Przejdź do treści
Syrena z rybim ogonem siedzi na kamieniu nad rzeką w świetle księżyca, a za wodą widać spadziste dachy i wieżę starego miasta.

Warszawska Syrenka

Artur Oppman

10 min czytania6–12 lat

Dwaj rybacy znad Wisły i pustelnik ojciec Barnaba chwytają w pełnię księżyca śpiewającą syrenkę, by w darze zawieźć ją księciu na Czersk, lecz pastuch Staszek, oczarowany jej pieśnią, uwalnia ją z niewoli. Syrenka wraca do Wisły, obiecując mieszkańcom, że w trudnych czasach szum rzeki będzie śpiewał ich potomkom o nadziei i zwycięstwie, a jej podobizna zostaje herbem miasta, które później stało się Warszawą.


Tam gdzie dziś leży Warszawa, a właściwie jej Powiśle, stała kiedyś mała osada rybacka nad Wisłą, otoczona gęstym, odwiecznym lasem pełnym łosi, żubrów, wilków i niedźwiedzi. Pewnego wieczoru dwaj rybacy, Szymon i Mateusz, siedzieli nad brzegiem i rozmawiali.

— Widziałeś ją kiedyś, tę syrenkę, Szymonie?

— Widzieć nie widziałem, Mateuszu, bo drzewa zasłaniały źródło, a bliżej podejść się bałem. Ale słyszałem, jak śpiewa.

— Syreny naprawdę śpiewają?

— A jakże! I to jak pięknie. Głos niesie się po całym Bugaju, po Wiśle, aż za rzekę, jakby srebrny dzwonek dzwonił. Słuchałbyś dniem i nocą.

— I co dalej?

— Nic dalej. Słuchałem, słuchałem, aż serce mi się rozczulało, dopóki śpiew nie ucichł. Pewnie schowała się na noc do źródła, bo słońce już zachodziło. Powlokłem się do domu, ale całą noc oka nie zmrużyłem, tylko o niej myślałem.

— Ciekawe. Warto by ją zobaczyć.

— Ale jak? Jeśli nas zauważy, ucieknie i skryje się w wodzie. A zresztą, może to grzech przyglądać się takiemu niechrzczonemu stworzeniu i słuchać jej kuszącego śpiewu.

— Grzech czy nie grzech, nie wiadomo. Najlepiej spytać ojca Barnaby, pustelnika. To człowiek mądry i pobożny, on nam powie, co robić.

— Słusznie mówisz. Chodźmy do niego.

— Chodźmy. Ryby przez ten czas z Wisły nie uciekną, a od świątobliwego człowieka dowiemy się niejednego.

Tak to obaj rybacy wybrali się do pustelnika, który mieszkał w lesie, w małej chatce przy leśnej ścieżce.

— Więc powiadasz, że śpiewała?

— A jakże, śpiewała, przecież mówiłem.

— I często sobie tak podśpiewuje?

— Co dzień. Ledwie słońce zaczyna się chylić ku zachodowi i maluje Wisłę na czerwono i złoto, zaraz nad Bugajem rozlega się jej pieśń.

— A długo śpiewa?

— Aż do zachodu. Jak tylko zrobi się ciemno, już jej nie słychać.

— To w nocy nigdy nie wychodzi ze źródła?

— Tego nie wiem, ale zapomniałem powiedzieć, że w pełnię księżyca też śpiewa. Nieraz budzi mnie blask księżyca zaglądający do chaty. Siadam na posłaniu i słyszę z daleka jakiś głos: to jak skowronek, to jak dzwonek, to jak skrzypeczki. To ona.

— Właśnie o to mi chodziło. Zatem trzeba zrobić tak…

Ojciec Barnaba był to wysoki, chudy starzec, siwobrody i łysy, odziany w długi płaszcz z samodziału. Na jego pomarszczonej twarzy malowały się powaga i dobroć. Cała trójka siedziała przed jego chatką, na ławie zbitej z dwóch pieńków i grubo ciosanej deski. Było lipcowe popołudnie, w lesie pachniało żywicą i kwiatami, ptaki śpiewały, pszczoły brzęczały, a zielony dzięcioł w czerwonej czapeczce stukał dziobem w korę starego dębu, szukając robaków.

Ojciec Barnaba namyślał się długo, wreszcie odezwał się:

— Zrobimy tak. W pełnię księżyca pójdziemy we trzech do źródła. Do ubrań przypniemy sobie świeżo zerwane gałązki, najlepiej lipowe, obsypane kwieciem, żeby syrenka nie wyczuła w nas ludzi i się nie schowała. Zaczaimy się przy samym źródle, a kiedy wyjdzie i zacznie śpiewać, zarzucimy na nią sznur spleciony z cienkich witek wierzbowych, skropiony święconą wodą, bo przed taką wodą żaden czar się nie ostoi. Zwiążemy ją i zawieziemy w darze księciu na Czersk. Niech ją trzyma na zamku i niech mu śpiewa.

Ale uszy musimy zatkać woskiem, żebyśmy nie słyszeli jej żalu i lamentu, bo inaczej serca nam zmiękną i zabraknie nam siły, by ją pojmać. Straszliwie żałosny jest śpiew syreny, kiedy płacze.

— Prawdę mówicie, ojcze Barnabo. Wiem to, bo te pieśni słyszałem. Żaden miód, choćby najlepszy, tak nie odurza człowieka jak głos syreny. Więc czekamy do pełni?

— Do pełni.

I rozeszli się każdy w swoją stronę: rybacy nad Wisłę, do zarzuconych sieci, a ojciec Barnaba na modlitwę.

Tam, gdzie dziś, tuż nad brzegiem Wisły, poniżej starych kamienic Starego Miasta, biegnie ulica zwana Bugaj, przed wieloma laty szumiał gęsty, odwieczny las. Z pagórka nad rzeką tryskało w nim źródło i rozlewało się w głęboki, rwący potok. Nad potokiem rosły białe brzozy, pochylone wierzby maczały w wodzie długie gałęzie, kwitły dzikie róże, a niezapominajki haftowały niebieskimi kwiatami zielony kobierzec traw. W tym potoku mieszkała syrenka.

Nadeszła piękna, cicha noc w pełni księżyca. Srebrzysta tarcza żeglowała po granatowym, gwiaździstym niebie i patrzyła na uśpioną ziemię, las i źródło. Ale nie wszyscy w lesie spali.

Zza brzóz i wierzb, pochylonych nad potokiem, widać było trzy skulone postaci. Przycupnęły w gęstych krzakach i patrzyły ciekawie na wodę, srebrzącą się w blasku księżyca. Byli to Szymon, Mateusz i ojciec Barnaba.

Nagle z wody wynurzyła się przecudna postać: dziewczyna nieziemskiej urody. W świetle księżyca widać ją było wyraźnie: długie kruczoczarne włosy spływały pierścieniami na szyję białą jak marmur, granatowe oczy, zwrócone ku pełni księżyca, patrzyły dziwnie przenikliwie i smutno, a twarz, tknięta lekkim rumieńcem, tchnęła takim czarem, że serca patrzących na nią rybaków zamarły ze wzruszenia.

Syrenka trwała chwilę w milczeniu, wpatrzona w niebo i gwiazdy, aż w ciszy tej czarownej nocy zabrzmiał śpiew tak piękny i czysty jak kryształ, że zdawało się, iż księżyc, gwiazdy, ziemia i niebo zasłuchały się w niego bez pamięci.

Wtedy z krzaków, cicho, bez szelestu, wyskoczyły trzy postaci i rzuciły się na syrenkę szybciej, niż ryś rzuca się na łanię. Skrępowały ją sznurem z witek wierzbowych i wyciągnęły z wody na trawę.

Na próżno się szamotała, na próżno błagała ich swoim pięknym, ludzkim głosem. Nic nie mogło ich wzruszyć, bo, jak radził ojciec Barnaba, mieli uszy szczelnie zatkane woskiem.

— Co teraz z nią zrobimy? — pytali zdyszani rybacy.

— Co zrobimy? — rzekł pustelnik. — Zaraz wam powiem. Nim zawieziemy ją do księcia na Czersk, a przecież nie pojedziemy nocą, zamkniemy ją w oborze. Popilnuje jej Staszek, pastuch. Skoro świt, wyścielemy wóz sianem i ruszymy do Czerska. Dobrze mówię?

— Dobrze, ojcze Barnabo, mądrze radzicie.

Księżyc świecił jasno nad polaną, gdzie rybacy złożyli związaną syrenkę, i widać ją było doskonale. Od pasa w górę była to dziewczyna niezwykłej urody, od pasa w dół zaś ryba o srebrzystej łusce. Leżała bez ruchu, z zamkniętymi pięknymi oczami, z rękami wzdłuż ciała, tylko długi, giętki rybi ogon co jakiś czas uderzał o ziemię, tak jak u wyjętego z wody karpia.

— Czas w drogę — powiedział pustelnik. — Bierzcie ją.

Szymon i Mateusz podnieśli syrenkę i ponieśli w stronę wsi.

— Otwieraj, Staszku!

— Prędzej, prędzej! Co się grzebiesz, napadli cię zbójcy, że się nie ruszasz?

— Pospiesz się!

Pięści Szymona i Mateusza łomotały w wrota obory, w której przez wycięte w ścianach otwory widać było rogate łby i mokre pyski krów.

— Kto tam? Już idę, już idę! Kto tak łomocze w nocy? Pali się czy co?

Ktoś zaszurał bosymi stopami, ziewnął szeroko, w ciemności ręka odnalazła zasuwę, wrota skrzypnęły i wyszedł z nich młody pastuch Staszek.

— A czego chcecie, ojcze Barnabo, Szymonie, Mateuszu?

— Cicho! Syrenka! Złapaliśmy ją! Niech tu przeleży do rana, o świcie zawieziemy ją do Czerska, do księcia.

— Syrenka? Jak ona śliczna!

— Nie gadaj byle czego. Śliczna! To czarownica, wiadomo. Taka przybiera najpiękniejszą postać, żeby tym łatwiej omamić chrześcijańską duszę.

— Boże miły, to prawda? I co mam z nią zrobić?

— Pilnuj do świtu. Bezustannie. Nie zaśnij. Uważaj, żeby nie zerwała powrozów, bo ucieknie.

— Skoro każecie pilnować, będę pilnował. A kiedy po nią przyjdziecie?

— Skoro świt. Teraz połóżmy ją w oborze, niech leży.

— A ty, Staszku, pamiętaj: oka z niej nie spuszczaj. Patrz i patrz. Na twoją głowę ją zdajemy.

— Nie bójcie się. Dałem sobie radę z bykiem, choć zły był jak sam diabeł, dam sobie radę i z syrenką.

— To bywajcie zdrowi. Zaraz wracamy.

Zostali sami: Staszek i syrenka. Leżała pod ścianą obory, naprzeciw okiennego otworu, a Staszek usiadł naprzeciwko i, jak mu kazano, patrzył na nią bacznie, nie spuszczając oczu.

Księżyc świecił przez otwór mocnym blaskiem i srebrzył piękną twarz syrenki, w której jaśniały jak gwiazdy modre, wilgotne od łez, smutne oczy.

Staszkowi nie było przykro tak patrzeć bez końca, bo nigdy w życiu nie widział równie pięknej twarzy i oczu tak głębokich, pełnych nieziemskiego czaru.

I nagle syrenka spojrzała na niego swoimi czarodziejskimi oczami, uniosła głowę spowitą zwojami czarnych włosów, otworzyła koralowe usta i zaśpiewała.

Zaśpiewała piosenkę bez słów, tak cudną, że drzewa za oborą przestały szumieć, a krowy oderwały ciężkie łby od żłobów, przestały żuć i zasłuchały się w niej oszołomione.

Staszek był na wpół nieprzytomny. Nigdy nie słyszał nic podobnego. Śpiew syrenki grał na jego sercu tak, jak wiosna gra na sercu każdego człowieka. Poczuł, że dzieje się z nim coś dziwnego, że staje się lepszy i mądrzejszy, że otwierają się przed nim światy, o jakich nigdy nie myślał, pełne aniołów i cudów.

Nagle syrenka spojrzała mu prosto w oczy i powiedziała:

— Rozwiąż mnie!

Nie zawahał się ani chwili. Podszedł do niej i nożem rozciął krępujące ją powrozy. A ona objęła go ślicznymi ramionami za szyję i szepnęła:

— Otwórz wrota i chodź za mną.

Usłuchał. Otworzył wrota na oścież i czekał, co się stanie.

Nie czekał długo. Syrenka podniosła się ze słomy, na której leżała, i skacząc na swoim rybim ogonie, przeszła przez wrota, kierując się ku Wiśle.

Szła i śpiewała. Krowy wyciągały za nią łby i zaczęły ryczeć żałośnie, drzewa szumiały do wtóru jej pieśni, tak smutno, że niebo zaczęło skrapiać drobnym deszczem i zaciągnęło się chmurami. A Staszek, jak zaczarowany, szedł za nią, bez woli, bez myśli.

Deszcz ustał, wyjrzało słońce, z chat wychodzili ludzie i patrzyli ze zdumieniem na ten niezwykły widok. A syrenka szła i śpiewała.

A gdy była już tuż nad brzegiem Wisły, odwróciła się, spojrzała ku wsi i zawołała na cały głos:

— Kochałam cię, wiślany brzegu, kochałam was, ludzie prości i dobrego serca. Byłam waszą pieśnią, waszym czarem życia. Czemu wzięliście mnie w niewolę, czemu chcieliście, żebym w pętach, w więzieniu, śpiewała na książęcy rozkaz?

Śpiewałam wam, ludzie cichego i dobrego serca, ale na rozkaz śpiewać nie chcę i nie będę.

Wolę na zawsze skryć się w wiślanych falach, wolę zniknąć wam z oczu i przemawiać do was tylko szumem rzeki.

A gdy przyjdą czasy ciężkie i twarde, czasy, o jakich nie śni się jeszcze ani wam, ani waszym dzieciom, ani dzieciom waszych dzieci, wtedy, w latach krzywdy i klęski, szum wiślanej fali będzie śpiewał waszym potomkom o nadziei, o sile, o zwycięstwie.

Tymczasem od strony wsi biegli ku brzegowi obaj rybacy i stary pustelnik i krzyczeli:

— Łapaj! Trzymaj! Nie puszczaj!

Ale syrenka już chlusnęła do wody, a za nią, pędem, skoczył Staszek.

Wynurzył się z rzeki, rozejrzał się dokoła i zawołał:

— Bóg z wami!

I zniknął.

Minęły lata, minęły wieki. Na miejscu dawnej wsi powstało miasto, ludne, bogate i warowne. A miasto to, które stało się później stolicą, na pamiątkę tej dziwnej przygody z syrenką wzięło ją za swój herb. I herb ten do dziś można zobaczyć na warszawskim ratuszu.

Na nowo opowiedziane przez Talerie, Źródło: Legendy warszawskie (otwiera się w nowym oknie)

Licencja: Domena publiczna