
Maciek, Halszka i ich przyjaciel Waluś schodzą do piwnic zburzonego domu na Krzywym Kole, gdzie bazyliszek zabija Walusia jednym spojrzeniem. Skazany krawiec Jan Ślązak zstępuje potem do lochu obwieszony zwierciadłami, bazyliszek ginie od własnego jadowitego wzroku, a Maciek z Halszką wychodzą z ukrycia cali i zdrowi.
W kuźni płatnerza Melchiora Ostrogi na Starym Mieście robota aż wrzała. Czeladnicy kończyli wspaniałą zbroję dla kasztelana płockiego, a dwaj chłopcy dęli w wielkie miechy, aż ogień w kominie huczał.
Zbroja miała być prawdziwym arcydziełem: stal wypolerowana jak lustro, srebrne okucia, wizerunek Matki Boskiej wykonany złotem. Mistrz Melchior był z niej dumny, jeszcze zanim ostygła.
W kącie kuźni, za stosem żelastwa, bawiło się dwoje jego dzieci: czarnowłosy Maciek i złotowłosa Halszka. Chłopiec wyklepał sobie z cienkiej blachy krzywą szabelkę i ćwiczył cięcia jak prawdziwy żołnierz.

— Maćku, chodźmy już na Rynek — poprosiła Halszka. — Słońce świeci, ludzi pełno, obejrzymy kramy.
— Zaraz, jeszcze dwa cięcia — odpowiedział brat. — Ale dobrze, chodźmy, skoro ci tak pilno.
Płatnerz zobaczył dzieci w drzwiach i zawołał je do siebie.
— A dokąd to?
— Na Rynek, tatusiu. Popatrzeć, pobiegać.
— Zgoda, tylko uważajcie na siebie i nie spóźnijcie się na obiad. I jeszcze jedno: broń was Panie Boże chodzić na Krzywe Koło, do tego zburzonego domu. Dzieją się tam złe rzeczy. Coś tam straszy, coś jęczy.
— Ja się niczego nie boję! — pochwalił się Maciek.
— A ja się boję wszystkiego — pisnęła cienko Halszka. — I nie pójdziemy tam.
Na Rynku było gwarno i tłoczno. Wokół Ratusza kręcili się ludzie w barwnych strojach, a w kramach można było dostać, czego dusza zapragnie. Tureckie tkaniny haftowane złotem, perskie dywany, zamorskie sukno, a dalej figi, daktyle i rodzynki ułożone w pachnące kopce.
Maciek i Halszka najdłużej zatrzymali się przy kramie z zabawkami. Leżały tam lalki, koniki, pieski i piłki, tyle naraz, że oczy bolały od patrzenia.
Nagle zaterkotał bębenek, zagwizdała piszczałka, zabrzęczały blaszane talerze. To niedźwiednik prowadził na łańcuchu uczonego niedźwiedzia. Zwierz rozumiał każde słowo i robił, co mu kazano, bez namysłu.
— Misza, ukłoń się pięknie szanownym państwu!
Niedźwiedź kłaniał się nisko.
— Misza, pokaż, jak stare kumoszki noszą wodę z rzeki!
Niedźwiedź brał na plecy drąg z dwoma wiadrami i szedł, kołysząc się na boki.
— Misza, a jak młode panny tańczą na weselu?
Wtedy zwierz zaczynał podrygiwać i wywijać łapami tak, że ludzie zaśmiewali się do łez.
W samym środku tej zabawy ktoś zasłonił rodzeństwu oczy dłońmi.
— Zgadnijcie, kto to! — odezwał się wesoły głos.
— Waluś! — ucieszyli się oboje. — Poznaliśmy cię po głosie.
Waluś Klepka, dziesięcioletni syn bednarza Piotra Klepki z Zapiecka, był miłym i zabawnym chłopcem, ale urwis z niego był nad urwisy. Obiecywał poprawę co tydzień i zapominał o niej, nim dzień się skończył.

Niedźwiednik zebrał do czapki garść monet i ruszył dalej, a ruszył akurat w stronę Krzywego Koła. Troje dzieci powlokło się za gromadą. Kiedy mijały ruiny starego domostwa, Waluś zatrzymał tamtych dwoje.
— Poczekajcie — szepnął tajemniczo. — Coś wam powiem i coś pokażę.
— No co? — zaciekawił się Maciek.
— To, żebyśmy zeszli po tych schodach do piwnic starego domu.
— Co ty mówisz? — przestraszyła się Halszka. — Przecież tam straszy. Tatuś mówił.
— Bajki o strachach! — Waluś machnął ręką. — A ja wam mówię, że leżą tam zaklęte skarby. Zaglądałem wczoraj w południe do piwnicy i kiedy słońce zajrzało do środka, coś tak błysnęło, że aż mnie oczy rozbolały. Na pewno złoto.
Maciek się zastanowił.
— Może zejdźmy na chwilę i przynieśmy ten skarb rodzicom. Ale by się ucieszyli! Co ty na to, Halszko?
— Ja nie zejdę — oświadczyła Halszka. — Za nic w świecie.
— Ale z ciebie tchórz — roześmiał się Waluś. — To nie schodź. My dwaj pójdziemy, prawda, Maciusiu?
I ruszył ku schodom, które widać było z ulicy, a Maciek za nim, bo odważny był chłopak.
— Kiedy tak, to i ja idę — zawołała Halszka przez łzy. — Nie zostawię cię przecież, braciszku.
— I nie pożałujesz — obiecał Waluś. — Nasypię ci dukatów pełen fartuszek.
Schody były drewniane, połamane, a miejscami brakowało na nich stopni, więc trzeba było przeskakiwać dziury. Tuż za wejściem skręcały w dół i ogarnęła dzieci ciemność.

Gdzieś daleko migotało blade światełko. To pewnie okienko piwniczne od strony Brzozowej, tak zakurzone i zasnute pajęczyną, że ledwie je było widać.
Waluś szedł przodem o kilka kroków, w najlepszym humorze, i podśpiewywał sobie pod nosem.
Zeszli wreszcie do wielkiej, sklepionej piwnicy. Pod ścianami stały rupiecie: stare okna, futryny, drzwi i sprzęty, których nikt już nie potrzebował. Z prawej strony była uchylona furtka, okuta żelazem, a za nią zapewne dalsze lochy.
— Skoro już tu jesteśmy, idźmy dalej — powiedział Waluś, a jego głos zabrzmiał w podziemiu głucho i obco. — Przeszukamy wszystko, skarb się znajdzie.
— Walusiu, chodźmy na górę — poprosiła Halszka żałośnie. — Co nam po skarbach. Strasznie się czegoś boję.
— Ja też radzę wrócić — powiedział poważnie Maciek. — Nie znamy drogi i kto wie, co jest za tą furtką. Rodzice będą się niepokoić, po co ich martwić?
— A ja pójdę, i wy pójdziecie ze mną! — zawołał zapalczywie Waluś. — Co mi tam gadanie o strachach! Raz, dwa, trzy, idę!
Doskoczył do furtki, szarpnął ją i otworzył. W tej samej chwili osunął się na kamienie i już się nie podniósł.
Z otwartej furtki buchnęło stęchlizną, a w zielonkawym świetle, jakby od świętojańskich robaczków, dzieci zobaczyły potwora. Był niby kogut, niby wąż. Głowę miał kogucią, z ogromnym purpurowym grzebieniem w kształcie korony, szyję długą i cienką jak u węża, tułów pękaty, pokryty nastroszonym czarnym pierzem, a nogi wysokie i kosmate, zakończone łapami o wielkich pazurach.
Najstraszniejsze były jednak oczy: wyłupiaste i okrągłe jak u sowy, jarzące się raz czerwono, raz żółto. Na szczęście nie patrzyły na Maćka i Halszkę. Poczwara wpatrywała się w Walusia, który leżał bez ruchu.
— Bazyliszek — szepnął Maciek drżącym głosem. — Chowajmy się, siostrzyczko, prędko!
Cichutko, trzymając się za ręce, przesunęli się na palcach wzdłuż ściany i wślizgnęli za wielkie drzwi oparte o prastary mur.
— Słyszałem o nim od tatusia — szeptał Maciek siostrze do ucha. — Na kogo spojrzy, tego zabija wzrokiem. Tak zabił Walusia. Stójmy tu cicho, Halszko, całkiem cicho.
— Boże, co z nami będzie? — załkała Halszka. — Po cośmy tu przyszli? Chcę do domu.
— Wrócimy do domu, jak Bóg da — szeptał brat. — Tylko niech nas nie zobaczy. Jeśli na nas spojrzy, będzie po nas.
— Maaaćku! Haaalszko! — rozległo się wołanie od ulicy. — Gdzie wy jesteście? Obiad gotowy!
Dzieci poznały głos starej Agaty, ale nie śmiały się odezwać.
Bazyliszek odwrócił grzebieniasty łeb, nastroszył pióra jeszcze groźniej i spojrzał w stronę schodów.

Na schodach stanęła Agata, a za nią, na ulicy, zebrała się gromadka mieszczan.
— Nie schodźcie tam, Agato! — wołali z góry. — Jeszcze was jakie licho udusi!
Ale poczciwa służąca schodziła już w dół. Ledwie stanęła na dnie lochu, krzyknęła przeraźliwie, a potem w piwnicy znów zapadła głucha cisza. Zabójcze spojrzenie bazyliszka dosięgło i jej.
Ludzie sprzed schodów rozpierzchli się na Rynek i w boczne uliczki, roznosząc straszną nowinę po całym mieście.
Rodzeństwo przywarło do wilgotnego muru, ściskając się kurczowo za ręce, a bazyliszek, zadowolony z tego, co zrobił, zaczął przechadzać się po lochu tam i z powrotem, tam i z powrotem. Wyjścia nie było.
Tymczasem pod domem płatnerza zrobiło się czarno od ludzi.
— Pani Ostrogowa! Dzieci wam przepadły! — wołano. — Zeszły do piwnic na Krzywym Kole!
Matka wybiegła przed dom blada jak płótno.
— Jezu miłosierny, skąd wy to wiecie?
— Widzieli szewczykowie z naprzeciwka, jak schodziły z Walkiem od Klepki — mówili ludzie. — A potem wasza Agata wołała je i wołała, aż zeszła na dół. Krzyknęła i już nie wyszła.
Przez ciżbę przedarł się mistrz Melchior, drżący, bez kropli krwi w twarzy, bo w kuźni już mu o wszystkim powiedziano. Maćka i Halszkę kochał ponad życie.
— Co robić, Melchiorze? — biadała żona. — Ratujmy nasze dzieci!
Z tłumu wysunął się sędziwy rajca miejski Ezechiel Strubicz, człowiek mądry i spokojny, którego cała Warszawa znała z dobroci dla staromiejskiej dziatwy.
— Poradzę wam, co robić — powiedział. — Idźcie prosto do czarownika na Piwną. Kto jak kto, ale on znajdzie radę. Zna się na rzeczach ziemskich i nieziemskich, bo to i lekarz, i astrolog, i człowiek, który po uszy siedzi w starych księgach.
— Idźcie do czarownika! — podchwycił tłum. — On pomoże! Dobra rada!
— Chodź, żono — powiedział płatnerz. — Idziemy na Piwną.
— I ja z wami — dodał Strubicz. — A nuż uda się jeszcze Maćka i Halszkę odszukać.
Na Piwnej, na czwartym piętrze narożnego domu, tuż pod dachem, mieszkał uczony doktor Hermenegildus Fabula, znany nawet na królewskim dworze. Czarownikiem nie był wcale. Był lekarzem i uczonym, ale warszawianie, widząc jego niemal cudowne kuracje i tajemnicze przyrządy, uparcie brali go za czarnoksiężnika.
W wielkiej komnacie o łukowym sklepieniu siedział za stołem zawalonym księgami mały, chudy człowieczek o twarzy pomarszczonej jak pieczone jabłko. Za to oczy miał ogromne i czarne, gorejące jak dwie pochodnie. Pod sufitem wisiał wypchany krokodyl, w kącie stała egipska mumia, a wszędzie dokoła księgi, księgi i księgi.
— Czego sobie ode mnie życzycie? — zapytał doktor Fabula.
Matka opowiedziała wszystko, płacząc, i zaczęła błagać o ratunek.
— Wiem, co spotkało wasze dzieci — powiedział doktor. — Właśnie o takich zdarzeniach czytałem w tej księdze. To najgroźniejszy stwór na świecie i nazywa się bazyliszek.

— Bazyliszek! — jęknęli rodzice. — To już po wszystkim.
— Bóg jest wielki i nadziei tracić nie wolno — odparł Fabula. — A choćby nawet stało się najgorsze, trzeba dzieci wydobyć z piwnicy. I trzeba zabić bazyliszka, bo dopóki ta bestia żyje, Warszawa nie zazna spokoju. Niejeden jeszcze zginie od jego spojrzenia.
— Jak tego dokonać, uczony mężu? — zapytał Strubicz.
— Jest na to sposób — powiedział doktor — tylko tak trudny i niebezpieczny, że nie wiem, czy znajdzie się w tym mieście ktoś, kto się tego podejmie. Trzeba, żeby do lochu zszedł człowiek obwieszony zwierciadłami. Bazyliszek spojrzy w nie, zobaczy samego siebie i zginie od własnego wzroku.
— Sposób pewny, nie ma dwóch zdań — przyznał Strubicz. — Ale gdzie znaleźć takiego śmiałka, który nadstawi za nas głowę?
— Nie ma już takich ludzi na świecie — westchnęła matka.
Wtedy z wieży farnego kościoła doleciał ponury głos dzwonu, a za nim gwar wielkiego tłumu. Strubicz wychylił się przez okno.
— Mam! — zawołał radośnie. — Mam takiego człowieka! Za mną!
Od Rynku w stronę Piekiełka szedł posępny orszak. Na przedzie straż miejska z halabardami, za nią bracia pokutnicy w ciemnych opończach i sukiennych maskach z wyciętymi otworami na oczy, dalej pisarz miejski ze zwojem pergaminu, potem urzędnicy sądowi, a na końcu skazaniec i kat. Po bokach cisnęły się tłumy ciekawych.
Orszak stanął na placyku zwanym Piekiełkiem. Pisarz odczytał nosowym głosem wyrok: Jan Ślązak, wędrowny krawiec, oskarżony o zabicie swojego towarzysza podróży, ma być ścięty mieczem.
Skazaniec, brodaty i niemłody już człowiek w nędznej odzieży, uklęknął przy pieńku. Kat uniósł miecz, który błysnął w słońcu.
I wtedy przez ciżbę przedarli się rajca Strubicz z mistrzem Ostrogą.
— Stójcie! — zakrzyknął rajca potężnym basem. — Stójcie!

Kat opuścił miecz, a pisarz miejski, wkładając z powrotem okulary na długi nos, spojrzał na rajcę niechętnie i czekał na wyjaśnienie.
— Po pierwsze: w imieniu burmistrza starej Warszawy wstrzymuję egzekucję — oznajmił Strubicz. — Po drugie: rozwiązać więźnia. Po trzecie: zbliż się, Janie Ślązaku.
Skazaniec podniósł się z klęczek i podszedł.
— Jesteś skazany na śmierć i nic cię od niej nie uratuje — mówił rajca. — Pytam cię więc: czy zgodzisz się zejść do lochu, w którym siedzi bazyliszek, i zabić tę bestię? Jeżeli to zrobisz, będziesz wolny. Obiecuje ci to moimi ustami sam burmistrz i cała rada miejska.
Zdumiał się pisarz, zdumiał się tłum, a Jan Ślązak podniósł oczy ku niebu.
— Zgadzam się, wielmożny panie — odpowiedział. — Tym chętniej, że, Bóg mi świadkiem, nie popełniłem zbrodni, o którą mnie oskarżono. Wierzę, że łaska Boża będzie ze mną.
Nie zwlekając, zaprowadzili go na Ratusz, obwiesili zwierciadłami od stóp do głów i przywiedli na Krzywe Koło. Burmistrz, rajcy, ławnicy i setki ludzi czekali na ulicy. Najbliżej otworu piwnicznego stali mistrz Ostroga, jego żona i dobry rajca Strubicz.
Krawiec zszedł w ciemność. Minęła chwila i z lochu buchnął przeraźliwy głos: jakby ochrypłe pianie koguta, jakby świszczący syk węża, jakby diabelski śmiech. Ludziom na górze ciarki przeszły po plecach.
— Zabity! — zawołał donośnie Jan Ślązak. — Zabity!
— Bazyliszek zabity! — zahuczał tłum.
I wieść poleciała lotem błyskawicy na Rynek, na Świętojańską, na Piwną, na Brzozową, na oba Dunaje, Szeroki i Wąski, i na całe Stare Miasto.
A na schodach piwnicznych ukazała się postać cała w lustrach, niosąca na ostro zakończonym drągu straszliwego potwora. Kat wziął go z rąk dzielnego krawca i na Piekiełku, na stosie, spalił na popiół, na oczach tysięcy ludzi.
Stało się wszystko tak, jak przepowiedział mądry doktor Fabula: bazyliszek spojrzał w zwierciadło, zobaczył samego siebie i zginął od własnego jadowitego wzroku.
Tymczasem matka, ojciec i rajca Strubicz porwali zapaloną pochodnię i pobiegli do lochu.
— Maćku! Halszko! — wołała matka. — Jesteście tam? Odezwijcie się!
— Jesteśmy, mamusiu! — odpowiedziały dzieci. — Jesteśmy, tatusiu!
Zza wielkich drzwi opartych o prastary mur wybiegło rodzeństwo, blade jeszcze ze strachu, ale całe i zdrowe, i rzuciło się rodzicom w ramiona. Uściskom i pocałunkom nie było końca, a stary rajca Strubicz, choć taki mądry i poważny, płakał przy tym jak bóbr.

Tak skończyła się przygoda z bazyliszkiem. Zapłacili za nią życiem nieposłuszny Waluś i stara, poczciwa Agata. Wydobyto ich z piwnicy i pochowano uroczyście, a rodzina Ostrogów nigdy o nich nie zapomniała.
A dzielny Jan Ślązak? Okazało się, że naprawdę nie skrzywdził swojego towarzysza. Tamten zjawił się wkrótce w Warszawie żywy i zdrowy i opowiedział, że zabłądził w puszczy i tułał się po niej z górą miesiąc, aż znaleźli go węglarze i wyprowadzili na drogę do miasta.
Żaden bazyliszek już się w Warszawie nie pokazał.
Opowiedziała na nowo Talerie, źródło: Legendy warszawskie (otwiera się w nowym oknie)Licencja: Domena publicznaTen tekst możesz kopiować, zmieniać i wykorzystywać dowolnie. Link do Talerie nas ucieszy, ale nie jest wymagany.CC0 1.0 (otwiera się w nowym oknie)
