# Królowa Śniegu

_Hans Christian Andersen_ · 54 min read · ages 8-12

Okruch rozbitego zwierciadła wpada Kayowi do oka i do serca, a Królowa Śniegu zabiera go do swojego zamku na dalekiej północy. Gerda odnajduje go wśród kawałków lodu, jej gorące łzy roztapiają bryłę lodu w jego sercu, ziarnko szkła wypływa mu z oka, a oboje wracają do babci i do róż z rynny.

---

Opowieść pierwsza: O zwierciadle i jego odłamkach

Patrzcie, teraz zaczynamy! A kiedy dojdziemy do końca opowieści, będziemy wiedzieli więcej niż teraz, bo był sobie raz zły chochlik. Jeden z najgorszych, jakie chodzą po świecie: był to sam diabeł. Pewnego dnia miał wyśmienity humor, bo zrobił zwierciadło, które miało tę właściwość, że wszystko, co dobre i piękne, kurczyło się w nim niemal do niczego, a to, co nic niewarte i szpetne, występowało naprzód i stawało się jeszcze gorsze. Najwspanialsze krajobrazy wyglądały w nim jak gotowany szpinak, a najlepsi ludzie robili się odrażający albo stawali na głowie bez tułowia. Twarze wykrzywiały się tak, że nie sposób ich było poznać, a jeśli ktoś miał na nosie jedną piegę, mógł być pewien, że rozlała mu się po nosie i po ustach. To jest niesłychanie zabawne, mówił diabeł. A kiedy komuś przemknęła przez głowę dobra, pobożna myśl, w zwierciadle pojawiał się grymas, tak że diabeł aż się śmiał ze swojego przemyślnego wynalazku.

Wszyscy, którzy chodzili do jego szkoły, bo prowadził szkołę dla chochlików, opowiadali wszędzie, że stał się cud i że dopiero teraz widać, jak świat i ludzie wyglądają naprawdę. Biegali ze zwierciadłem po całym świecie i w końcu nie było już kraju ani człowieka, którego by w nim nie wykrzywiono. Wtedy zapragnęli polecieć z nim aż do samego nieba, żeby zadrwić z aniołów i z Pana Boga. Im wyżej wznosili się ze zwierciadłem, tym mocniej się ono wykrzywiało; ledwie mogli je utrzymać. Lecieli coraz wyżej i wyżej, coraz bliżej Boga i aniołów, aż zwierciadło zadrżało w tym swoim grymasie tak strasznie, że wypadło im z rąk i runęło na ziemię, gdzie rozprysło się na sto milionów, na miliardy i jeszcze więcej kawałków.

I właśnie wtedy narobiło o wiele większego nieszczęścia niż przedtem. Niektóre okruchy były ledwie wielkości ziarnka piasku i te rozleciały się po szerokim świecie. Komu taki okruch wpadł do oka, temu już w nim zostawał, a taki człowiek widział wszystko na opak albo miał oczy tylko do tego, co w rzeczy złe, bo każdy odłamek zachował tę samą moc, którą miało całe zwierciadło. Niektórym ludziom okruch dostał się nawet do serca i to było najstraszniejsze ze wszystkiego: serce stawało się wtedy jak bryła lodu. Kilka odłamków było tak dużych, że zrobiono z nich szyby w oknach, ale przez takie szyby nie warto było patrzeć na przyjaciół. Inne kawałki trafiły do okularów, i wtedy działo się źle, bo ludzie wkładali je po to, żeby patrzeć uważnie i sądzić sprawiedliwie. Zły śmiał się tak, że brzuch mu się trząsł, a to go tak przyjemnie łaskotało. Na dworze zaś fruwały w powietrzu jeszcze drobne szklane okruszki. No, zaraz usłyszymy, co z tego wyszło!

Opowieść druga: Mały chłopiec i mała dziewczynka

W wielkim mieście, gdzie jest tylu ludzi i tyle domów, że nie starcza miejsca, by każdy mógł mieć własny ogródek, i gdzie większość musi się zadowolić kwiatami w doniczkach, mieszkało dwoje ubogich dzieci, które miały ogród trochę większy niż doniczka. Nie były bratem i siostrą, ale kochały się tak, jakby nimi były. Ich rodzice mieszkali naprzeciwko siebie, w dwóch izdebkach na poddaszu. Tam, gdzie dach jednego domu stykał się z dachem drugiego, a między dachami biegła rynna, w każdym domu było małe okienko. Wystarczyło przejść nad rynną, żeby dostać się od jednego okna do drugiego.

Rodzice obojga dzieci mieli na dworze duże drewniane skrzynie, w których rosły zioła do kuchni i po jednym małym krzaku róży; w każdej skrzyni stał jeden i rosły wspaniale. Pewnego dnia rodzicom przyszło do głowy, żeby postawić skrzynie w poprzek rynny, tak że sięgały niemal od jednego okna do drugiego i wyglądały zupełnie jak dwa kwietne wały. Pnącza grochu zwieszały się ze skrzyń, a krzewy róż wypuszczały długie gałązki, które obrastały okna i pochylały się ku sobie. Było to prawie jak brama z liści i kwiatów. Ponieważ skrzynie stały wysoko, a dzieci wiedziały, że nie wolno im się na nie wdrapywać, często pozwalano im wyjść do siebie i posiedzieć na małych stołeczkach pod różami. Bawiły się tam wybornie.

Zimą ta zabawa się kończyła. Okna często były zupełnie zamarznięte, ale wtedy dzieci grzały miedziane grosze na piecu, przykładały ciepłą monetę do zamarzniętej szyby i robił się piękny okrągły wizjer, okrągły, okrąglutki. A za nim błyszczało łagodne, miłe oko, jedno w każdym oknie. To był mały chłopiec i mała dziewczynka. On miał na imię Kay, a ona Gerda. Latem mogli dostać się do siebie jednym skokiem, zimą musieli najpierw zejść po wielu schodach i po wielu schodach wejść na górę. A na dworze wirował śnieg.

— To białe pszczoły się roją — mówiła stara babcia.

— A czy one też mają swoją królową? — pytał chłopiec, bo wiedział, że prawdziwe pszczoły ją mają.

— Mają! — odpowiadała babcia. — Lata tam, gdzie rój jest najgęstszy. Jest największa ze wszystkich i nigdy nie spoczywa na ziemi, tylko wraca w czarną chmurę. Niejednej północy przelatuje ulicami miasta i zagląda w okna, a wtedy zamarzają one tak dziwnie, że wyglądają jak kwiaty.

— Tak, widzieliśmy to! — wołały oboje dzieci i wiedziały już, że to prawda.

— A czy Królowa Śniegu może tu wejść? — zapytała dziewczynka.

— Niech tylko przyjdzie — powiedział chłopiec. — Posadzę ją na ciepłym piecu i się rozpuści.

Ale babcia wygładziła mu włosy i opowiedziała inne historie.

Wieczorem, kiedy mały Kay był już w domu i do połowy rozebrany, wdrapał się na krzesło przy oknie i wyjrzał przez okrągły otworek. Na dworze padało kilka płatków śniegu i jeden z nich, największy, został na brzegu skrzyni z kwiatami. Płatek rósł i rósł, aż stał się całą kobietą, ubraną w najdelikatniejszy biały welon utkany z milionów gwiaździstych płatków. Była piękna i wiotka, ale z lodu, z oślepiającego, migotliwego lodu. A jednak żyła: oczy błyszczały jej jak dwie jasne gwiazdy, tyle że nie było w nich ani spokoju, ani wytchnienia. Skinęła w stronę okna i pomachała ręką. Chłopiec przestraszył się i zeskoczył z krzesła, a wtedy wydało mu się, że za oknem przeleciał wielki ptak.

Nazajutrz był czysty mróz, a potem przyszła wiosna. Słońce świeciło, zieleń kiełkowała, jaskółki budowały gniazda, okna otwarto i dzieci znów siedziały w swoim ogródku wysoko przy rynnie, nad wszystkimi piętrami.

Jakże wspaniale kwitły tego lata róże! Dziewczynka nauczyła się pieśni, w której była mowa także o różach, a przy różach myślała o swoich własnych. Śpiewała ją chłopcu, a on śpiewał razem z nią:

Róże zakwitną, róże przeminą,  
a my staniemy przed Bożą Dzieciną.

I dzieci trzymały się za ręce, całowały róże, patrzyły w jasne Boże słońce i mówiły do niego tak, jakby było przy nich Dzieciątko Jezus. Cóż to były za cudowne letnie dni, jak pięknie było tam na górze przy świeżych krzewach róż, które zdawały się nigdy nie mieć dosyć kwitnienia!

Kay i Gerda oglądali książkę z obrazkami, ze zwierzętami i ptakami. I właśnie wtedy, gdy zegar na wielkiej wieży kościelnej wybijał piątą, Kay powiedział:

— Aj! Coś mnie ukłuło w serce! I coś mi wpadło do oka!

Dziewczynka objęła go za szyję, on zamrugał powiekami, ale nie, nic nie było widać.

— Chyba już przeszło — powiedział.

Ale wcale nie przeszło. Był to właśnie jeden z tych szklanych okruchów, które prysnęły z czarodziejskiego zwierciadła; dobrze je pamiętamy, to szpetne szkło, w którym wszystko, co wielkie i dobre, robiło się małe i brzydkie, a zło i podłość występowały naprzód, tak że każda skaza od razu rzucała się w oczy. Biedny Kay dostał też okruszek prosto w serce. Wkrótce miało ono stać się jak bryła lodu. Już nie bolało, ale ziarnko zostało.

— Czemu płaczesz? — zapytał. — Tak wyglądasz brzydko! Przecież nic mi nie jest!

— Fuj! — zawołał nagle. — Ta róża jest stoczona przez robaka! A popatrz, tamta jest cała krzywa! W gruncie rzeczy to szpetne róże. Podobne do skrzyni, w której stoją!

I kopnął skrzynię, i zerwał obie róże.

— Kay, co ty robisz? — krzyknęła dziewczynka.

A on, widząc jej przerażenie, zerwał jeszcze jedną różę i wskoczył do swojego okna, uciekając od małej, miłej Gerdy.

Kiedy potem przychodziła z książką z obrazkami, mówił, że to dla niemowląt w pieluchach; a gdy babcia opowiadała bajki, on zawsze wtrącał jakieś „ale”. Jeśli tylko mógł, chodził za nią, wkładał okulary i mówił zupełnie tak jak ona; robił to bardzo trafnie i ludzie się śmiali. Wkrótce umiał naśladować mowę i chód wszystkich mieszkańców całej ulicy. Wszystko, co w nich było osobliwe i nieładne, Kay potrafił podchwycić, a ludzie mówili: „Ależ ten chłopiec ma głowę!”. Tymczasem to było szkło, które siedziało mu w sercu. Stąd też brało się to, że dokuczał nawet małej Gerdzie, która kochała go całym sercem.

Jego zabawy stały się teraz inne niż dawniej, zrobiły się bardzo rozumne. Pewnego zimowego dnia, kiedy padał śnieg, przyszedł z dużym szkłem powiększającym, nadstawił połę niebieskiego płaszcza i pozwolił, żeby padały na nią płatki śniegu.

— Popatrz teraz przez szkło, Gerdo — powiedział.

Każdy płatek robił się o wiele większy i wyglądał jak wspaniały kwiat albo dziesięcioramienna gwiazda; ładnie było na to patrzeć.

— Widzisz, jakie to kunsztowne? — mówił Kay. — To o wiele ciekawsze niż prawdziwe kwiaty! I nie ma w nich ani jednego błędu, są zupełnie regularne. Gdyby tylko nie topniały!

Wkrótce potem Kay przyszedł w wielkich rękawicach, z sankami na plecach, i zawołał Gerdzie prosto do ucha:

— Pozwolili mi jeździć na dużym placu, tam, gdzie bawią się inni chłopcy!

I już go nie było.

Tam na placu najśmielsi chłopcy przywiązywali swoje sanki do chłopskich wozów i jechali za nimi kawał drogi. Świetna to była zabawa. Kiedy zabawa trwała w najlepsze, nadjechały wielkie sanie, pomalowane całe na biało, a w nich siedział ktoś owinięty w kudłate białe futro, z kudłatą białą czapą na głowie. Sanie objechały plac dwa razy, a Kay szybko przywiązał do nich swoje sanki i już jechał razem z nimi. Jechały coraz prędzej i prędzej, prosto w najbliższą ulicę. Ten, kto powoził, odwrócił się i przyjaźnie skinął Kayowi głową, zupełnie jakby się znali. Za każdym razem, gdy Kay chciał odwiązać swoje sanki, powożący znów kiwał głową i Kay zostawał. Tak wyjechali za bramę miasta.

Wtedy śnieg zaczął padać tak gęsto, że chłopiec nie widział własnej ręki przed sobą, a sanie mknęły dalej. Puścił prędko sznur, żeby uwolnić się od wielkich sań, ale to nic nie pomogło: jego mały pojazd trzymał się mocno i pędził jak wiatr. Krzyknął głośno, ale nikt go nie usłyszał; śnieg wirował, a sanie leciały naprzód. Chwilami podskakiwały, jakby przelatywały nad rowami i żywopłotami. Chłopiec bardzo się przestraszył. Chciał odmówić Ojcze nasz, ale przypominała mu się tylko wielka tabliczka mnożenia.

Płatki śniegu robiły się coraz większe, aż w końcu wyglądały jak wielkie białe kury. Nagle rozskoczyły się na boki, wielkie sanie stanęły, a osoba, która nimi powoziła, wstała. Futro i czapa były całe ze śniegu. Była to dama, wysoka i smukła, lśniąco biała: Królowa Śniegu.

— Dobrze nam się jechało! — powiedziała. — Ale przecież marzniesz! Wsuń się w moje futro!

Posadziła go obok siebie w saniach i otuliła futrem, a jemu było tak, jakby zapadał się w zaspę.

— Czy jeszcze ci zimno? — zapytała i pocałowała go w czoło.

Och, ten pocałunek był zimniejszy niż lód, przeszedł mu prosto do serca, które i tak było już w połowie bryłą lodu. Wydawało mu się, że umiera, ale tylko przez chwilę, potem zrobiło mu się bardzo dobrze i przestał czuć zimno dookoła.

— Moje sanki! Nie zapomnij o moich sankach! — o tym pomyślał najpierw.

Przywiązano więc sanki do jednej z białych kur, a ona poleciała za nimi z sankami na grzbiecie. Królowa Śniegu pocałowała Kaya jeszcze raz i wtedy zapomniał o małej Gerdzie, o babci i o wszystkich w domu.

— Więcej pocałunków już nie dostaniesz — powiedziała — bo inaczej ucałowałabym cię na śmierć.

Kay spojrzał na nią. Była taka piękna! Mądrzejszej i milszej twarzy nie umiałby sobie wyobrazić. Teraz nie wydawała mu się z lodu jak wtedy, gdy siedziała za oknem i kiwała mu ręką; w jego oczach była doskonała i wcale się nie bał. Opowiedział jej, że umie liczyć w pamięci, i to na ułamkach, że wie, ile kraj ma mil kwadratowych i ilu mieszkańców. A ona wciąż się uśmiechała. Wtedy wydało mu się, że to, co wie, to jednak za mało, i spojrzał w górę, w wielką przestrzeń powietrza. Ona zaś poleciała z nim wysoko, na czarną chmurę, a burza szumiała i huczała, jakby śpiewała stare pieśni. Lecieli nad lasami i jeziorami, nad morzem i lądami; pod nimi świszczał zimny wiatr, wyły wilki, skrzypiał śnieg, a nad nimi leciały czarne, krzyczące wrony. Ale wysoko w górze świecił księżyc, wielki i jasny, i Kay patrzył na niego przez całą długą, długą zimową noc. W dzień spał u stóp Królowej Śniegu.

Opowieść trzecia: Ogród kwiatowy u kobiety, która umiała czarować

A co działo się z małą Gerdą, kiedy Kay nie wracał? Gdzie on się podział? Nikt nie wiedział, nikt nie umiał powiedzieć. Chłopcy opowiadali tylko, że widzieli, jak przywiązał swoje sanki do innych, wielkich sań, które wjechały w ulicę i wyjechały za bramę miasta. Nikt nie wiedział, gdzie się podział. Popłynęło wtedy wiele łez, a najwięcej i najdłużej płakała mała Gerda. Potem mówiła, że Kay umarł, że utonął w rzece, która płynęła tuż koło szkoły. Och, to były długie, ciemne zimowe dni!

Aż wreszcie przyszła wiosna z cieplejszym słońcem.

— Kay umarł i odszedł — mówiła mała Gerda.

— Nie wierzę w to — odpowiadało słońce.

— Umarł i odszedł — mówiła jaskółkom.

— Nie wierzymy w to — odpowiadały jaskółki.

I w końcu mała Gerda też przestała w to wierzyć.

— Włożę moje nowe czerwone trzewiki — powiedziała pewnego ranka — te, których Kay nigdy nie widział, a potem pójdę nad rzekę i o niego zapytam.

Było jeszcze bardzo wcześnie. Pocałowała starą babcię, która wciąż spała, włożyła czerwone trzewiki i sama jedna wyszła za bramę miasta, nad rzekę.

— Czy to prawda, że zabrałaś mi mojego towarzysza zabaw? — zapytała. — Podaruję ci moje czerwone trzewiki, jeśli mi go oddasz.

I wydało jej się, że fale kiwają jakoś dziwnie. Wzięła więc swoje czerwone trzewiki, które lubiła najbardziej ze wszystkiego, i wrzuciła je oba do rzeki. Ale upadły tuż przy brzegu i małe fale zaraz przyniosły je z powrotem na ląd. Zupełnie jakby rzeka nie chciała przyjąć tego, co Gerda miała najdroższego, skoro nie miała małego Kaya. Ale ona pomyślała, że po prostu nie wrzuciła trzewików dość daleko, weszła więc do łódki, która leżała w sitowiu, przeszła na sam jej koniec i stamtąd rzuciła trzewiki w wodę. Łódka nie była jednak przywiązana i od tego ruchu odsunęła się od brzegu. Gerda to zauważyła i pospieszyła się, żeby wyjść, ale zanim wróciła na dziób, łódka odpłynęła już na łokieć od lądu i teraz sunęła coraz prędzej.

Wtedy mała Gerda bardzo się przestraszyła i zaczęła płakać, ale nikt jej nie słyszał prócz wróbli, a te nie mogły jej zanieść na brzeg. Leciały tylko wzdłuż brzegu i śpiewały, jakby chciały ją pocieszyć:

— Tu jesteśmy! Tu jesteśmy!

Łódka płynęła z prądem, a mała Gerda siedziała cichutko, w samych pończochach. Jej małe czerwone trzewiki płynęły za nią, ale nie mogły dogonić łódki, bo ta sunęła szybciej.

Ładnie było na obu brzegach: piękne kwiaty, stare drzewa i zbocza z owcami i krowami, ale nigdzie ani jednego człowieka.

„Może rzeka zaniesie mnie do małego Kaya”, pomyślała Gerda i zrobiło jej się weselej. Wstała i przez wiele godzin patrzyła na zielone, piękne brzegi. Wreszcie dopłynęła do dużego wiśniowego sadu, w którym stał domek z dziwnymi czerwonymi i niebieskimi szybkami. Miał słomiany dach, a przed nim stali dwaj drewniani żołnierze, którzy prezentowali broń każdemu, kto przepływał obok.

Gerda zawołała do nich, bo myślała, że są żywi, ale oczywiście nie odpowiedzieli. Podpłynęła całkiem blisko, bo rzeka pchała łódkę prosto do brzegu.

Gerda zawołała jeszcze głośniej i wtedy z domku wyszła stara, bardzo stara kobieta, wsparta na kiju. Miała na głowie wielki kapelusz od słońca, cały pomalowany w najpiękniejsze kwiaty.

— Ty biedne dziecko! — powiedziała stara kobieta. — Jakże to dostałaś się na wielką, rwącą rzekę i tak daleko w świat?

I stara kobieta weszła do wody, zaczepiła kijem łódkę, przyciągnęła ją do brzegu i wyjęła małą Gerdę.

Gerda ucieszyła się, że znów jest na suchym lądzie, choć trochę bała się obcej staruszki.

— Chodź i opowiedz mi, kim jesteś i jak się tu znalazłaś — powiedziała kobieta.

I Gerda opowiedziała jej wszystko, a staruszka kiwała głową i mówiła: „Hm, hm”. A kiedy Gerda już wszystko powiedziała i zapytała, czy kobieta nie widziała małego Kaya, ta odrzekła, że nie przechodził tędy, ale pewnie jeszcze nadejdzie. Niech się więc nie smuci, tylko skosztuje jej wiśni i obejrzy jej kwiaty, bo są piękniejsze niż jakakolwiek książka z obrazkami i każdy z nich umie opowiedzieć jakąś historię. Potem wzięła Gerdę za rękę, wprowadziła ją do domku i zamknęła drzwi.

Okna były bardzo wysoko, a szybki czerwone, niebieskie i żółte, i światło dnia wpadało przez nie wszystkimi barwami tak dziwnie. Na stole stały najpiękniejsze wiśnie i Gerda jadła ich, ile chciała, bo jej pozwolono. A kiedy jadła, stara kobieta czesała jej włosy złotym grzebieniem i włosy układały się w loki, i lśniły pięknym złotem wokół małej, przyjaznej twarzyczki, która była okrągła i wyglądała jak róża.

— Od dawna tęskniłam za taką miłą małą dziewczynką — powiedziała staruszka. — Zobaczysz, jak dobrze będzie nam się razem żyło.

I w miarę jak czesała włosy małej Gerdy, Gerda coraz bardziej zapominała o swoim przybranym bracie Kayu. Bo stara kobieta umiała czarować, choć wcale nie była złą czarownicą; czarowała tylko trochę, dla własnej przyjemności, a teraz bardzo chciała zatrzymać małą Gerdę. Dlatego wyszła do ogrodu, wyciągnęła kij w stronę wszystkich krzewów róż i choć kwitły tak pięknie, wszystkie zapadły się w czarną ziemię i nie było już widać, gdzie stały. Staruszka bała się, że jeśli Gerda zobaczy róże, pomyśli o swoich własnych, przypomni sobie małego Kaya i ucieknie.

Potem wyprowadziła Gerdę do ogrodu kwiatowego. Cóż to był za zapach i co za wspaniałość! Wszystkie kwiaty, jakie tylko można sobie wyobrazić, i to na każdą porę roku, stały tu w najpiękniejszym rozkwicie; żadna książka z obrazkami nie mogła być barwniejsza ani piękniejsza. Gerda podskoczyła z radości i bawiła się, aż słońce zaszło za wysokimi wiśniami. Wtedy dostała piękne łóżko z czerwonymi jedwabnymi poduszkami wypchanymi fiołkami i spała, i śniła tak cudownie jak królowa w dzień swojego ślubu.

Nazajutrz znów mogła bawić się z kwiatami w ciepłym słońcu i tak minęło wiele dni. Gerda znała już każdy kwiat, ale choć było ich tak dużo, wciąż wydawało jej się, że jednego brakuje, tylko nie wiedziała którego. Aż pewnego dnia siedziała i patrzyła na kapelusz starej kobiety z namalowanymi kwiatami, a najpiękniejszy z nich był właśnie różą. Staruszka zapomniała zetrzeć ją z kapelusza, kiedy zaczarowała tamte róże pod ziemię. Tak to bywa, kiedy się nie ma głowy przy sobie!

— Jak to? Nie ma tu róż? — powiedziała Gerda.

I pobiegła między grządki, i szukała, i szukała, ale nie mogła znaleźć ani jednej. Wtedy usiadła i zapłakała, a jej łzy padły akurat w to miejsce, gdzie zapadł się krzak róży. Kiedy ciepłe łzy zwilżyły ziemię, krzak wystrzelił w górę, kwitnący tak samo jak wtedy, gdy się zapadał. Gerda objęła go, ucałowała róże i pomyślała o pięknych różach w domu, a razem z nimi o małym Kayu.

— Och, jak długo mnie tu zatrzymano! — powiedziała dziewczynka. — Przecież miałam szukać małego Kaya! Nie wiecie, gdzie on jest? — zapytała róż. — Myślicie, że umarł?

— Nie umarł — odpowiedziały róże. — Byłyśmy przecież pod ziemią, a tam są wszyscy umarli, i Kaya wśród nich nie było.

— Dziękuję wam — powiedziała mała Gerda i poszła do innych kwiatów, zaglądała im do kielichów i pytała: — Nie wiecie, gdzie jest mały Kay?

Ale każdy kwiat stał w słońcu i śnił swoją własną baśń albo historyjkę. Gerda wysłuchała ich bardzo, bardzo wiele, ale żaden nic nie wiedział o Kayu.

A co powiedziała lilia ognista?

— Słyszysz bęben? Bum, bum! Są tylko dwa dźwięki, wciąż bum, bum! Posłuchaj żałobnego śpiewu kobiet, posłuchaj wołania kapłanów. W długim czerwonym płaszczu stoi na stosie Hinduska; płomienie buchają wokół niej i wokół jej zmarłego męża. Ale ona myśli o żywym, tu, w kręgu, o tym, którego oczy palą goręcej niż płomienie, o tym, którego ogień w oczach dotyka jej serca mocniej niż ogień, który zaraz spali jej ciało na popiół. Czy płomień serca może zgasnąć w płomieniu stosu?

— Zupełnie tego nie rozumiem — powiedziała mała Gerda.

— To jest moja baśń — odrzekła lilia ognista.

A co mówi powój?

— Nad wąską ścieżką wisi stary rycerski zamek. Gęsty bluszcz pnie się po skruszałych czerwonych murach, liść przy liściu, aż na taras, a tam stoi piękna panna. Wychyla się przez balustradę i patrzy w dół drogi. Żadna róża nie wisi świeższa na gałęzi niż ona, żaden kwiat jabłoni, gdy wiatr porwie go z drzewa, nie unosi się lżej niż ona. Jak szeleści wspaniała jedwabna suknia! „Czy on jeszcze nie idzie?”.

— Czy mówisz o Kayu? — zapytała mała Gerda.

— Mówię tylko o mojej baśni, o moim śnie — odpowiedział powój.

A co mówi mały przebiśnieg?

— Między drzewami wisi na sznurach długa deska; to huśtawka. Siedzą na niej dwie śliczne dziewczynki w sukienkach białych jak śnieg, z długimi zielonymi jedwabnymi wstążkami trzepoczącymi u kapeluszy, i huśtają się. Brat, który jest od nich większy, stoi na huśtawce; objął ramieniem sznur, żeby się utrzymać, bo w jednej ręce ma miseczkę, a w drugiej glinianą fajkę: puszcza bańki mydlane. Huśtawka się wznosi, a bańki wzlatują razem z nią, pięknie mieniąc się barwami; ostatnia wisi jeszcze u końca fajki i kołysze się na wietrze. Huśtawka leci. Mały czarny piesek, lekki jak bańki, staje na tylnych łapach i chce się wdrapać na huśtawkę; ta wzlatuje, pies spada, szczeka i złości się. Dokuczają mu, bańki pękają. Kołysząca się deska i pryskający obrazek z piany, oto moja pieśń.

— Może i jest ładne to, co opowiadasz, ale mówisz to tak smutno i wcale nie wspominasz o małym Kayu.

A co mówią hiacynty?

— Były sobie trzy piękne siostry, przejrzyste i delikatne. Jedna miała suknię czerwoną, druga niebieską, trzecia białą. Ręka w rękę tańczyły nad cichym jeziorem w jasnym świetle księżyca. Nie były to elfy, były to dzieci ludzkie. Powietrze pachniało tam tak słodko, a dziewczęta znikły w lesie; zapach stał się mocniejszy. Trzy trumny, w których leżały piękne dziewczęta, wysunęły się z leśnej gęstwiny i popłynęły przez jezioro; świetliki krążyły dokoła, świecąc jak małe unoszące się lampki. Czy tańczące dziewczęta śpią, czy są martwe? Zapach kwiatów mówi, że to zmarłe; dzwon wieczorny dzwoni im pieśń pogrzebową.

— Zupełnie mnie zasmuciłyście — powiedziała mała Gerda. — Pachniecie tak mocno, że muszę myśleć o tych zmarłych dziewczętach. Ach, czy mały Kay naprawdę umarł? Róże były pod ziemią i mówią, że nie!

— Dzyń, dzyń! — zadzwoniły dzwoneczki hiacyntów. — Nie dzwonimy dla małego Kaya, wcale go nie znamy. Śpiewamy tylko naszą pieśń, tę jedyną, którą znamy.

I Gerda poszła do jaskra, który świecił spośród błyszczących zielonych liści.

— Ty małe, jasne słońce — powiedziała Gerda. — Powiedz mi, czy wiesz, gdzie mogę znaleźć mojego towarzysza zabaw?

A jaskier zalśnił tak pięknie i znów spojrzał na Gerdę. Jakąż pieśń mógł zaśpiewać jaskier? I ta także nie była o Kayu.

— Na małym podwórku świeciło w pierwszy dzień wiosny miłe Boże słońce, tak ciepło; promienie ześlizgiwały się po białych ścianach sąsiedniego domu. Tuż obok wyrósł pierwszy żółty kwiat i lśnił złotem w ciepłych promieniach. Stara babka siedziała na dworze na swoim krześle, a wnuczka, biedna, ładna służąca, wracała do domu z krótkich odwiedzin. Pocałowała babkę. To było złoto, szczere złoto serca w tym błogosławionym pocałunku. Złoto w ustach, złoto w ziemi, złoto o porannej godzinie! Widzisz, to jest moja mała historia — powiedział jaskier.

— Moja biedna, stara babcia! — westchnęła Gerda. — Na pewno tęskni za mną i martwi się o mnie tak samo, jak martwiła się o małego Kaya. Ale wkrótce wrócę do domu i przyprowadzę Kaya. Nie ma sensu pytać kwiatów, one znają tylko swoją własną pieśń i niczego mi nie powiedzą.

Potem podkasała sukienkę, żeby móc biec szybciej, ale narcyz uderzył ją w nogę, kiedy go przeskakiwała. Zatrzymała się więc, spojrzała na wysoki żółty kwiat i zapytała:

— A może ty coś wiesz?

I pochyliła się nisko do narcyza. Cóż on powiedział?

— Widzę samego siebie! Widzę samego siebie! — mówił narcyz. — Och, jak ja pachnę! Tam w górze, w małym pokoiku na poddaszu, stoi do połowy ubrana mała tancerka. Staje raz na jednej nodze, raz na obu, depcze cały świat, a jest tylko złudzeniem oczu. Leje wodę z czajniczka na kawałek płótna, który trzyma; to gorset. Czystość to piękna rzecz. Biała sukienka wisi na haku, ją też uprano w czajniczku i wysuszono na dachu. Tancerka wkłada ją i zawiązuje na szyi szafranową chustkę, a wtedy sukienka wydaje się jeszcze bielsza. Noga wyprostowana! Patrz, jak stoi dumnie na jednej łodydze! Widzę samego siebie! Widzę samego siebie!

— Wcale mnie to nie obchodzi — powiedziała Gerda. — Tego nie musisz mi opowiadać.

I pobiegła na koniec ogrodu.

Furtka była zamknięta, ale Gerda nacisnęła zardzewiałą klamkę, aż ta odpadła. Furtka się otworzyła i mała Gerda wybiegła boso w szeroki świat. Trzy razy obejrzała się za siebie, ale nikt jej nie gonił. W końcu nie mogła już biec i usiadła na dużym kamieniu, a kiedy się rozejrzała, okazało się, że lato minęło; była późna jesień. W tamtym pięknym ogrodzie nie sposób było tego zauważyć, bo zawsze świeciło tam słońce i kwitły kwiaty wszystkich pór roku.

— Boże, jakże się spóźniłam! — powiedziała mała Gerda. — Przecież już jesień! Nie wolno mi odpoczywać!

I wstała, żeby iść dalej.

Och, jak bolały ją małe, zmęczone stopy! Dookoła było zimno i surowo. Długie liście wierzb całkiem pożółkły, a rosa skapywała z nich wielkimi kroplami. Liść opadał za liściem; tylko tarnina miała jeszcze owoce, ale cierpkie, aż usta się od nich ściągały. Och, jak szaro i ciężko było w szerokim świecie!

Opowieść czwarta: Książę i księżniczka

Gerda musiała znowu odpocząć. Wtedy na śniegu, naprzeciwko miejsca, gdzie siedziała, przyskoczyła wielka wrona. Siedziała już długo, przyglądała jej się i kiwała głową, a teraz powiedziała:

— Kra! Kra! Dzień do-bry! Dzień do-bry!

Lepiej nie umiała tego wymówić, ale życzyła dziewczynce jak najlepiej i zapytała, dokąd idzie tak sama jedna w szeroki świat. Słowo „sama” Gerda zrozumiała bardzo dobrze i poczuła, ile w nim jest. Opowiedziała więc wronie całe swoje życie i wszystko, co ją spotkało, i zapytała, czy nie widziała Kaya.

A wrona pokiwała głową z namysłem i powiedziała:

— Może być! Może być!

— Jak to? Naprawdę tak myślisz? — zawołała dziewczynka i o mało nie zadusiła wrony, tak ją całowała.

— Spokojnie, spokojnie! — powiedziała wrona. — Myślę, że wiem. Myślę, że to może być mały Kay. Ale teraz na pewno zapomniał o tobie dla księżniczki.

— Czy on mieszka u księżniczki? — zapytała Gerda.

— Tak, posłuchaj — powiedziała wrona. — Tylko tak mi trudno mówić twoim językiem. Czy rozumiesz mowę wron? Wtedy opowiedziałabym lepiej.

— Nie, tego się nie nauczyłam — powiedziała Gerda. — Ale babcia ją rozumiała i umiała nią mówić. Gdybym się tylko nauczyła!

— Nic nie szkodzi — powiedziała wrona. — Opowiem, jak potrafię, ale wyjdzie kiepsko.

I opowiedziała, co wiedziała.

— W królestwie, w którym teraz siedzimy, mieszka księżniczka niesłychanie mądra. Przeczytała wszystkie gazety, jakie są na świecie, i znów o nich zapomniała, taka jest mądra. Niedawno siedziała na tronie, a to wcale nie jest tak przyjemne, jak mówią, i zaczęła śpiewać piosenkę, a piosenka brzmiała tak: „Czemuż to nie miałabym wyjść za mąż?”. No proszę, coś w tym jest. I rzeczywiście zapragnęła wyjść za mąż, ale chciała męża, który potrafi odpowiedzieć, kiedy się z nim rozmawia; takiego, który nie stoi tylko i wygląda dostojnie, bo to zbyt nudne. Kazała więc zwołać wszystkie damy dworu, a kiedy usłyszały, czego chce, bardzo się ucieszyły. „To mi się podoba”, mówiły. „Też o tym niedawno myślałam”. Możesz mi wierzyć, że każde moje słowo jest prawdą — dodała wrona. — Mam oswojonego narzeczonego, który chodzi swobodnie po zamku, i to on mi wszystko opowiedział.

Narzeczony był oczywiście też wroną, bo wrona szuka wrony i zawsze zostaje wroną.

— Gazety wyszły zaraz z obwódką z serc i z podpisem księżniczki. Można w nich było przeczytać, że każdy młody mężczyzna, który dobrze wygląda, może przyjść na zamek i porozmawiać z księżniczką; a tego, który będzie mówił tak, żeby słychać było, że czuje się tam jak u siebie, i który będzie mówił najlepiej, tego księżniczka weźmie za męża. Tak, tak — mówiła wrona. — Możesz mi wierzyć, to prawda tak pewna, jak to, że tu siedzę. Młodzi mężczyźni ściągali tłumnie, był tłok i bieganina, ale ani pierwszego, ani drugiego dnia nic z tego nie wyszło. Wszyscy umieli dobrze mówić, dopóki byli na ulicy, ale kiedy weszli w zamkową bramę i zobaczyli gwardzistów w srebrze, a na schodach lokajów w złocie i wielkie oświetlone sale, mieszali się zupełnie. A kiedy stanęli przed tronem, na którym siedziała księżniczka, nie umieli powiedzieć nic prócz ostatniego słowa, które ona wypowiedziała; a tego słuchać drugi raz nie miała najmniejszej ochoty. Wyglądało to tak, jakby ludzie tam w środku najedli się tabaki i zapadli w sen, dopóki znów nie wyszli na ulicę; dopiero wtedy odzyskiwali mowę. Kolejka ciągnęła się od bramy miasta aż pod zamek. Sama tam byłam i widziałam! — powiedziała wrona. — Zgłodnieli i zaczęło im się chcieć pić, ale na zamku nie dostali nawet szklanki wody. Co prawda kilku najmądrzejszych wzięło ze sobą chleb z masłem, ale nie dzielili się z sąsiadem; myśleli sobie: niech wygląda na głodnego, to księżniczka go nie weźmie.

— Ale Kay, mały Kay! — zapytała Gerda. — Kiedy on przyszedł? Czy był w tym tłumie?

— Czekaj, czekaj! Właśnie do niego dochodzimy! Trzeciego dnia przyszła mała osóbka, bez konia i powozu, i wesoło maszerowała prosto pod zamek. Oczy błyszczały jej tak jak tobie, miała piękne długie włosy, ale ubranie ubogie.

— To był Kay! — ucieszyła się Gerda. — Och, więc go znalazłam!

I klasnęła w dłonie.

— Miał na plecach mały tobołek — powiedziała wrona.

— Nie, to na pewno były jego sanki! — powiedziała Gerda. — Bo poszedł z sankami!

— Może i tak — powiedziała wrona. — Nie przyglądałam się aż tak dokładnie. Ale to wiem od mojego oswojonego narzeczonego, że kiedy wszedł w zamkową bramę i zobaczył gwardzistów w srebrze, a na schodach lokajów w złocie, wcale się nie zmieszał. Skinął im głową i powiedział: „To musi być nudne, tak stać na schodach; wolę wejść do środka”. Sale lśniły od świateł, tajni radcy i ekscelencje chodzili boso i nosili złote naczynia; można było poczuć nabożny lęk. Buty skrzypiały mu strasznie głośno, a jemu i tak nie było straszno.

— To na pewno Kay! — powiedziała Gerda. — Wiem, że miał nowe buty; słyszałam, jak skrzypiały w izbie babci!

— O tak, skrzypiały! — powiedziała wrona. — I raźno wszedł prosto do księżniczki, która siedziała na perle wielkiej jak kołowrotek. A dokoła stały wszystkie damy dworu ze swoimi pannami służącymi i z pannami służącymi swoich panien, i wszyscy kawalerowie ze swoimi służącymi i ze służącymi swoich służących, którzy też trzymali chłopców na posyłki. I im bliżej drzwi ktoś stał, tym dumniej wyglądał. Na chłopca od służącego, który zawsze chodzi w pantoflach, prawie nie wolno spojrzeć, tak dumnie stoi w drzwiach!

— To musi być okropne! — powiedziała mała Gerda. — A Kay dostał księżniczkę?

— Gdybym nie była wroną, sama bym ją wzięła, choć jestem zaręczona. Podobno mówił równie dobrze jak ja, kiedy mówię po wroniemu; słyszałam to od mojego oswojonego narzeczonego. Był wesoły i miły, a przyszedł nie po to, żeby się starać o rękę, tylko żeby posłuchać mądrości księżniczki. I ona spodobała się jemu, a on spodobał się jej.

— Tak, na pewno! To był Kay! — powiedziała Gerda. — Był taki mądry, umiał liczyć w pamięci na ułamkach! Och, czy nie wprowadziłabyś mnie na zamek?

— Łatwo powiedzieć! — odparła wrona. — Ale jak to zrobić? Pomówię z moim oswojonym narzeczonym, on nam poradzi. Bo muszę ci powiedzieć: taka mała dziewczynka jak ty nigdy nie dostanie pozwolenia, żeby wejść.

— Ja je dostanę! — powiedziała Gerda. — Kiedy Kay usłyszy, że tu jestem, zaraz wyjdzie i mnie zabierze.

— Czekaj na mnie tam, przy kracie — powiedziała wrona, pokiwała głową i odleciała.

Wróciła dopiero późnym wieczorem.

— Kra! Kra! — powiedziała. — Mam cię serdecznie pozdrowić od niego, a tu jest dla ciebie kawałek chleba; wziął go z kuchni, tam chleba dosyć, a ty na pewno jesteś głodna. Nie da się zrobić, żebyś weszła do zamku od frontu, przecież jesteś boso; gwardziści w srebrze i lokaje w złocie by na to nie pozwolili. Ale nie płacz, i tak się tam dostaniesz. Mój narzeczony zna wąskie tylne schody, które prowadzą do sypialni, i wie, skąd wziąć klucz.

I weszły do ogrodu, w wielką aleję, gdzie liść opadał za liściem. A kiedy na zamku gaszono światła, jedno po drugim, wrona zaprowadziła małą Gerdę do tylnych drzwi, które były tylko przymknięte.

Och, jak biło serce Gerdy ze strachu i tęsknoty! Było jej tak, jakby chciała zrobić coś złego, a przecież chciała tylko wiedzieć, czy to mały Kay. Tak, to musiał być on. Widziała jak żywe jego mądre oczy i długie włosy, widziała, jak się uśmiecha, tak jak wtedy, gdy siedzieli w domu pod różami. Na pewno ucieszy się, kiedy ją zobaczy, kiedy usłyszy, jaką długą drogę przebyła dla niego, i dowie się, jak wszyscy w domu się smucili, gdy nie wrócił. Och, co za strach i co za radość!

Były już na schodach; na szafce paliła się mała lampka, a na środku podłogi stała oswojona wrona, obracała głowę na wszystkie strony i przyglądała się Gerdzie, która dygnęła tak, jak ją nauczyła babcia.

— Moja narzeczona mówiła mi o pani tyle dobrego, moja mała panienko — powiedziała oswojona wrona. — Pani żywot, jak to się mówi, też jest bardzo wzruszający. Zechce pani wziąć lampkę, a ja pójdę przodem. Idziemy tędy, prosto, bo tu nikogo nie spotkamy.

— Wydaje mi się, że ktoś idzie za nami — powiedziała Gerda.

I coś przemknęło obok niej: były to jakby cienie na ścianie, konie z rozwianymi grzywami i cienkimi nogami, młodzi myśliwi, panowie i damy na koniach.

— To tylko sny — powiedziała wrona. — Przylatują i zabierają myśli wysokich państwa na polowanie. To bardzo dobrze, bo tym łatwiej przyjrzy się im pani w łóżkach. Ale mam nadzieję, że kiedy dojdzie pani do zaszczytów i godności, okaże pani wdzięczne serce.

— O tym nie ma co nawet mówić! — powiedziała wrona z lasu.

Weszły teraz do pierwszej sali; była cała z różowego atłasu, a po ścianach pięły się sztuczne kwiaty. Tu sny przemykały już obok nich, ale mknęły tak szybko, że Gerda nie zdążyła zobaczyć wysokich państwa. Każda następna sala była wspanialsza od poprzedniej; można było zupełnie stracić głowę. Wreszcie znalazły się w sypialni. Sufit przypominał tu wielką palmę o liściach z drogiego szkła, a pośrodku podłogi wisiały na grubej złotej łodydze dwa łóżka, z których każde wyglądało jak lilia. Jedno było białe i w nim leżała księżniczka; drugie było czerwone i w nim Gerda miała szukać małego Kaya. Odchyliła na bok jeden z czerwonych płatków i zobaczyła śniady kark. Och, to był Kay! Zawołała głośno jego imię, podniosła ku niemu lampkę, sny znów wpadły konno do komnaty, on się obudził, odwrócił głowę i to nie był mały Kay.

Książę był do niego podobny tylko z karku, ale młody i ładny był naprawdę. A z białego liścia lilii wyjrzała księżniczka i zapytała, kto tam. Wtedy mała Gerda zapłakała i opowiedziała całą swoją historię i wszystko, co wrony dla niej zrobiły.

— Ty biedne dziecko! — powiedzieli książę i księżniczka.

I pochwalili wrony, i powiedzieli, że wcale się na nie nie gniewają, ale niech tego więcej nie robią. A zresztą należy im się nagroda.

— Chcecie latać wolno? — zapytała księżniczka. — Czy wolicie stałą posadę wron nadwornych i wszystko, co spadnie w kuchni?

I obie wrony skłoniły się, i poprosiły o stałą posadę, bo pomyślały o starości i powiedziały, że dobrze jest mieć coś na stare lata.

A książę wstał ze swojego łóżka i pozwolił Gerdzie w nim spać; więcej zrobić nie mógł. Ona złożyła małe ręce i pomyślała: „Jacy dobrzy są ludzie i zwierzęta!”. Potem zamknęła oczy i spała słodko. Wszystkie sny znów przyleciały do komnaty; wyglądały jak Boże anioły i ciągnęły małe sanki, na których siedział Kay i kiwał głową. Ale to wszystko było tylko snem i dlatego znikło, gdy tylko Gerda się obudziła.

Następnego dnia ubrano ją od stóp do głów w jedwab i aksamit; zaproponowano jej, żeby została na zamku i miała dobre dni, ale ona poprosiła tylko o mały wóz z koniem i o parę bucików. Chciała znów wyruszyć w szeroki świat i szukać Kaya.

Dostała i buciki, i mufkę; ubrano ją ślicznie, a kiedy miała już jechać, przed drzwiami stanęła nowa kareta ze szczerego złota. Herb księcia i księżniczki lśnił na niej jak gwiazda. Woźnica, służba i jeźdźcy jadący przodem, bo byli i tacy, siedzieli na koniach i mieli na głowach złote korony. Książę i księżniczka sami pomogli jej wsiąść i życzyli jej wszystkiego dobrego. Wrona z lasu, która teraz była już zamężna, odprowadziła ją przez pierwsze trzy mile; siedziała u jej boku, bo nie znosiła jazdy tyłem. Druga wrona stała w drzwiach i biła skrzydłami; nie pojechała, bo od czasu, gdy dostała stałą posadę i za dużo jedzenia, bolała ją głowa. Wewnątrz kareta była wyłożona cukrowymi preclami, a na siedzeniu leżały owoce i pierniczki.

— Żegnaj! Żegnaj! — wołali książę i księżniczka.

Mała Gerda płakała i wrona płakała. Tak minęły pierwsze trzy mile. Wtedy i wrona powiedziała „żegnaj”, a to było najcięższe pożegnanie. Wzleciała na drzewo i biła czarnymi skrzydłami tak długo, jak długo mogła dostrzec karetę, która lśniła niczym jasne słońce.

Opowieść piąta: Mała zbójniczka

Jechali przez ciemny las, ale kareta świeciła jak pochodnia. Raziło to zbójców w oczy i nie mogli tego znieść.

— To złoto! To złoto! — krzyknęli.

Rzucili się naprzód, chwycili konie, zabili małych jeźdźców, woźnicę i służbę, a potem wyciągnęli małą Gerdę z karety.

— Jest tłusta, jest ładna, karmiono ją orzechami! — powiedziała stara zbójnica, która miała długą, zmierzwioną brodę i brwi zwisające jej na oczy. — Jest jak małe tłuste jagnię! Ależ będzie smakować!

I wyciągnęła błyszczący nóż, który lśnił tak, że aż strach.

— Au! — krzyknęła w tej samej chwili, bo własna córka, która wisiała jej na plecach i była tak dzika i niesforna, że aż miło, ugryzła ją w ucho. — Ty wstrętny bachorze! — powiedziała matka i nie zdążyła już zarżnąć Gerdy.

— Ona będzie się ze mną bawić! — powiedziała mała zbójniczka. — Odda mi swoją mufkę i swoją ładną sukienkę i będzie spała ze mną w moim łóżku!

I ugryzła znowu, tak że stara zbójnica podskoczyła i zakręciła się w kółko, a wszyscy zbójcy śmiali się i mówili:

— Patrzcie, jak tańczy ze swoim cielakiem!

— Chcę wsiąść do karety! — powiedziała mała zbójniczka.

Musiała i chciała postawić na swoim, bo była zupełnie rozpieszczona i bardzo uparta. Wsiadły więc z Gerdą do środka i pojechały przez pnie i kamienie, głębiej w las. Mała zbójniczka była tego samego wzrostu co Gerda, ale silniejsza, szersza w ramionach i o ciemnej skórze. Oczy miała czarne i patrzyły prawie smutno. Objęła małą Gerdę wpół i powiedziała:

— Nie zarżną cię, dopóki się na ciebie nie rozgniewam. Jesteś pewnie księżniczką?

— Nie — powiedziała Gerda i opowiedziała wszystko, co przeżyła, i jak bardzo kocha małego Kaya.

Zbójniczka spojrzała na nią zupełnie poważnie, kiwnęła lekko głową i powiedziała:

— Nie zarżną cię, nawet jeśli się na ciebie rozgniewam; wtedy zrobię to sama.

Potem otarła Gerdzie oczy i wsunęła obie ręce w piękną mufkę, która była miękka i ciepła.

Kareta się zatrzymała. Były na środku dziedzińca zbójeckiego zamku, spękanego od góry do dołu. Kruki i wrony wylatywały z otwartych dziur, a wielkie brytany, z których każdy wyglądał, jakby mógł połknąć człowieka, skakały wysoko w górę, ale nie szczekały, bo tego im zabraniano.

W wielkiej, starej, zadymionej sali palił się na środku kamiennej podłogi jasny ogień. Dym snuł się pod sufitem i sam musiał sobie szukać drogi na zewnątrz. W wielkim kotle gotowała się zupa, a na rożnach piekły się zające i króliki.

— Będziesz dziś spała ze mną i ze wszystkimi moimi zwierzętami — powiedziała zbójniczka.

Dostały jeść i pić, a potem poszły w kąt, gdzie leżała słoma i dywany. Nad nimi, na żerdziach i drążkach, siedziało ponad sto gołębi; wszystkie zdawały się spać, ale poruszyły się trochę, gdy weszły dwie małe dziewczynki.

— To wszystko moje! — powiedziała mała zbójniczka, szybko chwyciła jednego z najbliższych gołębi, trzymała go za nogi i potrząsała nim, aż zabił skrzydłami. — Pocałuj go! — zawołała i uderzyła nim Gerdę w twarz. — A tam siedzą leśne kanalie — mówiła dalej i pokazała za kraty wbite w otwór wysoko w murze. — To te dwie leśne kanalie; zaraz odlecą, jeśli się ich porządnie nie zamknie. A tu stoi mój stary kochaś, Be!

I wyciągnęła za róg renifera, który miał na szyi lśniącą miedzianą obrożę i był uwiązany.

— Jego też musimy trzymać krótko, bo inaczej by nam uciekł. Co wieczór łaskoczę go moim ostrym nożem po szyi; strasznie się tego boi.

I dziewczynka wyciągnęła długi nóż ze szczeliny w murze, i przesunęła nim po szyi renifera. Biedne zwierzę wierzgało nogami, a mała zbójniczka śmiała się i pociągnęła Gerdę ze sobą do łóżka.

— Będziesz trzymać nóż, kiedy śpisz? — zapytała Gerda i spojrzała na niego trochę ze strachem.

— Zawsze śpię z nożem — powiedziała mała zbójniczka. — Nigdy nie wiadomo, co się może zdarzyć. Ale opowiedz mi jeszcze raz to, co mówiłaś przedtem o małym Kayu, i dlaczego poszłaś w szeroki świat.

I Gerda opowiedziała wszystko od początku, a leśne gołębie gruchały w górze w klatce; inne gołębie spały. Mała zbójniczka objęła ramieniem szyję Gerdy, w drugiej ręce trzymała nóż i spała tak, że aż ją było słychać. Ale Gerda w ogóle nie mogła zamknąć oczu; nie wiedziała, czy ma żyć, czy umrzeć. Zbójcy siedzieli wokół ognia, śpiewali i pili, a stara zbójnica fikała koziołki. Och, strasznie było na to patrzeć małej dziewczynce.

Wtedy leśne gołębie powiedziały:

— Gru! Gru! Widziałyśmy małego Kaya. Biała kura niosła jego sanki, a on siedział w saniach Królowej Śniegu, które sunęły nisko nad lasem, kiedy leżałyśmy w gnieździe. Dmuchnęła na nas, na młode gołąbki, i wszystkie oprócz nas dwóch umarły. Gru! Gru!

— Co mówicie tam w górze? — zawołała Gerda. — Dokąd pojechała Królowa Śniegu? Wiecie coś o tym?

— Pojechała pewnie do Laponii, bo tam zawsze jest śnieg i lód. Zapytaj renifera, który stoi uwiązany na sznurze.

— Tam jest lód i śnieg, tam jest wspaniale i dobrze! — powiedział renifer. — Tam skacze się swobodnie po wielkich, lśniących dolinach! Tam Królowa Śniegu ma swój letni namiot, ale jej najlepszy zamek stoi wyżej, ku biegunowi północnemu, na wyspie, którą nazywają Spitsbergen.

— Och, Kay, mały Kay! — westchnęła Gerda.

— Musisz leżeć spokojnie! — powiedziała zbójniczka. — Bo wbiję ci nóż w brzuch!

Rano Gerda opowiedziała jej wszystko, co mówiły leśne gołębie, a mała zbójniczka spoważniała, pokiwała głową i powiedziała:

— Wszystko jedno, wszystko jedno. Czy wiesz, gdzie jest Laponia? — zapytała renifera.

— Któż mógłby to wiedzieć lepiej ode mnie? — odpowiedział renifer, a oczy zabłysły mu w głowie. — Tam się urodziłem i wychowałem, tam skakałem po śnieżnych polach!

— Słuchaj — powiedziała zbójniczka do Gerdy. — Widzisz, że wszyscy nasi mężczyźni odjechali; została tylko matka i ona zostanie. Ale koło południa napije się z wielkiej butli i potem trochę się zdrzemnie. Wtedy coś dla ciebie zrobię.

Wyskoczyła z łóżka, rzuciła się matce na szyję, pociągnęła ją za brodę i powiedziała:

— Mój jedyny, kochany koziołku, dzień dobry!

A matka dała jej prztyczka w nos, aż nos zrobił się czerwony i siny; a wszystko to z samej miłości.

Kiedy matka napiła się ze swojej butli i zasnęła, mała zbójniczka poszła do renifera i powiedziała:

— Miałabym wielką ochotę połaskotać cię jeszcze nieraz ostrym nożem, bo wtedy jesteś taki pocieszny. Ale wszystko jedno. Rozwiążę twój sznur i pomogę ci wyjść, żebyś mógł pobiec do Laponii. Tylko musisz porządnie wyciągać nogi i zanieść tę małą dziewczynkę do zamku Królowej Śniegu, gdzie jest jej towarzysz zabaw. Słyszałeś przecież, co opowiadała, bo mówiła dość głośno, a ty podsłuchiwałeś.

Renifer podskoczył wysoko z radości. Mała zbójniczka wsadziła na niego Gerdę, przezornie przywiązała ją mocno, a nawet dała jej jako siodełko swoją małą poduszkę.

— Masz tu też swoje futrzane buty — powiedziała — bo będzie zimno. Ale mufkę zatrzymam, jest za ładna. Żebyś jednak nie marzła: tu masz wielkie rękawice mojej matki, sięgną ci akurat do łokci. Wsuwaj ręce! No, teraz masz ręce zupełnie jak moja brzydka matka.

A Gerda płakała z radości.

— Nie znoszę, kiedy się mażesz! — powiedziała mała zbójniczka. — Teraz powinnaś wyglądać na zadowoloną! A tu masz dwa chleby i szynkę, żebyś nie głodowała.

Jedno i drugie przywiązano z tyłu na reniferze. Mała zbójniczka otworzyła drzwi, zwabiła do środka wszystkie wielkie psy, potem przecięła ostrym nożem sznur i powiedziała do renifera:

— Teraz biegnij! Ale dobrze uważaj na dziewczynkę!

A Gerda wyciągnęła do zbójniczki ręce w wielkich rękawicach i powiedziała:

— Żegnaj!

I renifer pomknął przez pnie i kamienie, przez wielki las, przez bagna i stepy, tak szybko, jak tylko mógł. Wilki wyły, kruki krzyczały. „Fut! Fut!” rozlegało się na niebie; wyglądało to tak, jakby niebo pryskało ogniem.

— To moje stare zorze polarne! — powiedział renifer. — Patrz, jak świecą!

I biegł jeszcze prędzej, dzień i noc. Chleby zostały zjedzone, szynka też, a wtedy byli już w Laponii.

Opowieść szósta: Laponka i Finka

Zatrzymali się przy małym domu; był bardzo ubogi. Dach zwieszał się prawie do samej ziemi, a drzwi były tak niskie, że rodzina musiała się czołgać, kiedy chciała wyjść albo wejść. W domu nie było nikogo prócz starej Laponki, która przy kaganku na tran gotowała ryby. Renifer opowiedział jej całą historię Gerdy, ale najpierw swoją własną, bo ta wydawała mu się o wiele ważniejsza; Gerda zaś była tak zmarznięta, że nie mogła mówić.

— Ach, wy biedacy! — powiedziała Laponka. — Macie jeszcze daleko! Musicie ujechać ponad sto mil w głąb Finnmarku, bo tam Królowa Śniegu mieszka na wsi i co wieczór pali ognie bengalskie. Napiszę parę słów na suszonym dorszu, bo papieru nie mam, i dam wam go dla Finki, która mieszka tam wysoko; ona powie wam więcej niż ja.

A kiedy Gerda się ogrzała i dostała jeść i pić, Laponka napisała parę słów na suszonym dorszu, poprosiła Gerdę, żeby dobrze go pilnowała, przywiązała ją znów mocno do renifera i ten pomknął dalej. „Fut! Fut!” rozlegało się w górze; przez całą noc płonęły najpiękniejsze niebieskie zorze. Potem przybyli do Finnmarku i zapukali do komina Finki, bo drzwi w ogóle nie miała.

W środku był taki upał, że Finka chodziła prawie naga. Była mała i brudna. Od razu rozpięła ubranie małej Gerdy, zdjęła jej rękawice i buty, bo inaczej byłoby jej za gorąco, położyła reniferowi kawałek lodu na głowie, a potem przeczytała, co było napisane na dorszu. Przeczytała to trzy razy, a wtedy umiała już na pamięć i włożyła rybę do kotła z zupą, bo przecież nadawała się do jedzenia, a ona nigdy niczego nie marnowała.

Teraz renifer opowiedział najpierw swoją historię, a potem historię małej Gerdy, a Finka mrugała mądrymi oczami i nic nie mówiła.

— Jesteś bardzo mądra — powiedział renifer. — Wiem, że umiesz związać wszystkie wiatry świata jedną nitką. Kiedy żeglarz rozwiąże jeden węzeł, dostaje dobry wiatr; kiedy rozwiąże drugi, wieje ostro; a kiedy rozwiąże trzeci i czwarty, zrywa się taka burza, że lasy się przewracają. Czy nie dałabyś tej małej dziewczynce napoju, żeby miała siłę dwunastu mężczyzn i pokonała Królową Śniegu?

— Siłę dwunastu mężczyzn? — powiedziała Finka. — Tak, to by bardzo pomogło!

Potem podeszła do łóżka, wyjęła wielką zwiniętą skórę i rozwinęła ją; były na niej napisane dziwne litery, a Finka czytała je tak, że pot spływał jej z czoła.

Ale renifer znowu tak prosił za małą Gerdą, a Gerda patrzyła na Finkę tak błagalnymi oczami, pełnymi łez, że ta znowu zaczęła mrugać i odciągnęła renifera w kąt, gdzie szeptała mu do ucha, kiedy dostawał świeży lód na głowę:

— Mały Kay rzeczywiście jest u Królowej Śniegu i wszystko mu się tam podoba, i wydaje mu się najlepsze na świecie. Ale to dlatego, że dostał okruch szkła w serce i ziarnko szkła do oka. Najpierw trzeba je stamtąd wyjąć, bo inaczej nigdy już nie będzie człowiekiem, a Królowa Śniegu zachowa nad nim władzę.

— A czy nie mogłabyś dać małej Gerdzie czegoś, co da jej władzę nad tym wszystkim?

— Nie mogę dać jej większej mocy, niż już ma. Nie widzisz, jak wielka ona jest? Nie widzisz, jak ludzie i zwierzęta muszą jej służyć, jak boso zaszła tak daleko w świat? Nie może dostać swojej mocy od nas; ma ją we własnym sercu, a polega ona na tym, że jest miłym, niewinnym dzieckiem. Jeśli sama nie zdoła dostać się do Królowej Śniegu i wyjąć szkła z małego Kaya, to my nie pomożemy. Dwie mile stąd zaczyna się ogród Królowej Śniegu; tam możesz zanieść dziewczynkę. Wysadź ją przy dużym krzaku z czerwonymi jagodami, który stoi w śniegu. I nie stój tam na pogaduszkach, tylko śpiesz się z powrotem!

Potem Finka wsadziła małą Gerdę na renifera, a ten pobiegł, ile sił.

— Och, nie mam butów! Nie mam rękawic! — zawołała mała Gerda.

Poczuła to w przenikliwym mrozie, ale renifer nie śmiał się zatrzymać. Biegł, aż dotarł do krzaka z czerwonymi jagodami. Tam postawił Gerdę na ziemi i pocałował ją w usta, a wielkie, błyszczące łzy spływały mu po pysku. Potem pobiegł z powrotem, ile tylko mógł. I stała tam biedna Gerda, bez butów, bez rękawic, sama pośrodku strasznego, lodowatego Finnmarku.

Pobiegła naprzód tak szybko, jak umiała, a wtedy nadciągnął cały pułk płatków śniegu. Nie padały jednak z nieba, bo niebo było jasne i lśniło od zórz polarnych. Płatki biegły prosto po ziemi i im bliżej były, tym większe się stawały. Gerda pamiętała jeszcze, jak wielkie i kunsztowne wydawały się płatki wtedy, gdy patrzyła na nie przez szkło powiększające. Ale tutaj były o wiele większe i straszniejsze; były żywe, były przednią strażą Królowej Śniegu i miały najdziwniejsze kształty. Jedne wyglądały jak brzydkie wielkie jeżozwierze, inne jak węzły ze splecionych węży, które wysuwały głowy, jeszcze inne jak małe grube niedźwiedzie z najeżoną sierścią. Wszystkie były lśniąco białe, wszystkie były żywymi płatkami śniegu.

Wtedy mała Gerda zaczęła odmawiać Ojcze nasz. Mróz był tak wielki, że widziała własny oddech; wychodził jej z ust jak dym. Oddech gęstniał i gęstniał, i układał się w małe aniołki, które rosły i rosły, gdy tylko dotknęły ziemi. Wszystkie miały hełmy na głowach, a w rękach włócznie i tarcze. Było ich coraz więcej, a kiedy Gerda skończyła Ojcze nasz, otaczał ją już cały zastęp. Anioły kłuły włóczniami okropne płatki śniegu, aż rozpryskiwały się na sto kawałków, i mała Gerda szła naprzód bezpiecznie i pogodnie. Anioły głaskały jej ręce i stopy, więc mniej czuła zimno, i śpieszyła do zamku Królowej Śniegu.

Ale musimy najpierw zobaczyć, co robi Kay. O małej Gerdzie na pewno nie myślał, a już najmniej o tym, że stoi ona przed zamkiem.

Opowieść siódma: O zamku Królowej Śniegu i o tym, co się w nim potem stało

Ściany zamku zrobione były z zawiei, a okna i drzwi z tnących wiatrów. Sal było w nim ponad sto, wszystkie takie, jakimi usypał je śnieg; największa ciągnęła się na wiele mil. Wszystkie oświetlała mocna zorza polarna, a jakże wielkie i puste były, jak lodowato zimne i lśniące! Nigdy nie było tu żadnych zabaw, nawet małego niedźwiedziego balu, na którym burza grałaby do tańca, a niedźwiedzie polarne chodziłyby na tylnych łapach i pokazywały swoje wytworne maniery; nigdy małego towarzystwa do gier w klepanie i w łapki; nigdy małej kawowej pogawędki panien białych lisic. Pusto, wielko i zimno było w salach Królowej Śniegu. Zorze płonęły tak regularnie, że można było policzyć, kiedy stoją najwyżej, a kiedy najniżej. Pośrodku tej pustej, nieskończonej śnieżnej sali leżało zamarznięte jezioro, pęknięte na tysiąc kawałków, ale każdy kawałek był tak podobny do drugiego, że całość była doskonałym dziełem sztuki. Pośrodku jeziora siedziała Królowa Śniegu, kiedy była w domu, i mówiła wtedy, że siedzi w zwierciadle rozumu i że jest ono jedyne i najlepsze na świecie.

Mały Kay był siny z zimna, prawie czarny, ale wcale tego nie zauważał, bo pocałunkiem odebrała mu dreszcz mrozu, a serce miał jak bryłę lodu. Wlókł tam i z powrotem ostre, płaskie kawałki lodu i układał je na wszystkie możliwe sposoby, bo chciał z nich coś ułożyć. Było to tak, jak wtedy, gdy my mamy małe drewniane tabliczki i składamy z nich figury. Kay też układał figury, i to najkunsztowniejsze; była to lodowa gra rozumu. W jego oczach figury były niezrównane i najwyższej wagi, a sprawiało to ziarnko szkła, które tkwiło mu w oku. Układał całe figury, które były napisanym słowem, ale nigdy nie umiał ułożyć tego słowa, o które mu chodziło: słowa „wieczność”. Królowa Śniegu powiedziała mu: „Jeśli zdołasz ułożyć tę figurę, będziesz swoim własnym panem, a ja podaruję ci cały świat i parę nowych łyżew”. Ale nie potrafił.

— Teraz pomknę do ciepłych krajów! — powiedziała Królowa Śniegu. — Polecę tam i zajrzę do czarnych garnków!

Były to góry ziejące ogniem, Etna i Wezuwiusz, jak je nazywają.

— Trochę je pobielę! Tak się należy, to dobrze robi cytrynom i winogronom.

I Królowa Śniegu odleciała, a Kay siedział sam w pustej lodowej sali długiej na wiele mil, patrzył na kawałki lodu i myślał tak, że aż w nim trzeszczało. Siedział sztywno i cicho; można by pomyśleć, że zamarzł na śmierć.

Wtedy właśnie mała Gerda weszła przez wielką bramę do zamku. Panowały tam tnące wiatry, ale ucichły, jakby zbierało im się na sen. Weszła do wielkich, pustych, zimnych sal i wtedy zobaczyła Kaya. Poznała go, rzuciła mu się na szyję, trzymała go mocno i wołała:

— Kay! Kochany, mały Kay! Więc nareszcie cię znalazłam!

Ale on siedział cicho, sztywno i zimno. Wtedy mała Gerda zapłakała gorącymi łzami; padły mu na pierś, wsiąkły w serce, roztopiły bryłę lodu i strawiły tkwiący w nim kawałek zwierciadła. Kay spojrzał na nią, a ona zaśpiewała:

Róże zakwitną, róże przeminą,  
a my staniemy przed Bożą Dzieciną.

Wtedy Kay wybuchnął płaczem; płakał tak, że ziarnko szkła wypłynęło mu z oka. Poznał ją i zawołał radośnie:

— Gerdo! Kochana, mała Gerdo! Gdzie ty byłaś tak długo? I gdzie ja byłem?

I rozejrzał się dokoła.

— Jak tu zimno! Jak tu pusto i wielko!

I przytulił się mocno do Gerdy, a ona śmiała się i płakała z radości. Było to tak cudowne, że nawet kawałki lodu zatańczyły dokoła z radości, a kiedy się zmęczyły i położyły, ułożyły się w te litery, o których Królowa Śniegu mówiła, że jeśli Kay je ułoży, będzie swoim własnym panem, a ona podaruje mu cały świat i parę nowych łyżew.

I Gerda ucałowała jego policzki, a one zakwitły; ucałowała jego oczy, a one zalśniły jak jej własne; ucałowała jego ręce i stopy, a on był zdrowy i rześki. Królowa Śniegu mogła teraz wracać do domu: jego wyzwolenie było tam wypisane lśniącymi kawałkami lodu.

I wzięli się za ręce, i wyszli z wielkiego zamku. Mówili o babci i o różach na dachu, a gdziekolwiek szli, wiatry ustawały i przebijało się słońce. Kiedy dotarli do krzaka z czerwonymi jagodami, stał tam renifer i czekał. Przyprowadził ze sobą młodą reniferzycę, której wymię było pełne, a ona dała dzieciom swoje ciepłe mleko i ucałowała je w usta. Potem zaniosły Kaya i Gerdę najpierw do Finki, gdzie ogrzali się w gorącej izbie i dostali wskazówki na drogę powrotną, a potem do Laponki, która uszyła im nowe ubrania i naprawiła swoje sanie.

Renifer i młoda reniferzyca biegły u ich boku i odprowadziły ich aż do granicy kraju, gdzie przebijała się już pierwsza zieleń. Tam pożegnali się z reniferami i z Laponką.

— Żegnajcie! — powiedzieli wszyscy.

I pierwsze ptaszki zaczęły ćwierkać, las pokrył się zielonymi pąkami, a z lasu wyjechała młoda dziewczyna w lśniąco czerwonej czapce na głowie i z pistoletami przy siodle, na wspaniałym koniu, którego Gerda znała, bo był kiedyś zaprzężony do złotej karety. To była mała zbójniczka, której znudziło się w domu i która chciała pojechać najpierw na północ, a później, gdyby jej się tam nie spodobało, w inną stronę świata. Poznała Gerdę od razu, a Gerda poznała ją; ależ to była radość!

— Ładny z ciebie ptaszek, że tak się włóczysz po świecie! — powiedziała do małego Kaya. — Ciekawa jestem, czy wart jesteś tego, żeby dla ciebie biec na koniec świata.

Ale Gerda pogłaskała go po policzkach i zapytała o księcia i księżniczkę.

— Wyjechali do obcych krajów! — powiedziała zbójniczka.

— A wrona? — zapytała Gerda.

— Wrona nie żyje — odpowiedziała. — Jej oswojony narzeczony owdowiał i chodzi z kawałkiem czarnej wełnianej włóczki na nodze. Skarży się żałośnie, ale to wszystko gadanie! A teraz opowiedz mi, co się z tobą działo i jak go dopadłaś.

I Gerda z Kayem opowiedzieli.

— Snip, snap, snurre, purre, basselurre! — powiedziała zbójniczka, wzięła ich oboje za ręce i obiecała, że jeśli kiedykolwiek będzie przejeżdżać przez ich miasto, wejdzie na górę i ich odwiedzi. A potem pojechała w szeroki świat.

Kay i Gerda szli zaś ręka w rękę i gdziekolwiek szli, była cudowna wiosna z kwiatami i zielenią. Dzwoniły dzwony kościelne i poznali wysokie wieże i wielkie miasto: było to miasto, w którym mieszkali. Weszli do niego i doszli do drzwi babci, weszli po schodach i do izby, gdzie wszystko stało na tym samym miejscu co dawniej, a zegar szedł: tik, tak, i wskazówki się obracały. Ale kiedy przechodzili przez drzwi, zauważyli, że stali się dorosłymi ludźmi. Róże z rynny kwitły, zaglądając w otwarte okno, a tam stały małe dziecięce krzesełka. Kay i Gerda usiedli, każde na swoim, i wzięli się za ręce; zimną, pustą wspaniałość u Królowej Śniegu zapomnieli jak ciężki sen. Babcia siedziała w jasnym Bożym słońcu i czytała głośno z Biblii: „Jeśli nie staniecie się jak dzieci, nie ujrzycie królestwa Bożego!”.

A Kay i Gerda spojrzeli sobie w oczy i naraz zrozumieli starą pieśń:

Róże zakwitną, róże przeminą,  
a my staniemy przed Bożą Dzieciną.

Siedzieli tam oboje, dorośli, a jednak dzieci, dzieci w sercu; i było lato, ciepłe, dobroczynne lato.

---

- Read online: https://talerie.com/pl/bajki/krolowa-sniegu-original
- Source: Sämmtliche Märchen — einzige vollständige vom Verfasser besorgte Ausgabe (Hartknoch, Leipzig) (https://www.projekt-gutenberg.org/andersen/saemmaer/saemmaer.html)
- Public-domain basis: Talerie contemporary retelling (CC0 2026), based on: Sämmtliche Märchen — einzige vollständige vom Verfasser besorgte Ausgabe (Hartknoch, Leipzig) — EU anonymous-work rule, translation published ≤1885 (+70 passed)
- License: CC0-1.0 (https://creativecommons.org/publicdomain/zero/1.0/)
