
Pod górą Wawel mieszka smok, który pożera całe stada i porywa ludzi, więc mieszkańcy co rano zostawiają mu przed jamą daninę. Ubogi szewc Skuba radzi zszyć cielęcą skórę wypchaną siarką, smok połyka ją i ginie nad rzeką, a król nagradza szewca; w Krakowie znów otwierają okiennice i wypuszczają dzieci na dwór.
Dawno temu nad zakolem Wisły wznosiła się góra Wawel. Dziś stoi na niej krakowski zamek, a wtedy nie było tam nic prócz trawy, kilku sosen i wielkiego otworu, który czerniał w zboczu.
Był to wylot jamy, a w jamie mieszkał smok.
Nikt nie wiedział, skąd się wziął ani jak długo tam siedzi. Wiedziano tylko, że jest ogromny, że ma łuskę twardszą od tarczy i że jest wiecznie głodny. Kiedy wychodził na światło, cień jego grzbietu kładł się na pół zbocza.
Potrafił za jednym razem pożreć trzy sztuki bydła, a kiedy i tego było mu mało, schodził nocą pod miasto i porywał ludzi.
Krakowianie zamykali więc okiennice na noc i nie wypuszczali dzieci za próg. Krowy przestały chodzić na łąki nad rzeką. Bydło trzymano w oborach, a i tam nikt nie czuł się bezpieczny.

Nad miastem panował wtedy Krak, ten, od którego Kraków wziął swoją nazwę. Zwoływał rycerzy, wysyłał najodważniejszych pod górę i czekał na nich do rana. Nie wrócił żaden.
W końcu uradzono rzecz najgorszą, jaką można uradzić. Skoro smok i tak bierze, co zechce, lepiej dawać mu z góry to, czego żąda. Może wtedy da ludziom spokój.
Tak zaczęła się codzienna danina. Każdego ranka wyprowadzano pod górę troje cieląt albo trzy barany, zostawiano je przed jamą i wracano do miasta, nie oglądając się za siebie.
Smok wysuwał łeb, zabierał swoje i znikał pod ziemią. Ludzie zostawali cali, ale obory pustoszały jedna po drugiej, a każdy poranek zaczynał się od strachu.
Stada topniały. Gospodarze liczyli, ile jeszcze cieląt zostało, i zawsze wychodziło im to samo: niedługo nie będzie już czym płacić. A wtedy smok znów zacznie brać ludzi.
Trwało to długo i wydawało się, że będzie trwało zawsze.
Aż pewnego dnia przed króla przyszedł szewc imieniem Skuba. Człowiek ubogi, znany w mieście tylko z tego, że tanio zelował buty i nigdy nie psuł roboty.
— Panie — powiedział. — Siłą tego smoka nikt nie pokona. Ale ja przyglądam mu się od lat. Widziałem, jak bierze daninę. On połyka wszystko, co mu położymy, i nawet tego nie wącha.
— Mów dalej — rzekł Krak.
— Trzeba mu dać cielę, którego nie zdoła strawić — odparł szewc. — Skórę wypchaną siarką.
Wśród dworzan podniósł się śmiech, bo któż słyszał, żeby szewc radził królowi tam, gdzie nie poradzili sobie rycerze? Ale Krak nie śmiał się wcale. Kazał zrobić dokładnie tak, jak powiedział Skuba.
Siarkę zwieziono workami, żółtą i kruszącą się w palcach, taką, jaka zajmuje się od jednej iskry. Przyniesiono skórę cielęcą i napchano ją po sam pysk.
Potem Skuba zszył ją dratwą, tak starannie, jak zszywał najlepsze cholewy, żeby nigdzie nie było widać szwu. Kiedy skończył, cielę wyglądało jak żywe. Leżało tylko cicho, jakby zasnęło w trawie.

Nazajutrz, skoro świt, zaniesiono je pod górę i położono przed jamą, na tym samym miejscu co zawsze, a resztę daniny wyprowadzono obok, tak jak każdego ranka. Potem wszyscy zbiegli na drugi brzeg Wisły i stamtąd patrzyli.
Słońce ledwie wstało, kiedy z ciemnego otworu wysunął się łeb. Smok powiódł wzrokiem po zboczu, zobaczył cielę na zwykłym miejscu i nie trącił go nawet łapą.
Połknął je najpierw, w całości, jednym ruchem gardła, tak jak połykał wszystko przez tyle lat, a zaraz potem resztę daniny. Zawrócił i zniknął w jamie.
Ludzie czekali. Minęło przedpołudnie, minęło południe, a góra stała cicho jak zawsze. Na brzegu zaczynano już myśleć, że szewc pomylił się tak samo jak wszyscy przed nim.
Ale siarka tliła się w smoku powoli. Żar narastał w nim godzinami i palił go od środka, aż smok zaczął przewracać się z boku na bok i kamienie posypały się zboczem.
W końcu wypełzł z jamy i ruszył ku rzece. Chwyciło go pragnienie, jakiego nie zna nic żywego.
Zanurzył pysk w Wiśle i pił.
Pił i pił, a woda syczała w nim i nie gasiła niczego. Im więcej wypijał, tym mocniej chciało mu się pić.

Wreszcie ruchy jego stały się wolne i ciężkie. Smok położył łeb na piasku, przy samej wodzie, i już go nie podniósł.
Nad Wawelem zrobiło się cicho. Tak cicho nie było w Krakowie od bardzo dawna.
Dopiero nazajutrz najodważniejsi przeprawili się przez rzekę i podeszli bliżej. Wtedy w mieście otworzono okiennice i po raz pierwszy od lat wypuszczono dzieci na dwór. Krowy wróciły na łąki nad rzeką.
Tego samego wieczoru król kazał wezwać Skubę. Nagrodził go sowicie i zadbał, żeby szewcowi ani jego bliskim nigdy już niczego nie brakowało.
A w Krakowie mówiono odtąd, że Skuba jednym cielęciem zdziałał więcej niż całe rycerstwo mieczami.
Potem na górze Wawel stanął zamek, ten sam, który stoi tam do dziś. A pod zamkiem została jama.
Można do niej zejść i teraz. Nazywa się Smocza Jama i nikt w Krakowie nie nazywa jej inaczej.
Opowiedziała na nowo Talerie, źródło: Podania i legendy polskie, ruskie i litewskie (otwiera się w nowym oknie)Licencja: Domena publicznaTen tekst możesz kopiować, zmieniać i wykorzystywać dowolnie. Link do Talerie nas ucieszy, ale nie jest wymagany.CC0 1.0 (otwiera się w nowym oknie)
