
Królowa Śniegu
10 min czytania8–14 lat
Dwoje przyjaciół z dzieciństwa, Kaj i Gerda, zostaje rozdzielonych, gdy odłamek zaczarowanego lustra zmienia serce chłopca w lód i unosi go w sanie tajemniczej Królowej Śniegu. Gerda wyrusza przez cały świat, od zaczarowanego ogrodu po lodowy zamek na dalekiej północy, by odnaleźć przyjaciela i ciepłem swojego serca stopić lód, który go więził.
Dawno, dawno temu żył pewien zły chochlik, a właściwie sam diabeł, który zbudował lustro o dziwnej mocy. Wszystko, co piękne i dobre, malało w nim i brzydło, a wszystko, co złe, robiło się ogromne i wyraźne. Diabeł cieszył się ze swojego dzieła i kazał uczniom nosić lustro po całym świecie, aż nie został już kraj ani człowiek, którego by ono nie wykrzywiło. W końcu uczniowie postanowili polecieć z lustrem aż do nieba, żeby wyśmiać anioły. Lecz im wyżej się wznosili, tym mocniej lustro drżało w ich rękach, aż w końcu wyślizgnęło się i runęło na ziemię. Roztrzaskało się na miliony maleńkich odłamków, które od tamtej pory fruwają po świecie. Niektóre wpadały ludziom do oka, a wtedy widzieli już tylko to, co złe. Inne trafiały prosto w serce i to było najgorsze ze wszystkiego, bo serce zamieniało się wtedy w bryłę lodu.
W wielkim mieście mieszkało dwoje dzieci, bliskich sobie jak brat i siostra, choć wcale nimi nie byli. Ich rodziny mieszkały w dwóch poddaszach naprzeciwko siebie, a między oknami stały skrzynki z różami, które wspinały się ku sobie i tworzyły mały zielony łuk. Chłopiec miał na imię Kaj, dziewczynka Gerda. Latem przechodzili do siebie i siadali pod różami, zimą oddechem robili sobie na zamarzniętych szybach małe okienka, żeby móc na siebie patrzeć.
— To białe pszczoły, tak się rojące — mówiła babcia, kiedy padał śnieg.
— A czy one też mają królową? — zapytał Kaj.
— Mają — odpowiedziała babcia. — Lata tam, gdzie rój jest najgęstszy. Czasem w środku nocy przelatuje przez miasto i zagląda w okna, a wtedy na szybach pojawiają się piękne kwiaty z lodu.
— Niech no tylko przyjdzie — powiedział Kaj — posadzę ją na gorącym piecu, to mi się roztopi.
Tego wieczoru Kaj patrzył przez swoje okienko, jak śnieżynka za szybą rośnie i rośnie, aż stanęła tam piękna, smukła kobieta z olśniewającego lodu. Skinęła mu głową i pomachała ręką, a on tak się przestraszył, że aż zeskoczył z krzesła.
Nadeszła wiosna, róże znowu zakwitły, a dzieci siedziały w swoim maleńkim ogródku i śpiewały piosenkę, której nauczyła ich babcia:
„Różyczki więdną, wiatr je zmiata w dal, lecz znów zobaczym Dzieciątko z niebios chwał.”
I nagle, w środku zabawy, Kaj krzyknął:
— Au! Coś ukłuło mnie w serce, a do oka wleciał mi jakiś pyłek!
Nic nie było widać, ale coś tam jednak było: jedna drobinka zaczarowanego lustra w oku, druga prosto w sercu. Od tego dnia Kaj stał się innym chłopcem. Uważał róże za brzydkie, wyśmiewał babcię, przedrzeźniał ludzi na ulicy i dokuczał małej Gerdzie, która przecież kochała go z całego serca.
Pewnego zimowego dnia przywiązał swoje sanki do dużych, obcych, białych sań, żeby pojeździć za nimi, jak robili inni chłopcy. Nieznajomy w białym futrze skinął mu przyjaźnie głową i sanie ruszyły, coraz szybciej, aż wyjechały za miasto, w gęstą śnieżycę, a Kaj nie mógł się już odczepić. Wreszcie sanie stanęły. Woźnica podniosła się, wysoka, smukła, cała lśniąco biała: to była Królowa Śniegu.
— Marzniesz — powiedziała i otuliła go swoim futrem.
Pocałowała go w czoło i chłód przeniknął mu aż do serca, ale zaraz potem przestał czuć zimno.
— Więcej pocałunków już nie dostaniesz — powiedziała — bo ucałowałabym cię na śmierć.
I Kaj zapomniał o małej Gerdzie, o babci, o wszystkim, co zostawił w domu. Poszybował z Królową wysoko, ponad lasami i morzami, w długą, długą zimową noc.
Gerda czekała i czekała, ale Kaj nie wracał. Inne dzieci opowiadały tylko, że widziały, jak jechał za obcymi saniami przez bramę miasta. Kiedy przyszła wiosna, Gerda włożyła swoje czerwone buciki i poszła nad rzekę.
— Czy to ty zabrałaś mi Kaja? — zapytała. — Podaruję ci moje czerwone buciki, jeśli mi go oddasz.
Wrzuciła buciki do wody, lecz fale zaraz wyniosły je z powrotem na brzeg. Wtedy wsiadła do łódki, żeby sięgnąć dalej, a łódka odczepiła się od brzegu i popłynęła razem z nią.
Długo płynęła rzeką, aż dotarła do ogrodu, w którym mieszkała stara kobieta w kapeluszu ozdobionym malowanymi kwiatami. Staruszka wyciągnęła Gerdę z łódki, poczęstowała ją czereśniami i uczesała jej włosy złotym grzebieniem, a Gerda, sama nie wiedząc kiedy, zaczęła zapominać o Kaju, bo kobieta znała się trochę na czarach. Chciała zatrzymać dla siebie tak miłe dziecko, więc schowała pod ziemię wszystkie róże w ogrodzie, żeby nic nie przypominało Gerdzie o różach spod jej własnego okna.
Gerda bawiła się dzień po dniu wśród barwnych kwiatów, ale czegoś jej brakowało, sama nie wiedziała czego. Aż pewnego dnia zauważyła malowaną różę na kapeluszu staruszki i wtedy zrozumiała: w tym ogrodzie nie było ani jednej prawdziwej róży. Rozpłakała się, a jej łzy spadły dokładnie w to miejsce, gdzie ukryty był pod ziemią krzak róż, i róże natychmiast wyrosły z powrotem, kwitnące jak dawniej. Gerda ucałowała je i zapytała:
— Czy wiecie, gdzie jest Kaj? Czy on nie żyje?
— Nie umarł — odpowiedziały róże. — Byłyśmy pod ziemią, tam gdzie są wszyscy zmarli, ale jego tam nie było.
Wtedy Gerda przypomniała sobie wszystko. Zapytała jeszcze inne kwiaty, lecz każdy opowiadał tylko swoją własną, małą historię i żaden nic nie wiedział o Kaju. Pobiegła więc do furtki, nacisnęła zardzewiałą klamkę i wyszła w szeroki świat, prosto w późną jesień, bo w zaczarowanym ogrodzie czas stał w miejscu.
Bosa i zmęczona usiadła na kamieniu, gdy podskoczyła do niej wrona.
— Kra, kra, dzień dobry! — powiedziała i wysłuchała całej historii Gerdy. — To może być prawda! — rzekła w końcu. — Zdaje mi się, że wiem, gdzie jest twój Kaj, u pewnej księżniczki, tak mądrej, że szukała męża, który potrafiłby jej dorównać w rozmowie. Wszyscy młodzieńcy z okolicy milkli przed jej tronem, tylko pewien wesoły chłopak wszedł bez lęku, z długimi włosami, w skrzypiących butach, i mówił tak mądrze, że księżniczka od razu go polubiła.
— To musi być Kaj! — zawołała Gerda.
Wrona zaprowadziła ją potajemnie do pałacu, tylnymi drzwiami, które zostawiła otwarte jej ukochana, oswojona wrona, aż do sypialni, gdzie dwa łóżka wisiały jak lilie na złotych łodygach. Gerda ostrożnie odsunęła czerwoną zasłonę, lecz śpiący chłopiec, choć podobny do Kaja z tyłu głowy, okazał się obcym księciem.
Opowiedziała im całą swoją historię, a książę z księżniczką byli tak wzruszeni, że dali jej złoty powóz zaprzężony w cztery konie, ciepłe ubrania i buciki, żeby mogła jechać dalej, szukać Kaja. Wrona odprowadziła ją kawałek drogi i płakała na pożegnanie.
Lecz w środku ciemnego lasu na lśniący powóz napadli zbójcy. Chwycili Gerdę, a stara, dzika rozbójniczka rzucała się na nią już groźnie, gdy nagle jej własna, porywcza córka ugryzła ją w ucho i krzyknęła:
— Ona będzie się bawić ze mną!
Tak Gerda trafiła do zbójeckiego zamku, a mała rozbójniczka, równie swawolna co czuła, kazała jej odtąd spać tuż przy sobie i pilnowała jej dniem i nocą.
W nocy, wysoko w klatce, gruchały leśne gołębie:
— Gru, gru! Widziałyśmy małego Kaja. Siedział w saniach Królowej Śniegu, wysoko nad lasem.
— Dokąd poleciała? — zapytała Gerda.
— Zapytaj renifera — powiedziały gołębie.
— Do Laponii! — powiedział przywiązany renifer. — Tam Królowa Śniegu ma swój letni namiot, ale jej zamek leży daleko, na biegunie północnym.
Następnego ranka, kiedy stara rozbójniczka spała, mała rozbójniczka odwiązała renifera, posadziła na nim Gerdę i powiedziała:
— Biegnij, jak najszybciej potrafisz, i zawieź ją do zamku Królowej Śniegu.
Dała im na drogę ciepłe rękawiczki i chleb, a renifer pędził dniem i nocą przez bagna i lasy, aż dotarli do Laponii.
U pewnej ubogiej Laponki Gerda się ogrzała, a kobieta napisała kilka słów na suchym płacie ryby i wysłała ją dalej, do Finki mieszkającej sto mil dalej. Finka, mała i mądra, przeczytała wiadomość i szepnęła reniferowi:
— Kaj ma odłamek w sercu i drugi w oku. Trzeba je wyjąć, inaczej zostanie u Królowej Śniegu na zawsze. Ale Gerda nie potrzebuje żadnej większej mocy, niż już ma, bo jest kochanym, niewinnym dzieckiem, a to wystarczy.
Dwie mile przed zamkiem Królowej Śniegu renifer zsadził Gerdę, pocałował ją i pobiegł z powrotem, sam ledwie powstrzymując łzy. Boso i bez rękawiczek Gerda ruszyła dalej, przez całe wojsko żywych, wrogich płatków śniegu, które przybierały kształty węży i niedźwiedzi. Wtedy zaczęła cicho odmawiać Ojcze nasz, a jej oddech zamieniał się w małe, jaśniejące aniołki, które rozpędzały śnieżne kształty swoimi włóczniami i prowadziły Gerdę bezpiecznie dalej.
Zamek Królowej Śniegu zbudowany był z wirującego śniegu, a jego sale były puste, zimne i rozległe, rozświetlone migoczącą zorzą polarną. Na środku jednej z niekończących się lodowych sal siedział mały Kaj, siny z zimna, i układał płaskie kawałki lodu w różne kształty. Była to gra dla rozumu, bo Królowa Śniegu powiedziała mu:
— Jeśli ułożysz słowo „wieczność”, będziesz swoim własnym panem i dostaniesz w darze cały świat.
Ale to słowo nigdy mu się nie udawało. Sama Królowa Śniegu odleciała tymczasem do ciepłych krajów.
Wtedy weszła Gerda, poznała go i rzuciła mu się na szyję.
— Kaj! Nareszcie cię znalazłam!
Lecz on siedział cicho i zimno, jakby zamarzł na kość. Gerda zapłakała gorącymi łzami, które spadły mu na piersi, przeniknęły do serca i roztopiły lodową bryłę, a razem z nią odpłynął odłamek. Wtedy zaśpiewała cicho ich starą piosenkę:
„Różyczki więdną, wiatr je zmiata w dal, lecz znów zobaczym Dzieciątko z niebios chwał.”
Kaj wybuchnął płaczem, a odłamek wypłynął mu z oka razem ze łzami.
— Gerdo! — zawołał. — Gdzie ja byłem?
Rozejrzał się po zimnej, pustej sali i przytulił się do niej mocno. Z radości aż kawałki lodu zaczęły tańczyć, a kiedy zmęczone opadły na posadzkę, ułożyły się same z siebie w kształt słowa, którego żądała od niego Królowa Śniegu. Ale to już nie miało znaczenia, bo teraz Kaj i tak był swoim własnym panem, znalazł bowiem coś znacznie większego.
Trzymając się za ręce, wyszli z zamku. Gdziekolwiek szli, wiatr się uciszał, a słońce wychylało się zza chmur. U renifera i jego towarzyszki ogrzali się ciepłym mlekiem, a u Finki i Laponki dostali nowe ubrania i dobre życzenia na drogę do domu.
Po drodze spotkali znowu małą rozbójniczkę, która jechała teraz przez świat na wspaniałym koniu.
— Ładny z ciebie włóczęga — powiedziała do Kaja, ale bardzo się ucieszyła, widząc ich oboje zdrowych, i pojechała dalej, ku własnej przyszłości.
Tak Kaj i Gerda szli dalej, ręka w rękę, przez budzącą się do życia wiosnę, aż rozpoznali swoje własne miasto i znajome schody prowadzące na poddasze. Kiedy otworzyli drzwi, zauważyli, że stali się dorośli, ale róże wciąż kwitły za oknem, a ich małe dziecięce krzesełka stały dokładnie na tym samym miejscu co dawniej. Babcia siedziała w słońcu i czytała z Biblii:
„Jeśli się nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego.”
Kaj i Gerda spojrzeli sobie w oczy i wreszcie zrozumieli starą piosenkę, którą tyle razy śpiewali:
„Różyczki więdną, wiatr je zmiata w dal, lecz znów zobaczym Dzieciątko z niebios chwał.”
I tak siedzieli tam, dorośli, a jednak w głębi serca wciąż dzieci, podczas gdy za oknem nad miastem rozlewało się ciepłe, kojące lato.