Przejdź do treści
Talerie
Krzesiwo

Krzesiwo

Hans Christian Andersen

9 min czytania8–14 lat

Wracający z wojny żołnierz zdobywa dzięki starej czarownicy skarb ukryty w głębi pustego drzewa, a wraz z nim tajemnicze krzesiwo, które przywołuje trzy potężne psy gotowe spełnić każde życzenie swojego pana. Kiedy bogactwo i przyjaciele znikają równie szybko, jak się pojawili, to właśnie krzesiwo i wierne psy pomagają żołnierzowi odzyskać wszystko, poznać piękną księżniczkę i wspólnie z nią zasiąść na tronie.


Drogą krajową maszerował żołnierz: raz, dwa! raz, dwa! Miał tornister na plecach i szablę u boku, bo wracał z wojny i cieszył się, że nareszcie zobaczy dom.

Na drodze spotkał starą czarownicę. Była bardzo brzydka, dolna warga zwisała jej niemal do samej piersi.

— Dobry wieczór, żołnierzu — powiedziała. — Ale masz piękną szablę i wielki tornister. Widać, że jesteś prawdziwym żołnierzem. Za to dostaniesz tyle pieniędzy, ile tylko zdołasz unieść.

— Dziękuję ci, stara czarownico — odpowiedział żołnierz.

— Widzisz to wielkie drzewo? — spytała, wskazując ręką. — W środku jest puste. Wejdź na sam czubek, znajdziesz tam dziurę, przez którą opuścisz się głęboko do wnętrza pnia. Obwiążę cię liną w pasie, a kiedy zawołasz, wyciągnę cię z powrotem.

— A po co mam schodzić do środka drzewa? — zapytał żołnierz.

— Po pieniądze! — powiedziała czarownica. — Na dole stoisz w wielkiej, jasnej sali, bo płonie tam ponad trzysta lamp. Zobaczysz trzy drzwi, w zamkach tkwią już klucze. W pierwszej komnacie na wielkiej skrzyni siedzi pies o oczach wielkich jak filiżanki, ale nie musisz się go bać. Dam ci mój niebieski kraciasty fartuch, rozłóż go na podłodze, posadź na nim psa i bierz ze skrzyni tyle miedziaków, ile chcesz. Wolisz srebro, idź do drugiej komnaty. Tam siedzi pies o oczach wielkich jak koła młyńskie, ale zrób z nim to samo, a nic ci nie zrobi. A jeśli chcesz złota, idź do trzeciej komnaty. Tamten pies ma oczy wielkie jak wieże, to już prawdziwy olbrzym. Ale się nie bój, posadź go na moim fartuchu, a będzie ci posłuszny, i bierz złota, ile tylko uniesiesz.

— Nieźle to brzmi — powiedział żołnierz. — Ale co ty z tego będziesz miała, stara czarownico? Chyba nie robisz tego za darmo.

— Ależ tak — odpowiedziała. — Nie chcę od ciebie ani jednego szylinga. Przynieś mi tylko stare krzesiwo, które moja babka zostawiła tam na dole przy ostatniej bytności.

— To obwiąż mnie liną — powiedział żołnierz.

Czarownica obwiązała go w pasie, podała mu swój niebieski kraciasty fartuch, a on wspiął się na drzewo, zsunął się przez dziurę w dół i stanął, tak jak mówiła, w wielkiej, jasnej sali z setkami lamp.

Otworzył pierwsze drzwi. Siedział tam pies o oczach wielkich jak filiżanki i patrzył na niego bez mrugnięcia.

— No, jesteś przyjemnym stworzeniem — powiedział żołnierz, posadził go na fartuchu i napełnił kieszenie miedziakami, ile tylko się zmieściło. Potem zamknął skrzynię, posadził psa z powrotem na wieku i poszedł dalej.

W drugiej komnacie siedział pies o oczach wielkich jak koła młyńskie.

— Nie patrz tak na mnie — powiedział żołnierz, posadził go na fartuchu, a gdy zobaczył srebro, wyrzucił miedziaki i napełnił wszystko srebrem.

W trzeciej komnacie siedział pies, którego oczy, każde wielkie jak wieża, kręciły się w głowie jak koła.

— Dobry wieczór — powiedział żołnierz i grzecznie dotknął czapki, bo takiego psa jeszcze nigdy nie widział. Ostrożnie posadził go na fartuchu i otworzył skrzynię. Na Boga, co za złoto! Za nie mógłby kupić całe miasto. Wyrzucił srebro, napełnił złotem kieszenie, tornister, czapkę i buty, aż ledwie mógł chodzić. Potem posadził psa z powrotem na skrzyni, zamknął drzwi i zawołał w górę:

— Wyciągnij mnie teraz, stara czarownico!

— Masz krzesiwo? — zapytała.

— O mało bym zapomniał! — powiedział żołnierz, wrócił i je zabrał. Czarownica wyciągnęła go na powierzchnię, i znów stał na drodze, z kieszeniami, butami i tornistrem pełnymi złota.

— A po co ci właściwie to krzesiwo? — spytał.

— Nic ci do tego — odpowiedziała czarownica. — Masz swoje pieniądze, oddaj mi tylko krzesiwo.

— To powiedz mi chociaż, co z nim zrobisz — powiedział żołnierz.

— Nie — odparła czarownica.

Żołnierz zatrzymał więc krzesiwo dla siebie. Związał złoto w jej niebieski kraciasty fartuch, wziął tobołek na plecy, wsadził krzesiwo do kieszeni i zostawił starą czarownicę przy pustym drzewie. Kiedy obejrzał się jeszcze raz, nigdzie już jej nie było. Poszedł więc prosto do miasta.

Było to wspaniałe miasto. W najlepszej gospodzie wynajął najlepsze pokoje i zamówił swoje ulubione potrawy, bo był teraz bogaty. Tylko jego stare buty wydały się służącemu dziwne jak na tak dostojnego pana, ale już następnego dnia żołnierz kupił sobie nowe, a do tego piękne stroje. Z żołnierza zrobił się wytworny pan, a ludzie opowiadali mu o cudach miasta, o królu i o jego córce, księżniczce, która podobno była nadzwyczaj urocza.

— Gdzie można ją zobaczyć? — zapytał żołnierz.

— Nigdzie — mówili ludzie. — Mieszka w wielkim miedzianym zamku, za mnóstwem murów i wież. Nikt nie może się do niej zbliżyć, bo przepowiedziano, że pewnego dnia poślubi zwykłego żołnierza, a król za nic w świecie do tego nie dopuści.

Żołnierz żył wesoło dalej, chodził do teatru, jeździł powozem po ogrodach króla i rozdawał biednym mnóstwo pieniędzy, bo dobrze pamiętał, jak to jest nie mieć nawet szylinga. Zyskał wielu przyjaciół, którzy nazywali go wspaniałym kawalerem, a to mu się bardzo podobało. Ale ponieważ każdego dnia wydawał pieniądze, a żadne już do niego nie wracały, w końcu zostały mu tylko dwa szylingi. Musiał opuścić piękne pokoje, przeniósł się do małej izdebki pod samym dachem, sam czyścił sobie buty i zszywał je igłą. Żaden z przyjaciół już go nie odwiedzał, bo trzeba było wspinać się po zbyt wielu schodach.

Pewnego ciemnego wieczoru, kiedy nie było go już nawet stać na świeczkę, przypomniał sobie, że w krzesiwie z pustego drzewa tkwi jeszcze mały kawałek świecy. Wyjął je, skrzesał ogień, a gdy tylko buchnął płomień, drzwi się otworzyły i stanął przed nim pies o oczach wielkich jak filiżanki.

— Czego sobie życzy mój pan? — zapytał pies.

— Cóż to takiego? — zdziwił się żołnierz. — Wspaniałe krzesiwo, jeśli dzięki niemu dostaję to, czego chcę! Przynieś mi trochę pieniędzy!

Fiu! I psa już nie było. Fiu! I już wrócił, z workiem pełnym szylingów w pysku.

Teraz żołnierz wiedział, jakie wspaniałe krzesiwo posiada. Jedno uderzenie krzemieniem, i przychodził pies z miedzią, dwa uderzenia, i przychodził ten ze srebrem, trzy uderzenia, i przychodził ten ze złotem. Wrócił do pięknych pokoi, znów nosił wytworne stroje, a przyjaciele natychmiast go rozpoznali i znów bardzo go cenili.

Pewnego dnia pomyślał: „To doprawdy dziwne, że nikt nigdy nie widzi księżniczki”. Wziął krzesiwo i skrzesał ogień raz. Przyszedł pies.

— Jest środek nocy — powiedział żołnierz — ale tak bardzo chciałbym zobaczyć księżniczkę, choćby na jedną krótką chwilę.

Pies w mgnieniu oka wybiegł za drzwi i wrócił z księżniczką śpiącą na jego grzbiecie, tak piękną, że każdy poznałby od razu, że to prawdziwa księżniczka. Żołnierz nie potrafił się powstrzymać i delikatnie ją pocałował. Potem pies odniósł ją z powrotem do zamku.

Rano księżniczka opowiadała przy herbacie, że śniło jej się, jak jakiś pies niósł ją na grzbiecie, a jakiś żołnierz ją pocałował.

— To by była piękna historia — powiedziała królowa i postanowiła następnej nocy posadzić przy łóżku księżniczki starą dworkę, żeby sprawdzić, czy to naprawdę był tylko sen.

Żołnierz jednak tak bardzo tęsknił za księżniczką, że następnej nocy pies znów po nią przyszedł. Tym razem jednak dworka włożyła buty i pobiegła za nimi. Kiedy zobaczyła, do jakiego domu oboje weszli, narysowała kredą wielki krzyż na drzwiach i poszła spać.

Kiedy pies odnosił księżniczkę z powrotem, zobaczył krzyż, a że był mądry, sam wziął kawałek kredy i narysował krzyże na wszystkich drzwiach w całym mieście. Nazajutrz rano dworka nie mogła już znaleźć właściwych drzwi, bo wszędzie były krzyże.

Ale królowa była kobietą przemyślną. Uszyła z jedwabiu mały woreczek, napełniła go drobną kaszą, przywiązała go księżniczce na plecach i wycięła w nim małą dziurkę, tak żeby kasza sypała się przez całą drogę, którą szła. I tak się stało: następnej nocy ślad prowadził aż pod samo okno, przez które pies wniósł księżniczkę po murze. Rano król i królowa dokładnie wiedzieli, gdzie bywała ich córka, i kazali wtrącić żołnierza do więzienia.

Siedział więc w ciemności, a strażnicy powiedzieli mu:

— Jutro będziesz powieszony.

Krzesiwo zostawił w gospodzie. Rano przez małe zakratowane okienko zobaczył, jak ludzie śpieszą w stronę szubienicy, usłyszał bębny, ujrzał maszerujących żołnierzy. Wtedy na dole przebiegł chłopak od szewca, tak się spieszył, że zgubił pantofel, a ten uderzył o mur.

— Hej, chłopcze! — zawołał żołnierz. — Przecież bez mnie się nie zacznie! Pobiegnij do mojej dawnej izby i przynieś mi moje krzesiwo, dam ci za to cztery szylingi!

Chłopak popędził, jak tylko mógł, i przyniósł krzesiwo.

Za miastem stała szubienica. Dokoła stali żołnierze i wiele tysięcy ludzi, król i królowa siedzieli na tronie, naprzeciwko zasiedli sędziowie i cała rada. Kiedy żołnierz stanął już na najwyższym stopniu drabiny, poprosił o ostatnią fajkę tytoniu, jak to przystoi biednemu skazańcowi. Król się zgodził.

Żołnierz skrzesał ogień, raz, dwa, trzy, i wszystkie trzy psy stanęły przed nim naraz: ten z oczami jak filiżanki, ten z oczami jak koła młyńskie i ten z oczami wielkimi jak wieże.

— Pomóżcie mi, żebym nie został powieszony! — zawołał żołnierz.

Trzy wielkie psy skoczyły naprzód, ich oczy błyszczały, a ich szczekanie zagrzmiało tak potężnie, że sędziowie i cała rada rzucili się do ucieczki na wszystkie strony. Król zawołał:

— Nie chcę!

Ale największy pies spojrzał na niego i na królową swoimi ogromnymi jak wieże oczami, a oboje uciekli z miasta, jak tylko mogli najszybciej, i nigdy więcej nikt ich tam nie widział. Żołnierze się przerazili, a lud zaczął wołać:

— Dobry żołnierzu, bądź naszym królem i weź sobie piękną księżniczkę za żonę!

Posadzono go w królewskiej karocy, a trzy psy tańczyły przed nią i wołały hurra, dzieci gwizdały na palcach, a żołnierze prezentowali broń. Księżniczka wyszła z miedzianego zamku, i wesele świętowano przez osiem dni, a trzy psy siedziały przy stole i robiły przy tym największe oczy na świecie.