Przejdź do treści
Syrena z rybim ogonem siedzi na kamieniu nad rzeką w świetle księżyca, a za wodą widać spadziste dachy i wieżę starego miasta.

Syrenka warszawska

Artur Oppman

8 min czytaniaod 6 lat

Tam, gdzie dziś stoi Warszawa, mieszka w potoku syrena, a jej śpiew tak urzeka osadę, że pustelnik i dwaj rybacy wiążą ją i chcą zawieźć księciu na Czersku. Pastuch Staszek przecina jej więzy, syrena schodzi nad Wisłę, woła, że na książęcy rozkaz śpiewać nie będzie, i znika w falach, a miasto bierze ją za godło.


Dawno, dawno temu tam, gdzie dziś stoi Warszawa, leżała nad Wisłą niewielka rybacka osada. Dokoła szumiał odwieczny las, a w nim pełno było łosi, turów, wilków i niedźwiedzi.

W lesie, na pagórku nad rzeką, biło źródło i rozlewało się w głęboki, bystry potok. Rosły nad nim białe brzozy, wierzby maczały w wodzie długie gałęzie, a w trawie kwitły niezapominajki.

Było to tam, gdzie dziś poniżej Starego Miasta biegnie ulica Bugaj. W tym właśnie potoku mieszkała syrena.

Co dzień, gdy słońce zniżało się ku zachodowi i malowało Wisłę czerwienią i złotem, rozlegał się nad Bugajem jej śpiew. Niósł się po wodzie het, za rzekę, jakby dzwonił srebrny dzwoneczek. Śpiewała też w pełnię księżyca.

Czarnowłosa kobieta wynurza się do pasa z leśnego strumienia, przytrzymując na piersi szarą tkaninę; wokół brzozy, gałęzie wierzby i niezapominajki.

Pewnego popołudnia dwaj rybacy, Szymon i Mateusz, siedzieli przy sieciach i rozmawiali o niej półgłosem.

— A widzieliście ją, kumie Szymonie? — zapytał Mateusz.

— Widzieć nie widziałem, bo drzewa zasłaniały źródło, a podejść bliżej strach mnie brał — odparł Szymon. — Ale słyszałem, jak śpiewa.

— Cóż to, syreny śpiewają?

— I jak jeszcze! Słuchałbym dniem i nocą. Potem całą noc oka nie mogłem zmrużyć.

— Wypatrzeć ją trzeba, zobaczyć na własne oczy.

— A jeśli to grzech przypatrywać się takiemu stworzeniu i słuchać jego śpiewania?

— Grzech nie grzech, kto to wie — mruknął Mateusz. — Chodźmy do ojca Barnaby, pustelnika. Człowiek mądry i pobożny, on nam poradzi.

— Ryby z Wisły przez ten czas nie uciekną — zgodził się Szymon.

I poszli w las.

Ojciec Barnaba siedział przed swoją budką na ławie zbitej z dwóch pieńków i deski. Był to starzec wysoki i chudy, z siwą brodą, w długiej samodziałowej opończy, a na pomarszczonej twarzy miał wypisaną powagę i dobroć.

Lipcowe popołudnie pachniało żywicą i kwiatami. Brzęczały pszczoły, a zielony dzięcioł w czerwonym kapturku stukał dziobem w korę rozłożystego dębu.

— Więc powiadacie, że śpiewa? — zagadnął pustelnik.

— Co dnia, ojcze, o zachodzie. A i w pełnię miesiąca. Nieraz obudzi mnie blask księżyca, siądę na posłaniu, a tu z daleka dolatuje głos: jakby skowronek, jakby dzwonek, jakby lipowe skrzypki.

Barnaba zamyślił się na długą chwilę. Rybacy czekali w skupieniu.

— Więc trzeba zrobić tak — rzekł wreszcie. — W pełnię pójdziemy do źródła we trzech. Na odzienie naczepimy świeżo zerwanych gałęzi lipowych, obsypanych kwiatem, żeby syrena nie poczuła człowieka, bo się nie pokaże.

Dwaj bosi mężczyźni w lnianych koszulach siedzą na ławie przy ścianie chaty i słuchają siwobrodego starca w brunatnej opończy, który mówi z uniesioną ręką.

— A kiedy się pokaże? — nie wytrzymał Szymon.

— Zaczaimy się tuż przy wodzie. Gdy wynurzy się i zacznie śpiewać, zarzucimy na nią sznur spleciony z cienkich witek wierzbowych i pokropiony święconą wodą. Takiego powrozu żaden czar się nie ima.

— A potem?

— Potem ją zwiążemy i skoro świt zawieziemy w darze miłościwemu księciu na Czersku. Niech ją trzyma na zamku i niech mu wyśpiewuje.

Starzec podniósł palec.

— Ale uszy musimy sobie zatkać woskiem, i to szczelnie. Żałośnie syrena śpiewa. Gdybyśmy usłyszeli jej lament, serce by w nas zemdlało i nie starczyłoby nam mocy, żeby wziąć ją w niewolę.

— Prawda to, ojcze — przyznał Szymon. — Żaden miód tak człowieka nie upoi jak ten głos.

I rozeszli się: rybacy nad Wisłę do sieci, a pustelnik na modlitwę.

Noc pełni była pogodna i jasna. Srebrny księżyc żeglował po niebie usianym gwiazdami i przyglądał się uśpionej ziemi.

Ale w lesie nie wszyscy spali. Za brzozami i wierzbami, w gęstych krzakach, przycupnęły trzy postacie i wpatrywały się w migotliwą wodę potoku.

Nagle wynurzyła się z niej dziewczyna niezwykłej urody. Kruczoczarne włosy spływały pierścieniami na białą szyję, a szafirowe oczy, wzniesione ku księżycowi, patrzyły dziwnie przejmująco i smutno.

Chwilę trwała w milczeniu, zapatrzona w gwiazdy. Potem w ciszy zadźwięczał śpiew tak czysty, że zdawało się, iż zasłuchały się w niego i księżyc, i ziemia, i całe niebo.

Wtedy pustelnik i obaj rybacy wypadli z krzaków bez szelestu. Zarzucili na syrenę wierzbowy powróz, związali ją i wyciągnęli z wody na murawę.

Pod pełnią księżyca kobieta z rybim ogonem wynurza się z wody, a z brzegu bosy mężczyzna i siwobrody starzec zarzucają na nią powróz; trzeci zatyka sobie ucho.

Próżno się wyrywała, próżno zaklinała ich pięknym, ludzkim głosem. Nie usłyszeli ani jednego słowa, bo uszy mieli szczelnie zatkane woskiem. Dopiero gdy umilkła, wyjęli wosk z uszu.

— Co teraz z nią począć? — pytali rybacy zdyszanym głosem.

— Nocą w drogę nie ruszymy — odrzekł pustelnik. — Zamkniemy ją w oborze, a pilnować jej będzie Staszek, pastuch gromadzkiego bydła. Skoro świt wymościmy wóz sianem i jazda do Czerska.

Księżyc świecił tuż nad polanką i syrenę widać było doskonale. Do pasa panna jak z obrazka, a od pasa ryba o srebrzystej łusce. Leżała bez ruchu, z zamkniętymi oczami, a długi ogon uderzał czasem o ziemię.

— Czas nam do wsi — powiedział Barnaba. — Bierzcie ją.

Szymon i Mateusz dźwignęli syrenę i ponieśli ją do wioski.

Wrota obory zadudniły pod ich pięściami.

— Otwieraj, Staszku! Prędzej!

Zaszurały bose nogi, ktoś ziewnął szeroko, niepewna ręka poszukała po ciemku zawory. Wrota skrzypnęły i z mroku wychyliła się smukła postać młodego pastucha.

— A czego to chcecie po nocy, ojcze Barnabo? — mruknął, przecierając oczy.

— Syrena! Złapaliśmy ją! Niech tu przeleży do rana, a o świcie zawieziemy ją do księcia.

— Syrena? Jezus, Maria! Jakaż ona śliczna!

— Nie gadaj byle czego! Czarownica, wiadomo. Taka najcudniejszą postać przybierze, żeby tym łatwiej otumanić chrześcijańską duszę.

— Boże miły! I cóż ja mam z nią robić?

— Pilnować do świtu. Nie zdrzemnij się i uważaj, żeby nie zerwała postronków.

— A przede wszystkim nie spuszczaj z niej oka, Staszku. Patrz i patrz! Na twoją głowę ją zdajemy.

— Nie bójcie się. Dałem radę bodliwemu byczkowi, to i z syreną sobie poradzę.

Położyli ją na słomie pod ścianą i poszli. Staszek usiadł naprzeciwko i patrzył na nią, tak jak mu kazali.

W przeciwległej ścianie wycięty był otwór i wpadał przez niego do obory mocny blask księżyca. Padał prosto na twarz syreny.

I wtedy Staszek zobaczył to, czego mu nie zapowiedziano. Jej oczy były modre, głębokie i wilgotne od łez.

Nie nudziło mu się tak patrzeć. Jak żyje nie widział równie pięknej twarzy ani oczu, od których tak trudno oderwać wzrok.

W ciemnej oborze kobieta z rybim ogonem siedzi na słomie spętana powrozem, naprzeciw niej bosy jasnowłosy chłopak; przez szparę wpada smuga księżyca.

Nagle syrena uniosła głowę, otoczoną pierścieniami czarnych włosów, i zaśpiewała.

Była to piosenka bez słów, tak cudna, że drzewa za oborą przestały szumieć, a krowy podniosły ciężkie łby znad żłobów, przestały żuć i zasłuchały się w jej śpiew.

Staszek był na wpół przytomny. Czuł, że dzieje się z nim coś dziwnego, że robi się lepszy i mądrzejszy, że otwierają się przed nim światy pełne aniołów i cudów.

A syrena spojrzała mu prosto w oczy.

— Rozwiąż mnie — powiedziała.

Nie zawahał się ani chwili. Podszedł i kozikiem przeciął krępujące ją postronki. Wtedy objęła go ślicznymi rękami za szyję i szepnęła:

— Otwórz wrota i chodź za mną.

Usłuchał. Otworzył wrota na oścież i czekał, co będzie dalej.

Syrena podniosła się ze słomy i skacząc na rybim ogonie, przeszła przez próg. Ruszyła w stronę Wisły.

Szła i śpiewała. Krowy wyciągnęły za nią łby i zaryczały żałośnie, drzewa szumiały smutno do wtóru, aż niebo zachmurzyło się ponuro i sypnęło drobnym deszczem.

A Staszek szedł za nią jak urzeczony, bez woli i bez myśli.

Niebo na wschodzie już bladło. Deszcz ustał, błysnęło słońce. Ludzie wychodzili z chałup i ze zdumieniem patrzyli na tak niezwykły widok. A syrena szła i śpiewała.

Kiedy była już tuż nad brzegiem Wisły, odwróciła się ku wiosce i zawołała na cały głos:

— Kochałam cię, brzegu wiślany, i was kochałam, ludzie prości i dobrego serca! Byłam waszą pieśnią, byłam czarem waszego życia.

— Czemu wzięliście mnie w niewolę? Czemu chcieliście, żebym śpiewała w więzach, na książęcy rozkaz?

— Śpiewałam wam z własnej woli, a na rozkaz śpiewać nie chcę i nie będę! Wolę skryć się na wieki w wiślanych falach i mówić do was już tylko szumem rzeki.

— A kiedy przyjdą czasy ciężkie i twarde, lata krzywdy i klęski, o jakich nie śni się jeszcze ani wam, ani wnukom waszych dzieci, wtedy szum wiślanych fal będzie śpiewał waszym potomkom o nadziei, o sile, o zwycięstwie.

Kobieta z rybim ogonem siedzi na błotnistym brzegu i z uniesioną ręką woła w stronę wsi, gdzie zbiegli się wieśniacy; opodal nad wodą stoi bosy chłopak.

Tymczasem od wioski biegli już ku brzegowi obaj rybacy i stary pustelnik.

— Łapaj! Trzymaj! Nie puszczaj! — wołali.

Ale było już za późno. Syrena zsunęła się w wodę, a za nią bez namysłu skoczył Staszek. Wynurzył się jeszcze raz, rozejrzał po brzegu i zawołał:

— Bóg z wami!

I zniknął pod falą.

Minęły lata i wieki. Na miejscu rybackiej wioski stanęło miasto ludne, bogate i warowne, a potem stolica.

Na pamiątkę tamtej dziwnej nocy miasto wzięło sobie syrenę za godło. Widnieje ono na ratuszu Warszawy po dziś dzień.

Opowiedziała na nowo Talerie, źródło: Legendy warszawskie (otwiera się w nowym oknie)Licencja: Domena publiczna