
Tam, gdzie dziś stoi Warszawa, mieszka w potoku syrena, a jej śpiew tak urzeka osadę, że pustelnik i dwaj rybacy wiążą ją i chcą zawieźć księciu na Czersku. Pastuch Staszek przecina jej więzy, syrena schodzi nad Wisłę, woła, że na książęcy rozkaz śpiewać nie będzie, i znika w falach, a miasto bierze ją za godło.
Dawno, dawno temu tam, gdzie dziś stoi Warszawa, leżała nad Wisłą niewielka rybacka osada. Dokoła szumiał odwieczny las, a w nim pełno było łosi, turów, wilków i niedźwiedzi.
W lesie, na pagórku nad rzeką, biło źródło i rozlewało się w głęboki, bystry potok. Rosły nad nim białe brzozy, wierzby maczały w wodzie długie gałęzie, a w trawie kwitły niezapominajki.
Było to tam, gdzie dziś poniżej Starego Miasta biegnie ulica Bugaj. W tym właśnie potoku mieszkała syrena.
Co dzień, gdy słońce zniżało się ku zachodowi i malowało Wisłę czerwienią i złotem, rozlegał się nad Bugajem jej śpiew. Niósł się po wodzie het, za rzekę, jakby dzwonił srebrny dzwoneczek. Śpiewała też w pełnię księżyca.

Pewnego popołudnia dwaj rybacy, Szymon i Mateusz, siedzieli przy sieciach i rozmawiali o niej półgłosem.
— A widzieliście ją, kumie Szymonie? — zapytał Mateusz.
— Widzieć nie widziałem, bo drzewa zasłaniały źródło, a podejść bliżej strach mnie brał — odparł Szymon. — Ale słyszałem, jak śpiewa.
— Cóż to, syreny śpiewają?
— I jak jeszcze! Słuchałbym dniem i nocą. Potem całą noc oka nie mogłem zmrużyć.
— Wypatrzeć ją trzeba, zobaczyć na własne oczy.
— A jeśli to grzech przypatrywać się takiemu stworzeniu i słuchać jego śpiewania?
— Grzech nie grzech, kto to wie — mruknął Mateusz. — Chodźmy do ojca Barnaby, pustelnika. Człowiek mądry i pobożny, on nam poradzi.
— Ryby z Wisły przez ten czas nie uciekną — zgodził się Szymon.
I poszli w las.
Ojciec Barnaba siedział przed swoją budką na ławie zbitej z dwóch pieńków i deski. Był to starzec wysoki i chudy, z siwą brodą, w długiej samodziałowej opończy, a na pomarszczonej twarzy miał wypisaną powagę i dobroć.
Lipcowe popołudnie pachniało żywicą i kwiatami. Brzęczały pszczoły, a zielony dzięcioł w czerwonym kapturku stukał dziobem w korę rozłożystego dębu.
— Więc powiadacie, że śpiewa? — zagadnął pustelnik.
— Co dnia, ojcze, o zachodzie. A i w pełnię miesiąca. Nieraz obudzi mnie blask księżyca, siądę na posłaniu, a tu z daleka dolatuje głos: jakby skowronek, jakby dzwonek, jakby lipowe skrzypki.
Barnaba zamyślił się na długą chwilę. Rybacy czekali w skupieniu.
— Więc trzeba zrobić tak — rzekł wreszcie. — W pełnię pójdziemy do źródła we trzech. Na odzienie naczepimy świeżo zerwanych gałęzi lipowych, obsypanych kwiatem, żeby syrena nie poczuła człowieka, bo się nie pokaże.

— A kiedy się pokaże? — nie wytrzymał Szymon.
— Zaczaimy się tuż przy wodzie. Gdy wynurzy się i zacznie śpiewać, zarzucimy na nią sznur spleciony z cienkich witek wierzbowych i pokropiony święconą wodą. Takiego powrozu żaden czar się nie ima.
— A potem?
— Potem ją zwiążemy i skoro świt zawieziemy w darze miłościwemu księciu na Czersku. Niech ją trzyma na zamku i niech mu wyśpiewuje.
Starzec podniósł palec.
— Ale uszy musimy sobie zatkać woskiem, i to szczelnie. Żałośnie syrena śpiewa. Gdybyśmy usłyszeli jej lament, serce by w nas zemdlało i nie starczyłoby nam mocy, żeby wziąć ją w niewolę.
— Prawda to, ojcze — przyznał Szymon. — Żaden miód tak człowieka nie upoi jak ten głos.
I rozeszli się: rybacy nad Wisłę do sieci, a pustelnik na modlitwę.
Noc pełni była pogodna i jasna. Srebrny księżyc żeglował po niebie usianym gwiazdami i przyglądał się uśpionej ziemi.
Ale w lesie nie wszyscy spali. Za brzozami i wierzbami, w gęstych krzakach, przycupnęły trzy postacie i wpatrywały się w migotliwą wodę potoku.
Nagle wynurzyła się z niej dziewczyna niezwykłej urody. Kruczoczarne włosy spływały pierścieniami na białą szyję, a szafirowe oczy, wzniesione ku księżycowi, patrzyły dziwnie przejmująco i smutno.
Chwilę trwała w milczeniu, zapatrzona w gwiazdy. Potem w ciszy zadźwięczał śpiew tak czysty, że zdawało się, iż zasłuchały się w niego i księżyc, i ziemia, i całe niebo.
Wtedy pustelnik i obaj rybacy wypadli z krzaków bez szelestu. Zarzucili na syrenę wierzbowy powróz, związali ją i wyciągnęli z wody na murawę.

Próżno się wyrywała, próżno zaklinała ich pięknym, ludzkim głosem. Nie usłyszeli ani jednego słowa, bo uszy mieli szczelnie zatkane woskiem. Dopiero gdy umilkła, wyjęli wosk z uszu.
— Co teraz z nią począć? — pytali rybacy zdyszanym głosem.
— Nocą w drogę nie ruszymy — odrzekł pustelnik. — Zamkniemy ją w oborze, a pilnować jej będzie Staszek, pastuch gromadzkiego bydła. Skoro świt wymościmy wóz sianem i jazda do Czerska.
Księżyc świecił tuż nad polanką i syrenę widać było doskonale. Do pasa panna jak z obrazka, a od pasa ryba o srebrzystej łusce. Leżała bez ruchu, z zamkniętymi oczami, a długi ogon uderzał czasem o ziemię.
— Czas nam do wsi — powiedział Barnaba. — Bierzcie ją.
Szymon i Mateusz dźwignęli syrenę i ponieśli ją do wioski.
Wrota obory zadudniły pod ich pięściami.
— Otwieraj, Staszku! Prędzej!
Zaszurały bose nogi, ktoś ziewnął szeroko, niepewna ręka poszukała po ciemku zawory. Wrota skrzypnęły i z mroku wychyliła się smukła postać młodego pastucha.
— A czego to chcecie po nocy, ojcze Barnabo? — mruknął, przecierając oczy.
— Syrena! Złapaliśmy ją! Niech tu przeleży do rana, a o świcie zawieziemy ją do księcia.
— Syrena? Jezus, Maria! Jakaż ona śliczna!
— Nie gadaj byle czego! Czarownica, wiadomo. Taka najcudniejszą postać przybierze, żeby tym łatwiej otumanić chrześcijańską duszę.
— Boże miły! I cóż ja mam z nią robić?
— Pilnować do świtu. Nie zdrzemnij się i uważaj, żeby nie zerwała postronków.
— A przede wszystkim nie spuszczaj z niej oka, Staszku. Patrz i patrz! Na twoją głowę ją zdajemy.
— Nie bójcie się. Dałem radę bodliwemu byczkowi, to i z syreną sobie poradzę.
Położyli ją na słomie pod ścianą i poszli. Staszek usiadł naprzeciwko i patrzył na nią, tak jak mu kazali.
W przeciwległej ścianie wycięty był otwór i wpadał przez niego do obory mocny blask księżyca. Padał prosto na twarz syreny.
I wtedy Staszek zobaczył to, czego mu nie zapowiedziano. Jej oczy były modre, głębokie i wilgotne od łez.
Nie nudziło mu się tak patrzeć. Jak żyje nie widział równie pięknej twarzy ani oczu, od których tak trudno oderwać wzrok.

Nagle syrena uniosła głowę, otoczoną pierścieniami czarnych włosów, i zaśpiewała.
Była to piosenka bez słów, tak cudna, że drzewa za oborą przestały szumieć, a krowy podniosły ciężkie łby znad żłobów, przestały żuć i zasłuchały się w jej śpiew.
Staszek był na wpół przytomny. Czuł, że dzieje się z nim coś dziwnego, że robi się lepszy i mądrzejszy, że otwierają się przed nim światy pełne aniołów i cudów.
A syrena spojrzała mu prosto w oczy.
— Rozwiąż mnie — powiedziała.
Nie zawahał się ani chwili. Podszedł i kozikiem przeciął krępujące ją postronki. Wtedy objęła go ślicznymi rękami za szyję i szepnęła:
— Otwórz wrota i chodź za mną.
Usłuchał. Otworzył wrota na oścież i czekał, co będzie dalej.
Syrena podniosła się ze słomy i skacząc na rybim ogonie, przeszła przez próg. Ruszyła w stronę Wisły.
Szła i śpiewała. Krowy wyciągnęły za nią łby i zaryczały żałośnie, drzewa szumiały smutno do wtóru, aż niebo zachmurzyło się ponuro i sypnęło drobnym deszczem.
A Staszek szedł za nią jak urzeczony, bez woli i bez myśli.
Niebo na wschodzie już bladło. Deszcz ustał, błysnęło słońce. Ludzie wychodzili z chałup i ze zdumieniem patrzyli na tak niezwykły widok. A syrena szła i śpiewała.
Kiedy była już tuż nad brzegiem Wisły, odwróciła się ku wiosce i zawołała na cały głos:
— Kochałam cię, brzegu wiślany, i was kochałam, ludzie prości i dobrego serca! Byłam waszą pieśnią, byłam czarem waszego życia.
— Czemu wzięliście mnie w niewolę? Czemu chcieliście, żebym śpiewała w więzach, na książęcy rozkaz?
— Śpiewałam wam z własnej woli, a na rozkaz śpiewać nie chcę i nie będę! Wolę skryć się na wieki w wiślanych falach i mówić do was już tylko szumem rzeki.
— A kiedy przyjdą czasy ciężkie i twarde, lata krzywdy i klęski, o jakich nie śni się jeszcze ani wam, ani wnukom waszych dzieci, wtedy szum wiślanych fal będzie śpiewał waszym potomkom o nadziei, o sile, o zwycięstwie.

Tymczasem od wioski biegli już ku brzegowi obaj rybacy i stary pustelnik.
— Łapaj! Trzymaj! Nie puszczaj! — wołali.
Ale było już za późno. Syrena zsunęła się w wodę, a za nią bez namysłu skoczył Staszek. Wynurzył się jeszcze raz, rozejrzał po brzegu i zawołał:
— Bóg z wami!
I zniknął pod falą.
Minęły lata i wieki. Na miejscu rybackiej wioski stanęło miasto ludne, bogate i warowne, a potem stolica.
Na pamiątkę tamtej dziwnej nocy miasto wzięło sobie syrenę za godło. Widnieje ono na ratuszu Warszawy po dziś dzień.
Opowiedziała na nowo Talerie, źródło: Legendy warszawskie (otwiera się w nowym oknie)Licencja: Domena publicznaTen tekst możesz kopiować, zmieniać i wykorzystywać dowolnie. Link do Talerie nas ucieszy, ale nie jest wymagany.CC0 1.0 (otwiera się w nowym oknie)
