# Smok wawelski

_Lucjan Siemieński_ · 5 min read · ages 5-10

Opowieść o smoku, który od dawna żył w jamie pod wzgórzem Wawel, terroryzował Kraków i żywił się codziennym obrokiem z bydła, aż pewnego dnia sprytny szewc Skuba wpadł na sposób, by pozbyć się bestii bez miecza. Podstępna skóra napchana siarką sprawiła, że smok spłonął od środka i zginął, pijąc wodę z Wisły, a wdzięczny książę Krak sowicie wynagrodził swojego wybawcę.

---

Dawno, dawno temu, zanim na wzgórzu Wawel stanął królewski zamek, w jego stoku ziała ciemna jama, a w niej mieszkał smok. Był tak wielki, że jednym kęsem pożerał troje bydła naraz, krowy, cielęta czy barany, cokolwiek mu podsunięto. Gdy głód go nie opuszczał, wychodził dalej: porywał i pożerał także ludzi z osady leżącej u stóp wzgórza, nad Wisłą. Tam, gdzie dziś stoi Kraków, żyło wtedy niewielkie miasto, które każdego ranka budziło się z tym samym strachem, zanim jeszcze ktokolwiek zdążył otworzyć okiennice.

Rządził tym miastem książę Krak, mądry i dobry, choć na nic zdawała mu się cała jego mądrość wobec bestii, której nikt nie potrafił pokonać. Po nocach chodził po komnacie zamkowej i myślał, jak ocalić miasto, ale żadna rada mu się nie nasuwała. Żeby smok nie schodził po ludzi sam, ustalono z nim obrok: co dzień troje cieląt albo baranów miano wyprowadzać pod jamę o świcie. Pastuchy szli tą drogą, zanim jeszcze słońce dotknęło dachów, prowadząc bydło na sznurach przez mgłę znad Wisły, i wracali pustymi rękami, nie oglądając się za siebie. Kobiety w mieście liczyły dzieci przy furtkach, kupcy zamykali kramy wcześniej niż gdzie indziej, a dzwony biły ciszej, jakby i one bały się zwrócić na siebie uwagę. Kraków żył w tym rytmie: cisza przed świtem, tupot kopyt pod górą, potem znów cisza i ulga, że tego dnia smok został w jamie.

Był w tym mieście szewc, nazywał się Skuba. Miał warsztat pod murem, niedaleko drogi, którą co rano pędzono bydło na obrok, i z okna widział wszystko: pochylone głowy pastuchów, zwierzęta, które nie wiedziały, dokąd idą, i puste sznury wracające bez nich. Wieczorami, przy łuczywie, garbował skóry i zszywał cholewki, myśląc swoje. Pewnego wieczoru pracował nad wołową skórą, a w izbie unosił się ostry zapach siarki, którą czyścił naczynia po sąsiedzku pożyczone. Właśnie wtedy przyszła mu do głowy myśl, od której odłożył szydło i długo siedział nieruchomo, patrząc w ogień.

Rano, jeszcze przed świtem, poszedł prosto na zamek i poprosił, by go dopuszczono przed oblicze księcia.

— Panie — powiedział, kiedy stanął przed Krakiem — smoka nie trzeba zabijać mieczem, skoro miecz i tak zawodzi. Wystarczy dać mu zjeść to, czego nie strawi.

Krak kazał mu mówić dalej, choć w jego głosie było więcej znużenia niż nadziei, tylu już bowiem przed Skubą przychodziło z obietnicami. Szewc wyłożył jednak swój plan po kolei: wyprawić skórę cielęcą jak do zwykłego obroku, lecz napchać ją siarką po same brzegi i szczelnie zaszyć, a tak przygotowaną położyć o świcie przed jamą zamiast żywego bydła. Krak słuchał w milczeniu, a potem kazał, by zrobiono dokładnie tak, jak radził szewc.

Jeszcze tej samej nocy szykowano skórę przy świetle łuczywa, a przed świtem zaniesiono ją pod Wawel i zostawiono tam, gdzie zwykle stawało bydło. Ci, którzy ją nieśli, odeszli potem czekać w bezpiecznej odległości, wstrzymując oddech i nie odrywając oczu od czarnego wejścia do jamy.

Smok wyszedł, jak wychodził co rano, zwabiony znajomym zapachem. Nie oglądał się, nie badał, połknął skórę razem z tym, co w niej ukryto, myśląc, że to zwykłe cielę, jak setki poprzednich. Potem wrócił do jamy i wszystko ucichło, tak bardzo, że czekającym serca biły głośniej niż kroki smoka przed chwilą.

Siarka jednak nie dawała się strawić. Zaczęła w nim tlić i piec od środka, aż ogarnęło go pragnienie, jakiego jeszcze nie znał. Wyszedł więc znowu, zszedł nad Wisłę i pił, pił, jakby chciał wypić rzekę do samego dna. Lecz im więcej pił, tym mocniej paliło, i żaden łyk nie gasił ognia w jego trzewiach. Pił tak długo, aż opadły z niego siły i padł martwy na brzegu, a Wisła płynęła dalej, jakby nic się nie stało.

Wieść o tym poszła po mieście, zanim jeszcze słońce stanęło wysoko. Ludzie wychodzili z domów, nie wierząc własnym uszom, i szli zobaczyć na własne oczy, że jama jest pusta, a smok leży bez ruchu nad rzeką. Tego dnia w Krakowie po raz pierwszy od pokoleń nikt nie prowadził bydła pod górę. Zamiast tego na ulicach było głośno, jak dawno nie było: śmiech, wołanie sąsiadów przez płoty, gdzieś ktoś zaczął bić w dzwon, choć nikt go o to nie prosił, a dzieci, które nigdy nie widziały miasta bez strachu, biegały aż pod samą jamę popatrzeć.

Krak kazał sprowadzić Skubę na zamek i tam, przy wszystkich, podziękował mu za odwagę i spryt, wynagrodził go hojnie i zadbał, by odtąd niczego szewcowi nie brakowało. Skuba wrócił do swojego warsztatu pod murem, ale już nie jako zwykły rzemieślnik, tylko jako ten, który bez miecza uwolnił miasto od strachu, jaki pamiętały całe pokolenia.

Jama pod wzgórzem stoi tam do dziś, tam, gdzie później wzniesiono zamek królewski. Nazywają ją Smoczą Jamą, i każdy, kto dziś do niej zejdzie, wie, że w tej samej ciemności mieszkał niegdyś smok wawelski, zanim szewc Skuba przechytrzył go skórą pełną siarki.

---

- Read online: https://talerie.com/pl/bajki/smok-wawelski
- Source: Podania i legendy polskie, ruskie i litewskie, zebrał Lucjan Siemieński (Poznań, 1845), «Smok» (https://pl.wikisource.org/wiki/Podania_i_legendy_polskie,_ruskie_i_litewskie/Smok)
- Public-domain basis: Talerie contemporary retelling (CC0 2026), based on: Podania i legendy polskie, ruskie i litewskie, zebrał Lucjan Siemieński (Poznań, 1845), «Smok» — original: author died 1877 (+70 passed)
- License: CC0-1.0 (https://creativecommons.org/publicdomain/zero/1.0/)
