Przejdź do treści
Talerie
Czerwone trzewiczki

Czerwone trzewiczki

Hans Christian Andersen

8 min czytania10–16 lat

Uboga dziewczynka imieniem Karen zakochuje się w parze pięknych czerwonych trzewiczków i nie potrafi z nich zrezygnować, nawet gdy powinna myśleć o czymś ważniejszym. Trzewiczki porywają ją w taniec, którego nie może przerwać, aż w końcu, dzięki szczerej skrusze i przebaczeniu, odnajduje spokój serca.


Była sobie kiedyś mała dziewczynka, ładna i miła dla oka. Latem chodziła boso, bo jej rodzina była biedna, a zimą nosiła wielkie drewniane chodaki, więc jej małe stopy robiły się czerwone z zimna.

W środku wsi mieszkała stara szewcowa. Uszyła, jak umiała najlepiej, parę małych trzewiczków ze starych czerwonych skrawków sukna. Były trochę niezgrabne, ale zrobione z dobrego serca, i to właśnie one miały trafić do małej dziewczynki. Dziewczynka nazywała się Karen.

W dniu, w którym chowano jej matkę, Karen dostała czerwone trzewiczki i włożyła je po raz pierwszy. Nie były to odpowiednie buty na tak smutny dzień, lecz innych nie miała. Wsunęła więc w nie bose stopy i szła za skromną trumną.

Wtedy nadjechał wielki, stary powóz, a w nim siedziała bogata starsza pani. Ujrzała małą dziewczynkę, ogarnęła ją litość i powiedziała do księdza:

— Oddajcie mi to dziecko, zaopiekuję się nim.

Karen była pewna, że stało się tak przez czerwone trzewiczki. Starsza pani jednak uznała buciki za brzydkie i kazała je spalić. Karen ubrano czysto i ładnie. Nauczyła się czytać i szyć, a wszyscy mówili, że jest urocza. Lustro zaś mówiło co innego:

— Jesteś więcej niż urocza. Jesteś piękna.

Pewnego razu przez kraj podróżowała królowa, a przy niej mała córka, księżniczka. Ludzie tłumnie ściągali pod zamek, poszła i Karen. Księżniczka stała w oknie, w bieli, bez korony, lecz w najpiękniejszych czerwonych trzewiczkach, jakie można sobie wyobrazić. Nic na świecie, pomyślała Karen, nie jest tak piękne jak czerwone trzewiczki.

Gdy Karen dorosła do wieku konfirmacji, dostała nowe ubranie i miała też dostać nowe buty. Miejski szewc zdjął miarę z jej stopy. W jego sklepie stały szklane szafy pełne pięknego obuwia, a pośród nich para czerwonych trzewiczków, zupełnie takich jak te u księżniczki. Szewc opowiedział, że uszyto je dla córki hrabiego, lecz nie pasowały.

— Czy ta skóra tak bardzo się błyszczy? — zapytała starsza pani, która już niedowidziała.

— Tak, błyszczy — odpowiedziała Karen.

Trzewiczki pasowały i zostały kupione. Starsza pani nie wiedziała, że są czerwone, bo inaczej nigdy by na to nie pozwoliła. Właśnie w nich Karen poszła do konfirmacji.

Wszystkie spojrzenia spoczywały na jej stopach. Nawet stare obrazy w kościele, dawni księża i pastorowe z minionych czasów, zdawały się wpatrywać w czerwone trzewiczki. Gdy ksiądz kładł jej dłoń na głowie i mówił o Bogu i wierze, gdy uroczyście grały organy i śpiewały dzieci, Karen myślała tylko o swoich butach.

Po południu starsza pani dowiedziała się, że trzewiczki były czerwone. Powiedziała, że to nie wypada, i że odtąd Karen ma chodzić do kościoła zawsze w czarnych butach, nawet jeśli będą już stare.

W następną niedzielę było przyjmowanie komunii. Karen popatrzyła na czarne trzewiczki, popatrzyła na czerwone i w końcu włożyła czerwone.

Był słoneczny dzień. Karen i starsza pani szły przez pola do kościoła. Przed drzwiami kościoła stał stary żołnierz inwalida, o długiej, rudawej brodzie. Zaproponował, że wytrze buty obu pań, a gdy Karen wyciągnęła do niego stopę, powiedział:

— Patrzcie, jakie śliczne trzewiczki do tańca. Trzymajcie się mocno, kiedy zatańczycie.

I lekko poklepał podeszwy.

W kościele Karen znów myślała tylko o swoich trzewiczkach. Zapomniała się pomodlić, zapomniała psalmu.

Kiedy wszyscy wychodzili z kościoła i Karen wsiadała do powozu, żołnierz powiedział jeszcze raz:

— Patrzcie, jakie śliczne trzewiczki do tańca!

I Karen nie mogła się powstrzymać. Jej stopy zaczęły tańczyć, i tańczyła wokół kościoła, nie mogąc przestać. Woźnica musiał ją złapać i wsadzić do powozu, lecz nawet wtedy jej nogi wciąż tańczyły, dopóki nie zdjęto jej trzewiczków. Dopiero wtedy jej nogi się uspokoiły.

W domu buty postawiono w szafie. Ale Karen wciąż musiała na nie patrzeć.

Niedługo potem starsza pani ciężko zachorowała i mówiono, że już nie wyzdrowieje. Potrzebowała opieki, i nikt nie powinien był opiekować się nią lepiej niż Karen. Lecz w mieście odbywał się wielki bal, a Karen była zaproszona. Pomyślała, że to chyba nie grzech, włożyła czerwone trzewiczki i poszła tańczyć.

Lecz gdy chciała skręcić w prawo, trzewiczki tańczyły w lewo, a kiedy chciała iść w górę, buty niosły ją w dół: po schodach, przez ulicę, przez bramę miasta, aż do ciemnego lasu. Tańczyła i nie mogła przestać.

Między drzewami coś zabłysło, co wzięła najpierw za księżyc. To był stary żołnierz z rudawą brodą, który skinął jej głową:

— Patrzcie, jakie śliczne trzewiczki do tańca!

Przerażona chciała zrzucić trzewiczki, lecz trzymały się mocno, jakby przyrosły do jej stóp. Dniem i nocą, przez deszcz i słońce, tańczyła dalej przez pola i łąki. Najgorzej było w nocy. Raz tańczyła przez cmentarz, lecz zmarli nie zatańczyli z nią. Oni już znaleźli spokój, który został jej odebrany. Gdy dotarła do otwartych drzwi kościoła, stał tam anioł w długiej białej szacie, o surowej, poważnej twarzy, z szerokim mieczem w dłoni.

— Będziesz tańczyć — powiedział — na swoich czerwonych trzewiczkach, aż zbledniesz i opadniesz z sił. Będziesz tańczyć od drzwi do drzwi, aby dumne, próżne dzieci na twój widok się przestraszyły.

— Zmiłuj się! — zawołała Karen.

Lecz trzewiczki niosły ją dalej, przez pola i drogi, bez końca.

Pewnego ranka przetańczyła obok domu, który dobrze znała. W środku śpiewano, a przez drzwi wynoszono trumnę przystrojoną kwiatami: starsza pani umarła. Karen poczuła, że jest teraz zupełnie sama i osądzona przez Bożego anioła.

Tańczyła dalej, przez ciernie i kamienie, aż jej stopy zrobiły się obolałe i zmęczone. Tak dotarła do samotnego domku na skraju wrzosowiska. Tam opuściły ją siły i osunęła się przed drzwiami, zbyt zmęczona i zbyt smutna, by zatańczyć choćby chwilę dłużej.

— Boże, zmiłuj się nade mną! — zawołała w ciemność. — Tak bardzo żałuję. Żałuję mojej pychy i próżności. Zabierz mi te czerwone trzewiczki. Wolałabym już nigdy w życiu nie tańczyć, niż tak dalej być unoszona z dala od tych, których kocham.

I wyznała wszystko, co się wydarzyło, krok po kroku, płakała gorzko i niczego nie przemilczała, żałując swojej winy z całego serca.

I nagle jakby spadł z niej wielki ciężar. Czerwone trzewiczki zsunęły się z jej stóp i odtańczyły same, przez pole i głęboko w las, i nikt nigdy więcej ich nie widział. Karen była wolna.

Siedziała jeszcze długo w ciszy, z obolałymi, zmęczonymi stopami, ale z takim spokojem w sercu, jakiego dawno nie znała.

W tę ciszę wpadła cicha, pokorna pieśń, jedna z tych, które śpiewają ludzie szczerze żałujący swojej winy, i Karen śpiewała ją przez łzy. Gdy nastał poranek, wstała i ruszyła przez wrzosowisko, z sercem pełnym wdzięczności, że w ogóle może iść, dokąd zechce.

— Teraz już dosyć wycierpiałam za czerwone trzewiczki — powiedziała. — Pójdę do kościoła, żeby mnie zobaczono.

Lecz gdy zbliżyła się do drzwi kościoła, wydało jej się, że widzi przed sobą tańczące czerwone trzewiczki, i przerażona zawróciła.

Cały tydzień była smutna i wypłakała wiele łez. W niedzielę jednak pomyślała: „Wycierpiałam dosyć. Jestem chyba tak samo dobra jak niejedna z tych, które siedzą w kościele.” Odważnie ruszyła w drogę. Lecz ledwie stanęła przy bramie cmentarnej, znów zobaczyła przed sobą czerwone trzewiczki i znów zawróciła, tym razem jednak z sercem, które żałowało swojego grzechu do samego dna.

Poszła do domu pastora i poprosiła, żeby mogła tam służyć. Będzie pracowita, powiedziała, i nie chce zapłaty, byle tylko mieć dach nad głową i dobrych ludzi wokół siebie. Żona pastora ulitowała się nad nią i przyjęła ją do domu. Karen była pracowita i cicha, uważnie słuchała, gdy wieczorami czytano Biblię, a dzieci w domu bardzo ją polubiły. Lecz gdy ktoś mówił o pięknych sukniach czy biżuterii, tylko kręciła głową.

W następną niedzielę zapytano ją, czy pójdzie z nimi do kościoła. Ze smutkiem spuściła głowę i została sama w swojej małej izbie, w której ledwie mieściły się łóżko i krzesło. Usiadła ze swoim śpiewnikiem, a gdy w nim czytała, wiatr przyniósł do niej dźwięki organów z kościoła. Z twarzą mokrą od łez podniosła wzrok i powiedziała:

— Boże, pomóż mi.

Wtedy słońce zabłysło jasno, a przed nią stanął anioł, ten sam, którego widziała kiedyś z mieczem. Teraz jednak nie trzymał broni, lecz zieloną gałązkę pełną róż. Dotknął sufitu, a ten uniósł się wysoko w górę; dotknął ścian, a te rozstąpiły się na boki, i nagle Karen ujrzała przed sobą cały kościół, z grającymi organami i śpiewającymi ludźmi. Siedziała pośród nich, a gdy śpiew ucichł, wszyscy skinęli jej głowami:

— Dobrze, że przyszłaś, Karen.

— To jest łaska — powiedziała cicho.

Organy grały, dziecięce głosy śpiewały łagodnie, a ciepłe słońce wpadało przez okno prosto na miejsce Karen. Jej serce wypełniło się światłem, spokojem i radością tak bardzo, że pękło, cicho i lekko. A jej dusza wzniosła się na promieniu słońca do Boga, tam, gdzie nikt już nie pytał o czerwone trzewiczki.