# Legenda o Sennej Kotlinie

_Retold by Talerie (talerie.com) from The Sketch-Book of Geoffrey Crayon, after Washington Irving_ · 51 min read · ages 8+

Nauczyciel Ichabod Crane zaleca się do bogatej Katriny Van Tassel, a gdy wraca nocą z zabawy, przy moście ciska w niego głową jeździec bez głowy. Rano ludzie znajdują tylko kapelusz Ichaboda i rozbitą dynię, Brom Bones prowadzi Katrinę do ołtarza, a gospodynie utrzymują, że nauczyciela porwały nadprzyrodzone moce.

---

Na wschodnim brzegu rzeki Hudson jest wiele szerokich zatok. W jednej z nich, tam gdzie rzeka rozlewa się najszerzej i gdzie dawni holenderscy żeglarze nazwali ją Tappan Zee, leży małe targowe miasteczko z przystanią. Żeglarze zawsze przezornie refowali tam żagle i polecali się opiece świętego Mikołaja, zanim wypłynęli na otwartą wodę.

Miasteczko jedni nazywają Greensburg, ale częściej i słuszniej mówi się na nie Tarry Town, czyli mniej więcej Miasteczko Maruderów. Podobno tę nazwę nadały mu dawno temu gospodynie z okolicy, bo ich mężowie w dni targowe nie mogli się wyrwać z gospody. Nie ręczę, że tak było naprawdę. Wspominam o tym tylko po to, żeby niczego nie pominąć.

Jakieś dwie mile od tej osady leży wśród wysokich wzgórz mała dolina, a raczej zagłębienie między nimi, jedno z najcichszych miejsc na całym świecie. Płynie przez nią strumyk, który szemrze akurat tak, żeby człowieka ukołysać do snu. Czasem zagwiżdże przepiórka albo zastuka dzięcioł i to są niemal jedyne dźwięki, które kiedykolwiek mącą tamtejszy spokój.

Pamiętam, że kiedy byłem jeszcze chłopakiem, po raz pierwszy w życiu poszedłem polować na wiewiórki właśnie do gaju wysokich orzechów, który ocienia jeden stok doliny. Zawędrowałem tam w południe, kiedy cała przyroda cichnie, i aż podskoczyłem, gdy huk mojej własnej strzelby rozdarł tę niedzielną ciszę, a gniewne echo długo go powtarzało.

Gdybym kiedyś zapragnął schronienia, w którym mógłbym ukryć się przed światem i jego zgiełkiem i spokojnie prześnić resztę niespokojnego życia, nie znam lepszego miejsca niż ta mała dolina.

Mieszkańcy doliny pochodzą od pierwszych holenderskich osadników i są to ludzie dość szczególni, a całe miejsce jest jakby uśpione. Dlatego ten ustronny zakątek od dawna nazywa się Sleepy Hollow, czyli Senna Kotlina, a tutejszych chłopaków w całej okolicy przezywa się Chłopakami ze Sleepy Hollow. Nad tą ziemią wisi jakaś senna, marzycielska moc, którą przesiąknięte jest samo powietrze.

Jedni mówią, że dolinę zaczarował w pierwszych latach osadnictwa pewien niemiecki doktor. Inni twierdzą, że jeszcze zanim pan Hendrick Hudson odkrył te strony, odprawiał tu swoje obrzędy stary indiański wódz, prorok i czarownik swojego plemienia. Jedno jest pewne: nad miejscem wciąż panuje jakiś czar, który mąci w głowach poczciwym mieszkańcom, tak że chodzą jak we śnie.

Wierzą w najdziwniejsze rzeczy, popadają w zachwyty i miewają widzenia, a w powietrzu często słyszą muzykę i głosy. Cała okolica pełna jest miejscowych opowieści, nawiedzonych zakątków i wieczornych przesądów. Nad doliną częściej niż gdziekolwiek indziej w kraju spadają gwiazdy i płoną meteory, a zmora nocna ze wszystkimi swoimi siostrami najwyraźniej upodobała sobie to miejsce do harców.

Najważniejszym duchem tej zaczarowanej krainy, jakby wodzem wszystkich powietrznych mocy, jest zjawa jeźdźca bez głowy. Niektórzy mówią, że to duch heskiego żołnierza, któremu kula armatnia urwała głowę w jakiejś bezimiennej bitwie wojny o niepodległość. Wieśniacy co jakiś czas widują go w nocnym mroku, jak pędzi, jakby niósł go wiatr.

Jeździec nawiedza nie tylko dolinę, ale czasem i okoliczne drogi, a zwłaszcza okolice kościoła, który stoi niedaleko. Najbardziej wiarygodni kronikarze tamtych stron, którzy starannie zbierali i porównywali wszystkie wieści o tej zjawie, twierdzą, że ciało żołnierza pochowano na przykościelnym cmentarzu. Co noc duch wyrusza stamtąd na pole bitwy szukać swojej głowy.

A kiedy czasem przemyka przez dolinę z szybkością nocnej wichury, to dlatego, że się spóźnił i spieszy się, żeby wrócić na cmentarz przed świtem.

Tak w ogólnych zarysach brzmi ta legenda, z której w tej krainie cieni wyrosło mnóstwo niesamowitych historii. Przy każdym wiejskim kominku zjawę nazywają jeźdźcem bez głowy ze Sleepy Hollow.

Co ciekawe, skłonność do widzeń, o której mówiłem, nie dotyczy tylko rodowitych mieszkańców doliny. Udziela się bezwiednie każdemu, kto tam pomieszka. Choćby ktoś przyjechał zupełnie trzeźwy i rozbudzony, wkrótce nawdycha się zaczarowanego powietrza i zaczyna fantazjować, śnić na jawie i widzieć zjawy.

Wspominam ten spokojny zakątek z całym uznaniem. W takich małych, ustronnych holenderskich dolinach, rozsianych tu i ówdzie po wielkim stanie Nowy Jork, ludzie i ich obyczaje trwają bez zmian. Tymczasem wielka fala osadników i nowinek, która bez przerwy zmienia wszystko w innych częściach tego niespokojnego kraju, przepływa obok nich niezauważona.

Są jak te zatoczki spokojnej wody przy brzegu wartkiej rzeki, gdzie słomka i pęcherzyk powietrza stoją cicho jak na kotwicy albo powoli krążą w swojej maleńkiej przystani, a nurt pędzi obok i wcale ich nie porywa. Choć minęło wiele lat, odkąd chodziłem w sennym cieniu Sleepy Hollow, myślę, że i dziś znalazłbym tam te same drzewa i te same rodziny, żyjące spokojnie w jego zacisznym wnętrzu.

W tym zapadłym zakątku mieszkał w zamierzchłych, jak na dzieje Ameryki, czasach, to znaczy jakieś trzydzieści lat temu, pewien zacny człowiek, który nazywał się Ichabod Crane. Przybył do Sleepy Hollow uczyć okoliczne dzieci i, jak sam to nazywał, „zabawił” tu na dłużej.

Pochodził z Connecticut, stanu, który zaopatruje Unię w pionierów zarówno dla umysłu, jak i dla puszczy, i co roku wysyła w świat całe zastępy drwali na pogranicze i wiejskich nauczycieli. Nazwisko Crane, czyli po angielsku żuraw, całkiem do niego pasowało.

Był wysoki, ale okropnie chudy, miał wąskie ramiona, długie ręce i nogi, dłonie, które wystawały z rękawów na milę, i stopy, którymi można by kopać jak łopatami, a całe ciało jakby luźno sklecone. Głowę miał małą i płaską na czubku, z wielkimi uszami, dużymi zielonymi oczami jak ze szkła i długim, spiczastym nosem. Na cienkiej szyi wyglądała jak kurek na dachu, który pokazuje, skąd wieje wiatr.

Kiedy w wietrzny dzień Ichabod szedł grzbietem wzgórza, a ubranie łopotało i wydymało się wokół niego, można go było wziąć za samo widmo Głodu, które zstępuje na ziemię, albo za strach na wróble, który uciekł z pola kukurydzy.

Szkoła była niskim budynkiem z jedną dużą izbą, nieporadnie skleconym z bali. Okna miała częściowo oszklone, a częściowo połatane kartkami ze starych zeszytów. Kiedy nikogo w niej nie było, zabezpieczano ją bardzo pomysłowo: w klamkę drzwi wplatano witkę, a o okiennice opierano kołki.

Złodziej mógł się tam dostać bez najmniejszego trudu, ale z wydostaniem się miałby już kłopot. Budowniczy, Yost Van Houten, zapewne podpatrzył ten pomysł w pułapkach na węgorze.

Szkoła stała w miejscu dość samotnym, ale miłym, tuż u stóp zalesionego wzgórza. Obok płynął strumyk, a przy jednym końcu budynku rosła groźna brzoza. W senny letni dzień już z daleka słychać było cichy pomruk uczniów wkuwających lekcje, podobny do brzęczenia ula.

Co jakiś czas przerywał go władczy głos nauczyciela, który groził albo rozkazywał, a czasem straszliwy świst brzozowej rózgi, kiedy Ichabod popędzał jakiegoś marudera po kwiecistej ścieżce wiedzy. Prawdę mówiąc, Ichabod był człowiekiem sumiennym i zawsze pamiętał złotą zasadę: „Kto żałuje rózgi, ten psuje dziecko”. Uczniowie Ichaboda Crane’a z pewnością nie byli zepsuci.

Nie chciałbym jednak, żeby ktoś pomyślał, że był jednym z tych okrutnych szkolnych władców, którzy lubią, kiedy ich poddanych boli. Przeciwnie, wymierzał sprawiedliwość raczej z rozwagą niż surowo: zdejmował ciężar z grzbietów słabych i kładł go na grzbiety silnych.

Wątłego chłopczyka, który kulił się na sam widok rózgi, puszczał wyrozumiale wolno. Sprawiedliwości stawało się jednak zadość, bo podwójną porcję dostawał jakiś krępy, uparty holenderski urwis w szerokich spodniach, który pod rózgą dąsał się, nadymał i stawał się coraz bardziej zawzięty i ponury.

Wszystko to Ichabod nazywał „spełnianiem obowiązku wobec rodziców”. Po każdej karze zapewniał obolałego urwisa, że „będzie o tym pamiętał i dziękował mu za to do końca życia”, co miało być dla niego wielką pociechą.

Po lekcjach Ichabod bywał nawet towarzyszem zabaw starszych chłopców. W świąteczne popołudnia odprowadzał do domu niektórych młodszych, zwłaszcza tych, którzy mieli ładne siostry albo matki słynące z dobrze zaopatrzonej spiżarni. Musiał zresztą żyć z uczniami w zgodzie.

Szkoła przynosiła mu tak mało, że ledwie starczyłoby na chleb powszedni, bo Ichabod jadł za trzech i choć był chudy, mieścił w sobie tyle co anakonda. Żeby jakoś się utrzymać, mieszkał i stołował się, jak to w tamtych stronach było w zwyczaju, u rolników, których dzieci uczył. U każdego mieszkał po tygodniu i tak krążył po całej okolicy, a cały swój dobytek nosił zawiązany w bawełnianej chustce.

Wiejscy żywiciele uważają często opłaty za szkołę za ciężkie brzemię, a nauczycieli za zwykłych darmozjadów. Żeby więc nie być dla gospodarzy zbyt wielkim ciężarem, Ichabod na wiele sposobów starał się być i pożyteczny, i miły.

Czasem pomagał rolnikom w lżejszych pracach: przewracał siano, naprawiał płoty, prowadził konie do wodopoju, przyganiał krowy z pastwiska i rąbał drewno na zimę. Odkładał też na bok całą wyniosłość i władzę, z jaką rządził w swoim małym królestwie, czyli w szkole, i robił się nadzwyczaj łagodny i przymilny.

Matki zdobywał tym, że pieścił dzieci, a zwłaszcza najmłodsze. Jak ten lew z dawnego wierszyka, który wielkodusznie tulił baranka, potrafił całymi godzinami siedzieć z jednym dzieckiem na kolanie i nogą kołysać kołyskę z drugim.

Ichabod był też w okolicy nauczycielem śpiewu i zarabiał niejednego błyszczącego szylinga, ucząc młodzież śpiewania psalmów. W niedziele z niemałą dumą stawał w kościele na czele wybranych śpiewaków i w duchu był przekonany, że zupełnie przyćmiewa pastora.

To pewne, że głos Ichaboda niósł się wysoko ponad głosy całego zboru. W tym kościele do dziś można usłyszeć osobliwe tremola, które w ciche niedzielne poranki dochodzą nawet pół mili dalej, aż na drugi brzeg stawu przy młynie. Podobno pochodzą w prostej linii od nosa Ichaboda Crane’a.

Tak, rozmaitymi drobnymi sposobami, czyli, jak to się mówi, prośbą i groźbą, zacny pedagog jakoś sobie radził. Wszyscy, którzy nie mieli pojęcia o pracy głową, uważali, że ma nadzwyczaj lekkie życie.

Na wsi nauczyciel jest zwykle kimś ważnym w oczach kobiet. Uchodzi za kogoś w rodzaju dżentelmena, który nie musi pracować rękami, o guście i ogładzie znacznie wyższych niż u nieokrzesanych wiejskich parobków, a w uczoności ustępuje tylko pastorowi. Kiedy więc zjawia się w gospodarstwie, przy stole robi się małe poruszenie: dochodzi dodatkowy talerz ciastek albo konfitur, a czasem wystawia się na pokaz srebrny dzbanek do herbaty.

Nasz uczony cieszył się więc szczególną przychylnością wszystkich wiejskich panien. Jakże się puszył między nimi w niedziele na cmentarzu przykościelnym w przerwie między nabożeństwami! Zrywał dla nich winogrona z dzikiej winorośli, która oplatała okoliczne drzewa, recytował im dla zabawy wszystkie napisy z nagrobków albo przechadzał się z całym ich gronem brzegiem stawu przy młynie.

Nieśmiali wiejscy chłopcy trzymali się tymczasem z tyłu, zawstydzeni, i zazdrościli mu wytworności i swobody.

Ponieważ prowadził na pół wędrowne życie, był też czymś w rodzaju chodzącej gazety. Roznosił po domach wszystkie miejscowe plotki, więc zawsze witano go z radością. Kobiety uważały go poza tym za człowieka wielkiej wiedzy, bo przeczytał od deski do deski kilka książek, a „Historię czarów w Nowej Anglii” Cottona Mathera znał na wylot. Nawiasem mówiąc, wierzył w nią święcie i bez reszty.

Ichabod był w gruncie rzeczy dziwną mieszaniną drobnego sprytu i prostodusznej łatwowierności. Apetyt na cudowności miał równie nadzwyczajny jak zdolność ich trawienia, a jedno i drugie jeszcze wzrosło, odkąd zamieszkał w tej zaczarowanej okolicy. Nie było takiej bajdy, choćby najgrubszej i najpotworniejszej, której by nie połknął.

Po południu, kiedy wypuścił uczniów do domu, najchętniej wyciągał się na gęstej koniczynie nad strumykiem, który popłakiwał obok szkoły, i czytał straszne historie starego Mathera, aż zapadający zmierzch zamieniał drukowaną stronę w mgłę przed oczami.

Potem wracał przez mokradła, nad strumieniami i przez straszny las do gospodarstwa, w którym akurat mieszkał, a w tej czarodziejskiej godzinie każdy odgłos przyrody rozpalał jego wyobraźnię. Lelek jęczał na zboczu, rzekotka drzewna złowróżbnie zapowiadała burzę, puszczyk ponuro pohukiwał, a w zaroślach nagle szeleściły ptaki, spłoszone z gałęzi.

Świetliki, które najjaśniej błyszczały w najciemniejszych miejscach, raz po raz płoszyły Ichaboda, kiedy któryś, wyjątkowo jasny, przeleciał mu przez drogę. A jeśli przypadkiem jakiś wielki, głupi chrząszcz przyleciał niezgrabnie i uderzył w niego, biedak gotów był oddać ducha, przekonany, że naznaczyła go czarownica.

W takich chwilach miał tylko jeden ratunek, żeby zagłuszyć myśli albo odpędzić złe duchy: śpiewał psalmy. Poczciwi mieszkańcy Sleepy Hollow, którzy wieczorami siadywali przed domami, nieraz słuchali z nabożnym lękiem jego nosowej melodii, przeciągłej i słodkiej, płynącej z dalekiego wzgórza albo z mrocznej drogi.

Lękliwą przyjemność sprawiały mu też długie zimowe wieczory u starych holenderskich gospodyń, które przędły przy ogniu, podczas gdy na palenisku piekły się i syczały rzędem jabłka. Słuchał wtedy ich cudownych opowieści o duchach i straszydłach, o nawiedzonych polach, nawiedzonych strumieniach, nawiedzonych mostach i nawiedzonych domach, a przede wszystkim o jeźdźcu bez głowy, którego czasem nazywały galopującym Heseńczykiem z doliny.

Ichabod z kolei zachwycał je opowieściami o czarach i o złowróżbnych znakach, zjawach i głosach w powietrzu, których pełno było w dawnych czasach w Connecticut. Straszył je też okropnie rozważaniami o kometach i spadających gwiazdach, a zwłaszcza przerażającą wiadomością, że ziemia naprawdę się obraca i że one same przez pół doby chodzą do góry nogami.

Przyjemnie było tak siedzieć wygodnie w kącie przy kominie, w izbie rozjaśnionej czerwonym blaskiem trzaskającego ognia, gdzie oczywiście żaden duch nie śmiał się pokazać. Ale Ichabod płacił za tę przyjemność drogo strachem w drodze do domu.

Jakież straszne kształty i cienie czyhały na niego w bladej, upiornej poświacie śnieżnej nocy! Z jaką tęsknotą patrzył na każdy drżący promyk światła, który z jakiegoś dalekiego okna padał na puste pola! Ileż razy zamierał na widok krzaka przysypanego śniegiem, który jak duch w prześcieradle zastępował mu drogę!

Ileż razy krew stygła mu w żyłach na dźwięk własnych kroków na zmarzniętej skorupie śniegu, i bał się obejrzeć przez ramię, żeby nie zobaczyć jakiegoś potwora, który depcze mu po piętach! I ileż razy wpadał w zupełną rozpacz, kiedy wichura z wyciem przelatywała między drzewami, bo myślał, że to galopujący Heseńczyk na swoim nocnym objeździe!

Wszystko to były jednak tylko nocne strachy, zjawy umysłu, które chodzą w ciemności. Choć w swoim życiu widział niejednego ducha, a podczas samotnych wędrówek nieraz napastował go diabeł pod różnymi postaciami, światło dnia kładło kres wszystkim tym nieszczęściom.

I wiódłby Ichabod całkiem przyjemne życie, na przekór diabłu i wszystkim jego sprawkom, gdyby na jego drodze nie stanęła istota, która przysparza śmiertelnikom więcej kłopotu niż duchy, straszydła i wszystkie czarownice razem wzięte. A była to kobieta.

Wśród uczniów, którzy raz w tygodniu zbierali się wieczorem na lekcję śpiewu psalmów, była Katrina Van Tassel, córka i jedyne dziecko zamożnego holenderskiego rolnika. Była to kwitnąca osiemnastoletnia panna, pulchna jak kuropatwa, dojrzała, słodka i rumiana jak brzoskwinie z sadu jej ojca. Słynęła w całej okolicy nie tylko z urody, ale i z wielkiego posagu, który miała odziedziczyć.

Była przy tym trochę kokietką, co widać było nawet po jej stroju. Mieszała dawną i nową modę tak, żeby jak najlepiej podkreślić swoje wdzięki. Nosiła ozdoby z czystego żółtego złota, które jej praprababka przywiozła kiedyś z Saardamu, kuszący gorset z dawnych czasów i do tego zaczepnie krótką spódnicę, spod której widać było najładniejszą stopę i kostkę w całej okolicy.

Ichabod Crane miał dla płci pięknej miękkie i niemądre serce, nic więc dziwnego, że tak smakowity kąsek szybko wpadł mu w oko, zwłaszcza kiedy odwiedził pannę w jej rodzinnym domu.

Stary Baltus Van Tassel był wzorem zamożnego, zadowolonego i hojnego gospodarza. Co prawda rzadko wybiegał wzrokiem czy myślą poza granice własnego gospodarstwa, ale w tych granicach wszystko było przytulne, szczęśliwe i dostatnie. Był zadowolony ze swojego bogactwa, ale nie pysznił się nim. Chlubił się raczej dostatkiem niż wystawnością.

Jego warownia stała nad brzegiem Hudsonu, w jednym z tych zielonych, osłoniętych, żyznych zakątków, w których holenderscy rolnicy tak lubią się zaszywać. Rozłożysty wiąz rozpościerał nad nią szerokie konary. U jego stóp biło źródło o najmiększej i najsłodszej wodzie, ujęte w małą studzienkę z beczki, a stamtąd woda uciekała, połyskując, przez trawę do pobliskiego strumyka, który szemrał wśród olch i karłowatych wierzb.

Tuż obok domu stała ogromna stodoła, która mogłaby służyć za kościół. Z każdego jej okna i każdej szczeliny zdawały się wysypywać skarby gospodarstwa. Od rana do wieczora dudniły w niej cepy. Pod okapem z ćwierkaniem śmigały jaskółki, a na dachu wygrzewały się w słońcu rzędy gołębi: jedne z jednym okiem zwróconym ku niebu, jakby sprawdzały pogodę, inne z głową pod skrzydłem albo wtuloną w pierś, a jeszcze inne nadymały się, gruchały i kłaniały swoim gołębicom.

Gładkie, ociężałe wieprze pochrząkiwały w spokoju i dostatku swoich chlewików, skąd co chwila wybiegały całe stadka prosiąt, jakby chciały powąchać świeżego powietrza. Na pobliskim stawie dostojnie pływała eskadra śnieżnobiałych gęsi, eskortując całe flotylle kaczek. Przez podwórze maszerowały z bulgotem pułki indyków, a perliczki krzątały się wokoło jak zrzędliwe gospodynie i narzekały swoim kłótliwym, niezadowolonym krzykiem.

Przed drzwiami stodoły przechadzał się dumnie kogut, wzór męża, wojownika i dżentelmena. Trzepotał lśniącymi skrzydłami i piał z dumy i radości serca, a czasem rozgrzebywał nogami ziemię i wtedy wielkodusznie przywoływał swoją wiecznie głodną rodzinę, żony i dzieci, żeby skosztowały smacznego kąska, który znalazł.

Nauczycielowi aż ślinka ciekła na widok tej wspaniałej obietnicy zimowych przysmaków. Jego żarłoczna wyobraźnia widziała każde prosię, jak biega z puddingiem w brzuchu i jabłkiem w ryjku. Gołębie układały się wygodnie do snu w przytulnym pasztecie, przykryte kołderką z ciasta. Gęsi pływały we własnym sosie, a kaczki leżały parami w półmiskach, jak zgodne małżeństwa, w przyzwoitej porcji sosu cebulowego.

W wieprzach widział już przyszłe gładkie płaty boczku i soczyste, smakowite szynki. Nie było indyka, którego by nie widział zgrabnie oprawionego, z żołądkiem pod skrzydłem i może jeszcze z naszyjnikiem pachnących kiełbasek. Nawet sam piękny kogut leżał rozciągnięty na grzbiecie na półmisku, z zadartymi pazurami, jakby błagał o litość, o którą za życia jego rycerski duch nie raczyłby prosić.

Zachwycony Ichabod roił sobie to wszystko i toczył wielkimi zielonymi oczami po tłustych łąkach, bogatych polach pszenicy, żyta, gryki i kukurydzy, po sadach uginających się pod rumianymi owocami, które otaczały ciepłe siedlisko Van Tassela. Serce wyrywało mu się do panny, która miała odziedziczyć te włości.

A wyobraźnia podsuwała mu, jak łatwo można by to wszystko zamienić na gotówkę, a pieniądze włożyć w ogromne połacie dzikiej ziemi i w drewniane pałace na pustkowiu. Ba, jego ruchliwa fantazja już spełniła te nadzieje. Widział kwitnącą Katrinę z całą gromadką dzieci, jak siedzi na szczycie wozu wyładowanego domowymi gratami, pod którym dyndają garnki i kociołki.

Siebie samego widział na kłusującej klaczy ze źrebakiem przy nodze, jak wyrusza do Kentucky, do Tennessee albo Bóg wie dokąd.

A kiedy wszedł do domu, przepadł z kretesem. Był to jeden z tych przestronnych domów, jakie budowali pierwsi holenderscy osadnicy, z wysokim dachem, który z przodu opadał nisko. Wysunięty okap tworzył wzdłuż frontu ganek, który w złą pogodę można było zamknąć.

Wisiały pod nim cepy, uprząż, rozmaite narzędzia gospodarskie i sieci do łowienia ryb w pobliskiej rzece. Wzdłuż ścian stały ławy na letnie wieczory, a wielki kołowrotek na jednym końcu i maślnica na drugim pokazywały, do ilu rzeczy służył ten ważny ganek.

Z ganku zdumiony Ichabod wszedł do sieni, która była sercem domu i miejscem, gdzie zwykle przebywała rodzina. Tu oślepiły go rzędy lśniących cynowych naczyń na długim kredensie. W jednym kącie stał ogromny wór wełny, gotowej do przędzenia, w drugim leżała sterta samodziału świeżo zdjętego z krosna. Wzdłuż ścian wisiały wesołe girlandy kolb kukurydzy i sznury suszonych jabłek i brzoskwiń, przeplatane jaskrawą czerwoną papryką.

Przez uchylone drzwi zajrzał do najlepszego pokoju, gdzie krzesła na lwich łapach i stoły z ciemnego mahoniu lśniły jak lustra. Żelazne kozły w kominku, łopatka i szczypce połyskiwały spod gałązek szparagów. Na gzymsie kominka leżały sztuczne pomarańcze i muszle, nad nim wisiały sznury ptasich jaj w różnych kolorach, a ze środka sufitu zwisało wielkie strusie jajo. Narożna szafka, nie bez zamysłu zostawiona otworem, ukazywała nieprzebrane skarby starego srebra i starannie sklejonej porcelany.

Od chwili, gdy Ichabod ujrzał te krainy rozkoszy, stracił spokój ducha i myślał już tylko o tym, jak zdobyć serce niezrównanej córki Van Tassela. W tym przedsięwzięciu miał jednak więcej prawdziwych trudności, niż zwykle przypadało w udziale dawnym błędnym rycerzom.

Ci zwykle musieli zmagać się tylko z olbrzymami, czarnoksiężnikami, ziejącymi ogniem smokami i tym podobnymi przeciwnikami, których łatwo pokonać. Wystarczyło przebić się przez żelazne i spiżowe bramy i diamentowe mury do baszty zamku, gdzie więziono damę ich serca. Wszystko to szło im równie łatwo jak przebicie się nożem do środka świątecznego pasztetu, a potem dama, rzecz jasna, oddawała im rękę.

Ichabod musiał za to torować sobie drogę do serca wiejskiej kokietki przez labirynt kaprysów i zachcianek, które co chwila stawiały przed nim nowe trudności i przeszkody. Musiał też stawić czoło całemu zastępowi groźnych przeciwników z krwi i kości: licznym wiejskim adoratorom, którzy oblegali każde wejście do jej serca. Pilnowali się nawzajem czujnie i gniewnie, ale gotowi byli wspólnie ruszyć na każdego nowego rywala.

Najgroźniejszym z nich był krzepki, hałaśliwy hulaka, który nazywał się Abraham Van Brunt, a na którego po holendersku mówiono krótko Brom. Był bohaterem całej okolicy, która rozbrzmiewała opowieściami o jego sile i zuchwałości. Barczysty i gibki, miał krótkie, kręcone czarne włosy i szorstką, ale wcale nie niemiłą twarz, w której mieszała się wesołość z zarozumialstwem.

Za herkulesową budowę i wielką siłę w rękach i nogach przezwano go Brom Bones, czyli Brom Kościsty, i pod tym przezwiskiem znali go wszyscy. Słynął z tego, że znał się na koniach i jeździł świetnie, zręczny w siodle jak Tatar. Na każdych wyścigach i walkach kogutów był pierwszy. Dzięki przewadze, jaką na wsi daje siła, rozstrzygał wszystkie spory: przekrzywiał kapelusz na bakier i wydawał wyroki takim tonem, że nikt nie śmiał się sprzeciwić ani od nich odwołać.

Zawsze był gotów do bójki albo do zabawy, ale miał w sobie więcej psoty niż złej woli. Pod całą tą zawadiacką szorstkością krył sporo figlarnej dobroduszności. Miał trzech czy czterech kompanów, dla których był wzorem. Na ich czele przemierzał okolicę i pojawiał się wszędzie, gdzie na wiele mil wokoło była bójka albo zabawa.

W zimne dni nosił futrzaną czapkę z lisim ogonem, który dumnie powiewał. Kiedy ludzie na wiejskim zebraniu dostrzegli z daleka tę dobrze znaną kitę, jak miga wśród gromady śmiałych jeźdźców, zawsze szykowali się na burzę.

Czasem słychać było o północy, jak jego kompania przelatuje obok zagród z hukiem i pohukiwaniem, jak oddział Kozaków znad Donu. Stare gospodynie, wyrwane ze snu, nasłuchiwały przez chwilę, aż tętent przetoczył się dalej, i wołały:

— A, to Brom Bones ze swoją bandą!

Sąsiedzi patrzyli na niego z mieszaniną lęku, podziwu i życzliwości. Kiedy w okolicy zdarzył się jakiś szalony figiel albo wiejska bójka, zawsze kiwali głowami i zaręczali, że za tym stoi Brom Bones.

Ten hałaśliwy bohater od jakiegoś czasu upatrzył sobie kwitnącą Katrinę na przedmiot swoich nieokrzesanych zalotów. Choć jego miłosne pieszczoty przypominały czułości niedźwiedzia, szeptano, że panna nie odbiera mu całkiem nadziei.

To pewne, że gdy tylko on się zbliżał, inni kandydaci, którzy nie mieli ochoty wchodzić mu w drogę, ustępowali pola. Kiedy więc w niedzielny wieczór jego koń stał przywiązany do płotu Van Tassela, co było pewnym znakiem, że jego pan zaleca się w środku, wszyscy inni konkurenci przejeżdżali obok zrozpaczeni i szli wojować gdzie indziej.

Z takim to groźnym rywalem przyszło się zmierzyć Ichabodowi Crane’owi. Biorąc wszystko pod uwagę, odważniejszy od niego człowiek wycofałby się z tych zawodów, a mądrzejszy straciłby nadzieję. Ichabod miał jednak w naturze szczęśliwą mieszaninę giętkości i wytrwałości.

Z postury i z ducha przypominał giętką trzcinę: ustępliwy, ale wytrzymały. Zginał się, ale nigdy nie łamał. Choć pochylał się pod najlżejszym naciskiem, w chwili gdy nacisk ustępował, hop! prostował się i zadzierał głowę tak wysoko jak zawsze.

Otwarte wystąpienie przeciwko rywalowi byłoby szaleństwem, bo Brom nie należał do tych, którym można było stanąć na drodze w miłości, tak samo jak niegdyś porywczy kochanek Achilles. Ichabod zalecał się więc po cichu, łagodnie i zręcznie. Pod pozorem lekcji śpiewu często bywał w gospodarstwie. Nie musiał się zresztą obawiać wtrącania rodziców, które tak często bywa kłodą rzuconą pod nogi zakochanym.

Balt Van Tassel był łagodnym i pobłażliwym człowiekiem. Kochał córkę nawet bardziej niż swoją fajkę i jak rozsądny człowiek i wspaniały ojciec pozwalał jej we wszystkim postawić na swoim. Jego dzielna drobna żona też miała dość roboty z prowadzeniem domu i doglądaniem drobiu. Jak mądrze zauważała, kaczki i gęsi to głupie stworzenia i trzeba ich pilnować, a dziewczęta same potrafią o siebie zadbać.

Tak więc, kiedy zapracowana gospodyni krzątała się po domu albo przędła przy kołowrotku na jednym końcu ganku, poczciwy Balt siedział na drugim końcu z wieczorną fajką. Przyglądał się wtedy wyczynom małego drewnianego wojaka, który z mieczem w każdej ręce dzielnie walczył z wiatrem na szczycie stodoły.

Tymczasem Ichabod zalecał się do córki przy źródle pod wielkim wiązem albo przechadzał się z nią o zmierzchu, w porze, która tak sprzyja wymowie zakochanych.

Nie twierdzę, że wiem, jak się zdobywa kobiece serca. Dla mnie zawsze były zagadką i przedmiotem podziwu. Niektóre mają chyba tylko jeden czuły punkt, jedne drzwi, którymi można do nich wejść, inne mają tysiąc dróg dostępu i można je zdobyć na tysiąc różnych sposobów.

Zdobycie tych pierwszych to wielki triumf zręczności, ale utrzymanie tych drugich to jeszcze większy dowód talentu wodza, bo trzeba bronić twierdzy przy każdych drzwiach i każdym oknie. Kto zdobędzie tysiąc zwyczajnych serc, zasługuje więc na pewną sławę. Ale kto niepodzielnie panuje nad sercem kokietki, ten jest prawdziwym bohaterem.

Jedno jest pewne: groźny Brom Bones takim bohaterem nie był. Od chwili, gdy Ichabod Crane zaczął się zalecać, sprawy Broma wyraźnie podupadły. Konia Broma nie widywano już w niedzielne wieczory przywiązanego do płotu, a między Bromem a nauczycielem ze Sleepy Hollow powoli wyrosła zażarta wrogość.

Brom miał w sobie trochę nieokrzesanej rycerskości i najchętniej doprowadziłby do otwartej wojny. Chciał rozstrzygnąć, komu należy się panna, jak to robili najzwięźlejsi i najprostsi w rozumowaniu ludzie, dawni błędni rycerze: w pojedynku. Ale Ichabod za dobrze zdawał sobie sprawę z przewagi przeciwnika, żeby stanąć z nim w szranki.

Ichabod podsłuchał kiedyś, jak Brom się przechwalał, że „zegnie nauczyciela wpół i położy go na półce w jego własnej szkole”, i był zbyt ostrożny, żeby dać mu ku temu okazję. Ten uparcie pokojowy sposób postępowania był niesłychanie drażniący. Bromowi nie zostawało nic innego, jak sięgnąć do zapasów wiejskiej błazenady, które miał w naturze, i płatać rywalowi prostackie figle.

Ichabod stał się celem wymyślnych złośliwości Broma i jego bandy zawadiackich jeźdźców. Pustoszyli jego dotąd spokojne włości. Zatkali komin i wykurzyli dymem jego szkołę śpiewu. W nocy włamali się do szkoły, mimo groźnych zabezpieczeń z witki i kołków, i przewrócili wszystko do góry nogami, tak że biedny nauczyciel zaczął myśleć, że zbierają się tam wszystkie czarownice z okolicy.

Ale co było jeszcze bardziej dokuczliwe, Brom przy każdej okazji ośmieszał go przed jego wybranką. Miał też łobuzerskiego psa, którego nauczył skomleć w najśmieszniejszy sposób, i przedstawiał go pannie jako rywala Ichaboda i nowego nauczyciela śpiewu psalmów.

W ten sposób sprawy ciągnęły się przez jakiś czas, a stosunek sił między walczącymi stronami właściwie się nie zmieniał. Pewnego pięknego jesiennego popołudnia Ichabod siedział zamyślony na wysokim stołku, z którego zwykle doglądał wszystkich spraw swojego małego królestwa nauki. W ręce trzymał linijkę, berło despotycznej władzy. Rózga sprawiedliwości spoczywała na trzech gwoździach za tronem i budziła nieustanny postrach wśród złoczyńców.

Na pulpicie przed nim leżały różne przedmioty przemytu i zakazana broń, odebrane leniwym urwisom: nadgryzione jabłka, pukawki, bąki, klatki na muchy i całe zastępy zadziornych papierowych kogutów. Najwyraźniej niedawno wymierzono tu jakąś straszną karę, bo uczniowie pilnie ślęczeli nad książkami albo ukradkiem szeptali zza nich, nie spuszczając jednego oka z nauczyciela. W całej izbie panowała brzęcząca cisza.

Nagle przerwał ją przybysz. Był to młody czarnoskóry parobek w kurtce i spodniach z grubego płótna, w okrągłym, poszarpanym kapeluszu, który przypominał hełm Merkurego. Siedział na grzbiecie kudłatego, dzikiego, na wpół ujeżdżonego źrebaka, którym kierował za pomocą sznurka zamiast uzdy.

Podjechał z tętentem pod drzwi szkoły z zaproszeniem dla Ichaboda na zabawę, czyli na wieczorek przy szyciu kołder, który miał się odbyć tego wieczoru u pana Van Tassela. Wygłosił wiadomość z wielką powagą i bardzo starannie dobierając słowa, jak ktoś, kto pełni ważną misję. Potem przeskoczył strumyk i pogalopował w górę doliny, pełen poczucia ważności i pośpiechu.

W cichej przed chwilą izbie zrobiło się teraz wielkie zamieszanie i gwar. Uczniów przegnano przez lekcje bez zatrzymywania się na drobiazgach. Ci zwinniejsi przeskakiwali bezkarnie połowę, a guzdrałom co jakiś czas przypominano o pośpiechu porządnym klapsem z tyłu albo pomagano im w ten sposób przebrnąć przez trudne słowo.

Książki rzucano na bok, zamiast odkładać je na półki, przewracano kałamarze i ławki. Całą szkołę wypuszczono godzinę wcześniej niż zwykle. Dzieci wysypały się na łąkę jak gromada małych diabełków i wrzeszczały i dokazywały z radości, że wcześnie odzyskały wolność.

Dzielny Ichabod stroił się tym razem co najmniej pół godziny dłużej niż zwykle. Szczotkował i odświeżał swój najlepszy, a właściwie jedyny, wypłowiały czarny garnitur i układał włosy przed kawałkiem stłuczonego lustra, które wisiało w szkole.

Chciał się pokazać wybrance jak prawdziwy kawaler, więc pożyczył konia i odświętne siodło od rolnika, u którego mieszkał. Był to porywczy stary Holender, który nazywał się Hans Van Ripper. Ichabod dosiadł konia i wyruszył jak błędny rycerz na poszukiwanie przygód.

Wypada jednak, w duchu dawnych romansów rycerskich, opisać wygląd i rynsztunek mojego bohatera i jego rumaka. Zwierzę, którego dosiadał, było wysłużonym koniem pociągowym, który przeżył prawie wszystko oprócz swojej złośliwości. Był wychudzony i kudłaty, miał szyję jak owca i łeb jak młotek, a rdzawa grzywa i ogon były splątane i pozlepiane rzepami.

Jedno oko straciło źrenicę i patrzyło upiornie i szkliście, ale w drugim błyszczał prawdziwy diabeł. Koń musiał jednak mieć w swoim czasie ogień i temperament, sądząc po imieniu, jakie nosił: Gunpowder, czyli Proch.

Był zresztą kiedyś ulubionym koniem swojego pana, porywczego Van Rippera, który jeździł jak szalony i zapewne przelał w zwierzę trochę własnego charakteru. Bo choć Gunpowder wyglądał na starego i wysłużonego, czaiło się w nim więcej diabła niż w niejednej młodej klaczy w okolicy.

Ichabod był postacią godną takiego rumaka. Jeździł na krótkich strzemionach, tak że kolana sięgały mu prawie do łęku siodła. Ostre łokcie sterczały mu na boki jak u konika polnego. Bat trzymał w ręce pionowo jak berło, a kiedy koń człapał, ruch ramion jeźdźca przypominał trzepot pary skrzydeł.

Mały wełniany kapelusz spoczywał mu na czubku nosa, bo tak można było nazwać jego wąski pasek czoła, a poły czarnego surduta powiewały prawie do końskiego ogona. Tak wyglądali Ichabod i jego koń, kiedy człapali przez bramę Hansa Van Rippera, i było to zjawisko, jakie rzadko spotyka się w biały dzień.

Był, jak już mówiłem, piękny jesienny dzień. Niebo było czyste i pogodne, a przyroda przywdziała tę bogatą, złotą szatę, która zawsze kojarzy się nam z obfitością. Lasy przybrały spokojny brąz i żółć, a niektóre delikatniejsze drzewa przymrozek pomalował na jaskrawy pomarańcz, purpurę i szkarłat.

Wysoko na niebie zaczęły się pokazywać długie sznury dzikich kaczek. Z gajów buków i orzeszników dochodziło szczekanie wiewiórek, a z pobliskiego ścierniska co jakiś czas rozlegało się tęskne pogwizdywanie przepiórki.

Małe ptaki urządzały pożegnalne uczty. W pełni swojej hulanki fruwały z ćwierkaniem i swawolą z krzaka na krzak i z drzewa na drzewo, kapryśne od samego nadmiaru i rozmaitości wokół. Był tam poczciwy rudzik, ulubiona zwierzyna młodych myśliwych, z głośnym, żałosnym głosem, i świergoczące kosy, które latały czarnymi chmurami.

Był dzięcioł o złotych skrzydłach, z karmazynowym czubem, szerokim czarnym półksiężycem na piersi i wspaniałym upierzeniem, i jemiołuszka o skrzydłach z czerwonymi końcami, z żółtym brzeżkiem ogona i małym czubkiem z piór na głowie. Była też modrosójka, ten hałaśliwy fircyk, w wesołym jasnoniebieskim surducie i białej bieliźnie. Wrzeszczała i trajkotała, podskakiwała, kiwała się i kłaniała, i udawała, że jest w przyjaźni z każdym śpiewakiem w gaju.

Ichabod jechał powoli, a jego oko, zawsze otwarte na każdy znak kuchennej obfitości, wędrowało z rozkoszą po skarbach wesołej jesieni. Wszędzie widział mnóstwo jabłek: jedne wisiały na drzewach w przytłaczającym bogactwie, inne zebrano do koszy i beczek na targ, a jeszcze inne usypano w wielkie stosy do tłoczni cydru.

Dalej widział wielkie pola kukurydzy, ze złotymi kolbami, które wyglądały spod liści i obiecywały placki i kaszę. Pod nimi leżały żółte dynie i wystawiały do słońca swoje piękne okrągłe brzuchy, a każda zapowiadała najwspanialsze ciasta.

Potem mijał pachnące pola gryki, od których szedł zapach ula. Na ich widok ogarniały go słodkie myśli o delikatnych plackach gryczanych, które posmaruje masłem i poleje miodem albo melasą delikatna rączka Katriny Van Tassel z dołeczkami.

Karmiąc się tak słodkimi myślami i lukrowanymi marzeniami, jechał zboczami pasma wzgórz, z których widać niektóre z najpiękniejszych krajobrazów potężnego Hudsonu. Słońce powoli toczyło swoją szeroką tarczę na zachód. Szeroka tafla Tappan Zee leżała nieruchoma i szklista, tylko tu i ówdzie łagodna fala przesuwała i wydłużała niebieski cień dalekiej góry.

Na niebie płynęło kilka bursztynowych obłoków, choć nie było najlżejszego powiewu, który by nimi poruszał. Widnokrąg miał piękny złoty odcień, który powoli przechodził w czystą jabłkową zieleń, a ta w głęboki błękit środka nieba. Ukośny promień słońca kładł się na zalesionych szczytach urwisk, które w niektórych miejscach wisiały nad rzeką, i pogłębiał ciemną szarość i purpurę ich skalnych zboczy.

W oddali powoli dryfował z prądem jednomasztowy żaglowiec, a jego żagiel wisiał bezużytecznie przy maszcie. Niebo odbijało się w spokojnej wodzie tak, że statek zdawał się zawieszony w powietrzu.

Dopiero pod wieczór Ichabod dotarł do zamku pana Van Tassela. Zastał tam tłum ludzi, kwiat i dumę całej okolicy. Byli tam starzy rolnicy, chudzi, o twarzach jak ze skóry, w samodziałowych surdutach i spodniach do kolan, w niebieskich pończochach, ogromnych butach i wspaniałych cynowych sprzączkach.

Ich żwawe, pomarszczone żony miały ciasne, karbowane czepki, kaftany z długim stanem i samodziałowe spódnice, a na wierzchu wisiały im nożyczki, poduszeczki na igły i wesołe perkalowe kieszenie. Hoże dziewczęta były ubrane niemal tak staroświecko jak matki, tylko gdzieniegdzie słomkowy kapelusz, ładna wstążka albo może biała sukienka zdradzały wpływy miasta.

Synowie przyszli w krótkich surdutach o kwadratowych połach, z rzędami ogromnych mosiężnych guzików, a włosy mieli przeważnie splecione w harcap według ówczesnej mody, zwłaszcza jeśli udało im się zdobyć do tego skórę węgorza. W całej okolicy uważano ją bowiem za świetny środek, który odżywia i wzmacnia włosy.

Bohaterem wieczoru był jednak Brom Bones. Przyjechał na swoim ulubionym koniu Daredevilu, stworzeniu, które tak jak jego pan było pełne werwy i psoty i którego nikt oprócz Broma nie umiał okiełznać. Brom słynął zresztą z tego, że wolał złośliwe konie, skłonne do wszelkich sztuczek, przy których jeździec co chwila ryzykował, że skręci kark. Spokojnego, dobrze ujeżdżonego konia uważał za niegodnego chłopaka z temperamentem.

Chętnie zatrzymałbym się dłużej przy cudach, które ukazały się zachwyconym oczom mojego bohatera, kiedy wszedł do paradnego pokoju w domu Van Tassela. Nie mówię o wdziękach gromadki hożych dziewcząt w całej ich bieli i czerwieni, ale o obfitych wdziękach prawdziwego holenderskiego wiejskiego stołu w bogatej porze jesieni.

Jakież tam stały półmiski, wyładowane ciastami najrozmaitszych, prawie nie do opisania rodzajów, które znają tylko doświadczone holenderskie gospodynie! Były tam krzepkie pączki, delikatniejsze smażone ciasteczka i chrupiące chruściki, słodkie ciastka i kruche ciasteczka, pierniki i miodowniki, i cała rodzina ciast.

A do tego szarlotki, ciasta brzoskwiniowe i dyniowe, a oprócz nich plastry szynki i wędzonej wołowiny, a jeszcze przepyszne miseczki konfitur ze śliwek, brzoskwiń, gruszek i pigw. Nie mówiąc już o pieczonych alozach i pieczonych kurczętach, i dzbankach mleka i śmietanki. Wszystko to stało pomieszane jedno z drugim, mniej więcej tak, jak je wyliczyłem, a pośrodku matczyny dzbanek do herbaty wypuszczał obłoki pary.

Niech mnie Bóg ma w swojej opiece! Brak mi tchu i czasu, żeby opisać tę ucztę tak, jak na to zasługuje, a poza tym spieszno mi do dalszego ciągu opowieści. Na szczęście Ichabod Crane nie spieszył się tak bardzo jak jego kronikarz i oddał należną sprawiedliwość każdemu przysmakowi.

Ichabod był stworzeniem życzliwym i wdzięcznym. Serce rosło mu w miarę tego, jak napełniał się jego brzuch, a od jedzenia poprawiał mu się humor, tak jak niektórym ludziom od picia. Jedząc, nie mógł się też powstrzymać, żeby nie toczyć wokół wielkimi oczami, i chichotał na myśl, że może któregoś dnia zostanie panem całego tego niewyobrażalnego zbytku i przepychu.

Pomyślał, że wtedy natychmiast odwróci się plecami do starej szkoły, pstryknie palcami przed nosem Hansowi Van Ripperowi i każdemu innemu skąpemu żywicielowi i wyrzuci za drzwi każdego wędrownego belfra, który ośmieli się nazwać go kolegą!

Stary Baltus Van Tassel krążył wśród gości, z twarzą rozpromienioną zadowoleniem i dobrym humorem, okrągłą i wesołą jak księżyc w czasie żniw. Jego gościnność wyrażała się krótko, ale dobitnie: uściskiem dłoni, klepnięciem po ramieniu, głośnym śmiechem i gorącą zachętą.

— Częstujcie się, częstujcie! — wołał do każdego.

A teraz z sieni, czyli z dużej izby, dobiegła muzyka i wezwała do tańca. Grał stary, siwy czarnoskóry skrzypek, który od ponad pół wieku był wędrowną orkiestrą całej okolicy. Jego skrzypce były równie stare i zniszczone jak on sam. Przez większość czasu rzępolił na dwóch czy trzech strunach i każdy ruch smyczka podkreślał ruchem głowy. Kiedy do tańca miała ruszyć nowa para, kłaniał się prawie do ziemi i tupał nogą.

Ichabod był równie dumny ze swojego tańca jak ze swojego głosu. Nie próżnowała u niego ani jedna kończyna, ani jedno włókno. Kto zobaczył, jak jego luźno sklecone ciało podryguje i klekocze po całej izbie, pomyślałby, że to sam święty Wit, błogosławiony patron tańca, tańczy przed nim we własnej osobie.

Ichaboda podziwiała cała czarnoskóra służba z farmy i okolicy. Starzy i młodzi, mali i duzi, tłoczyli się w każdych drzwiach i każdym oknie i z zachwytem patrzyli na zabawę, szczerząc zęby od ucha do ucha.

Jakże pogromca urwisów miał nie być w siódmym niebie? Dama jego serca tańczyła z nim w parze i uśmiechała się łaskawie w odpowiedzi na wszystkie jego zakochane spojrzenia. Tymczasem Brom Bones, ciężko zraniony miłością i zazdrością, siedział sam w kącie i ponuro rozmyślał.

Kiedy taniec się skończył, Ichaboda przyciągnęła gromadka statecznych starszych ludzi, którzy razem ze starym Van Tasselem siedzieli na jednym końcu ganku, palili fajki, gawędzili o dawnych czasach i snuli długie opowieści o wojnie.

Okolica, o której mówię, była w tamtych czasach jednym z tych szczęśliwych miejsc, gdzie aż roi się od kronik i wielkich ludzi. W czasie wojny biegła tędy linia frontu między Brytyjczykami a Amerykanami. Dlatego grasowali tu maruderzy, kręcili się zbiegowie, złodzieje bydła i wszelkiego rodzaju rycerstwo z pogranicza. Upłynęło akurat tyle czasu, żeby każdy opowiadacz mógł ozdobić swoją historię odrobiną stosownej fantazji, a dzięki zatartym wspomnieniom zrobić z siebie bohatera każdego czynu.

Była tam historia Doffuego Martlinga, wielkiego Holendra z sinoczarną brodą, który ze starego żelaznego działa ustawionego na błotnym szańcu omal nie zdobył brytyjskiej fregaty. Przeszkodziło mu tylko to, że przy szóstym strzale działo pękło.

Był też pewien starszy pan, którego nie wymienię z nazwiska, bo to zbyt bogaty gospodarz, żeby o nim mówić lekkomyślnie. W bitwie pod White Plains, jako znakomity szermierz, odbił małą szpadą kulę z muszkietu. Mówił, że wyraźnie poczuł, jak świsnęła wokół klingi i odbiła się od rękojeści. Na dowód gotów był w każdej chwili pokazać szpadę z lekko wygiętą rękojeścią.

Było jeszcze kilku innych, którzy równie chlubnie zasłużyli się na polu walki, i każdy z nich był przekonany, że to w dużej mierze jego zasługa, że wojna skończyła się szczęśliwie.

Ale wszystko to było niczym wobec opowieści o duchach i zjawach, które przyszły potem. Okolica jest bogata w takie legendarne skarby. Miejscowe opowieści i przesądy najlepiej kwitną w tych zacisznych, dawno zasiedlonych zakątkach. Tam, gdzie mieszka ciągle zmieniający się tłum, jak w większości naszych miasteczek, zostają zadeptane.

Poza tym w większości naszych wsi duchy nie mają żadnej zachęty. Ledwie zdążą przespać pierwszą drzemkę i przewrócić się w grobie, a ich żyjący przyjaciele już wyprowadzili się z okolicy. Kiedy więc wychodzą nocą na obchód, nie mają już żadnego znajomego, którego mogłyby odwiedzić. Może dlatego tak rzadko słyszymy o duchach gdzie indziej niż w naszych starych holenderskich osadach.

Główną przyczyną, dla której w tych stronach krążyło tyle nadprzyrodzonych opowieści, była jednak bez wątpienia bliskość Sleepy Hollow. Samo powietrze, które wiało od tej nawiedzonej krainy, było zaraźliwe. Niosło z sobą senne rojenia, które udzielały się całej okolicy.

U Van Tassela było kilku ludzi ze Sleepy Hollow i jak zwykle snuli swoje dzikie i cudowne legendy. Opowiadano wiele ponurych historii o konduktach pogrzebowych, które tam widywano, i o żałobnych krzykach i zawodzeniach, które słyszano przy wielkim drzewie w pobliżu, tam gdzie pojmano nieszczęsnego majora André.

Wspomniano też o białej damie, która nawiedzała ciemny wąwóz przy Kruczej Skale i często krzyczała w zimowe noce przed burzą, bo kiedyś zginęła tam w śniegu. Większość opowieści dotyczyła jednak ulubionej zjawy Sleepy Hollow, jeźdźca bez głowy. Ostatnio kilka razy słyszano, jak objeżdżał okolicę, a podobno co noc przywiązywał konia między grobami na przykościelnym cmentarzu.

Ten kościół, położony na uboczu, chyba zawsze był ulubionym miejscem niespokojnych duchów. Stoi na pagórku wśród akacji i wysokich wiązów, spomiędzy których skromnie prześwitują jego porządne, bielone ściany, jak chrześcijańska czystość, która jaśnieje w cieniu samotności.

Łagodny stok schodzi od niego do srebrnej tafli wody, otoczonej wysokimi drzewami, między którymi widać tu i ówdzie niebieskie wzgórza nad Hudsonem. Kto popatrzy na jego zarośnięty trawą cmentarz, gdzie promienie słońca zdają się drzemać tak spokojnie, pomyśli, że przynajmniej tam umarli mogą spoczywać w pokoju.

Z jednej strony kościoła ciągnie się szeroki, lesisty jar, którym między połamanymi skałami i pniami zwalonych drzew huczy spory strumień. Nad głęboką, czarną tonią strumienia, niedaleko kościoła, przerzucono dawniej drewniany most. Drogę, która do niego prowadziła, i sam most ocieniały gęsto zwisające drzewa. Nawet za dnia było tam mroczno, a nocą panowała straszna ciemność. Było to jedno z ulubionych miejsc jeźdźca bez głowy i tam spotykano go najczęściej.

Opowiadano o starym Brouwerze, zatwardziałym niedowiarku, który w żadne duchy nie wierzył. Spotkał on jeźdźca, kiedy ten wracał ze swojej wyprawy do Sleepy Hollow, i musiał wsiąść za nim na konia. Gnali przez krzaki i zarośla, przez wzgórza i bagna, aż dojechali do mostu. Tam jeździec nagle zamienił się w szkielet, wrzucił starego Brouwera do strumienia i z hukiem gromu przeskoczył nad wierzchołkami drzew.

Tę historię od razu przebiła trzykroć cudowniejsza przygoda Broma Bonesa, który z galopującego Heseńczyka kpił jak z kiepskiego dżokeja. Zaręczał, że pewnej nocy, kiedy wracał z pobliskiej wioski Sing-Sing, dogonił go ten nocny jeździec. Brom zaproponował mu wyścig o wazę ponczu i byłby ją wygrał, bo Daredevil zostawił upiornego konia daleko w tyle. Ale kiedy dojechali do mostu przy kościele, Heseńczyk skręcił w bok i zniknął w błysku ognia.

Wszystkie te opowieści, snute tym sennym półgłosem, jakim ludzie rozmawiają po ciemku, kiedy twarze słuchaczy tylko czasem rozjaśnia przelotny błysk fajki, głęboko zapadły Ichabodowi w pamięć. Sam też nie pozostał dłużny i przytoczył obszerne wyjątki ze swojego nieocenionego autora, Cottona Mathera. Dorzucił też wiele cudownych zdarzeń, które działy się w jego rodzinnym Connecticut, i strasznych widziadeł, które sam widział podczas nocnych wędrówek po Sleepy Hollow.

Zabawa powoli dobiegała końca. Starzy rolnicy zebrali rodziny na wozy i jeszcze długo słychać było, jak turkoczą po wiejskich drogach przez dolinę i dalekie wzgórza. Niektóre panny siadały na koniach za swoimi ulubionymi kawalerami. Ich beztroski śmiech, zmieszany ze stukotem kopyt, niósł się echem po cichych lasach, coraz słabszy i słabszy, aż w końcu ucichł. Tam, gdzie przed chwilą było tyle gwaru i zabawy, zrobiło się cicho i pusto.

Tylko Ichabod został, jak to mają w zwyczaju wiejscy zalotnicy, żeby porozmawiać z dziedziczką w cztery oczy. Był święcie przekonany, że jest już na najlepszej drodze do sukcesu.

Co zaszło podczas tej rozmowy, nie będę udawał, że wiem, bo naprawdę nie wiem. Obawiam się jednak, że coś poszło nie tak. Nie minęło bowiem wiele czasu, a Ichabod wyszedł zupełnie zrozpaczony i zgnębiony.

Ach, te kobiety! Te kobiety! Czyżby ta dziewczyna płatała mu któreś ze swoich kokieteryjnych figli? Czyżby jej życzliwość dla biednego nauczyciela była tylko udawana, żeby tym pewniej zdobyć jego rywala? Bóg jeden wie, nie ja! Dość powiedzieć, że Ichabod wymknął się z miną kogoś, kto raczej splądrował kurnik, niż zdobył serce pięknej damy.

Nie patrząc ani w prawo, ani w lewo na wiejskie bogactwa, nad którymi tak często się rozpływał, poszedł prosto do stajni. Kilkoma solidnymi kuksańcami i kopniakami bardzo nieuprzejmie zbudził swojego konia z wygodnego legowiska. Gunpowder spał tam smacznie i śnił o górach kukurydzy i owsa, o całych dolinach tymotki i koniczyny.

Była północ, prawdziwa godzina czarów, kiedy Ichabod, z ciężkim sercem i zgnębiony, ruszył w drogę do domu zboczami wysokich wzgórz nad Tarry Town, którymi po południu jechał tak wesoło. Godzina była równie ponura jak on sam. Daleko w dole rozciągała się mroczna, niewyraźna pustka wód Tappan Zee, a gdzieniegdzie sterczał wysoki maszt żaglowca, który stał spokojnie na kotwicy przy brzegu.

W martwej ciszy północy Ichabod słyszał nawet szczekanie psa z drugiego brzegu Hudsonu. Było jednak tak niewyraźne i słabe, że tylko przypominało, jak daleko jest ten wierny towarzysz człowieka. Czasem gdzieś daleko, daleko, w jakiejś zagrodzie wśród wzgórz, przeciągle zapiał kogut, którego coś przypadkiem zbudziło, ale ten dźwięk brzmiał Ichabodowi w uszach jak ze snu.

W pobliżu nie było żadnego znaku życia. Czasem tylko smętnie zacykał świerszcz albo z pobliskiego mokradła gardłowo rechotała żaba, jakby źle jej się spało i nagle przewróciła się w łóżku na drugi bok.

Wszystkie historie o duchach i straszydłach, których Ichabod nasłuchał się tego wieczoru, tłoczyły mu się teraz w pamięci. Noc robiła się coraz ciemniejsza. Gwiazdy zdawały się zapadać coraz głębiej w niebo, a pędzące chmury co chwila je zasłaniały. Nigdy jeszcze nie czuł się tak samotny i nieswój. A w dodatku zbliżał się właśnie do miejsca, gdzie rozgrywało się wiele tych upiornych historii.

Na środku drogi rósł ogromny tulipanowiec, który jak olbrzym górował nad wszystkimi drzewami w okolicy i służył za znak rozpoznawczy. Jego konary były sękate i powykręcane, grube jak pnie zwykłych drzew. Skręcały się prawie do samej ziemi i znów wznosiły w górę.

Drzewo wiązało się z tragiczną historią nieszczęsnego majora André, którego pojmano tuż obok, i wszyscy nazywali je drzewem majora André. Prości ludzie patrzyli na nie z szacunkiem i zabobonnym lękiem, trochę z żalu nad losem nieszczęśliwego człowieka, od którego wzięło nazwę, a trochę z powodu opowieści o dziwnych widziadłach i żałosnych lamentach, które o nim krążyły.

Kiedy Ichabod zbliżał się do tego strasznego drzewa, zaczął gwizdać. Wydało mu się, że ktoś odpowiada mu gwizdem, ale to był tylko podmuch wiatru, który ostro świsnął wśród suchych gałęzi.

Kiedy nauczyciel podjechał trochę bliżej, wydało mu się, że widzi coś białego, co wisi pośrodku drzewa. Zatrzymał się i przestał gwizdać, ale kiedy przyjrzał się uważniej, zobaczył, że to miejsce, gdzie piorun zdarł z drzewa korę i odsłonił białe drewno.

Nagle Ichabod usłyszał jęk. Zęby mu zaszczękały, a kolana zaczęły uderzać o siodło. Ale to tylko jeden ogromny konar ocierał się o drugi, kiedy kołysał nimi wiatr. Ichabod minął drzewo bez szwanku, ale przed nim czekały nowe niebezpieczeństwa.

Jakieś dwieście jardów od drzewa drogę przecinał strumyczek, który wpływał do bagnistego, gęsto zarośniętego wąwozu zwanego Bagnem Wileya. Za mostek nad strumieniem służyło kilka nieociosanych bali, ułożonych obok siebie. Po tej stronie drogi, gdzie strumyk wpływał do lasu, kępa dębów i kasztanowców, gęsto oplecionych dzikim winem, rzucała na wszystko mrok jak w jaskini.

Przejechać przez ten mostek było najcięższą próbą. Właśnie w tym miejscu pojmano nieszczęsnego majora André, a w gąszczu tych kasztanowców i winorośli ukryli się krzepcy wieśniacy, którzy go zaskoczyli. Od tamtej pory strumień uchodzi za nawiedzony. Strach ogarnia każdego ucznia, który musi przejść tamtędy sam po zmroku.

Kiedy Ichabod zbliżał się do strumienia, serce zaczęło mu walić. Zebrał jednak całą odwagę, wymierzył koniowi z dziesięć kopniaków w żebra i spróbował raźno przejechać przez mostek. Ale zamiast ruszyć naprzód, przekorny stary koń skoczył w bok i wpadł na płot.

Ichabod, którego strach rósł z każdą chwilą zwłoki, szarpnął wodze w drugą stronę i z całej siły kopnął drugą nogą. Na próżno. Koń wprawdzie ruszył, ale tylko po to, żeby rzucić się na drugą stronę drogi, w gąszcz jeżyn i olch.

Teraz nauczyciel zaczął okładać batem i piętami wychudzone żebra starego Gunpowdera. Koń rzucił się naprzód, prychając i parskając, ale tuż przy mostku stanął jak wryty, tak nagle, że jeździec omal nie przeleciał mu przez łeb.

Właśnie w tej chwili czułe ucho Ichaboda złowiło przy mostku chlupot kroków. W ciemnym cieniu zagajnika nad brzegiem strumienia zobaczył coś ogromnego, bezkształtnego, czarnego i wysokiego. Nie ruszało się, ale zdawało się przyczajone w mroku jak gigantyczny potwór, gotów rzucić się na wędrowca.

Przerażonemu nauczycielowi włosy stanęły dęba. Co robić? Na zawrócenie i ucieczkę było już za późno. A zresztą jaką szansę miałby na ucieczkę przed duchem albo upiorem, jeśli to rzeczywiście był duch, który mknie na skrzydłach wiatru? Ichabod zebrał więc resztki odwagi, a raczej udał, że ją ma, i zapytał, jąkając się:

— Kim jesteś?

Nie dostał żadnej odpowiedzi. Powtórzył pytanie jeszcze bardziej drżącym głosem. Znowu nic. Raz jeszcze zaczął okładać boki upartego Gunpowdera, a potem zamknął oczy i bezwiednie, z zapałem zaintonował psalm.

Wtedy cień, który go tak przeraził, poruszył się, jednym susem wyskoczył na drogę i stanął na samym jej środku. Choć noc była ciemna i ponura, dało się już jako tako rozpoznać postać nieznajomego. Wyglądał na rosłego jeźdźca na czarnym koniu potężnej budowy.

Nie próbował ani napaść, ani nawiązać rozmowy. Trzymał się z boku drogi i jechał truchtem po ślepej stronie starego Gunpowdera, który tymczasem otrząsnął się już ze strachu i z kaprysów.

Ichabod wcale nie miał ochoty na tak dziwnego nocnego towarzysza. Przypomniał sobie przygodę Broma Bonesa z galopującym Heseńczykiem i popędził konia w nadziei, że zostawi nieznajomego w tyle. Nieznajomy jednak też przyspieszył i dotrzymywał mu kroku. Ichabod ściągnął wodze i przeszedł w stęp, żeby zostać z tyłu. Tamten zrobił to samo.

Ichabodowi zaczęło zamierać serce. Próbował znowu zaśpiewać psalm, ale wyschnięty język przywarł mu do podniebienia i nie mógł wydobyć ani jednej zwrotki. W tym ponurym i uporczywym milczeniu natrętnego towarzysza było coś tajemniczego i przerażającego. Wkrótce wyjaśniło się to w straszny sposób.

Wjeżdżali właśnie na wzniesienie i postać towarzysza podróży zarysowała się na tle nieba: olbrzymia, otulona płaszczem. Ichabod zamarł ze zgrozy, kiedy spostrzegł, że jeździec nie ma głowy! Przerażenie Ichaboda jeszcze wzrosło, kiedy zobaczył, że głowa, która powinna spoczywać na ramionach jeźdźca, leży przed nim na łęku jego siodła.

Strach zamienił się w rozpacz. Ichabod zasypał Gunpowdera gradem kopniaków i razów w nadziei, że nagłym zrywem umknie towarzyszowi. Ale upiór ruszył pełnym galopem razem z nim. Pędzili więc na przełaj, przez wszystko, co stanęło na drodze, a przy każdym susie pryskały kamienie i sypały się iskry. Licha odzież Ichaboda powiewała w powietrzu, a on wyciągał swoje długie, chude ciało daleko nad łbem konia, tak bardzo chciał uciec.

Dojechali do miejsca, gdzie od drogi odbija ścieżka do Sleepy Hollow. Ale Gunpowder, jakby wstąpił w niego zły duch, zamiast pojechać prosto, skręcił w przeciwną stronę i pędem rzucił się w dół, w lewo. Ta droga prowadzi przez piaszczysty, ocieniony drzewami parów, długi na jakąś ćwierć mili, aż do mostu, słynnego z upiornych opowieści. Tuż za nim wznosi się zielony pagórek z bielonym kościołem.

Dotąd przerażenie konia dawało niewprawnemu jeźdźcowi pozorną przewagę w tej pogoni. Ale kiedy byli w połowie parowu, popręgi siodła puściły i Ichabod poczuł, że siodło zsuwa się spod niego. Chwycił je za łęk i próbował utrzymać, ale na próżno. Ledwie zdążył się ratować i objąć starego Gunpowdera za szyję, kiedy siodło spadło na ziemię, a on usłyszał, jak tratuje je prześladowca.

Przez chwilę przemknęła Ichabodowi przez głowę myśl o gniewie Hansa Van Rippera, bo było to jego odświętne siodło. Ale nie był to czas na drobne strachy. Upiór deptał mu po piętach, a Ichabod, jako kiepski jeździec, z trudem utrzymywał się na grzbiecie. Raz zsuwał się na jedną stronę, raz na drugą, to znowu podrzucało go na sterczącym grzbiecie konia tak mocno, że naprawdę bał się, czy go nie przepołowi.

Prześwit między drzewami dodał Ichabodowi otuchy, bo zrodził nadzieję, że most przy kościele jest blisko. Drżące odbicie srebrnej gwiazdy w strumieniu powiedziało mu, że się nie myli. Zobaczył mgliście jaśniejące mury kościoła między drzewami po drugiej stronie. Przypomniał sobie miejsce, w którym zniknął upiorny przeciwnik Broma Bonesa.

„Jeśli tylko dojadę do mostu, jestem ocalony”, pomyślał Ichabod.

Wtedy usłyszał, jak tuż za nim dyszy i sapie czarny koń, i zdawało mu się nawet, że czuje jego gorący oddech. Jeszcze jeden rozpaczliwy kopniak w żebra i stary Gunpowder skoczył na most. Zadudnił po dźwięcznych deskach i dopadł drugiego brzegu. Teraz Ichabod obejrzał się, żeby zobaczyć, czy prześladowca zniknie, jak należy, w błysku ognia i siarki.

I wtedy Ichabod zobaczył, że upiór staje w strzemionach i właśnie ciska w niego swoją głową. Próbował uchylić się przed tym okropnym pociskiem, ale za późno. Pocisk z ogromnym trzaskiem trafił go w czaszkę i nauczyciel runął na łeb, na szyję w pył drogi, a Gunpowder, czarny koń i upiorny jeździec przemknęli obok jak wicher.

Następnego ranka znaleziono starego konia bez siodła, z uzdą pod kopytami, jak spokojnie skubał trawę przed bramą swojego pana. Ichabod nie pokazał się na śniadaniu. Przyszła pora obiadu, a Ichaboda wciąż nie było. Chłopcy zebrali się przed szkołą i snuli się bezczynnie nad strumykiem, ale nauczyciel nie przyszedł.

Hans Van Ripper zaczął się trochę niepokoić o los biednego Ichaboda i swojego siodła. Wszczęto poszukiwania i po starannym śledztwie natrafiono na ślad. Na drodze do kościoła znaleziono siodło wdeptane w błoto. Ślady kopyt, głęboko odciśnięte w drodze, najwyraźniej od szalonego galopu, prowadziły aż do mostu.

Za mostem, nad szerszym miejscem strumienia, gdzie woda była głęboka i czarna, leżał kapelusz nieszczęsnego Ichaboda, a tuż obok rozbita dynia.

Przeszukano strumień, ale ciała nauczyciela nie znaleziono. Hans Van Ripper, jako wykonawca jego testamentu, przejrzał zawiniątko z całym jego dobytkiem. Były tam dwie i pół koszuli, dwie chustki na szyję, para czy dwie pary wełnianych pończoch, stare sztruksowe spodnie do kolan, zardzewiała brzytwa, śpiewnik psalmów z pozaginanymi rogami i pęknięty kamerton.

Książki i sprzęty w szkole należały do gminy, z wyjątkiem „Historii czarów” Cottona Mathera, kalendarza z Nowej Anglii i sennika z wróżbami. W senniku leżał arkusz papieru, cały pokreślony i poplamiony po kilku nieudanych próbach napisania wiersza na cześć dziedziczki Van Tassela.

Te czarnoksięskie książki i poetyckie gryzmoły Hans Van Ripper natychmiast wrzucił do ognia. Od tej pory postanowił nie posyłać już dzieci do szkoły, bo, jak powiedział, nigdy nie widział, żeby z tego całego czytania i pisania wyszło coś dobrego. Jeśli nauczyciel miał jakieś pieniądze, a dzień czy dwa wcześniej dostał pensję za cały kwartał, to musiał je mieć przy sobie w chwili, gdy zniknął.

Tajemnicze zdarzenie wywołało w następną niedzielę w kościele mnóstwo domysłów. Na cmentarzu, przy moście i w miejscu, gdzie znaleziono kapelusz i dynię, zbierały się gromadki gapiów i plotkarzy. Przypomniano sobie historię Brouwera, historię Broma i cały worek innych.

Kiedy je wszystkie starannie rozważono i porównano z okolicznościami tej sprawy, ludzie pokiwali głowami i doszli do wniosku, że Ichaboda porwał galopujący Heseńczyk. Ponieważ Ichabod był kawalerem i nikomu nie był nic winien, nikt już sobie nim głowy nie zaprzątał. Szkołę przeniesiono do innej części doliny i rządy objął w niej inny belfer.

Co prawda pewien stary rolnik, który kilka lat później pojechał w odwiedziny do Nowego Jorku i od którego pochodzi ta opowieść o upiornej przygodzie, przywiózł do domu wiadomość, że Ichabod Crane wciąż żyje. Opuścił okolicę po części ze strachu przed upiorem i przed Hansem Van Ripperem, a po części ze wstydu, że dziedziczka tak nagle dała mu kosza.

Ichabod przeniósł się w odległą część kraju, uczył w szkole i jednocześnie studiował prawo. Został adwokatem, zajął się polityką, prowadził kampanie wyborcze, pisał do gazet, a w końcu został sędzią w sądzie dla drobnych spraw.

Brom Bones, który wkrótce po zniknięciu rywala triumfalnie poprowadził kwitnącą Katrinę do ołtarza, robił bardzo porozumiewawczą minę, ilekroć opowiadano historię Ichaboda. Na wzmiankę o dyni zawsze wybuchał serdecznym śmiechem. Niektórzy podejrzewali więc, że wie o całej sprawie więcej, niż chce powiedzieć.

Stare wiejskie gospodynie, które najlepiej znają się na takich rzeczach, do dziś jednak utrzymują, że Ichaboda porwały nadprzyrodzone moce. Jest to ulubiona historia, którą zimowymi wieczorami opowiada się w całej okolicy przy ogniu. Most budził odtąd jeszcze większy zabobonny lęk. Może dlatego w ostatnich latach poprowadzono drogę inaczej, tak że do kościoła dochodzi się teraz brzegiem stawu przy młynie.

Opuszczona szkoła wkrótce popadła w ruinę i mówiono, że straszy w niej duch nieszczęsnego nauczyciela. A chłopak, który w cichy letni wieczór wraca niespiesznie z pola do domu, nieraz zdaje się słyszeć w oddali głos Ichaboda, który śpiewa smętny psalm wśród spokojnej ciszy Sleepy Hollow.

---

## About this tale

„Legendę o Sennej Kotlinie” napisał Washington Irving. To jego własne opowiadanie, a nie baśń ludowa. Po angielsku nosi tytuł „The Legend of Sleepy Hollow”. Wydano je w Nowym Jorku w 1820 roku, w szóstym zeszycie zbioru „The Sketch Book”, który Irving podpisywał pseudonimem Geoffrey Crayon.

W późniejszych wydaniach Irving poprawiał sformułowania, ale fabuła pozostała ta sama. Na naszej stronie znajdziesz dwie wersje, „Łagodniejszą” i dłuższą „Oryginalną”. Obie opowiedzieliśmy sami na podstawie angielskiego tekstu z Projektu Gutenberg, poprzedzonego przedmową autora z 1848 roku.

> Jeśli tylko dojadę do mostu, jestem ocalony
>
> Washington Irving, 1820: “If I can but reach that bridge,” thought Ichabod, “I am safe.”

### Opowiadanie Irvinga i nasza „Łagodniejsza” wersja

|  | Irving | Nasza „Łagodniejsza” |
| --- | --- | --- |
| Rama opowieści | papiery Knickerbockera, na końcu dopisek | brak, od razu dolina nad Hudsonem |
| Szkoła | rózga i „Spare the rod and spoil the child” | bez rózgi |
| Katrina | osiemnaście lat, jedyne dziecko | osiemnaście lat, jedyna córka |
| Marzenie Ichaboda | spieniężyć farmę, ruszyć do Kentucky lub Tennessee | sprzedać wszystko, jechać do Kentucky |
| Pościg | głowa na łęku siodła, rzucona przy moście | tak samo |
| Następny ranek | kapelusz i dynia nad strumieniem | tak samo |
| Wieść o Ichabodzie | prawnik, polityk, sędzia w Ten Pound Court | adwokat, a w końcu sędzia |
| Brom | żeni się z Katriną, śmieje się z dyni | tak samo |

### Co opowiada nasza „Łagodniejsza”

Ta wersja zaczyna się od razu od cichej doliny niedaleko Tarry Town, bez Knickerbockera i bez dopisku z końca opowiadania. Ichabod Crane, chudy nauczyciel z Connecticut, zaleca się do Katriny Van Tassel i marzy o majątku jej ojca, a Brom Bones płata mu figle. Po zabawie u Van Tasselów, gdzie przy fajkach opowiada się historie o jeźdźcu bez głowy, Ichabod wraca nocą sam. Na drodze pojawia się rosły jeździec na czarnym koniu. Głowę wiezie przed sobą na łęku siodła, a przy moście ciska nią w nauczyciela. Rano ludzie znajdują za mostem kapelusz Ichaboda, a tuż obok rozbitą dynię.

Zakończenie nie rozstrzyga, co się stało z Ichabodem. Stary gospodarz przywozi z Nowego Jorku wieść, że Ichabod żyje i został sędzią, Brom śmieje się na wzmiankę o dyni, a stare gospodynie wierzą, że nauczyciela porwały nieczyste moce. Jeśli czytasz dziecku, najstraszniejszy jest nocny pościg, który kończy się upadkiem Ichaboda z konia w pył drogi. O ranach opowieść nic nie mówi.

### Rip Van Winkle i zmyślony Knickerbocker

Irving napisał też „Rip Van Winkle”. To opowiadanie ukazało się w 1819 roku w pierwszym zeszycie tego samego zbioru. Ono też dzieje się wśród Holendrów w dolinie Hudsonu i też zostało „znalezione wśród papierów zmarłego Diedricha Knickerbockera”. U nas przeczytasz je po polsku.

Knickerbocker nie był prawdziwą osobą ani autorem legendy. Wymyślił go Irving, tak samo jak Geoffreya Crayona. W dopisku na końcu Knickerbocker pisze, że usłyszał tę historię na zebraniu rady miejskiej w dawnym mieście Manhattoes od sympatycznego, nieco zaniedbanego starszego pana o dobrych manierach, który na koniec przyznał, że sam nie wierzy nawet w połowę tej opowieści.

Sources (claims checked against them on 2026-11-02):
- 1820: The Legend of Sleepy Hollow, The Sketch Book, nr VI, New-York, C. S. Van Winkle 1820, s. 51–117, dopisek s. 118–120 (https://archive.org/details/irvingsketchbook)
- The Legend of Sleepy Hollow, Washington Irving, The Sketch-Book, Projekt Gutenberg nr 2048, przedmowa: Sunnyside 1848 [our source] (https://www.gutenberg.org/ebooks/2048)
- Wikidata Q72309 (https://www.wikidata.org/wiki/Q72309)

---

- Read online: https://talerie.com/pl/bajki/legenda-o-sennej-kotlinie-original
- Characters: Ichabod Crane, Brom Bones, Katrina Van Tassel
- Version: longer, more faithful retelling; the gentler retelling: https://talerie.com/pl/bajki/legenda-o-sennej-kotlinie.md
- Also in: [English](https://talerie.com/en/tales/the-legend-of-sleepy-hollow-original.md), [German](https://talerie.com/de/maerchen/die-legende-von-sleepy-hollow-original.md), [Czech](https://talerie.com/cs/pohadky/legenda-o-ospale-dire-original.md)
- Author's country: United States (https://talerie.com/pl/bajki/kraj/stany-zjednoczone)
- Wikidata: https://www.wikidata.org/wiki/Q72309
- Source: The Legend of Sleepy Hollow, from The Sketch-Book of Geoffrey Crayon by Washington Irving (Project Gutenberg #2048) (https://www.gutenberg.org/ebooks/2048)
- Public-domain basis: Talerie contemporary retelling (CC0 2026), based on: The Legend of Sleepy Hollow, from The Sketch-Book of Geoffrey Crayon by Washington Irving (Project Gutenberg #2048) — original: author died 1859 (+70 passed)
- License: CC0-1.0 (https://creativecommons.org/publicdomain/zero/1.0/)
