# O rybaku i jego żonie

_Bracia Grimm_ · 15 min read · ages 6-11

Ubogi rybak wyławia z morza zaklętego księcia w postaci flądry, a żona posyła męża nad wodę z coraz śmielszymi życzeniami. Gdy chciwie każe mu prosić, by mogła rządzić słońcem i księżycem jak sam Pan Bóg, nad morzem zrywa się potężna burza, a oboje wracają na zawsze do swojej starej lepianki.

---

Był sobie raz rybak, a z nim jego żona. Mieszkali oboje w lichej lepiance tuż nad brzegiem morza, a rybak chodził tam codziennie i łowił ryby. I łowił, i łowił.

Pewnego razu siedział znowu nad wodą z wędką i patrzył wciąż w jasną toń. Siedział tak i siedział.

Wtem wędka poszła w dół, głęboko pod wodę, a kiedy rybak ją wyciągnął, wisiała na niej wielka flądra.

— Posłuchaj, rybaku — odezwała się flądra — proszę cię, zostaw mnie przy życiu. Nie jestem prawdziwą flądrą, jestem zaklętym księciem. Co ci z tego przyjdzie, że mnie zabijesz? I tak bym ci nie smakowała. Wpuść mnie z powrotem do wody i pozwól mi płynąć.

— No — powiedział rybak — nie musisz tyle mówić. Flądrę, która umie mówić, i tak bym puścił.

Z tymi słowami wpuścił ją z powrotem do jasnej wody, a flądra poszła na dno i zostawiła za sobą długą smugę krwi. Rybak wstał i wrócił do żony do lepianki.

— Mężu — zapytała żona — nic dziś nie złowiłeś?

— Nie — powiedział rybak. — Złowiłem jedną flądrę, ale mówiła, że jest zaklętym księciem, więc puściłem ją z powrotem.

— A nic sobie nie zażyczyłeś? — zapytała żona.

— Nie — powiedział rybak. — Czego miałbym sobie życzyć?

— Ach — powiedziała żona — przecież to okropne mieszkać wiecznie w tej lepiance, śmierdzi tu i jest obrzydliwie. Mogłeś nam wyprosić małą chatkę. Idź jeszcze raz i zawołaj ją. Powiedz jej, że chcemy mieć małą chatkę. Na pewno to zrobi.

— Ach — powiedział rybak — po co miałbym tam znowu iść?

— Jak to po co? — powiedziała żona. — Przecież ją złowiłeś i puściłeś wolno. Na pewno to zrobi. Idź zaraz.

Rybakowi wcale się nie chciało, ale nie chciał też sprzeciwiać się żonie, więc poszedł nad morze.

Kiedy tam przyszedł, morze było całkiem zielone i żółte, i wcale już nie takie jasne. Stanął nad wodą i zawołał:

Fląderko, fląderko, tam na dnie,  
rybko, rybko, wysłuchaj mnie,  
bo Ilzebila, żona ma,  
chce inaczej, niż chcę ja.

Wtedy flądra przypłynęła do brzegu.

— No i czego ona chce? — zapytała.

— Ach — powiedział rybak — przecież cię złowiłem, a teraz żona mówi, że powinienem był sobie czegoś zażyczyć. Nie chce już mieszkać w lepiance, chciałaby chatkę.

— Wracaj do domu — powiedziała flądra. — Ona ją już ma.

Rybak poszedł, a jego żona nie siedziała już w lepiance. Stała tam mała chatka, a żona siedziała przed drzwiami na ławce. Wzięła go za rękę.

— Wejdź do środka. Popatrz, teraz jest o wiele lepiej.

Weszli więc do chatki. Była w niej mała sień, śliczna izba i komórka, w której stało ich łóżko, a do tego kuchnia i spiżarnia, wszystko jak najlepiej urządzone i najpiękniej poustawiane, cynowe i mosiężne naczynia, wszystko, co do takiego domu należy. Z tyłu było jeszcze małe podwórko z kurami i kaczkami, a przy nim ogródek z warzywami i owocami.

— Popatrz — powiedziała żona — czy to nie jest ładne?

— Tak — powiedział rybak. — Niech tak zostanie. Będziemy teraz żyli spokojnie i wesoło.

— Zastanowimy się nad tym — powiedziała żona.

Potem coś zjedli i poszli spać.

Tak minęło może osiem albo czternaście dni.

— Słuchaj, mężu — powiedziała żona — chatka jest jednak za ciasna, a podwórko i ogród są takie małe. Flądra mogłaby nam podarować większy dom. Chciałabym mieszkać w wielkim kamiennym zamku. Idź do flądry, niech nam podaruje zamek.

— Ach, żono — powiedział rybak — chatka jest przecież dość dobra. Po co mielibyśmy mieszkać w zamku?

— Co też mówisz — powiedziała żona. — Idź, flądra zawsze może to zrobić.

— Nie, żono — powiedział rybak. — Flądra dopiero co dała nam chatkę. Nie chcę już znowu do niej przychodzić, mogłoby ją to rozgniewać.

— Idźże — powiedziała żona. — Potrafi to zrobić i robi to chętnie. Idź.

Rybakowi ciężko było na sercu i wcale nie chciał iść. „To niedobrze”, powiedział sam do siebie. A jednak poszedł.

Kiedy przyszedł nad morze, woda była całkiem fioletowa, ciemnoniebieska, szara i gęsta, i wcale już nie zielona ani żółta, ale jeszcze spokojna. Rybak stanął nad wodą i zawołał:

Fląderko, fląderko, tam na dnie,  
rybko, rybko, wysłuchaj mnie,  
bo Ilzebila, żona ma,  
chce inaczej, niż chcę ja.

— No i czego ona chce? — zapytała flądra.

— Ach — powiedział rybak trochę zasmucony — chce mieszkać w wielkim kamiennym zamku.

— Wracaj do domu — powiedziała flądra. — Żona już stoi przed drzwiami.

Rybak poszedł i myślał, że wraca do swojej chatki, ale kiedy tam dotarł, stał w tym miejscu wielki kamienny pałac, a jego żona właśnie wchodziła po schodach. Wzięła go za rękę.

— Wejdź ze mną do środka.

Wszedł więc z nią do środka. W zamku była wielka sień z posadzką z marmurowego kamienia, a służących było tylu, że otwierali przed nimi wszystkie ogromne drzwi. Ściany lśniły i były obite pięknymi kobiercami, w komnatach stały same złote krzesła, a złote stoły uginały się od jadła i najlepszego wina. U sufitów wisiały kryształowe żyrandole, a we wszystkich izbach i komnatach leżały dywany. Za domem było wielkie podwórze ze stajnią i oborą, i powozy najprzedniejsze, jakie można sobie wyobrazić, a dalej wspaniały ogród z najpiękniejszymi kwiatami i szlachetnymi drzewami owocowymi, i park długi chyba na pół mili, a w nim jelenie, sarny i zające, wszystko, czego tylko można sobie zażyczyć.

— No — powiedziała żona — czy teraz nie jest pięknie?

— Ach tak — powiedział rybak. — Niech tak zostanie. Będziemy mieszkać w tym pięknym zamku i będziemy zadowoleni.

— Zastanowimy się nad tym — powiedziała żona. — Prześpimy się z tym.

Poszli więc spać.

Następnego ranka żona obudziła się pierwsza. Właśnie się rozwidniło i ze swojego łóżka widziała przed sobą całą tę wspaniałą krainę. Mąż jeszcze się przeciągał, a ona szturchnęła go łokciem w bok.

— Mężu, wstań i wyjrzyj przez okno. Popatrz, czy nie moglibyśmy zostać królem nad całą tą ziemią? Idź do flądry, chcemy być królem.

— Ach, żono — powiedział rybak — po co mamy być królem? Ja nie chcę być królem.

— No — powiedziała żona — jeśli ty nie chcesz być królem, to ja będę królem. Idź do flądry, ja chcę być królem.

— Ach, żono — powiedział rybak — po co chcesz być królem? Nie mogę jej tego powiedzieć.

— Dlaczego nie? — powiedziała żona. — Idź natychmiast, muszę być królem.

Rybak poszedł i był bardzo zasmucony, że jego żona chce zostać królem. „To niedobrze i jeszcze raz niedobrze”, myślał sobie. Nie chciał iść, a jednak poszedł.

Kiedy przyszedł nad morze, było całkiem czarnoszare, woda burzyła się od dołu i cuchnęła zgnilizną. Rybak stanął nad wodą i zawołał:

Fląderko, fląderko, tam na dnie,  
rybko, rybko, wysłuchaj mnie,  
bo Ilzebila, żona ma,  
chce inaczej, niż chcę ja.

— No i czego ona chce? — zapytała flądra.

— Ach — powiedział rybak — chce zostać królem.

— Wracaj do domu, już nim jest — powiedziała flądra.

Rybak poszedł, a kiedy dotarł do pałacu, zamek był już o wiele większy, z wielką wieżą i wspaniałymi ozdobami. Przed drzwiami stała warta, a wokół mnóstwo żołnierzy z kotłami i trąbami. Kiedy wszedł do środka, wszystko było z czystego marmuru ze złotem, z aksamitnych kap i wielkich złotych frędzli. Wtedy otworzyły się drzwi sali, w której zebrał się cały dwór, a jego żona siedziała na wysokim tronie ze złota i diamentu, na głowie miała wielką złotą koronę, a w ręku berło z czystego złota i drogich kamieni. Po obu jej stronach stało w rzędzie sześć dwórek, każda o głowę niższa od poprzedniej.

Rybak stanął przed nią i patrzył.

— Ach, żono, czy ty jesteś teraz królem?

— Tak — powiedziała żona. — Teraz jestem królem.

Stał i przyglądał się jej dłuższą chwilę.

— Ach, żono, jak to pięknie wygląda, kiedy jesteś królem. Teraz już niczego więcej nie będziemy sobie życzyć.

— Nie, mężu — powiedziała żona zupełnie niespokojna. — Czas mi się dłuży i nie mogę już tego wytrzymać. Idź do flądry: królem jestem, teraz muszę zostać cesarzem.

— Ach, żono — powiedział rybak — po co chcesz zostać cesarzem?

— Mężu — powiedziała żona — idź do flądry, chcę być cesarzem.

— Ach, żono — powiedział rybak — cesarzem nie może cię zrobić, nie mogę jej tego powiedzieć. Cesarz jest w państwie tylko jeden. Cesarza flądra zrobić nie może, nie może i już.

— Co takiego? — powiedziała żona. — Ja jestem królem, a ty jesteś tylko moim mężem. Pójdziesz mi zaraz? Idź natychmiast. Skoro potrafi zrobić króla, potrafi też zrobić cesarza. Chcę być cesarzem i będę. Natychmiast idź.

Musiał więc iść. A kiedy szedł, zrobiło mu się straszno. „To się nie skończy dobrze”, myślał po drodze. „Cesarz to już zbyt bezczelne żądanie, flądra w końcu straci cierpliwość.”

Kiedy doszedł nad morze, woda była wciąż czarna i gęsta, i zaczęła się burzyć od dołu, aż bulgotała, a nad falami przeciągał taki wicher, że się cała skręcała. Rybaka ogarnęła groza. Stanął nad wodą i zawołał:

Fląderko, fląderko, tam na dnie,  
rybko, rybko, wysłuchaj mnie,  
bo Ilzebila, żona ma,  
chce inaczej, niż chcę ja.

— No i czego ona chce? — zapytała flądra.

— Ach, flądro — powiedział rybak — moja żona chce zostać cesarzem.

— Wracaj do domu — powiedziała flądra. — Już nim jest.

Rybak poszedł, a kiedy dotarł na miejsce, cały zamek był z polerowanego marmuru, z alabastrowymi figurami i złotymi ozdobami. Przed drzwiami maszerowali żołnierze, dęli w trąby i bili w kotły i bębny, a w środku domu baronowie, hrabiowie i książęta chodzili wokół jak służba. Otworzyli przed nim drzwi ze szczerego złota. Kiedy wszedł, jego żona siedziała na tronie wykutym z jednej bryły złota, wysokim chyba na dwie mile. Na głowie miała wielką złotą koronę na trzy łokcie wysoką, wysadzaną brylantami i karbunkułami, w jednej ręce trzymała berło, a w drugiej jabłko królewskie. Po obu jej stronach stali w dwóch rzędach drabanci, każdy mniejszy od poprzedniego, od największego olbrzyma, który był wysoki na dwie mile, aż do najmniejszego karzełka, wielkiego jak mój mały palec. A przed nią stało mnóstwo książąt i wielkich panów.

Rybak stanął pomiędzy nimi.

— Żono, czy ty jesteś teraz cesarzem?

— Tak — powiedziała żona. — Jestem cesarzem.

Stał i przyglądał się jej dokładnie przez dłuższą chwilę.

— Ach, żono, jak to pięknie wygląda, kiedy jesteś cesarzem.

— Mężu — powiedziała żona — czego tak stoisz? Jestem teraz cesarzem, ale chcę zostać jeszcze papieżem. Idź do flądry.

— Ach, żono — powiedział rybak — czegóż ty jeszcze nie zechcesz? Papieżem zostać nie możesz, papież jest w całym chrześcijaństwie tylko jeden, tego flądra przecież nie potrafi zrobić.

— Mężu — powiedziała żona — chcę zostać papieżem. Idź natychmiast, jeszcze dziś muszę zostać papieżem.

— Nie, żono — powiedział rybak. — Nie mogę jej tego powiedzieć, to się dobrze nie skończy, to zbyt zuchwałe. Papieża flądra zrobić nie potrafi.

— Mężu, co za gadanie! — powiedziała żona. — Skoro potrafi zrobić cesarza, potrafi też zrobić papieża. Idź w tej chwili. Ja jestem cesarzem, a ty jesteś tylko moim mężem. Pójdziesz wreszcie?

Wtedy zdjął go strach i poszedł, ale było mu całkiem słabo, trząsł się i drżał, a kolana i łydki uginały się pod nim. Nad krainą przeciągał wiatr, chmury leciały po niebie, a robiło się ciemno jak wieczorem. Liście spadały z drzew, woda szumiała i huczała, jakby się gotowała, i pluskała o brzeg, a z daleka rybak widział okręty, które strzelały na alarm i tańczyły, i skakały po falach. Pośrodku niebo było jeszcze odrobinę niebieskie, ale po bokach czerwieniało jak przed ciężką burzą. Rybak stanął zupełnie zrozpaczony, w strachu, i zawołał:

Fląderko, fląderko, tam na dnie,  
rybko, rybko, wysłuchaj mnie,  
bo Ilzebila, żona ma,  
chce inaczej, niż chcę ja.

— No i czego ona chce? — zapytała flądra.

— Ach — powiedział rybak — chce zostać papieżem.

— Wracaj do domu, już nim jest — powiedziała flądra.

Poszedł, a kiedy dotarł na miejsce, stał tam jakby wielki kościół, otoczony samymi pałacami. Rybak przecisnął się przez tłum. W środku wszystko oświetlone było tysiącami tysięcy świec, a jego żona, ubrana od stóp do głów w szczere złoto, siedziała na jeszcze wyższym tronie i miała na głowie trzy wielkie złote korony. Wokół niej pełno było duchownych dostojników, a po obu jej stronach stały dwa rzędy świec, od największej, grubej i wielkiej jak najwyższa wieża, aż do najmniejszej kuchennej świeczki. Wszyscy cesarze i wszyscy królowie leżeli przed nią na kolanach i całowali ją w pantofel.

— Żono — powiedział rybak i przyjrzał się jej dobrze — czy ty jesteś teraz papieżem?

— Tak — powiedziała żona. — Jestem papieżem.

Stał i patrzył na nią, a było to tak, jakby patrzył prosto w jasne słońce. Przyglądał się jej dłuższą chwilę.

— Ach, żono, jak to pięknie wygląda, kiedy jesteś papieżem.

Ona jednak siedziała sztywno jak słup i nie drgnęła, i nie ruszyła się wcale.

— Żono, bądź już zadowolona — powiedział rybak. — Skoro jesteś papieżem, to niczym więcej nie możesz już zostać.

— Zastanowię się nad tym — powiedziała żona.

Potem oboje poszli spać, ale ona nie była zadowolona i chciwość nie dawała jej zasnąć.

Mąż spał dobrze i mocno, bo tego dnia dużo się nachodził, ale żona nie mogła zmrużyć oka i przewracała się z boku na bok całą noc, i wciąż myślała, kim jeszcze mogłaby zostać, a nic już nie umiała wymyślić. Tymczasem miało wzejść słońce. Kiedy zobaczyła poranną zorzę, usiadła na łóżku i patrzyła w nią, a gdy przez okno ujrzała, jak słońce wschodzi, pomyślała: „Czy ja też nie mogłabym sprawiać, żeby słońce i księżyc wschodziły?”

— Mężu — powiedziała i szturchnęła go łokciem w żebra — obudź się, idź do flądry, chcę być taka jak Pan Bóg.

Mąż był jeszcze na wpół we śnie, ale tak się przestraszył, że spadł z łóżka. Zdawało mu się, że się przesłyszał, więc przetarł oczy.

— Ach, żono, co takiego powiedziałaś?

— Mężu — powiedziała żona — jeśli nie mogę sprawiać, żeby słońce i księżyc wschodziły, i muszę patrzeć, jak wschodzą same, to tego nie wytrzymam. Nie będę już miała spokojnej godziny, dopóki sama nie każę im wschodzić.

Spojrzała przy tym na niego tak strasznie, że przeszedł go dreszcz.

— Idź natychmiast. Chcę być taka jak Pan Bóg.

— Ach, żono — powiedział rybak i padł przed nią na kolana — tego flądra nie potrafi. Cesarza i papieża potrafi zrobić, ale proszę cię, opamiętaj się i zostań papieżem.

Wtedy wpadła w złość. Włosy rozwiały jej się dziko wokół głowy, rozdarła na sobie gorset, kopnęła męża i krzyknęła:

— Nie wytrzymam tego, nie wytrzymam ani chwili dłużej! Pójdziesz wreszcie?

Wtedy naciągnął spodnie i wybiegł jak szalony.

Na dworze szalała burza i huczało tak, że ledwie mógł ustać na nogach. Domy i drzewa się przewracały, góry drżały, kawały skał staczały się do morza, niebo było czarne jak smoła, grzmiało i błyskało, a morze szło tak wysokimi czarnymi falami jak wieże kościelne i jak góry, i każda miała na wierzchu białą koronę z piany. Wtedy rybak krzyknął tak głośno, jak umiał, a własnego słowa nie mógł usłyszeć:

Fląderko, fląderko, tam na dnie,  
rybko, rybko, wysłuchaj mnie,  
bo Ilzebila, żona ma,  
chce inaczej, niż chcę ja.

— No i czego ona chce? — zapytała flądra.

— Ach — powiedział rybak — chce być taka jak Pan Bóg.

— Wracaj do domu, siedzi już z powrotem w lepiance.

I siedzą tam po dzień dzisiejszy.

---

- Read online: https://talerie.com/pl/bajki/o-rybaku-i-jego-zonie-original
- Source: Kinder- und Hausmärchen, 7. Auflage (1857) (https://de.wikisource.org/wiki/Von_dem_Fischer_un_syner_Fru_(1857))
- Public-domain basis: Talerie contemporary retelling (CC0 2026), based on: Kinder- und Hausmärchen, 7. Auflage (1857) — original: author died 1859/1863 (+70 passed)
- License: CC0-1.0 (https://creativecommons.org/publicdomain/zero/1.0/)
