# Śnieżka i Różyczka

_Bracia Grimm_ · 11 min read · ages 5-10

Śnieżka i Różyczka mieszkają z matką w małej chatce, a przez całą zimę nocuje u nich przy ogniu wielki niedźwiedź. Złośliwy karzeł ginie od uderzenia niedźwiedziej łapy, z niedźwiedzia opada skóra i staje przed dziewczynkami królewicz, którego poślubia Śnieżka, a Różyczka wychodzi za jego brata.

---

Uboga wdowa mieszkała samotnie w małej chatce, a przed chatką miała ogródek. Rosły w nim dwa krzewy róż: jeden okrywał się kwiatami białymi, drugi czerwonymi. Wdowa miała też dwie córki, podobne do tych dwóch krzewów, i jedną nazywała Śnieżką, a drugą Różyczką.

Były to dziewczynki tak dobre i tak pracowite, jak tylko dzieci na świecie bywają. Śnieżka była cichsza i łagodniejsza. Różyczka wolała biegać po łąkach i polach, szukać kwiatów i gonić motyle, a Śnieżka zostawała w domu przy matce, pomagała jej w gospodarstwie albo czytała jej na głos, kiedy nie było już nic do roboty.

Kochały się tak bardzo, że wychodząc z domu, zawsze trzymały się za ręce.

— Nigdy się nie rozstaniemy — mówiła Śnieżka.

— Póki życia — odpowiadała Różyczka.

— A co jedna ma, tym niech się podzieli z drugą — dodawała matka.

Często chodziły same po lesie i zbierały czerwone jagody, ale żadne zwierzę nie zrobiło im nigdy krzywdy. Wszystkie podchodziły do nich ufnie: zajączek jadł im z ręki liść kapusty, sarna skubała trawę tuż obok, jeleń przebiegał wesoło niedaleko, a ptaki siedziały na gałęziach i śpiewały, co tylko umiały.

Nic złego im się nie przydarzyło. Kiedy zapuściły się w las za daleko i zaskoczyła je noc, kładły się obok siebie na mchu i spały do rana. Matka o tym wiedziała i wcale się o nie nie martwiła. Raz, gdy tak przenocowały w lesie, obudził je świt i zobaczyły, że przy ich posłaniu siedzi piękne dziecko w białej, lśniącej sukience. Wstało, spojrzało na nie przyjaźnie, nie powiedziało ani słowa i odeszło w głąb lasu. Dopiero wtedy dziewczynki się rozejrzały i zobaczyły, że spały tuż nad przepaścią. Gdyby po ciemku zrobiły jeszcze kilka kroków, na pewno by w nią wpadły. Matka powiedziała im, że to musiał być anioł, który czuwa nad dobrymi dziećmi.

W chatce panował taki porządek, że aż miło było zajrzeć do środka. Latem Różyczka doglądała domu i co rano, zanim matka się obudziła, stawiała przy jej łóżku bukiecik, a w nim po jednej róży z każdego krzewu. Zimą Śnieżka rozpalała ogień i wieszała kociołek nad paleniskiem. Kociołek był mosiężny, ale wyszorowany tak czysto, że lśnił jak złoto. Wieczorem, kiedy za oknem sypał śnieg, matka mówiła:

— Idź, Śnieżko, i zasuń rygiel.

Potem siadały przy kominku, matka wkładała okulary i czytała na głos z wielkiej księgi, a dziewczynki słuchały, siedziały i przędły. Obok nich leżał na podłodze baranek, a za nimi, na żerdce, spała biała gołąbka z główką schowaną pod skrzydłem.

Pewnego wieczoru, kiedy tak siedziały razem, ktoś zapukał do drzwi, jakby prosił, żeby go wpuścić.

— Prędko, Różyczko, otwórz — powiedziała matka. — To pewnie wędrowiec, który szuka dachu nad głową.

Różyczka odsunęła rygiel i myślała, że to jakiś biedak. Ale to nie był biedak. To był niedźwiedź, który wsunął w drzwi wielki czarny łeb. Różyczka krzyknęła i odskoczyła, baranek zabeczał, gołąbka zerwała się do lotu, a Śnieżka schowała się za łóżko matki.

Wtedy niedźwiedź się odezwał:

— Nie bójcie się, nic wam nie zrobię. Zmarzłem na kość i chciałbym się tylko trochę u was ogrzać.

— Biedny niedźwiedziu — powiedziała matka. — Połóż się przy ogniu, tylko uważaj, żeby ci się futro nie zajęło.

A potem zawołała:

— Śnieżko, Różyczko, chodźcie tutaj! Niedźwiedź nic wam nie zrobi, on ma dobre zamiary.

Dziewczynki podeszły, a po chwili zbliżyły się i baranek, i gołąbka, i wcale się go nie bały.

— Dzieci, otrzepcie mi trochę śniegu z futra — poprosił niedźwiedź.

Przyniosły miotłę i wymiotły mu futro do czysta, a on wyciągnął się przy ogniu i mruczał z zadowolenia. Wkrótce oswoiły się z nim zupełnie i zaczęły dokazywać z niezdarnym gościem. Targały go za futro, stawiały mu stopy na grzbiecie i turlały go po podłodze, a czasem brały leszczynową witkę i okładały go nią, a kiedy mruknął, śmiały się. Niedźwiedź znosił to chętnie i tylko wtedy, gdy przesadzały, wołał:

— Zostawcie mnie przy życiu, dzieci!

Śnieżko, Różyczko, przestańcie mnie bić,  
bo wasz zalotnik przestanie żyć.

Kiedy przyszła pora spania i wszystkie kładły się do łóżek, matka powiedziała do niedźwiedzia:

— Zostań przy palenisku, będziesz bezpieczny od mrozu i niepogody.

Ledwie zaczęło świtać, dziewczynki wypuściły go, a on pobiegł przez śnieg do lasu. Od tej pory przychodził co wieczór o tej samej porze, kładł się przy ogniu i pozwalał dzieciom bawić się z nim, ile tylko chciały. Tak się do niego przyzwyczaiły, że nie ryglowały drzwi, dopóki nie zjawił się ich czarny towarzysz.

Kiedy nadeszła wiosna i wszystko na dworze zzieleniało, niedźwiedź powiedział rano do Śnieżki:

— Teraz muszę odejść i przez całe lato nie wolno mi wrócić.

— A dokąd idziesz, drogi niedźwiedziu? — zapytała Śnieżka.

— Muszę iść do lasu i pilnować moich skarbów przed złymi karłami. Zimą, kiedy ziemia jest zmarznięta na kamień, muszą siedzieć pod nią i nie mogą się przekopać na wierzch. Ale teraz, kiedy słońce ziemię rozgrzało i rozmroziło, przebijają się do góry, szukają i kradną. A co raz wpadnie im w ręce i trafi do ich jaskiń, to niełatwo wraca na światło dzienne.

Śnieżce zrobiło się smutno. Kiedy odsunęła rygiel i niedźwiedź przeciskał się przez drzwi, zaczepił futrem o hak i skóra rozdarła mu się na grzbiecie. Śnieżce wydało się, że coś zabłysło pod nią złotem, ale nie była tego pewna. Niedźwiedź pobiegł szybko i zaraz zniknął za drzewami.

Po pewnym czasie matka posłała dziewczynki do lasu po chrust. Znalazły tam wielkie ścięte drzewo, leżące na ziemi, a przy pniu coś skakało w trawie w górę i w dół, tylko nie mogły rozpoznać co. Kiedy podeszły bliżej, zobaczyły karła ze starą, pomarszczoną twarzą i śnieżnobiałą brodą długą na łokieć. Koniec brody uwiązł w szparze pnia, a mały skakał tam i z powrotem jak piesek na sznurku i nie wiedział, co począć. Wybałuszył na dziewczynki czerwone, ogniste oczy i wrzasnął:

— Czego tak stoicie? Nie możecie podejść i mi pomóc?

— Coś ty narobił, mały człowieczku? — zapytała Różyczka.

— Głupia, ciekawska gęś — odburknął karzeł. — Chciałem rozłupać to drzewo, żeby mieć drobne drewno do kuchni. Na grubych polanach od razu przypala się ta odrobina jedzenia, która wystarczy komuś takiemu jak ja, bo my nie pochłaniamy tyle co wy, żarłoczne, grubiańskie plemię. Wbiłem już klin szczęśliwie i wszystko szłoby po mojej myśli, ale przeklęte drewno było za gładkie i klin nagle wyskoczył. Pień zatrzasnął się tak prędko, że nie zdążyłem wyciągnąć mojej pięknej białej brody. Teraz w nim tkwi, a ja nie mogę odejść. A te gładkie smarkule jeszcze się śmieją! Fuj, jakie z was paskudne stworzenia!

Dziewczynki bardzo się starały, ale brody nie dało się wyciągnąć, tkwiła zbyt mocno.

— Pobiegnę po ludzi — powiedziała Różyczka.

— Zakute łby! — zaskrzeczał karzeł. — Zaraz zwoływać ludzi! Wy dwie to już o dwie za dużo. Nic lepszego nie przychodzi wam do głowy?

— Nie bądź taki niecierpliwy — powiedziała Śnieżka. — Już ja coś na to poradzę.

Wyjęła z kieszeni nożyczki i odcięła koniec brody. Ledwie karzeł poczuł się wolny, sięgnął po worek, który tkwił między korzeniami drzewa i był pełen złota. Wyciągnął go i mruknął pod nosem:

— Nieokrzesane towarzystwo, obcinać mi kawałek dumnej brody! A niech was!

Potem zarzucił worek na plecy i odszedł, nie spojrzawszy już na dziewczynki ani razu.

Jakiś czas później Śnieżka i Różyczka wybrały się nałowić ryb na obiad. Kiedy były już blisko strumienia, zobaczyły, że coś jakby wielki konik polny skacze w stronę wody, jakby chciało do niej wskoczyć. Podbiegły i poznały karła.

— Dokąd to? — powiedziała Różyczka. — Chyba nie do wody?

— Nie jestem takim głupcem! — krzyknął karzeł. — Nie widzicie, że ta przeklęta ryba chce mnie wciągnąć?

Mały siedział tam i łowił, a wiatr, na nieszczęście, splątał mu brodę z żyłką. Kiedy zaraz potem wzięła duża ryba, słabemu stworzeniu zabrakło sił, żeby ją wyciągnąć. Ryba brała górę i ciągnęła karła do siebie. Chwytał się wprawdzie każdego źdźbła i każdej trzciny, ale niewiele to pomagało: musiał iść za każdym ruchem ryby i lada chwila mógł wpaść do wody.

Dziewczynki nadeszły w samą porę. Trzymały go mocno i próbowały uwolnić brodę z żyłki, ale na próżno, broda i żyłka splątały się nierozerwalnie. Nie zostało nic innego, jak wyjąć nożyczki i brodę obciąć, a wtedy ubył jej jeszcze kawałek. Kiedy karzeł to zobaczył, wrzasnął na nie:

— Czy to maniery, żeby komuś tak szpecić twarz, wy niezdary?! Mało wam, że obcięłyście mi brodę na dole, teraz odcinacie mi jej najlepszą część! Nie będę się mógł pokazać swoim. Żebyście tak musiały biec, aż wam podeszwy odpadną!

Potem wziął worek pereł, który leżał w sitowiu, i bez słowa powlókł go za sobą, i zniknął za kamieniem.

Niedługo potem matka posłała dziewczynki do miasta po nici, igły, sznurki i wstążki. Droga wiodła przez wrzosowisko, na którym tu i ówdzie leżały potężne głazy. Zobaczyły wielkiego ptaka, który krążył powoli nad nimi, zniżał się coraz bardziej i wreszcie spadł niedaleko, przy jednym z głazów. Zaraz potem usłyszały przeraźliwy, żałosny krzyk. Podbiegły i z przerażeniem zobaczyły, że orzeł porwał ich starego znajomego, karła, i chce go unieść.

Litościwe dziewczynki natychmiast chwyciły człowieczka i tak długo mocowały się z orłem, aż puścił zdobycz. Kiedy karzeł ochłonął z pierwszego strachu, zaskrzeczał swoim piskliwym głosem:

— Nie mogłyście obejść się ze mną delikatniej? Poszarpałyście mi cienki kubraczek tak, że jest cały w strzępach i dziurach, niezdarna, gapowata hałastro!

Potem wziął worek z drogimi kamieniami i wśliznął się z powrotem pod skałę, do swojej jaskini.

Dziewczynki przywykły już do jego niewdzięczności, poszły dalej i załatwiły sprawunki w mieście. W drodze powrotnej, kiedy znów wyszły na wrzosowisko, zaskoczyły karła. Wysypał sobie na czystym placyku worek klejnotów i nie pomyślał, że o tak późnej porze ktoś jeszcze tędy przejdzie. Wieczorne słońce świeciło na błyszczące kamienie, a one mieniły się i lśniły tak wspaniale wszystkimi barwami, że dziewczynki przystanęły i patrzyły.

— Czego tak stoicie i się gapicie?! — wrzasnął karzeł, a jego popielata twarz poczerwieniała ze złości.

Chciał besztać je dalej, ale wtedy rozległo się głośne mruczenie i z lasu wybiegł czarny niedźwiedź. Karzeł zerwał się przerażony, lecz nie zdążył już dopaść swojej kryjówki, bo niedźwiedź był tuż-tuż. Zawołał więc w śmiertelnym strachu:

— Drogi panie niedźwiedziu, oszczędź mnie! Oddam ci wszystkie moje skarby, spójrz na te piękne kamienie, co tu leżą. Daruj mi życie! Co ci po mnie, takim małym, chudym stworzeniu? Nawet byś mnie w zębach nie poczuł. Weź te dwie niegodziwe dziewczyny, to dopiero smaczne kąski, tłuste jak młode przepiórki. Zjedz je sobie na zdrowie!

Niedźwiedź nie zwrócił uwagi na te słowa. Jedno uderzenie łapy i złośliwy karzeł znieruchomiał na dobre.

Dziewczynki odbiegły w popłochu, ale niedźwiedź zawołał za nimi:

— Śnieżko, Różyczko, nie bójcie się! Zaczekajcie, pójdę z wami.

Poznały jego głos i przystanęły, a kiedy był już przy nich, niedźwiedzia skóra nagle z niego opadła i stanął przed nimi piękny mężczyzna, cały odziany w złoto.

— Jestem synem króla — powiedział. — Ten niegodziwy karzeł ukradł mi skarby i rzucił na mnie urok: miałem biegać po lesie jako dziki niedźwiedź, dopóki jego śmierć mnie nie uwolni. Teraz spotkała go zasłużona kara.

Śnieżka została jego żoną, a Różyczka wyszła za jego brata i podzielili się między sobą wielkimi skarbami, które karzeł znosił do swojej jaskini. Stara matka mieszkała jeszcze długie lata spokojnie i szczęśliwie u swoich dzieci. Oba krzewy róż zabrała ze sobą, a one rosły pod jej oknem i co roku rodziły najpiękniejsze róże, białe i czerwone.

---

- Read online: https://talerie.com/pl/bajki/sniezka-i-rozyczka
- Source: Kinder- und Hausmärchen, 7. Auflage (1857) (https://de.wikisource.org/wiki/Schneeweißchen_und_Rosenroth_(1857))
- Public-domain basis: Talerie contemporary retelling (CC0 2026), based on: Kinder- und Hausmärchen, 7. Auflage (1857) — original: author died 1859/1863 (+70 passed)
- License: CC0-1.0 (https://creativecommons.org/publicdomain/zero/1.0/)
