
Jaś i magiczna fasola
10 min czytania6–12 lat
Biedny Jaś zamienia rodzinną krowę na garść magicznych fasolek, a wyrosła z nich olbrzymia łodyga prowadzi go prosto do zamku groźnego olbrzyma. Sprytem i odwagą Jaś zdobywa złoto, złotą kurę i śpiewającą harfę, a gdy olbrzym rusza w pościg, chłopiec ratuje siebie i matkę, ścinając łodygę siekierą.
Dawno, dawno temu żyła sobie uboga wdowa, a miała ona jedynego syna imieniem Jaś oraz krowę o imieniu Mleczna. Mleko, które Mleczna dawała każdego ranka, było jedynym, z czego mogli żyć, bo wdowa co dzień zanosiła je na targ i sprzedawała. Lecz pewnego ranka Mleczna nie dała ani kropli mleka, i biedna wdowa nie wiedziała, co począć.
— Co my teraz zrobimy, co my zrobimy? — zawodziła wdowa, załamując ręce.
— Głowa do góry, mamo. Pójdę poszukać jakiejś pracy — powiedział Jaś.
— Próbowaliśmy już tego, i nikt cię nie chciał przyjąć — odparła matka. — Musimy sprzedać Mleczną i zobaczyć, co zrobimy z pieniędzmi. Może otworzymy mały sklepik.
— Dobrze, mamo — zgodził się Jaś. — Dziś jest dzień targowy. Sprzedam Mleczną, a potem zobaczymy.
Jaś wziął więc krowę za postronek i wyruszył w drogę. Nie uszedł daleko, gdy spotkał dziwnego, małego staruszka.
— Dzień dobry, Jasiu — powiedział staruszek.
— Dzień dobry i panu — odrzekł Jaś, dziwiąc się, skąd nieznajomy zna jego imię.
— A dokąd to zmierzasz w tak piękny dzień? — spytał staruszek.
— Idę na targ sprzedać naszą krowę.
— Wyglądasz mi na chłopca na tyle bystrego, żeby dobrze sprzedać krowę — powiedział staruszek. — Powiedz mi, czy wiesz, ile fasolek to pięć?
— Po dwie w każdej dłoni i jedna w ustach — odparł Jaś, szybki jak błyskawica.
— Zgadza się — rzekł staruszek, wyciągając z kieszeni garść dziwnych, jaskrawo kolorowych fasolek. — Oto one. Skoro jesteś taki bystry, chętnie zamienię je na twoją krowę.
— Też coś! — powiedział Jaś. — Bardzo by się to panu podobało, prawda?
— Ach, ale ty nie wiesz, co potrafią te fasolki — odparł staruszek. — Zasadź je dziś wieczorem, a do rana wyrosną aż pod samo niebo.
— Naprawdę? — zdziwił się Jaś.
— Naprawdę. A jeśli się nie sprawdzi, dostaniesz swoją krowę z powrotem.
— Zgoda — powiedział Jaś, podał staruszkowi postronek Mlecznej i schował fasolki do kieszeni.
Jaś nie zaszedł daleko, więc było jeszcze widno, gdy wrócił do domu.
— Już wróciłeś, Jasiu? — zapytała matka. — Nie widzę Mlecznej, więc pewnie ją sprzedałeś. Ile dostałeś?
— Nigdy byś nie zgadła, mamo — odparł Jaś.
— Nie zgadnę, to na pewno. Grzeczny chłopiec! Pięć funtów? Dziesięć? Piętnaście? Chyba nie dwadzieścia!
— Mówiłem, że nie zgadniesz. Spójrz lepiej na te fasolki. Są magiczne. Zasadzimy je dziś wieczorem i...
— Co takiego! — krzyknęła matka Jasia. — Byłeś na tyle głupi, żeby oddać moją Mleczną, najlepszą dojną krowę w całej parafii, za garść bezwartościowych fasolek? Masz, i masz, i jeszcze raz masz! A te fasolki zaraz wylatują za okno! A teraz marsz do łóżka, i nie dostaniesz dziś ani kęsa, ani łyka.
Jaś wspiął się więc do swojego małego pokoiku na poddaszu, smutny i zawstydzony, bardziej z powodu matki niż z żalu za utraconą kolacją. W końcu zasnął.
Gdy się obudził, pokój wyglądał dziwnie. Słońce jasno oświetlało jedną jego część, podczas gdy reszta tonęła w głębokim cieniu. Jaś zerwał się, szybko się ubrał i podszedł do okna. I co zobaczył? Fasolki, które matka wyrzuciła do ogrodu, wyrosły przez jedną noc w ogromną łodygę, która pięła się w górę, w górę, w górę, aż znikała w niebie. Staruszek jednak powiedział prawdę.
Łodyga rosła tuż przy oknie Jasia, więc wystarczyło mu wyjść na nią, bo była spleciona jak wielka drabina. Jaś wspinał się więc wyżej i wyżej, aż w końcu dotarł na sam szczyt, gdzie odnalazł długą, prostą drogę wiodącą w dal. Szedł nią długo, aż doszedł do wysokiego domu, na którego progu stała kobieta wysoka jak sam dom.
— Dzień dobry — powiedział grzecznie Jaś. — Czy mogłaby mnie pani poczęstować śniadaniem? — Nie jadł bowiem nic od poprzedniego poranka i był okrutnie głodny.
— Śniadaniem, powiadasz? — odrzekła wielka kobieta. — To ty będziesz śniadaniem, jeśli się stąd czym prędzej nie oddalisz. Mój mąż jest olbrzymem i nie ma nic, co lubiłby bardziej niż chłopca upieczonego na grzance. Lepiej odejdź, zanim wróci do domu.
— Proszę pani — powiedział Jaś. — Nie jadłem nic od wczorajszego poranka. Wolę już zostać upieczony, niż umrzeć z głodu.
Żona olbrzyma wcale nie była tak surowa, jak się wydawała, więc zaprowadziła Jasia do kuchni i dała mu chleb, ser i dzban mleka. Ledwie jednak zdążył zacząć jeść, gdy cały dom zatrząsł się od potężnego łomotu: łup, łup, łup.
— Rety, to mój mąż! — krzyknęła żona olbrzyma. — Szybko, wchodź tutaj! — I wepchnęła Jasia do pieca, tuż zanim olbrzym wtoczył się do środka.
Był to ogromny mężczyzna, a od pasa zwisały mu trzy cielęta, które odczepił i rzucił na stół.
— Żono — warknął olbrzym — upiecz mi parę tych na śniadanie. Ale poczekaj, co ja tu czuję? Fi, fu, fa, fom, czuję krew, ktoś tu jest, w moim domu! Żywy jest on czy już w grobie, kości zmielę ja na chleb sobie!
— Głupstwa gadasz, mój drogi, coś ci się śni — powiedziała żona. — A może czujesz resztki tego chłopca, którym się tak wczoraj objadałeś. Idź się umyć i doprowadzić do porządku, a śniadanie będzie gotowe, gdy wrócisz.
Olbrzym poszedł więc, a Jaś miał już wyskoczyć z pieca i uciec, gdy żona kazała mu poczekać, bo olbrzym zawsze drzemał po śniadaniu. Rzeczywiście, gdy zjadł, olbrzym przyniósł z wielkiej skrzyni dwa worki złota i usiadł, licząc monety, aż jego głowa zaczęła kiwać się sennie, a wkrótce chrapał tak głośno, że trząsł się cały dom.
Wtedy Jaś wymknął się z pieca na palcach, chwycił po drodze jeden worek złota i pospieszył do łodygi fasoli. Zrzucił worek przed sobą, a ten spadł bezpiecznie w ogrodzie jego matki. Potem Jaś zszedł w dół, niżej i niżej, aż w końcu dotarł do domu, gdzie pokazał matce złoto.
— No i widzisz, mamo — powiedział. — Czy nie miałem racji co do tych fasolek? One naprawdę są magiczne.
Żyli sobie wygodnie z tego złota przez dłuższy czas, lecz w końcu się skończyło i Jaś postanowił spróbować szczęścia jeszcze raz. Pewnego wczesnego poranka znów wspiął się po łodydze, w górę, w górę, w górę, aż dotarł do drogi na szczycie i znów doszedł do wysokiego domu, gdzie na progu wciąż stała ta sama wysoka kobieta.
— Dzień dobry — powiedział Jaś śmiało. — Czy zechciałaby mnie pani czymś poczęstować?
— Odejdź, chłopcze, bo mój mąż zje cię na śniadanie — powiedziała kobieta. — Ale czy to nie ty przychodziłeś tu wcześniej? Tego samego dnia mój mąż stracił jeden ze swoich worków złota!
— To doprawdy dziwne — powiedział Jaś. — Mógłbym coś o tym opowiedzieć, ale jestem zbyt głodny, żeby mówić, zanim coś zjem.
Ciekawość kobiety zwyciężyła, więc wpuściła go i nakarmiła, lecz zaledwie zaczął jeść, gdy znów rozległo się łup, łup, łup kroków olbrzyma, i Jaś został ukryty w piecu tak jak poprzednio. Olbrzym wszedł, znów wykrzykując swój wierszyk, a po pożarciu na śniadanie trzech pieczonych wołów zawołał o swoją kurę, która znosiła złote jajka.
— Znoś! — rozkazał olbrzym, a kura zniosła jajko z czystego złota. Wkrótce głowa olbrzyma zaczęła kiwać się sennie, aż zasnął, chrapiąc tak, że dom się trząsł.
Jaś wysunął się z pieca, chwycił złotą kurę i był już niemal za drzwiami, lecz tym razem kura głośno zagdakała i obudziła olbrzyma. Gdy Jaś wymykał się z domu, usłyszał, jak olbrzym ryczy:
— Żono, żono, co zrobiłaś z moją kurą?
Lecz to było wszystko, co Jaś usłyszał, bo popędził do łodygi i zszedł po niej szybciej niż jakikolwiek chłopiec przedtem. W domu pokazał matce cudowną kurę, a gdy powiedział „Znoś”, kura znosiła złote jajko za każdym razem.
Jaś jednak wciąż nie był zadowolony i wkrótce postanowił spróbować szczęścia po raz trzeci. Pewnego wczesnego poranka znów wspiął się po łodydze, w górę, w górę, w górę, aż dotarł na szczyt. Tym razem jednak wiedział już, że lepiej nie iść prosto do drzwi olbrzyma. Zaczekał więc za krzakiem, aż zobaczył, jak żona olbrzyma wychodzi po wodę, po czym wśliznął się do domu i ukrył w wielkim miedzianym kotle. Nie czekał długo, gdy usłyszał znajome łup, łup, łup, a do środka wszedł olbrzym, a tuż za nim jego żona.
— Fi, fu, fa, fom, czuję krew Anglika! — ryknął olbrzym. — Czuję go, żono, czuję go!
— Naprawdę, mój drogi? — spytała żona. — Jeśli to ten mały łobuz, co ukradł ci złoto i kurę, na pewno chowa się w piecu.
Oboje rzucili się więc, by zajrzeć do pieca, lecz tym razem Jasia tam nie było, a żona olbrzyma zbeształa męża za jego pomyłkę, przypominając mu, że to zapewne zapach chłopca, którego zjadł poprzedniego wieczoru.
Olbrzym zasiadł więc do śniadania, choć raz po raz mruczał pod nosem: „Mógłbym przysiąc...” i wstawał, by przeszukać szafki i spiżarnię, ani razu nie zaglądając do miedzianego kotła.
Gdy śniadanie dobiegło końca, olbrzym zawołał o swoją złotą harfę, a gdy postawiono ją przed nim, rozkazał: „Śpiewaj”, a harfa zaśpiewała najsłodszą muzykę, jaką Jaś kiedykolwiek słyszał, aż w końcu olbrzym zapadł w głęboki sen i zaczął chrapać jak grzmot przetaczający się po niebie.
Wtedy Jaś uniósł pokrywę kotła cicho jak myszka, przeczołgał się przez podłogę na czworakach i chwycił złotą harfę, po czym rzucił się do drzwi. Lecz harfa krzyknęła: „Panie! Panie!”, i olbrzym obudził się akurat na czas, by ujrzeć Jasia uciekającego z nią.
Jaś biegł, jak tylko nogi go niosły, a olbrzym gnał tuż za nim z hukiem, lecz Jaś znał drogę i miał niezłą przewagę. Gdy dotarł do łodygi, olbrzym był już tylko dwadzieścia kroków za nim, a gdy dobiegł do krawędzi, zobaczył Jasia znikającego po drugiej stronie, schodzącego w dół, jakby od tego zależało jego życie. Olbrzym zawahał się, nie ufając, że taka drabina utrzyma jego wielki ciężar, i ta chwila wahania dała Jasiowi trochę więcej czasu. Lecz harfa znów krzyknęła: „Panie! Panie!”, więc olbrzym przerzucił się na łodygę, która zatrzęsła się i zakołysała pod nim. Jaś schodził w dół, a olbrzym schodził za nim.
Gdy Jaś był już niemal w domu, zawołał:
— Mamo! Mamo! Przynieś siekierę, przynieś siekierę!
Matka przybiegła z siekierą w ręku, lecz gdy dotarła do łodygi i spojrzała w górę, zamarła z przerażenia, bo tam, jeszcze pod chmurami, schodził olbrzym.
Jaś zeskoczył na ziemię, chwycił siekierę i uderzył nią w łodygę z całej siły, przecinając ją w połowie. Olbrzym poczuł, jak wielka łodyga drży, i zatrzymał się, by zobaczyć, co się dzieje. Jaś zamachnął się siekierą jeszcze raz, łodyga pękła na dwoje i runęła w dół razem z olbrzymem, a wraz z nią skończyło się jego życie.
Jaś pokazał wtedy matce złotą harfę, a dzięki jej pięknym pieśniom i złotym jajkom kury Jaś z matką żyli odtąd w wielkim dostatku. Z czasem Jaś poślubił możną księżniczkę i żyli długo i szczęśliwie.