Przejdź do treści
Talerie
Dzikie łabędzie

Dzikie łabędzie

Hans Christian Andersen

10 min czytania8–14 lat

Gdy zła macocha zamienia jedenastu książąt w dzikie łabędzie, ich siostra Elizka wyrusza w daleką podróż, by ich odnaleźć i uwolnić od czaru cichą, wytrwałą pracą z parzących pokrzyw. Choć fałszywe oskarżenia niemal kosztują ją życie, jej wierność i milcząca odwaga triumfują, a całe rodzeństwo łączy się na nowo w radosnym zakończeniu.


Daleko stąd, tam, dokąd jesienią odlatują jaskółki, żył dawno temu król, który miał jedenastu synów i jedną córkę imieniem Elizka. Jedenastu braci było prawdziwymi książętami: chodzili do szkoły z gwiazdą na piersi i szabelką u boku, pisali diamentowymi rylcami na złotych tabliczkach i uczyli się tak łatwo, jak inni czytają. Mała Elizka siadała na stołeczku z lustrzanego szkła i miała książeczkę z obrazkami, która kosztowała tyle, co pół królestwa. Dzieciom żyło się wspaniale, ale to miało się wkrótce skończyć.

Ich ojciec ożenił się po raz drugi, a nowa królowa nie kochała dzieci. Poczuły to już pierwszego dnia: zamiast ciasta dostały w filiżankach tylko piasek i miały udawać, że to prawdziwy przysmak. Wkrótce potem królowa wysłała Elizkę na wieś, do prostego chłopskiego domu, a o braciach naopowiadała królowi tyle kłamstw, że przestał się nimi interesować.

— Lećcie w świat i radźcie sobie sami — rzekła zła królowa. — Lećcie jak wielkie ptaki, nieme na zawsze!

Lecz nie stało się tak okrutnie, jak sobie wymyśliła: jedenastu książąt zamieniło się w jedenaście wspaniałych dzikich łabędzi. Z dziwnym krzykiem wyfrunęły przez okna, nad parkiem, aż w głąb ciemnego lasu, który ciągnął się do samego morza. Rankiem przeleciały nad domem, w którym spała Elizka, wyginały szyje i biły skrzydłami, lecz nikt tego nie usłyszał ani nie zobaczył.

Elizka nie wiedziała o niczym. Bawiła się zielonym liściem, jedyną swoją zabawką, przekłuwała w nim dziurkę i patrzyła przez nią na słońce, jakby mogła w nim dostrzec jasne oczy braci. Wiatr szeptał różom w ogrodzie, kto jest piękniejszy od nich, a róże odpowiadały, że nikt, że to Elizka. I była to szczera prawda.

Gdy Elizka skończyła piętnaście lat, sprowadzono ją z powrotem na zamek. Kiedy królowa zobaczyła, jak bardzo dziewczyna wypiękniała, znienawidziła ją jeszcze bardziej. Najchętniej zamieniłaby i ją w łabędzia, lecz nie śmiała tego zrobić, bo król chciał widywać córkę. Wzięła więc trzy ropuchy, ucałowała je, szepnęła im do ucha złe życzenia i wpuściła do wody, w której Elizka miała się wykąpać. Lecz dziewczyna była zbyt niewinna, by czary mogły jej zaszkodzić: gdziekolwiek dotknęła jej ropucha, tam na wodzie rozkwitał czerwony kwiat. Wtedy królowa natarła skórę Elizki sokiem z orzechów włoskich, umazała jej twarz cuchnącą maścią i splątała włosy, aż nikt nie mógł poznać w niej pięknej córki króla, nawet ojciec, który przestraszył się i powiedział, że to nie jego dziecko. Poznały ją tylko zamkowy pies i jaskółki, lecz one nic nie mogły powiedzieć.

Elizka zapłakała i pomyślała o jedenastu braciach, którzy wszyscy odeszli. Wymknęła się z zamku i szła cały dzień przez pola i moczary, w głąb lasu, nie wiedząc dokąd, byle tylko za braćmi. Gdy zapadła noc, położyła się na miękkim mchu, odmówiła wieczorną modlitwę, a wokół niej zaświeciły setki robaczków świętojańskich niczym małe zielone gwiazdki. Śniła o braciach, o tym, jak niegdyś razem się bawili.

Rano znalazła w lesie czyste jeziorko, zmyła z twarzy i rąk brunatny nalot i znów była piękną Elizką. Szła dalej, jadła dzikie jabłka, które Bóg jej wskazywał, aż dotarła do najciemniejszej, najcichszej części lasu, gdzie nie śpiewał żaden ptak. Tej nocy zdawało jej się, że niebo się nad nią otwiera i patrzą na nią czyjeś dobre oczy.

Nazajutrz spotkała starą kobietę z koszykiem jagód. Elizka spytała, czy widziała jedenastu książąt.

— Nie — odparła staruszka. — Ale wczoraj widziałam jedenaście łabędzi ze złotymi koronami, jak płynęły rzeką w dół.

Zaprowadziła Elizkę nad rzekę, a dziewczyna szła jej brzegiem, aż dotarła do otwartego morza.

Tam, na piasku, zebrała jedenaście białych piór, które wyrzuciły fale, i związała je w bukiet. Pomyślała, że skoro woda potrafi zaokrąglić nawet najtwardszy kamień, ona też nie zazna zmęczenia w poszukiwaniach. Gdy słońce chyliło się ku zachodowi, ujrzała jedenaście dzikich łabędzi ze złotymi koronami, lecących ku brzegowi. Opadły na piasek tuż obok niej, a gdy tylko słońce zniknęło za horyzontem, z ich skrzydeł opadły pióra: stanęło przed nią jedenastu pięknych książąt, jej bracia! Elizka rzuciła się im w ramiona, a wszyscy płakali i śmiali się naraz.

— Jesteśmy łabędziami, dopóki świeci słońce — wyjaśnił najstarszy brat. — Ludźmi jesteśmy dopiero, gdy ono zajdzie. Dlatego o zachodzie musimy zawsze mieć twardą ziemię pod nogami. Daleko stąd, za morzem, leży nasza nowa kraina. Droga wiedzie przez jedną jedyną skałę pośrodku wody, na której ledwie starcza miejsca, by przenocować. Raz w roku przylatujemy tutaj na jedenaście dni, żeby zobaczyć ojczyznę, i oto znaleźliśmy ciebie, siostrzyczko. Lecz wkrótce musimy odlecieć, a nie mamy statku, żeby zabrać cię ze sobą.

— Jak mogę was uwolnić? — spytała Elizka.

Rozmawiali pół nocy, aż w końcu bracia powiedzieli:

— Upleciemy sieć z wierzbowej kory i sitowia. Położysz się na niej, a my przeniesiemy cię nad morzem.

Elizka zgodziła się bez wahania.

I tak się stało. Tej nocy bracia upletli mocną sieć, a rankiem, znów jako łabędzie, ponieśli śpiącą jeszcze Elizkę wysoko nad morze. Najmłodszy brat leciał tuż nad jej głową, osłaniając ją skrzydłami przed słońcem. Daleko w dole snuły się po wodzie chmury podobne do gór, zamków i wież kościelnych, złudne obrazy, które pojawiały się i znikały.

Pod wieczór nadciągnęła gwałtowna burza, a słońce chyliło się coraz szybciej. Elizka bała się, że nie zdążą dolecieć do skały. Lecz w ostatnim promieniu światła jej stopa dotknęła twardego kamienia, tuż w chwili, gdy słońce zniknęło. Całą noc bracia i siostra stali stłoczeni na maleńkiej skale, a morze biło o nią falami i grzmoty toczyły się po niebie. Oni jednak trzymali się za ręce i cicho śpiewali, w kółko powtarzając te same słowa: „Wytrzymaj, siostro, noc się skończy, brzask przyniesie nową ziemię”, dopóki nie nastał ranek.

Nazajutrz polecieli dalej i w końcu dotarli do dalekiej, pięknej krainy z błękitnymi górami i cedrowymi lasami. Tam, przed porośniętą zielenią grotą, bracia zostawili Elizkę, by odpoczęła.

— Niech niebo pokaże mi, jak was uwolnić — modliła się, zasypiając, a we śnie ujrzała dobrą wróżkę, którą kiedyś spotkała w lesie.

— Twoich braci można uwolnić — powiedziała wróżka we śnie. — Ale czy starczy ci odwagi? Widzisz te pokrzywy? Takie same rosną przy twojej grocie i na cmentarzu. Musisz je zrywać, choćby parzyły ci ręce do krwi, udeptać stopami na len i upleść z niego jedenaście koszul pancernych. Narzuć je na łabędzie, a czar pryśnie. Lecz od pierwszej chwili tej pracy aż do jej ukończenia nie wolno ci wypowiedzieć ani słowa, choćby miały minąć całe lata. Pierwsze słowo trafiłoby serca twoich braci jak sztylet.

Elizka obudziła się, a obok niej rzeczywiście leżała pokrzywa. Podziękowała Bogu i od razu zabrała się do pracy. Pokrzywy parzyły jej dłonie tak, że robiły się na nich pęcherze, lecz znosiła to chętnie. Gdy wieczorem przylecieli bracia i zobaczyli jej poparzone ręce, najmłodszy się rozpłakał, a tam, gdzie spadły jego łzy, ból znikał.

Tak pracowała dzień i noc w milczeniu, a jedna koszula pancerna powstawała po drugiej. Pewnego dnia usłyszała róg myśliwski: to król tej krainy polował nieopodal ze swoimi ludźmi. Znalazł Elizkę w grocie i choć nie wypowiedziała ani słowa, od razu się w niej zakochał.

— Chodź ze mną — powiedział. — Uczynię cię królową.

Wsadził ją na konia, a Elizka, choć płakała i załamywała ręce, nie mogła nic powiedzieć, by wytłumaczyć, na czym polega jej praca.

Na zamku kazał ją wspaniale ubrać, a choć arcybiskup nie ufał jej i szeptał, że ta milcząca leśna dziewczyna z pewnością jest czarownicą, król się nie dał przekonać. Gdy Elizka zobaczyła w swojej komnacie pokrzywy i gotową koszulę pancerną, które król kazał specjalnie tam przynieść, uśmiechnęła się po raz pierwszy, bo teraz wiedziała, że będzie mogła kontynuować swoje dzieło. Pocałowała go w rękę, a jeszcze tego samego dnia odbyło się wesele. Milcząca dziewczyna z lasu została królową.

Nocami jednak, gdy wszyscy spali, Elizka wymykała się do swojej tajemnej komnaty i pracowała dalej nad koszulami. Lecz wkrótce zabrakło jej lnu i musiała jeszcze raz udać się na cmentarz, gdzie rosły odpowiednie pokrzywy. Nocą ujrzała tam upiorne postacie, które hasały między grobami. Elizka bardzo się przestraszyła, lecz modliła się po cichu, szybko zebrała, czego potrzebowała, i pospieszyła z powrotem na zamek.

Lecz arcybiskup, który nie spał, widział ją. Opowiedział królowi, co zaobserwował, i przedstawił to jako dowód czarów. Odtąd król potajemnie ją śledził i widział, jak co noc znika. Serce ścisnęło mu się z wątpliwości, lecz nic nie powiedział.

Elizka czuła, że jego spojrzenie się zmieniło, lecz nie mogła mu niczego wytłumaczyć. Jej praca dobiegała końca, brakowało już tylko jednej koszuli, a len się skończył. Musiała pójść na cmentarz jeszcze ostatni raz. Tym razem podążyli za nią zarówno król, jak i arcybiskup, i zobaczyli ją między grobami. Król odwrócił się z sercem pełnym smutku i zwątpienia.

— Niech lud sam ją osądzi — powiedział.

I lud skazał ją na śmierć w płomieniach.

Zamknięto Elizkę w ciemnym, wilgotnym lochu i zabrano jej wspaniałe suknie, lecz zostawiono pęk pokrzyw i koszule pancerne, a niczego bardziej nie pragnęła, bo mogła dalej pracować. Na dworze złe dzieci śpiewały o niej szydercze piosenki, lecz nikt jej nie pocieszył, aż pewnego wieczoru przy kracie zaszumiały skrzydła: to najmłodszy brat ją odnalazł! Elizka zapłakała z radości, choć wiedziała, że nadchodząca noc może być jej ostatnią. Małe myszki znosiły jej pod nogi pokrzywy, a drozd śpiewał całą noc, żeby dodać jej odwagi.

Przed świtem jedenastu braci stanęło u bramy zamku i zażądało spotkania z królem, lecz odprawiono ich z niczym. Gdy wzeszło słońce, znów stały się łabędziami i odleciały nad zamkiem.

Rankiem przez ulice jechał wóz, a na nim siedziała Elizka w grubym worze, z rozpuszczonymi włosami, lecz jej palce niestrudzenie pracowały nad ostatnią koszulą. Tłum wyszydzał ją i napierał, próbując wyrwać jej robotę z rąk. Wtedy z nieba zleciało jedenaście dzikich łabędzi i usiadło wokół wozu, bijąc wielkimi skrzydłami, a przerażony tłum się cofnął.

Gdy kat chwycił ją za rękę, Elizka pospiesznie narzuciła jedenaście koszul na łabędzie i w tej samej chwili stanęło przed nią jedenastu pięknych książąt. Tylko najmłodszy brat miał zamiast jednej ręki łabędzie skrzydło, bo jego koszuli brakowało jednego rękawa, którego Elizka nie zdążyła dokończyć.

— Teraz wolno mi mówić! — zawołała Elizka. — Jestem niewinna!

A lud pochylił się przed nią, gdy najstarszy brat opowiedział wszystko, co się wydarzyło. Podczas gdy mówił, drwa ze stosu zapuściły korzenie i wypuściły gałązki, aż wyrósł z nich pachnący żywopłot pełen czerwonych róż, a na samym szczycie zajaśniał biały kwiat niczym gwiazda. Król zerwał go i przypiął Elizce do piersi. Wtedy otworzyła oczy, pełna spokoju i szczęścia.

Wszystkie kościelne dzwony zadzwoniły same, ptaki zleciały się wielkimi stadami, a orszak weselny, piękniejszy niż jakikolwiek inny, ruszył z powrotem na zamek: Elizka u boku swojego króla, otoczona jedenastoma braćmi, wszyscy wreszcie razem.