać.

— Wyglądasz mi na takiego, co się zna na handlu — rzekł staruszek. — Powiedz no mi, ile trzeba fasolek, żeby było pięć?

— Dwie w jednej garści, dwie w drugiej i jedna w buzi — odparł Jaś bez namysłu.

— Zgadza się — pochwalił staruszek i wyjął z kieszeni garść dziwnych ziaren. — A skoro jesteś taki bystry, to się z tobą zamienię. Twoja krowa za tę fasolę.

— Też coś! — prychnął Jaś.

— Nie wiesz, co to za fasola — powiedział starzec. — Zasiej ją wieczorem, a do rana wyrośnie aż do nieba. Jeśli tak się nie stanie, oddam ci krowę z powrotem.

— Niech będzie — zgodził się Jaś, podał mu powróz, a fasolę wsypał do kieszeni.

Droga powrotna była krótka, więc stanął w drzwiach chaty, zanim jeszcze się ściemniło.

— Już wróciłeś? — zdziwiła się matka. — Krasuli nie widzę, więc chyba ją sprzedałeś. Ile za nią dostałeś?

— Nigdy nie zgadniesz, mamo.

— Pięć talarów? Dziesięć? Piętnaście? Chyba nie dwadzieścia!

— Mówiłem, że nie zgadniesz. Popatrz, co mam. Ta fasola jest czarodziejska. Wystarczy zasiać ją wieczorem, a rano...

— Fasola?! — krzyknęła matka. — Oddałeś naszą Krasulę, najlepszą krowę w całej wsi, za garść ziarenek?

Chwyciła fasolę i wyrzuciła ją przez okno do ogrodu, a Jasia posłała spać bez kolacji. Chłopiec wdrapał się do swojej izdebki na poddaszu i długo nie mógł zasnąć. Smutno mu było, bardziej przez mamę niż przez pusty brzuch. W końcu jednak sen go zmorzył.

Kiedy się obudził, w izdebce działo się coś dziwnego. Słońce świeciło tylko w jednym rogu, cała reszta tonęła w cieniu. Jaś zerwał się, ubrał i podbiegł do okna. Fasola, którą matka wyrzuciła do ogrodu, wypuściła w nocy ogromną łodygę. Rosła w górę i w górę, aż ginęła gdzieś w chmurach. Staruszek powiedział prawdę.

Łodyga pięła się tuż przy oknie i była spleciona jak wielka drabina. Jaś otworzył okno, wskoczył na nią i wspinał się, i wspinał, i wspinał, aż dotarł do samego nieba. Znalazł tam szeroką drogę, prostą jak strzała. Szedł nią długo, aż stanął przed ogromnym domem. Na progu czekała ogromna kobieta.

— Dzień dobry pani — powiedział Jaś grzecznie. — Czy mogłaby mi pani dać coś na śniadanie?

Bo przecież od poprzedniego ranka nic nie jadł i był głodny jak wilk.

— Na śniadanie? — powtórzyła olbrzymka. — To ty będziesz śniadaniem, jeśli stąd nie uciekniesz. Mój mąż jest olbrzymem i nic nie smakuje mu tak jak mali chłopcy. Zmykaj, bo zaraz wróci.

— Proszę pani, choćby kromkę chleba — poprosił Jaś. — Naprawdę nic nie jadłem od wczoraj. Wolę już wpaść mu w ręce, niż umrzeć z głodu.

Żona olbrzyma nie miała złego serca. Wpuściła chłopca do kuchni i dała mu chleb, kawałek sera i dzbanek mleka. Jaś nie zdążył zjeść nawet połowy, gdy cały dom zadrżał: bum! bum! bum!

— Rety, to mój mąż! — szepnęła kobieta. — Co ja teraz z tobą zrobię? Szybko, wskakuj tutaj!

I wsadziła Jasia do wielkiego pieca, akurat wtedy, gdy olbrzym wchodził do izby.

Był potężny jak stodoła. Rzucił na stół trzy cielaki, które niósł u pasa, i powiedział:

— Upiecz mi z tego śniadanie, żono. A cóż to ja czuję?

Fi-faj-fo-fum, fi-faj-fu!  
Człowieczą krew czuję tu.  
Gdziekolwiek by schował łeb,  
zmielę mu kości na chleb.

— Głupstwa opowiadasz — powiedziała żona. — Śni ci się. A jeśli coś czujesz, to resztki wczorajszej kolacji. Idź się umyj, a zanim wrócisz, śniadanie będzie gotowe.

Olbrzym wyszedł. Jaś już chciał wyskoczyć z pieca i uciekać, ale kobieta pokręciła głową.

— Poczekaj, aż zaśnie — szepnęła. — Po śniadaniu zawsze ucina sobie drzemkę.

I rzeczywiście. Olbrzym zjadł, potem otworzył wielką skrzynię, wyjął z niej dwa worki złota i zaczął liczyć monety. Liczył coraz wolniej, aż głowa opadła mu na piersi i zachrapał tak, że dom znowu zadrżał.

Wtedy Jaś wysunął się z pieca na palcach, po drodze chwycił jeden worek złota i pobiegł co sił do łodygi. Zrzucił worek w dół, a ten spadł prosto do ogrodu matki. Potem schodził i schodził, aż stanął przed chatą. Pokazał matce złoto i powiedział:

— A nie mówiłem, mamo? Ta fasola naprawdę jest czarodziejska.

Ze złota żyli przez jakiś czas, ale w końcu worek się opróżnił. Jaś postanowił jeszcze raz spróbować szczęścia na górze. Pewnego pięknego poranka wstał wcześnie, wskoczył na łodygę i wspinał się, i wspinał, aż znalazł się na szerokiej drodze, a potem przed ogromnym domem. Na progu stała ogromna kobieta.

— Dzień dobry pani — powiedział śmiało. — Czy dostałbym coś do jedzenia?

— Uciekaj, chłopcze — odparła olbrzymka — bo mój mąż zje cię na śniadanie. Zaraz, czy to nie ty byłeś tu kiedyś? Tego samego dnia mężowi zginął worek złota.

— Dziwna sprawa — powiedział Jaś. — Może i wiem o tym co nieco, ale jestem tak głodny, że nie odezwę się słowem, dopóki czegoś nie zjem.

Kobieta była tak ciekawa, że wpuściła go do kuchni i postawiła przed nim jedzenie. Jaś żuł najwolniej, jak umiał, i ledwie zaczął, gdy rozległo się bum! bum! bum!, a żona olbrzyma schowała go w piecu.

Wszystko potoczyło się jak poprzednio. Olbrzym wszedł, pociągnął nosem i zawołał:

Fi-faj-fo-fum, fi-faj-fu!  
Człowieczą krew czuję tu.  
Gdziekolwiek by schował łeb,  
zmielę mu kości na chleb.

Żona znowu go uspokoiła, więc zjadł spokojnie śniadanie, a potem zawołał:

— Żono, przynieś mi kurę, która znosi złote jajka.

Kobieta postawiła kurę na stole, a olbrzym rozkazał:

— Znieś!

I kura zniosła jajko ze szczerego złota. Wkrótce potem głowa olbrzyma zaczęła opadać, a on sam chrapał tak, że dom się trząsł.

Jaś wymknął się z pieca, złapał złotą kurę pod pachę i wybiegł, zanim ktokolwiek zdążył powiedzieć „dzień dobry”. Tym razem jednak kura zagdakała i obudziła olbrzyma. Chłopiec był już za progiem, gdy usłyszał za sobą:

— Żono! Żono! Co zrobiłaś z moją złotą kurą?

— A co się stało, mój drogi? — odpowiedziała żona.

Więcej Jaś nie usłyszał, bo pędził do łodygi i zjechał po niej w dół jak wiatr. W domu pokazał kurę matce i powiedział „znieś”, a kura zniosła złote jajko. I znosiła je za każdym razem, gdy tylko usłyszała to słowo.

Ale Jasiowi wciąż było mało i niedługo potem znów zapragnął spróbować szczęścia na górze. Pewnego ranka wstał przed świtem i wspiął się po łodydze aż na sam szczyt. Tym razem nie poszedł prosto do domu olbrzyma. Przyczaił się za krzakiem i czekał, aż żona olbrzyma wyjdzie z wiadrem po wodę. Wtedy wśliznął się do środka i schował w wielkim miedzianym kotle. Nie siedział tam długo, gdy usłyszał znajome bum! bum! bum! i do izby weszli olbrzym z żoną.

Zaledwie olbrzym stanął w progu, pociągnął nosem i ryknął:

Fi-faj-fo-fum, fi-faj-fu!  
Człowieczą krew czuję tu.  
Gdziekolwiek by schował łeb,  
zmielę mu kości na chleb.

— Czuję go, żono! Naprawdę go czuję!

— Tak myślisz, mój drogi? — powiedziała żona olbrzyma. — Jeśli to ten mały urwis, który ukradł ci złoto i kurę, to na pewno siedzi w piecu.

Oboje rzucili się do pieca, ale Jasia tam na szczęście nie było.

— No i proszę — powiedziała kobieta. — Znowu to twoje wąchanie. Przecież czujesz zapach wczorajszej kolacji. Ja bywam zapominalska i nie sprzątnęłam ze stołu, ale ty mógłbyś wreszcie odróżnić wystygłe resztki od żywego człowieka.

Olbrzym usiadł do śniadania i zjadł je, ale co chwila mruczał pod nosem:

— A jednak mógłbym przysiąc...

Wstawał wtedy i zaglądał do spiżarni, do wszystkich szaf i kątów. Na szczęście ani razu nie pomyślał o kotle.

Po śniadaniu zawołał:

— Żono, przynieś mi złotą harfę!

Kobieta postawiła harfę na stole przed nim, a olbrzym powiedział:

— Śpiewaj!

I harfa zaśpiewała tak pięknie, że trudno to opowiedzieć. Śpiewała i śpiewała, aż olbrzym zasnął i zachrapał jak burza.

Wtedy Jaś uniósł cichutko pokrywę kotła, zsunął się na podłogę cicho jak mysz i na czworakach dopełzł do stołu. Wstał, chwycił złotą harfę i rzucił się do drzwi. Ale harfa zawołała głośno:

— Panie! Panie!

Olbrzym otworzył oczy w samą porę, żeby zobaczyć, jak chłopiec ucieka z jego harfą.

Jaś biegł, ile sił w nogach, a olbrzym za nim. Byłby go dogonił, ale chłopiec miał przewagę, umiał mu się wywinąć i wiedział, dokąd biegnie. Gdy dopadł łodygi, olbrzym był ledwie dwadzieścia kroków za nim, lecz nagle stracił go z oczu. Kiedy dobiegł do końca drogi, zobaczył Jasia daleko w dole, jak schodzi na złamanie karku. Olbrzym nie miał ochoty zawierzyć takiej drabinie i przystanął, więc chłopiec znów zyskał trochę czasu. Wtedy jednak harfa zawołała:

— Panie! Panie!

Olbrzym chwycił łodygę, która zatrzęsła się pod jego ciężarem, i ruszył w dół. Jaś schodził coraz niżej, a olbrzym tuż za nim. Gdy chata była już blisko, chłopiec krzyknął:

— Mamo! Mamo! Przynieś siekierę!

Matka wybiegła z siekierą w ręku, ale na widok olbrzyma, który wynurzał się spod chmur, znieruchomiała ze strachu.

Jaś zeskoczył na ziemię, chwycił siekierę i uderzył w łodygę tak mocno, że przeciął ją do połowy. Olbrzym poczuł, że łodyga drży, i zatrzymał się, żeby zobaczyć, co się dzieje. Wtedy Jaś uderzył drugi raz. Łodyga pękła, zaczęła się przechylać, a olbrzym runął w dół i nikogo już nigdy nie przestraszył. Zaraz po nim zwaliła się na ziemię cała łodyga.

Jaś pokazał matce złotą harfę. Dzięki jej śpiewowi i złotym jajkom oboje stali się bogaci, chłopiec ożenił się z królewną, a potem żyli długo i szczęśliwie.

---

- Read online: https://talerie.com/pl/bajki/jas-i-magiczna-fasola
- Source: English Fairy Tales, collected by Joseph Jacobs (Project Gutenberg #7439) (https://www.gutenberg.org/ebooks/7439)
- Public-domain basis: Talerie contemporary retelling (CC0 2026), based on: English Fairy Tales, collected by Joseph Jacobs (Project Gutenberg #7439) — original: author died 1916 (+70 passed)
- License: CC0-1.0 (https://creativecommons.org/publicdomain/zero/1.0/)
