Przejdź do treści
Talerie
Kot w butach

Kot w butach

Charles Perrault

5 min czytania5–10 lat

Biedny młynarczyk dostaje w spadku tylko kota, ale ten okazuje się najbardziej pomysłowym przyjacielem, jakiego mógłby sobie wymarzyć. Dzięki sprytnym podstępom, odważnemu skokowi na czarodziejskiego ogra i odrobinie tupetu kot zamienia swojego pana w bogatego markiza, który zdobywa serce księżniczki.


Za dawnych czasów żył młynarz, który zostawił po sobie niewiele: młyn, osła i kota. Miał trzech synów, więc podzielili się tym, co było. Najstarszy dostał młyn, średni osła, a najmłodszy, jak to zwykle bywa, tylko kota.

Chłopak nie mógł się tym ucieszyć.

— Moi bracia będą mogli razem zarabiać na chleb — wzdychał. — A ja, kiedy zjem kota i zrobię sobie z jego futra mufkę, nie będę już miał nic i umrę z głodu.

Kot słyszał wszystko, choć udawał, że nic go to nie obchodzi. Odezwał się w końcu spokojnym, poważnym głosem:

— Nie martw się, panie. Daj mi tylko worek i każ zrobić parę butów, żebym mógł biegać po zaroślach, a zobaczysz, że twój udział wcale nie jest taki ubogi, jak myślisz.

Młynarczyk niewiele sobie po tym obiecywał, ale widział już, jak jego kot potrafi być sprytny, kiedy poluje na myszy: jak zwiesza się za tylne łapy, jak udaje martwego w mące. Pomyślał więc, że w takiej biedzie i to może się przydać.

Gdy tylko dostał buty, kot włożył je z dumą, zawiesił sobie worek na szyi, chwycił sznurki przednimi łapami i poszedł w królicze zarośla. Wsypał do worka otrębów i świeżej trawy, położył się jak nieżywy i czekał, aż jakiś niedoświadczony króliczek wejdzie do środka na poczęstunek.

Nie czekał długo. Nierozważny królik wsunął się do worka, a kot natychmiast ściągnął sznurki i go złapał. Dumny ze zdobyczy, poszedł prosto na królewski dwór i poprosił o posłuchanie u króla. Wprowadzono go przed oblicze Jego Królewskiej Mości. Kot skłonił się nisko. Wymyślił właśnie dla swojego pana szumne imię i powiedział:

— Panie, oto królik, którego pan markiz Karabas przysyła Waszej Królewskiej Mości w darze.

— Podziękuj swojemu panu i powiedz, że sprawia mi to wielką radość — odparł król.

Innym razem kot ukrył się w zbożu, wciąż z otwartym workiem, i złapał dwie kuropatwy, które zaniósł królowi tak samo jak wcześniej. Król, uradowany, kazał go hojnie obdarować. Przez dwa czy trzy miesiące kot wciąż przynosił mu zwierzynę w imieniu markiza Karabasa.

Pewnego dnia kot dowiedział się, że król wybiera się nad rzekę na przejażdżkę razem z córką, najpiękniejszą księżniczką w królestwie, i powiedział do swojego pana:

— Jeśli posłuchasz mojej rady, twój los się odmieni. Idź się wykąpać w miejscu, które ci pokażę, a resztą zajmę się sam.

Młodzieniec posłuchał, choć nie rozumiał po co. Kiedy się kąpał, nadjechał królewski powóz, a kot zaczął krzyczeć z całych sił:

— Ratunku! Ratunku! Pan markiz Karabas tonie!

Król, który tylekroć dostawał od kota zwierzynę, kazał strażnikom natychmiast ruszyć na ratunek markizowi. Gdy go wyciągano z wody, kot podbiegł do powozu i opowiedział, że złodzieje ukradli ubranie jego pana, kiedy się kąpał, i że sam widział, jak schowali je pod wielkim kamieniem, tuż obok.

Król zaraz kazał przynieść młodzieńcowi jeden ze swoich pięknych strojów. Tak wystrojony chłopak, który i tak był przystojny i dobrze zbudowany, wyglądał tak okazale, że król zaprosił go do swojego powozu na przejażdżkę.

Kot, uradowany, że wszystko idzie zgodnie z planem, pobiegł przodem. Napotkał chłopów koszących łąkę i powiedział:

— Dobrzy ludzie, jeśli ktoś zapyta, czyja to łąka, powiedzcie, że pana markiza Karabasa, bo inaczej wszyscy skończycie posiekani jak mięso na pasztet.

Kiedy król zapytał, czyja to łąka, wszyscy odpowiedzieli chórem:

— Pana markiza Karabasa!

— Piękny majątek macie, panie markizie — powiedział król z podziwem.

Kawałek dalej kot to samo powtórzył żniwiarzom, którzy odpowiedzieli tak samo. Król przy każdym polu coraz bardziej zachwycał się bogactwem młodego markiza.

Wreszcie kot dotarł do wspaniałego zamku. Należał on do ogra, najbogatszego i najpotężniejszego, jakiego kiedykolwiek widziano, bo wszystkie ziemie, przez które przejeżdżał król, do niego należały. Kot, dowiedziawszy się wcześniej o mocach ogra, poprosił o spotkanie, mówiąc, że nie chce przejść tak blisko, nie składając mu uszanowania.

Ogr przyjął go tak uprzejmie, jak tylko ogr potrafi. Kot powiedział:

— Zapewniano mnie, że potraficie zmieniać się w rozmaite zwierzęta, nawet w lwa czy słonia.

— To prawda — odparł ogr. — Zaraz zobaczysz.

I zmienił się w lwa. Przerażony kot schronił się na rynnie na dachu, choć niełatwo mu to przyszło, bo buty nie były stworzone do chodzenia po dachówkach.

Gdy ogr wrócił do swojej postaci, kot zszedł na dół, przyznał się do strachu, a potem dodał z powątpiewaniem:

— Mówiono mi też, że potraficie przybierać postać najmniejszych zwierząt, na przykład myszy. Ale w to już z trudem mogę uwierzyć.

— Niemożliwe, powiadasz? Zaraz zobaczysz!

I ogr zmienił się w mysz, która zaczęła biegać po podłodze. Kot, nie tracąc chwili, rzucił się na nią. I ogr nigdy więcej się nie pojawił.

Tymczasem król, widząc po drodze piękny zamek, zapragnął go zwiedzić. Kot, słysząc turkot powozu na moście zwodzonym, wybiegł mu naprzeciw i zawołał:

— Niech Wasza Królewska Mość będzie mile widziana w zamku pana markiza Karabasa!

— Jak to, panie markizie, ten zamek też należy do was! — zawołał zdumiony król. — Nic piękniejszego nie widziałem. Wejdźmy, proszę.

W wielkiej sali czekała na nich wystawna uczta, którą ogr przygotował dla przyjaciół. Ci jednak, dowiedziawszy się, że przyjechał król, nie odważyli się przyjść. Król, oczarowany manierami młodzieńca i pod wrażeniem jego posiadłości, po kilku kielichach wina powiedział:

— Od was tylko zależy, panie markizie, czy zostaniecie moim zięciem.

Młodzieniec ukłonił się z wdziękiem i przyjął ten zaszczyt, a jeszcze tego samego dnia poślubił księżniczkę.

Kot został wielkim panem na dworze i odtąd gonił za myszami już tylko dla przyjemności.