# Sinobrody

_Charles Perrault_ · 7 min read · ages 8-12

Młoda żona Sinobrodego otwiera zakazany gabinet i poznaje los poprzednich żon swojego męża. Zanim mąż zdąży ją zabić, na dziedziniec wpadają jej dwaj bracia, Sinobrody ginie, a cały jego majątek przypada żonie, która daje siostrze Annie posag i kupuje braciom stopnie kapitańskie.

---

Był sobie raz człowiek, który miał piękne domy w mieście i na wsi, złotą i srebrną zastawę, meble kryte haftem i karety błyszczące od pozłoty. Jednego mu tylko brakowało: żeby ludzie go lubili.

Broda rosła mu bowiem sina jak zimowy zmierzch, a wyglądał przy tym tak groźnie, że każdy wolał zejść mu z drogi.

W sąsiedztwie mieszkała pewna zacna pani, która miała dwie córki. Sinobrody poprosił ją o rękę jednej z nich, wszystko jedno której.

Żadna z sióstr nie chciała o tym słyszeć. Nie potrafiły się przemóc, żeby wyjść za człowieka o sinej brodzie, a do tego szeptano po sąsiedzku, że miał już przedtem kilka żon i że nikt nie wie, co się z nimi stało.

Żeby je do siebie przekonać, zaprosił obie panny, ich matkę i kilka przyjaciółek do swojego wiejskiego dworu. Zostały tam cały tydzień.

Były przejażdżki i polowania, łowienie ryb, tańce, uczty i podwieczorki w ogrodzie. Wszystko udało się tak dobrze, że młodsza z sióstr zaczęła myśleć, iż pan domu wcale nie jest taki straszny. Po powrocie do miasta odbyło się wesele.

Miesiąc po ślubie Sinobrody oznajmił żonie, że musi wyjechać na prowincję w ważnej sprawie i że wróci najwcześniej za sześć tygodni.

— Baw się dobrze, kiedy mnie nie będzie — powiedział. — Zaproś przyjaciółki, jedź z nimi na wieś, każ podawać, czego tylko dusza zapragnie.

Położył na stole ciężki pęk kluczy.

— Te są od dwóch wielkich składów. Te od złotej i srebrnej zastawy, której nie używamy na co dzień. Te od kufrów z pieniędzmi, te od szkatułek z klejnotami, a ten jeden otwiera wszystkie pokoje w domu.

Na koniec podał jej mały kluczyk.

— Ten otwiera gabinet na dole, na końcu galerii. Chodź, gdzie chcesz, i otwieraj, co chcesz, ale do tej jednej komnaty wejść ci nie wolno. Jeśli ją otworzysz, mój gniew nie będzie miał granic.

Obiecała, że posłucha go we wszystkim. Sinobrody wsiadł do karety i odjechał.

Sąsiadki i przyjaciółki nie czekały na zaproszenie. Zbiegły się do młodej pani jeszcze tego samego dnia, bo od dawna chciały obejrzeć jej dom, a przy mężu bały się tam zaglądać.

Chodziły od pokoju do pokoju i nie posiadały się z zachwytu. Oglądały kobierce, łoża, kanapy i stoliki, i wielkie lustra w srebrnych ramach, w których widziały się od stóp do głów.

Gospodyni oprowadzała je i uśmiechała się, ale myślami była zupełnie gdzie indziej. Mały kluczyk nie dawał jej spokoju.

W końcu nie wytrzymała. Zostawiła gości na górze i zbiegła ukrytymi schodkami tak prędko, że dwa czy trzy razy o mało nie skręciła karku.

Przed drzwiami gabinetu przystanęła. Przypomniała sobie zakaz męża i pomyślała, że nieposłuszeństwo może ją drogo kosztować.

„Tylko zajrzę i zaraz zamknę”, pomyślała.

Włożyła kluczyk do zamka i drżącą ręką otworzyła drzwi.

Z początku nie widziała nic, bo okiennice były zamknięte. Potem oczy przywykły do mroku.

Pod ścianami leżały kobiety, które Sinobrody poślubił przed nią. Zabił je, jedną po drugiej. Teraz wiedziała, co się stało z jego żonami.

Ze strachu ledwo trzymała się na nogach. Kluczyk wypadł jej z ręki na podłogę splamioną krwią.

Podniosła go, zamknęła drzwi i wróciła na górę do swojego pokoju. Próbowała się uspokoić, ale serce biło jej jak oszalałe.

Dopiero wtedy zobaczyła, że na kluczyku została plama krwi. Wytarła ją raz, drugi, trzeci. Plama nie schodziła.

Myła kluczyk w wodzie, szorowała piaskiem i kamieniem, a krew wracała. Klucz był zaczarowany: kiedy plama znikała z jednej strony, pojawiała się z drugiej.

Sinobrody wrócił tego samego wieczoru. W drodze dostał listy z wiadomością, że sprawa, w której jechał, rozstrzygnęła się po jego myśli.

Żona wyszła mu naprzeciw i robiła, co mogła, żeby pokazać, jak bardzo się cieszy z tak szybkiego powrotu. Tej nocy nie zmrużyła oka.

Rano mąż poprosił o klucze. Podała mu je, ale ręka drżała jej tak bardzo, że domyślił się wszystkiego.

— A gdzie klucz od gabinetu? — zapytał.

— Chyba został na górze, na moim stole — odpowiedziała.

— Przynieś mi go jeszcze dziś — powiedział Sinobrody.

Zwlekała, jak długo się dało, ale w końcu musiała po niego pójść. Sinobrody obejrzał kluczyk pod światło.

— Skąd na nim ta krew? — zapytał.

— Nie wiem — odpowiedziała biedaczka, blada jak płótno.

— Nie wiesz? — powtórzył. — Za to ja wiem doskonale. Byłaś w gabinecie. Skoro tak, wejdziesz tam jeszcze raz i zostaniesz z tamtymi paniami na zawsze.

Rzuciła mu się do nóg, płacząc i prosząc o przebaczenie. Widok jej łez wzruszyłby kamień, ale serce Sinobrodego było twardsze od kamienia.

— Musisz umrzeć — powiedział. — I to zaraz.

— Skoro tak ma być — odparła przez łzy — daj mi chwilę, żebym się pomodliła.

— Masz pół kwadransa — rzekł Sinobrody. — Ani chwili dłużej.

Kiedy została sama, zawołała siostrę. Siostra miała na imię Anna.

— Anno, wejdź, proszę, na wieżę — poprosiła. — Bracia obiecali, że dziś nas odwiedzą. Jeśli ich zobaczysz, daj im znak, żeby się pospieszyli.

Anna wbiegła na sam szczyt wieży, a biedna żona co chwila wołała ku górze:

— Anno, siostro Anno, czy nikogo nie widać?

— Widzę tylko słońce na drodze i trawę, która się zieleni — odpowiedziała Anna.

Na dole Sinobrody chodził tam i z powrotem z wielkim nożem w ręku.

— Schodź natychmiast, albo sam po ciebie przyjdę! — zawołał.

— Jeszcze chwileczkę! — odpowiedziała żona i zaraz zapytała ciszej:

— Anno, siostro Anno, czy nikogo nie widać?

— Widzę tylko słońce na drodze i trawę, która się zieleni — odpowiedziała Anna.

— Schodź natychmiast, albo sam po ciebie przyjdę! — zawołał Sinobrody znowu.

— Już idę! — odpowiedziała żona, a po chwili zapytała:

— Anno, siostro Anno, czy nikogo nie widać?

— Widzę tuman kurzu na drodze — odpowiedziała Anna.

— To nasi bracia?

— Niestety nie, siostro. To stado owiec.

— Długo mam jeszcze czekać? — zawołał Sinobrody.

— Jeszcze chwileczkę! — odpowiedziała żona, a potem zawołała:

— Anno, siostro Anno, czy nikogo nie widać?

— Widzę dwóch jeźdźców, ale są jeszcze bardzo daleko — odpowiedziała Anna.

A po chwili krzyknęła:

— Dzięki Bogu, to nasi bracia! Daję im znak, żeby się pospieszyli!

Sinobrody zaczął krzyczeć tak, że cały dom zatrząsł się w posadach. Żona zeszła na dół i upadła mu do nóg, zapłakana, z potarganymi włosami.

— To na nic — powiedział. — Musisz umrzeć.

Chwycił ją za ramię i podniósł nóż. Spojrzała na niego i poprosiła jeszcze o jedną chwilę.

— Nie — odparł. — Poleć duszę Bogu.

W tej samej chwili ktoś zaczął dobijać się do bramy tak mocno, że Sinobrody znieruchomiał.

Brama stanęła otworem i na dziedziniec wpadli dwaj jeźdźcy z dobytymi szablami. Sinobrody poznał braci swojej żony: jeden był dragonem, drugi muszkieterem.

Rzucił się do ucieczki, ale dopadli go, zanim zdążył przebiec dziedziniec. Tam Sinobrody zginął i nikt już nigdy nie musiał się go bać.

Biedna kobieta była tak słaba, że nie miała siły wstać i uściskać braci. Siedziała na stopniu i dopiero po długiej chwili kamień spadł jej z serca.

Okazało się, że Sinobrody nie zostawił po sobie żadnych krewnych, więc cały jego majątek przypadł żonie.

Część przeznaczyła na wiano dla Anny, która wkrótce wyszła za dobrego szlachcica. Za drugą część kupiła braciom stopnie kapitańskie.

Reszta została dla niej samej. Po jakimś czasie wyszła za mąż za człowieka zacnego i łagodnego, przy którym zapomniała o złych dniach przeżytych u boku Sinobrodego.

---

- Read online: https://talerie.com/pl/bajki/sinobrody
- Wikidata: https://www.wikidata.org/wiki/Q161138
- Tale type: ATU 312 (per Wikidata)
- Source: La Barbe bleue (Charles Perrault, 1697 ; éd. 1902 des Contes de Perrault) (https://fr.wikisource.org/wiki/Contes_de_Perrault_(éd._1902)/La_Barbe-Bleue)
- Public-domain basis: Talerie contemporary retelling (CC0 2026), based on: La Barbe bleue (Charles Perrault, 1697 ; éd. 1902 des Contes de Perrault) — original: author died 1703 (+70 passed)
- License: CC0-1.0 (https://creativecommons.org/publicdomain/zero/1.0/)
