Przejdź do treści
Talerie
Brzydkie kaczątko

Brzydkie kaczątko

Hans Christian Andersen

6 min czytania5–12 lat

Z ostatniego, największego jajka w kaczym gnieździe wykluwa się dziwne, szare pisklę, którego nikt nie chce polubić, i musi samo znaleźć swoją drogę przez pola, bagna i mroźną zimę. Wiosną, gdy spotyka na wodzie trzy białe łabędzie, odkrywa w swoim odbiciu kogoś, kim zawsze naprawdę było.


Było lato na wsi i wszystko dokoła pachniało słońcem. Zboże stało żółte, owies zielenił się na polach, a na łąkach leżało pachnące siano w wysokich stogach. Bocian przechadzał się na czerwonych nogach i klekotał po swojemu, tak jak nauczyła go matka. Wokół pól ciągnęły się głębokie lasy z cichymi jeziorami, a pośrodku, w samym słońcu, stał stary dwór otoczony fosą. Nad brzegiem rosły tak wysokie liście łopianu, że mogło się pod nimi schować nawet małe dziecko.

Między tymi liśćmi, w gnieździe, siedziała kaczka i wysiadywała jajka. Było to długie, samotne zajęcie, bo inne kaczki wolały pluskać się w fosie, niż dotrzymywać jej towarzystwa.

Wreszcie, jedno po drugim, jajka zaczęły pękać.

— Pi, pi! — popiskiwało w skorupkach, a z każdej wyglądała mała główka.

— Kwa, kwa! — odezwała się matka, a kaczątka wygramoliły się z gniazda i rozglądały się ciekawie spod zielonych liści łopianu.

— Jaki ogromny jest świat! — wołały jedno przez drugie.

— Myślicie, że to już wszystko? — spytała matka. — Świat sięga o wiele dalej, aż za nasz ogród. Ale czy już wszyscy tu jesteście?

Wstała i policzyła pisklęta.

— Nie, największe jajko jeszcze nie pękło. Jak długo to jeszcze potrwa...

Pewnego dnia odwiedziła ją stara kaczka i obejrzała wielkie jajko.

— To na pewno jajko indycze — powiedziała. — Miałam kiedyś takie samo, a młode nie chciały potem wejść do wody. Zostaw je i zajmij się resztą.

— Posiedzę jeszcze trochę — odparła matka. — Skoro siedziałam tak długo, mogę wytrzymać dłużej.

I w końcu pękło także wielkie jajko. Wygramoliło się z niego pisklę, duże, szare i wcale nie ładne. Matka spojrzała na nie zdumiona.

— To jakieś wielkie kaczątko — powiedziała. — Żadne inne tak nie wygląda. Czyżby to był mały indyk? Cóż, zobaczymy. I tak musi iść do wody, kimkolwiek jest.

Następnego dnia świeciło ciepłe słońce i kacza matka poprowadziła całą rodzinę nad fosę. Plusk! Skoczyła do wody, a za nią, jedno po drugim, wszystkie kaczątka. Pływały wybornie, nawet to duże, szare i brzydkie.

— Nie, to nie jest indyk — powiedziała matka radośnie. — Patrzcie, jak pięknie pływa! To moje własne dziecko i jeśli dobrze mu się przyjrzeć, wcale nie jest takie brzydkie. Chodźcie teraz ze mną na podwórko, ale trzymajcie się blisko mnie i strzeżcie się kota!

Na podwórku było jednak ostro. Ledwie tam weszły, szare kaczątko zaczęto ze wszystkich stron szturchać i szczypać.

— Za duże! — wołały kaczki. — Za brzydkie!

Nawet dumny indyk nadął się i ruszył na nie groźnie. Rodzeństwo też było nieżyczliwe, a matka, która z początku jeszcze go broniła, w końcu tylko westchnęła:

— Gdybyś tak był gdzieś daleko...

Biedne kaczątko uciekło więc, najszybciej, jak tylko mogło, przez płot i dalej, w szeroki świat, aż dotarło do wielkiego bagna, gdzie mieszkały dzikie kaczki. One również uznały je za brzydkie, lecz przynajmniej dały mu spokój. Dwie młode dzikie gęsi zaprosiły je nawet, by poleciało razem z nimi dalej, lecz zaledwie to powiedziały, w trzcinach rozległy się strzały. Trwało polowanie. Kaczątko wcisnęło się przerażone w sitowie, a gdy tuż przed nim stanął nagle wielki pies z wyciągniętym pyskiem, wstrzymało oddech i czekało na najgorsze. Pies jednak tylko obwąchał je krótko i pobiegł dalej, nie czyniąc mu krzywdy.

Kaczątko pomyślało z ulgą: „Muszę być tak brzydkie, że nawet pies nie chce mnie ugryźć”.

Dopiero gdy zrobiło się zupełnie cicho, ruszyło dalej. Burza pędziła je przez pola, aż dotarło do małej, krzywej chatki. Przez szparę w drzwiach wśliznęło się do środka. Mieszkały tam stara kobieta, kot imieniem Synek i kura o krótkich nóżkach. Kobieta, która słabo widziała, wzięła kaczątko za zabłąkaną, tłustą kaczkę i liczyła na jajka. Lecz jajek nie było.

Kot i kura, które uważały się za najmądrzejsze stworzenia na świecie, wyśmiewały kaczątko, kiedy mówiło o pływaniu.

— Lepiej znoś jajka albo naucz się mruczeć — mówiły — to ci te fanaberie prędko przejdą.

Kaczątko tak bardzo jednak tęskniło za wodą, że w końcu powiedziało:

— Chyba znowu pójdę w świat.

— No to idź — powiedziała kura.

I znów popłynęło na otwartą wodę, nurkowało i cieszyło się słońcem, lecz wszędzie było pomijane i unikane z powodu swojej brzydoty.

Nadeszła jesień, a potem zima, zimna i sroga. Pewnego wieczoru, gdy słońce zachodziło złociście, po niebie przeleciało stado wielkich, olśniewająco białych ptaków, łabędzi o długich, giętkich szyjach. Wzbiły się wysoko i odleciały w cieplejsze kraje. Kaczątku zrobiło się dziwnie ciężko na sercu. Zakręciło się w wodzie, wyciągnęło szyję za odlatującymi ptakami i wydało z siebie głośny, obcy sobie okrzyk, który samo je przestraszył. Nigdy nie widziało niczego tak pięknego i choć nigdy nie śniło, że mogłoby samo być takie, nie potrafiło o tych ptakach zapomnieć.

Zima zrobiła się mroźna. Kaczątko musiało bez przerwy pływać, żeby woda wokół niego całkiem nie zamarzła, lecz przerębel robiła się coraz mniejsza, aż w końcu, wyczerpane, znieruchomiało, wmarznięte w lód. Rano znalazł je gospodarz, ostrożnie rozkuł lód i zaniósł kaczątko do ciepłej izby. Tam przestraszyło się bawiących się dzieci i trzepocząc ze strachu, wpadło prosto w mleko i mąkę, aż wreszcie, na szczęście, zdołało wymknąć się przez otwarte drzwi na śnieg. Była to ciężka, samotna zima, o której nie trzeba wiele opowiadać.

Lecz potem nadeszła wiosna. Słońce znowu grzało, skowronki śpiewały, a kaczątko poczuło nagle, jak silne stały się jego skrzydła. Wzbiło się w powietrze i znalazło się w wielkim, pachnącym ogrodzie, gdzie bez pochylał gałęzie aż nad samą wodę. I właśnie stamtąd, spomiędzy trzcin, wypłynęły trzy wspaniałe białe łabędzie.

Dziwny smutek ogarnął kaczątko na widok tych pięknych ptaków. Pomyślało: „Polecę do nich, nawet jeśli mnie odpędzą. Lepsze to, niż żeby mnie dalej szczypano i popychano”.

Popłynęło ku nim, pokornie schylając głowę, gotowe na najgorsze. Lecz gdy spojrzało w czystą wodę, nie zobaczyło już brzydkiego, szarego ptaka sprzed lat. Zobaczyło własne odbicie, a było ono łabędziem, młodym, pięknym łabędziem.

Nic nie szkodzi urodzić się na kaczym podwórku, jeśli tylko wykluło się z łabędziego jaja.

Wielkie łabędzie otoczyły go i głaskały łagodnie dziobami. Do ogrodu przybiegły dzieci, rzucały do wody chleb i ziarno, a najmniejsze z nich zawołało:

— Patrzcie, nowy przybył!

Wszyscy zawtórowali radośnie:

— Ten nowy jest najpiękniejszy ze wszystkich!

Młodemu łabędziowi zrobiło się wtedy ciepło i trochę nieśmiało na sercu, więc schował głowę pod skrzydło. Pomyślał o wszystkich trudnych dniach, o drwinach, chłodzie i samotności, a teraz słyszał, że jest najpiękniejszy ze wszystkich. Bez pachniał łagodnie, słońce grzało delikatnie, a on, szumiąc piórami, dumnie i szczęśliwie wyprostował smukłą szyję.

Pomyślał: „Tyle szczęścia nigdy bym sobie nie wymarzył, gdy byłem jeszcze brzydkim kaczątkiem”.