# Roszpunka

_Bracia Grimm_ · 7 min read · ages 8-12

Mąż wykrada roszpunkę z ogrodu czarownicy dla żony, która bez niej marnieje w oczach, a czarownica żąda w zamian ich dziecka i zamyka dorastającą Roszpunkę w wieży bez drzwi. Oślepiony po upadku z wieży królewicz błąka się po lesie, aż odnajduje ją z bliźniętami na pustkowiu, a jej łzy przywracają mu wzrok.

---

Byli sobie raz mąż i żona, którzy od dawna i na próżno pragnęli dziecka. Aż wreszcie żona nabrała nadziei, że dobry Bóg spełni ich życzenie. W tylnej ścianie ich domu było małe okienko, a przez nie widać było w dole wspaniały ogród, pełen najpiękniejszych kwiatów i ziół. Otaczał go jednak wysoki mur i nikt nie ważył się tam wejść. Ogród należał bowiem do czarownicy, która miała wielką moc i której bał się cały świat.

Pewnego dnia kobieta stanęła przy tym okienku i patrzyła w dół, na ogród. Wtedy dostrzegła w nim grządkę, na której rosła najpiękniejsza roszpunka. Listki wyglądały tak świeżo i tak zielono, że kobieta poczuła ogromną ochotę, żeby ich skosztować. Ochota rosła z dnia na dzień, a ponieważ wiedziała, że nie dostanie ani jednego listka, całkiem podupadła na siłach, zbladła i zmizerniała.

Mąż patrzył na nią i przestraszył się nie na żarty.

— Co ci jest, moja droga żono? — zapytał.

— Ach, jeśli nie dostanę roszpunki z ogrodu za naszym domem, to umrę — odpowiedziała.

Mąż bardzo ją kochał. „Nie pozwolę, żeby żona umarła”, pomyślał. „Przyniosę jej tej roszpunki, choćby mnie to miało nie wiadomo ile kosztować”.

O zmierzchu przelazł więc przez mur do ogrodu czarownicy, w wielkim pośpiechu narwał całą garść roszpunki i zaniósł ją żonie. Ta zaraz zrobiła z niej sałatę i zjadła łapczywie, do ostatniego listka. Tak jej to smakowało, tak bardzo smakowało, że nazajutrz miała ochotę trzy razy większą. Żeby zaznała spokoju, mąż musiał raz jeszcze wejść do ogrodu.

O zmierzchu zsunął się więc znowu po murze na drugą stronę, ale ledwie zeskoczył na ziemię, przeraził się okropnie, bo zobaczył przed sobą czarownicę.

— Jak śmiesz włazić do mojego ogrodu i kraść mi roszpunkę jak złodziej? — powiedziała, patrząc na niego gniewnie. — Źle na tym wyjdziesz.

— Ach, okażcie łaskę zamiast surowości — odpowiedział. — Zrobiłem to tylko z biedy. Moja żona zobaczyła waszą roszpunkę przez okno i tak jej zapragnęła, że umarłaby, gdyby jej nie dostała.

Wtedy gniew czarownicy zelżał.

— Jeśli jest tak, jak mówisz, to pozwolę ci nabrać roszpunki, ile tylko zechcesz — powiedziała. — Stawiam jednak jeden warunek: musisz mi oddać dziecko, które urodzi twoja żona. Będzie mu dobrze, zaopiekuję się nim jak matka.

Mąż ze strachu zgodził się na wszystko. A gdy nadszedł czas i żona urodziła dziecko, czarownica zjawiła się natychmiast, dała dziewczynce imię Roszpunka i zabrała ją ze sobą.

Roszpunka wyrosła na najpiękniejsze dziecko pod słońcem. Kiedy skończyła dwanaście lat, czarownica zamknęła ją w wieży, która stała pośrodku lasu. Wieża nie miała ani schodów, ani drzwi, tylko na samej górze jedno małe okienko. Gdy czarownica chciała wejść do środka, stawała pod wieżą i wołała:

Roszpunko, Roszpunko,  
spuść no warkocz swój!

Roszpunka miała długie, wspaniałe włosy, cienkie jak przędzione złoto. Kiedy tylko słyszała głos czarownicy, rozplatała warkocze i zaczepiała je u góry o hak przy oknie, a wtedy włosy spadały w dół na dwadzieścia łokci. Czarownica wspinała się po nich na samą górę.

Po kilku latach zdarzyło się, że syn króla jechał konno przez las i minął tę wieżę. Usłyszał wtedy śpiew tak śliczny, że zatrzymał konia i słuchał. To Roszpunka umilała sobie samotność, śpiewając swoim słodkim głosem. Królewicz chciał wejść do niej na górę i szukał w wieży drzwi, ale żadnych nie było. Wrócił do domu, jednak ten śpiew tak poruszył mu serce, że codziennie wyjeżdżał do lasu i słuchał.

Kiedy stał tak raz za drzewem, zobaczył, że nadchodzi czarownica, i usłyszał, jak woła w górę:

Roszpunko, Roszpunko,  
spuść no warkocz swój!

Roszpunka spuściła warkocze, a czarownica wspięła się do niej na górę.

„Jeżeli to jest drabina, po której się tam wchodzi, to i ja kiedyś spróbuję szczęścia”, pomyślał królewicz. Następnego dnia, gdy zaczynało się ściemniać, podszedł do wieży i zawołał:

Roszpunko, Roszpunko,  
spuść no warkocz swój!

Włosy zaraz opadły na dół, a królewicz wspiął się po nich na górę.

Z początku Roszpunka przestraszyła się okropnie, bo wszedł do niej mężczyzna, a takiego jej oczy nigdy jeszcze nie widziały. Ale królewicz zaczął mówić do niej łagodnie i przyjaźnie, i opowiedział jej, że jej śpiew tak poruszył mu serce, że nie dawał mu spokoju i że musiał ją zobaczyć na własne oczy. Wtedy Roszpunka przestała się bać. A gdy zapytał, czy zechce go za męża, i gdy zobaczyła, że jest młody i piękny, pomyślała sobie: „Ten będzie mnie kochał bardziej niż stara matka Gothel”. Powiedziała więc, że tak, i włożyła swoją dłoń w jego dłoń.

— Chętnie z tobą pójdę, ale nie wiem, jak stąd zejść — powiedziała. — Za każdym razem, kiedy przyjdziesz, przynieś mi motek jedwabiu. Uplotę z niego drabinę, a kiedy będzie gotowa, zejdę na dół, a ty weźmiesz mnie na swojego konia.

Umówili się, że do tego czasu królewicz będzie przychodził co wieczór, bo za dnia przychodziła do wieży stara czarownica. Nie zauważyła też niczego, aż pewnego razu Roszpunka odezwała się do niej sama.

— Powiedzcie mi, matko Gothel, jak to jest, że o wiele ciężej mi was wyciągnąć niż młodego królewicza? On jest u mnie w jednej chwili.

— Ach ty bezbożne dziecko! — krzyknęła czarownica. — Co też ja od ciebie słyszę! Myślałam, że odgrodziłam cię od całego świata, a ty mnie tak oszukałaś!

W gniewie chwyciła piękne włosy Roszpunki, owinęła je kilka razy wokół lewej ręki, prawą sięgnęła po nożyce i ciach, ciach, warkocze były odcięte, a piękne sploty leżały na ziemi. A czarownica była tak bezlitosna, że zabrała biedną Roszpunkę na pustkowie, gdzie dziewczyna musiała żyć w wielkiej niedoli i biedzie.

Tego samego dnia, w którym wypędziła Roszpunkę, czarownica przywiązała wieczorem odcięte warkocze do haka przy oknie i czekała. Królewicz przyszedł i zawołał:

Roszpunko, Roszpunko,  
spuść no warkocz swój!

Czarownica spuściła mu włosy na dół. Królewicz wspiął się na górę, ale nie zastał tam swojej najdroższej Roszpunki, tylko czarownicę, która patrzyła na niego złym, jadowitym wzrokiem.

— Aha! — zawołała szyderczo. — Przyszedłeś po swoją ukochaną, ale pięknego ptaszka już nie ma w gnieździe i już nie śpiewa. Kot go porwał, a tobie wydrapie jeszcze oczy. Roszpunka jest dla ciebie stracona, nigdy jej już nie zobaczysz.

Królewicz nie posiadał się z bólu i w rozpaczy skoczył z wieży na dół. Życie wprawdzie ocalił, ale ciernie, w które upadł, wykłuły mu oczy. Błąkał się odtąd ślepy po lesie. Jadł tylko korzonki i leśne jagody, i nic innego nie robił, tylko lamentował i płakał po stracie swojej najdroższej żony. Tak wędrował w nędzy kilka lat, aż w końcu trafił na to pustkowie, gdzie Roszpunka żyła w biedzie i niedostatku z bliźniętami, chłopcem i dziewczynką, które urodziła.

Usłyszał czyjś głos i wydał mu się tak znajomy, że poszedł w tamtą stronę. A kiedy podszedł bliżej, Roszpunka go poznała, rzuciła mu się na szyję i zapłakała. Dwie jej łzy spadły mu na oczy i zwilżyły je, i wtedy zrobiło się w nich znowu jasno, i widział jak dawniej. Zabrał ją do swojego królestwa, gdzie przyjęto go z radością, i żyli jeszcze długo szczęśliwie i wesoło.

---

- Read online: https://talerie.com/pl/bajki/roszpunka-original
- Source: Kinder- und Hausmärchen, 7. Auflage (1857) (https://de.wikisource.org/wiki/Rapunzel_(1857))
- Public-domain basis: Talerie contemporary retelling (CC0 2026), based on: Kinder- und Hausmärchen, 7. Auflage (1857) — original: author died 1859/1863 (+70 passed)
- License: CC0-1.0 (https://creativecommons.org/publicdomain/zero/1.0/)
