
Mała syrenka
9 min czytania8–14 lat
Najmłodsza córka króla mórz ratuje tonącego księcia i zakochuje się w nim tak bardzo, że oddaje swój głos czarodziejce za parę ludzkich nóg i szansę zdobycia nieśmiertelnej duszy. Choć książę poślubia inną, syrenka nie potrafi go skrzywdzić i zamiast tego staje się jedną z dobrych córek powietrza, wznosząc się ku niebu pełna cichej nadziei.
Daleko na morzu woda jest tak błękitna jak najpiękniejszy chaber i tak przejrzysta jak najczystsze szkło. Ale jest tam bardzo głęboko, tak głęboko, że żadna kotwica nigdy nie sięga dna. Właśnie tam, na samym dnie, mieszka lud morza.
Nie myślcie, że jest tam tylko goły piasek. Nie, rosną tam najdziwniejsze drzewa i rośliny, tak giętkie, że poruszają się przy najlżejszym ruchu wody, jakby żyły własnym życiem. A na samym dnie stoi zamek króla mórz, z murami z korali i oknami z przejrzystego bursztynu.
Król mórz od dawna był wdowcem. Jego stara, mądra matka prowadziła mu dom i bardzo kochała swoje sześć wnuczek, małe morskie królewny. Najmłodsza była najpiękniejsza ze wszystkich, o skórze delikatnej jak płatek róży i oczach błękitnych jak najgłębsza toń. Podobnie jak siostry nie miała nóg. Jej ciało kończyło się rybim ogonem.
Królewny bawiły się w salach zamku, gdzie żywe kwiaty wyrastały wprost ze ścian, i w ogrodzie przed zamkiem, gdzie każda miała swój własny skrawek ziemi. Najmłodsza uformowała swój okrągły jak słońce i zasadziła w nim czerwone kwiaty. Była cichym, zamyślonym dzieckiem. W przeciwieństwie do sióstr, które lubiły chwalić się skarbami z zatopionych statków, ona zapragnęła tylko jednej rzeczy: pięknego marmurowego posągu chłopca, który zatonął kiedyś podczas katastrofy statku. Obok posadziła różową wierzbę płaczącą, której gałęzie zwieszały się nad kamiennym chłopcem.
Nic siostry nie lubiły bardziej niż opowieści o świecie ludzi. Babcia opowiadała im o pachnących kwiatach, zielonych lasach i śpiewających ptakach, które, żeby dzieci mogły je sobie wyobrazić, nazywała „rybami”. „Kiedy skończycie piętnaście lat”, mawiała, „będziecie mogły wypłynąć z morza i zobaczyć świat ludzi na własne oczy.” Najmłodsza musiała czekać najdłużej, bo była najmłodsza ze wszystkich. Ale żadna nie tęskniła za tym dniem tak bardzo jak ona.
I tak każda z sióstr, gdy tylko skończyła piętnaście lat, wypływała na powierzchnię, a potem wracała i opowiadała, co zobaczyła. Jedna opowiadała o światłach wielkiego miasta i biciu kościelnych dzwonów. Druga o złotym zachodzie słońca i stadzie dzikich łabędzi. Trzecia o rzece z zielonymi wzgórzami i dzieciach bawiących się w wodzie, dopóki nie przestraszył ich mały piesek. Czwarta o szerokim, dzikim morzu pełnym delfinów i wielorybów. Piąta, której urodziny wypadały zimą, o błyszczących górach lodowych i o burzy, którą przeżyła odważnie, siedząc na pływającej krze. Lecz każda z nich po pewnym czasie tęskniła za domem i mówiła, że przecież nigdzie nie jest tak pięknie jak w rodzinnym zamku.
Czasem pięć sióstr wypływało razem, trzymając się za ręce, i śpiewało swoimi przepięknymi głosami żeglarzom w czasie burzy, żeby się nie bali i śmiało schodzili pod wodę. Ale ludzie nie rozumieli ich słów.
Kiedy siostry tak wypływały, najmłodsza zostawała sama i patrzyła za nimi z tęsknotą. Syrena nie umie płakać, dlatego cierpiała tym bardziej.
W końcu i ona skończyła piętnaście lat. Babcia wpięła jej we włosy wianek z perłowych lilii i przypięła do ogona osiem ciężkich ostryg na znak jej wysokiego rodu.
— Ale to boli! — powiedziała mała syrenka.
— Kto chce być piękny, musi cierpieć — odpowiedziała staruszka.
Mała syrenka strząsnęła jednak z siebie całą tę ozdobę, gdy tylko mogła, i lekka jak bąbelek popłynęła w górę przez wodę.
Słońce właśnie zaszło, kiedy wynurzyła głowę ponad fale. Nieopodal stał wielki, trzymasztowy statek, jasno oświetlony, na którego pokładzie grała muzyka i tańczono. Świętowano tam urodziny młodego księcia, który miał zaledwie szesnaście lat, o czarnych oczach i uśmiechu, którego mała syrenka nigdy już nie zapomniała. W niebo wystrzeliły fajerwerki, a ona patrzyła na wszystko z wody, oczarowana.
Lecz w nocy nadciągnęła burza. Fale roztrzaskały statek, złamał się maszt, a mała syrenka zobaczyła, jak książę tonie w morzu. Przez chwilę ucieszyła się, bo pomyślała, że teraz zejdzie do niej pod wodę. Zaraz jednak się przestraszyła: przecież ludzie nie mogą żyć w wodzie. Przepłynęła między szczątkami rozbitego statku, odnalazła księcia wyczerpanego wśród fal i utrzymywała jego głowę nad wodą, aż burza ucichła.
Rano zaniosła go na brzeg, niedaleko białego budynku, i ułożyła ostrożnie na piasku, tak żeby jego twarz ogrzewało poranne słońce. Potem ukryła się za skałami w morskiej pianie i patrzyła, jak nadeszła młoda dziewczyna, sprowadziła pomoc i przywróciła księcia do życia. Ale on nie uśmiechnął się do niej, do małej syrenki. Nic o niej nie wiedział. Smutna, zanurzyła się z powrotem pod wodę i wróciła do zamku ojca.
Od tego dnia była cichsza i bardziej zamyślona niż kiedykolwiek. Dowiedziała się, gdzie mieszka książę, i niejednej nocy podpływała blisko jego wspaniałego zamku, żeby popatrzeć na niego z ukrycia. Coraz bardziej pokochała ludzi i zapytała babcię, czy ludzie żyją wiecznie.
— Umierają nawet wcześniej niż my — powiedziała babcia. — My dożywamy trzystu lat. Ale kiedy umieramy, zamieniamy się tylko w pianę na wodzie, bo nie mamy duszy nieśmiertelnej. Ludzie zaś mają duszę, która żyje wiecznie i wznosi się do gwiazd.
— Dlaczego my nie mamy duszy nieśmiertelnej? — spytała smutno mała syrenka. — Oddałabym wszystkie moje trzysta lat za jeden jedyny dzień jako człowiek, gdybym mogła mieć udział w niebiańskim świecie.
— Tylko gdyby jakiś człowiek pokochał cię tak mocno, że byłabyś mu droższa niż wszystko inne, i pojął cię za żonę przed kapłanem, jego miłość dałaby ci duszę — powiedziała babcia. — Ale to prawie niemożliwe. To, co tutaj jest piękne, twój rybi ogon, tam na górze uważają za brzydkie.
Mała syrenka westchnęła i spojrzała smutno na swój ogon.
Pewnej nocy, gdy w zamku ojca trwała wielka uczta, wymknęła się po kryjomu do wiedźmy morza, której zawsze się bała. Droga wiodła przez huczące wiry i przez upiorny las pełen polipów o długich, chwytających ramionach. Z bijącym sercem przepłynęła między nimi, nie dając się złapać, aż dotarła do domu wiedźmy, zbudowanego z kości utopionych ludzi.
— Wiem już, po co przypłynęłaś — powiedziała wiedźma. — To głupie z twojej strony, ale niech ci będzie, dostaniesz to, czego chcesz. Zaparzę ci napój. Musisz go wypić przed wschodem słońca, siedząc na lądzie. Wtedy zniknie twój ogon, a ty dostaniesz nogi jak człowiek. Ale będzie to bolało, jakby ktoś przeszył cię mieczem na wylot. I każdy krok będzie bolał tak, jakbyś stąpała po ostrych nożach.
— Chcę tego mimo wszystko — powiedziała mała syrenka i pomyślała o księciu.
— Pamiętaj jednak — ostrzegła wiedźma — gdy raz przybierzesz ludzką postać, nigdy już nie będziesz mogła znów zostać syreną. A jeśli nie zdobędziesz miłości księcia tak, żeby pojął cię za żonę przed kapłanem, nie dostaniesz duszy. Jeśli ożeni się z inną, twoje serce pęknie, a ty zamienisz się w pianę na morzu.
— Chcę tego mimo wszystko — powiedziała mała syrenka, blada jak śmierć.
— Musisz mi też zapłacić — powiedziała wiedźma. — Chcę twojego głosu, najpiękniejszego w całym morzu. Wysuń język, żebym mogła ci go odciąć.
I tak się stało. Mała syrenka oniemiała, nie mogła już ani śpiewać, ani mówić, a w zamian dostała napój, przejrzysty jak woda. W drodze powrotnej polipy cofały się przed blaskiem, jaki bił od napoju, i mała syrenka bezpiecznie dotarła do zamku księcia.
Tam wypiła płonący napój i osunęła się nieprzytomna na ziemię, jakby przeszył ją obosieczny miecz. Kiedy się obudziła, przed nią stał książę, a ona miała najładniejsze białe nogi, jakie kiedykolwiek miała dziewczyna. Nie mogła mówić, ale jej oczy mówiły za nią, a książę zabrał ją ze sobą do zamku.
Tańczyła dla niego piękniej, niż ktokolwiek tańczył przedtem, choć każdy krok bolał jak ostre noże. Nazywał ją swoją niemą znajdą i pozwalał jej zawsze być blisko siebie, ale nie myślał o tym, żeby uczynić ją swoją królową. Opowiedział jej nawet o dziewczynie ze świątyni, która go kiedyś uratowała, nie wiedząc, że to właśnie ona była tą dziewczyną.
Wkrótce książę miał poślubić córkę sąsiedniego króla. Kiedy przybyła narzeczona, książę rozpoznał w niej dziewczynę ze świątyni i był bardzo szczęśliwy. Mała syrenka wiedziała, że poranek jego ślubu przyniesie jej śmierć.
Nocą przed ślubem, gdy statek wracał przez morze, z fal wynurzyły się jej siostry. Ich piękne włosy były obcięte.
— Oddałyśmy je wiedźmie, żeby dała nam ten nóż — zawołały. — Zabij księcia, zanim wzejdzie słońce, i pozwól, żeby jego krew spłynęła na twoje stopy. Wtedy znów staniesz się syreną i wrócisz do nas. Pośpiesz się, bo inaczej umrzesz!
Mała syrenka wzięła nóż i podeszła do namiotu, w którym książę spał ze swoją młodą żoną. Pochyliła się nad nim, spojrzała na jego twarz w pierwszym świetle poranka, uniosła nóż, lecz zaraz cisnęła go daleko w fale. Spojrzała jeszcze raz na księcia, którego kochała tak mocno, i rzuciła się do morza.
Nie poczuła jednak śmierci. Jej ciało rozpłynęło się, ale poczuła, jak unosi się w górę, lekka i jasna, otoczona przezroczystymi, pięknymi istotami.
— Dokąd trafię? — spytała, a jej głos zabrzmiał jak muzyka.
— Do córek powietrza — odpowiedziały. — Syrena nie ma nieśmiertelnej duszy, dopóki nie zdobędzie miłości człowieka. Ale my, córki powietrza, możemy zdobyć duszę same, dobrymi uczynkami. Cierpiałaś tak bardzo i kochałaś tak wiernie, że zostałaś wzniesiona do nas. Po trzystu dobrych uczynkach i ty będziesz miała nieśmiertelną duszę.
Mała syrenka uniosła oczy ku słońcu i po raz pierwszy poczuła coś jakby łzy radości. Tam, w dole, na pokładzie statku, książę i jego żona smutno jej szukali wśród piany fal, nie wiedząc, dokąd odeszła. Niewidzialna, pocałowała jeszcze raz czoło młodej żony, owiała księcia chłodnym powiewem i wzniosła się razem z innymi dziećmi powietrza na różanym obłoku ku niebu, tam, gdzie dzień po dniu, dobrymi uczynkami, miała się zbliżać do własnego, wiecznego szczęścia.