
Warszawska legenda opowiada o dwojgu dzieci płatnerza, które w piwnicach Krzywego Koła spotykają śmiercionośnego bazyliszka i tracą przyjaciela oraz wierną służącą, zanim uczony doktor znajduje sposób, by pokonać potwora jego własnym odbiciem. Skazany na śmierć wędrowny krawiec Jan Ślązak ratuje miasto, odzyskuje wolność i okazuje się niewinny, a rodzeństwo wraca cało do rodziców.
W kuźni płatnerskiej mistrza Melchiora Ostrogi na starej Warszawie aż huczało od pracy. Czeladnicy wykańczali wspaniałą zbroję dla kasztelana płockiego, dwaj chłopcy dęli w miechy, a sam mistrz trzymał w kleszczach rozżarzoną sztabę żelaza, gotów przekuć ją na miecz. Zbroja miała być prawdziwym cudem: stal gładka jak zwierciadło, okucia ze srebra, a na napierśniku wizerunek Matki Boskiej Częstochowskiej wyszyty złotem. W kącie kuźni, za stertą żelastwa, bawiło się dwoje dzieci mistrza: czarnowłosy Maciek i złotowłosa Halszka. Chłopiec wyciął sobie z kawałka blachy krzywą szablę i ćwiczył się w szermierce jak żołnierz, dziewczynka zaś prędko się tym znudziła.
— Maćku, chodźmy już na Rynek — poprosiła brata. — Świeci słońce, będzie wesoło, popatrzymy na kramy. — Poczekaj, jeszcze parę cięć i idę z tobą — odpowiedział Maciek, machnął szablą raz i drugi, po czym rzucił ją na ziemię.
Kiedy ruszali ku wyjściu, przywołał ich ojciec. — Dokąd to, dzieci? — Na Rynek, tatusiu. — Uważajcie na siebie i wróćcie na obiad. A na Krzywe Koło, do tego starego, walącego się domu, nie chodźcie mi za nic w świecie. Dzieją się tam złe rzeczy, ktoś tam jęczy i straszy. — Ja się niczego nie boję! — zawołał dzielnie Maciek. — A ja boję się wszystkiego i tam nie pójdę! — pisnęła Halszka. — To bądźcie zdrowe, moje kochane.
Na Rynku Starego Miasta tłoczno było i gwarno. Wokół ratusza stały kramy pełne wschodnich tkanin, korzennych bakalii i zamorskich zabawek, a Maciek z Halszką przemykali między straganami jak dwie rybki, nie wiedząc, na co patrzeć najpierw. Nagle zabębnił bębenek i zaświstała piszczałka: to wędrowny Cygan prowadził na łańcuchu tresowanego niedźwiedzia, który kłaniał się jak dworzanin i tańczył jak panna na weselu, aż ludzie pokładali się ze śmiechu. Gdy tak przyglądali się misiowi, ktoś zasłonił im dłońmi oczy.
— Zgadnijcie, kto to! — zaśmiał się wesoły głos. — Waluś! — ucieszyli się oboje, poznając go od razu po głosie.
Był to Waluś Klepka, dziesięcioletni synek bednarza z Zapiecka: chłopak wesoły i zabawny, ale też straszny urwis, z którym rodzice nie mogli sobie poradzić.
Gdy przedstawienie z niedźwiedziem się skończyło, cała trójka powędrowała za tłumem, aż zbliżyli się do Krzywego Koła, tam gdzie stał zwalony dom, o którym ostrzegał ojciec. Waluś zatrzymał rodzeństwo i szepnął tajemniczo. — Chodźcie, coś wam pokażę. Zejdźmy do piwnic tego starego domu. — Co ty gadasz? — przestraszyła się Halszka. — Przecież tam straszy, tatuś tak mówił. — Bajki! — machnął ręką Waluś. — Byłem tam wczoraj i zajrzałem do piwnicy, a w środku coś błyszczało jak złoto. Na pewno są tam skarby. Znieślibyśmy je rodzicom, jakżeby się ucieszyli.
Halszka nie chciała iść za nic, ale gdy Waluś nazwał ją tchórzem i ruszył ku schodom razem z Maćkiem, rozpłakała się i pobiegła za nimi, nie chcąc zostawiać brata samego.
Schody były stare i drewniane, wiele stopni brakowało, więc trzeba było co chwila przeskakiwać dziury. Wkrótce ogarnęła ich ciemność, tylko gdzieś daleko migotało brudne okienko wychodzące na ulicę Brzozową. Waluś szedł przodem, pogwizdując wesoło, nieświadom tego, co go czeka. Zeszli w końcu do wielkiej, sklepionej piwnicy pełnej starych rupieci: połamanych okiennic, framug, drzwi. Po prawej stronie w murze widniała uchylona, okuta żelazem furtka, prowadząca dalej w głąb podziemi.
— Chodźmy tam — powiedział Waluś, a jego głos zabrzmiał głucho w podziemiu. — Skarb na pewno jest gdzieś dalej. — Wróćmy już na górę, proszę — błagała Halszka. — Boję się okropnie. — Ja też bym wrócił — dodał poważnie Maciek. — Nie wiemy przecież, co jest za tą furtką. — A ja pójdę, choćbyście nie chcieli! — zawołał zuchwale Waluś i podbiegł do furtki.
Szarpnął nią, otworzył i w tej samej chwili, jakby rażony piorunem, runął na ziemię bez życia. Z odsłoniętej czeluści buchnęło stęchlizną, a w zielonkawym świetle Maciek i Halszka ujrzeli potwora: głowę miał kogucią z ogromnym purpurowym grzebieniem, szyję długą i wężową, ciało pokryte czarnym piórem, nogi zaś zakończone ostrymi szponami. Najstraszniejsze były jego oczy, żółte i czerwone na przemian, wpatrzone teraz w leżącego bez ruchu Walusia.
— Bazyliszek — szepnął Maciek, blady jak ściana. — Słyszałem o nim od tatusia. Kto na niego spojrzy, ten ginie od jego wzroku. Chowajmy się, prędko!
Trzymając się za ręce, dzieci na palcach cofnęły się pod ścianę i wśliznęły za wielkie stare drzwi oparte o mur.
Nie zdążyły się nawet uspokoić, gdy z ulicy dobiegło ich wołanie starej Agaty, wiernej służącej z domu Ostrogów. — Maćku! Halszko! Obiad gotowy, gdzież wy jesteście?
Dzieci nie śmiały się odezwać. Bazyliszek uniósł łeb i spojrzał w stronę schodów. Mimo ostrzeżeń ludzi zebranych na górze poczciwa Agata zeszła do piwnicy, żeby poszukać dzieci, i po chwili rozległ się jej okrzyk pełen trwogi, a potem w lochu zaległa głucha cisza. Ognisty wzrok bazyliszka dosięgnął ją tak samo, jak wcześniej dosięgnął Walusia. Ludzie zebrani przy schodach z krzykiem rozbiegli się po Rynku, niosąc straszną wieść po całym mieście. Maciek i Halszka, skamieniali z przerażenia, przytulili się do wilgotnego muru, podczas gdy bazyliszek chodził po piwnicy tam i z powrotem i nikt nie mógł go stamtąd wypędzić.
Wieść dotarła do pani Ostrożyny prędzej, niż ktokolwiek zdążył ją na to przygotować: dzieci zaginęły w piwnicach na Krzywym Kole. Zbladł i przybiegł z kuźni mistrz Ostroga, który kochał swoje dzieci nad życie. Z tłumu wystąpił stary, mądry rajca Ezechiel Strubicz.
— Trzeba iść do uczonego doktora na Piwną — powiedział. — Do mistrza Hermenegilda Fabuli. On zna się na sprawach ziemskich i tych mniej zwyczajnych, może znajdzie na to jakąś radę.
Rodzice wraz ze Strubiczem pobiegli więc na ulicę Piwną.
Doktor Fabula, sławny uczony, którego prosty lud uważał za czarownika, mieszkał wysoko pod dachem, w komnacie pełnej starych ksiąg, słojów z żabami i wypchanego krokodyla. Gdy wysłuchał zapłakanej opowieści pani Ostrożyny, spojrzał w otwartą przed sobą księgę i rzekł poważnie.
— Wiem już, co się stało waszym dzieciom. To sprawka bazyliszka, najgroźniejszego stworzenia na ziemi, które zabija samym spojrzeniem. Trzeba wydobyć z piwnicy tych, co już zginęli, aby mieli chrześcijański pogrzeb, a samego bazyliszka koniecznie zabić, bo dopóki żyje, Warszawa nie zazna spokoju. — Ale jak go zabić? — zapytał Strubicz. — Jest sposób, choć trudny i niebezpieczny. Trzeba, żeby ktoś zszedł do lochu cały obwieszony lustrami. Gdy bazyliszek ujrzy w nich własne odbicie, sam siebie zabije swoim wzrokiem. — A któż odważy się na coś takiego? — westchnęła zrozpaczona pani Ostrożyna.
Właśnie wtedy z Rynku dobiegł ponury głos dzwonu farnego i gwar wielkiego tłumu. Strubicz wyjrzał przez okno i krzyknął uradowany. — Mam takiego człowieka! Chodźcie za mną!
Na placyku zwanym Piekiełkiem miano właśnie ściąć skazańca, wędrownego krawca Jana Ślązaka, oskarżonego o zabójstwo swego towarzysza podróży. Kat już uniósł miecz, gdy Strubicz i mistrz Ostroga przedarli się przez tłum, wołając, by wstrzymano egzekucję. W imieniu burmistrza rajca ogłosił skazańcowi, że jeśli ten zejdzie do lochu na Krzywym Kole i zabije bazyliszka, odzyska wolność.
— Zgadzam się, dostojny panie — odpowiedział Jan, unosząc oczy ku niebu. — Tym chętniej, że Bóg mi świadkiem: jestem niewinny zarzucanej mi zbrodni i ufam, że łaska Boża będzie ze mną.
Obwieszono go od stóp do głów lustrami i zaprowadzono na Krzywe Koło. Burmistrz, rajcy i setki mieszczan czekały na ulicy, a przed wszystkimi mistrz Ostroga, pani Ostrożyna i rajca Strubicz wpatrywali się w czarny otwór piwnicy. Po chwili z podziemia dobiegł krzyk tak straszny, jakby pianie koguta zmieszało się z sykiem węża, że wszystkim ciarki przeszły po plecach. A potem rozległ się donośny głos Jana.
— Zabity! Zabity jest! — Bazyliszek zabity! — powtórzył tłum. Radosna wieść pomknęła przez cały Rynek, przez Świętojańską, Piwną i Brzozową, aż po najdalsze zaułki Starego Miasta.
Po chwili na schodach ukazał się Jan, cały lśniący od luster, niosąc na długim drągu martwego bazyliszka. Kat wziął go i spalił na popiół na stosie na Piekiełku, ku uciesze zgromadzonych. Stało się dokładnie tak, jak przepowiedział doktor Fabula: bazyliszek ujrzał w lustrach własne odbicie i zabił się swoim jadowitym wzrokiem.
Tymczasem pani Ostrożyna, mistrz Ostroga i rajca Strubicz z zapaloną pochodnią zbiegli do lochu.
— Maćku! Halszko! — wołała matka. — Żyjecie? Odezwijcie się! — Jesteśmy tu, mamusiu, tatusiu! — odpowiedziały dzieci i wybiegły zza wielkich drzwi, blade, ale całe i zdrowe, wprost w objęcia rodziców.
Radości nie było końca. Uściskom i pocałunkom nie było końca, a stary, mądry rajca Strubicz płakał ze wzruszenia jak dziecko.
Tak zakończyła się przygoda z bazyliszkiem. Zapłacili za nią życiem nieposłuszny Waluś i dobra, poczciwa Agata: ich ciała wydobyto z piwnicy i pochowano z należną czcią, a rodzina Ostrogów nigdy o nich nie zapomniała. Jan Ślązak zaś wkrótce okazał się w pełni niewinny: jego towarzysz podróży, którego miał rzekomo zabić, odnalazł się cały i zdrowy i wytłumaczył, że zabłądził w lesie, gdzie błąkał się przeszło miesiąc, dopóki nie znaleźli go węglarze i nie skierowali z powrotem na drogę do Warszawy. Odtąd żaden bazyliszek nigdy więcej nie pokazał się w mieście.
Na nowo opowiedziane przez Talerie, Źródło: Legendy warszawskie (otwiera się w nowym oknie)
Licencja: Domena publicznaTen tekst możesz kopiować, zmieniać i wykorzystywać dowolnie. Link do Talerie ucieszy, ale nie jest wymagany.CC0 1.0 (otwiera się w nowym oknie)
