
Brzydkie kaczątko
12 min czytaniaod 5 lattalerie.com/pl/bajki/brzydkie-kaczatko
Duże szare kaczątko wykluwa się ostatnie i całe podwórko szczypie je i wyśmiewa za to, że jest inne. Po ciężkiej zimie kaczątko rozwija skrzydła i w ogrodzie widzi w wodzie własne odbicie: jest łabędziem, a dzieci rzucają chleb i wołają, że nowy jest najpiękniejszy.
Na wsi było prześlicznie. Trwało lato, zboże stało żółte, owies zielony, a bocian chodził na długich czerwonych nogach i klekotał po egipsku, bo tego języka nauczył się od matki. W słońcu stał stary dwór otoczony głębokimi kanałami, a od muru aż do wody rosły liście łopianu tak wysokie, że dziecko mogło pod nimi stanąć wyprostowane. Tam siedziała na gnieździe kaczka i wysiadywała młode. Nudziło jej się już, bo inne kaczki wolały pływać po kanałach, niż biec pod łopian i pogawędzić.
Wreszcie jajka zaczęły pękać jedno po drugim. Pi! pi! odezwało się w każdym z nich i wszystkie żółtka wysunęły główki.
— Kwa! kwa! — powiedziała kaczka.
Małe rozglądały się pod zielonymi liśćmi, a matka pozwalała im patrzeć, ile chciały, bo zieleń dobrze robi oczom.
— Jaki ten świat jest wielki! — wołały kaczątka, bo miały teraz o wiele więcej miejsca niż w jajku.
— Myślicie, że to już cały świat? — powiedziała matka. — Ciągnie się jeszcze daleko, aż na pole plebana, ale tam nigdy nie byłam. Jesteście już wszystkie?
Wstała i zajrzała do gniazda.
— Nie, największe jajo wciąż leży. Zaczyna mnie to nużyć.
I usiadła z powrotem.
— No i jak tam? — zapytała stara kaczka, która przyszła w odwiedziny.
— Z tym jednym jajkiem strasznie się wlecze — odpowiedziała. — Ale spójrz na tamte. Czy to nie najładniejsze kaczątka, jakie się widziało? Wszystkie wdały się w ojca, a ten niegodziwiec nawet mnie nie odwiedzi.
— Pokaż mi to jajo — powiedziała stara. — Wierz mi, to indycze jajo. Mnie też kiedyś tak podeszli i miałam potem same zmartwienia, bo indyczęta boją się wody. Zostaw je i naucz lepiej pozostałe dzieci pływać.
— Posiedzę na nim jeszcze chwilę — powiedziała kaczka. — Skoro siedziałam tak długo, mogę posiedzieć jeszcze kilka dni.
— Rób, jak uważasz — powiedziała stara i odeszła.
Wreszcie pękło i wielkie jajo. Pi! pi! zawołało młode i wygramoliło się na świat. Było bardzo duże i brzydkie.

— To dopiero ogromne kaczątko — powiedziała matka. — Żadne z pozostałych tak nie wygląda. Czyżby to było indycze pisklę? Do wody wejdzie, choćbym miała je tam sama wepchnąć.
Nazajutrz zeszła z całą rodziną nad kanał. Plusk! Skoczyła do wody.
— Kwa! kwa! — zawołała, a kaczątka wskakiwały jedno za drugim.
Woda zamykała im się nad głowami, ale zaraz wypływały i płynęły wspaniale, nawet to brzydkie, szare.
— Nie, to nie indyk — powiedziała kaczka. — Patrzcie, jak ślicznie robi nóżkami, jak prosto się trzyma. To moje własne dziecko, w gruncie rzeczy nawet ładne, jeśli się dobrze przyjrzeć. Kwa! kwa! Chodźcie ze mną na kacze podwórko. Trzymajcie się blisko mnie i uważajcie na koty!
Na podwórku panował okropny hałas, bo dwie rodziny biły się o głowę węgorza, którą na końcu i tak porwał kot.
— Widzicie, tak to już na świecie bywa — powiedziała matka, bo i ona miała ochotę na tę głowę. — Ukłońcie się teraz tamtej starej kaczce. Pochodzi z hiszpańskiego rodu i jest tu najdostojniejsza. Widzicie tę czerwoną szmatkę na jej nodze? To największe wyróżnienie, jakie może kaczkę spotkać. Nóżek nie stawiajcie do środka, tylko szeroko na zewnątrz. A teraz skłońcie szyje i powiedzcie: kwa!
I zrobiły tak. Ale kaczki dokoła przyglądały się im i mówiły głośno:
— Proszę, jeszcze i te! Jakby nas tu już nie było dosyć. A fe, jak to jedno wygląda! Tego nie zniesiemy.
I zaraz jedna z nich podleciała i uszczypnęła je w kark.
— Zostawcie je — powiedziała matka. — Przecież nikomu nic nie robi.
— Ale jest za duże i nie takie jak wszystkie — odrzekła tamta kaczka. — Więc trzeba mu dać nauczkę.
— Ładne dzieci ma ta matka — powiedziała stara kaczka ze szmatką na nodze. — Wszystkie ładne, tylko to jedno się nie udało. Wolałabym, żeby je zrobiła jeszcze raz.
— To niemożliwe, jaśnie pani — odpowiedziała matka. — Nie jest ładne, ale ma dobre serce i pływa tak samo wspaniale jak inne, może nawet trochę lepiej. Za długo leżało w jajku i dlatego nie ma właściwego kształtu.
Wygładziła mu piórka na karku.
— Zresztą to kaczor — dodała — sam sobie poradzi.
— Pozostałe kaczątka są milutkie — powiedziała stara. — Czujcie się tu jak u siebie, a jeśli znajdziecie głowę węgorza, przynieście mi ją.
I tak były u siebie. Ale biedne kaczątko, które wykluło się ostatnie, było szczypane, popychane i wyśmiewane przez kaczki i kury. Wszyscy powtarzali, że jest za duże. Indor, który przyszedł na świat z ostrogami i uważał się za cesarza, nadymał się jak okręt pod pełnymi żaglami i ruszał na nie. Kaczątko nie wiedziało, gdzie stanąć, bo całe podwórko z niego szydziło.

Z każdym dniem było gorzej. Nawet własne siostry były dla niego niedobre i powtarzały:
— Żeby cię wreszcie kot porwał, ty brzydactwo!
A matka mówiła:
— Żebyś tylko było gdzieś daleko stąd!
Kaczki je szczypały, kury dziobały, a dziewczyna od drobiu odpychała je nogą. Wtedy kaczątko przefrunęło przez płot, aż małe ptaki w krzakach poderwały się z przestrachu.
„To dlatego, że jestem takie brzydkie”, pomyślało i biegło dalej z zamkniętymi oczami. Tak dotarło na wielkie mokradła, gdzie mieszkały dzikie kaczki, i przeleżało tam całą noc, pełne smutku.
Nad ranem dzikie kaczki przyjrzały się nowemu towarzyszowi.
— A ty co za jeden? — zapytały.
Kaczątko kłaniało się, jak umiało.
— Jesteś nadzwyczaj brzydkie — powiedziały. — Ale nam to wszystko jedno, byleś się tylko nie żeniło z nikim z naszej rodziny.
Biedactwo! Wcale nie myślało o żeniaczce, byle tylko mogło leżeć w sitowiu i pić wodę z bagna. Leżało tam dwa dni, aż przyleciały dwa dzikie gąsiory, niedawno wyklute i bardzo zuchwałe.
— Słuchaj no, kolego — powiedziały. — Jesteś tak brzydki, że aż cię lubimy. Chcesz z nami lecieć i zostać ptakiem wędrownym? Tu niedaleko są śliczne dzikie gęsi, same panny, i wszystkie umieją mówić: kwa! Możesz tam zrobić karierę.
Pif! Paf! rozległo się nagle i oba gąsiory upadły w sitowie, i już się nie podniosły. Pif! Paf! zabrzmiało znowu i całe stada dzikich gęsi zerwały się z szuwarów. Trwały wielkie łowy: myśliwi leżeli dookoła bagna, a psy skoczyły do wody. Ależ to był strach! Kaczątko odwróciło głowę, żeby schować ją pod skrzydło, a wtedy tuż obok stanął ogromny pies. Przysunął nos do samego kaczątka, pokazał ostre zęby i... plusk, plusk! poszedł dalej, wcale go nie chwytając.

— O, dzięki Bogu — westchnęło kaczątko. — Jestem tak brzydkie, że nawet pies nie chce mnie ugryźć.
I leżało cicho, dopóki nie zrobiło się spokojnie. Potem uciekło przez pola i łąki, a wiał taki wicher, że z trudem posuwało się naprzód.
Pod wieczór dotarło do małej, ubogiej chałupy, tak zniszczonej, że sama nie wiedziała, na którą stronę upaść, i dlatego stała. Drzwi wisiały krzywo na jednym zawiasie, więc kaczątko wśliznęło się przez szparę do izby.
Mieszkała tam staruszka z kotem i kurą. Kot, którego nazywała Syneczkiem, umiał wyginać grzbiet w pałąk, mruczeć, a nawet sypać iskrami. Kura miała bardzo krótkie nóżki i nazywano ją Kurką Krótkonóżką. Znosiła dobre jajka, a staruszka kochała ją jak własne dziecko.
Rano od razu zauważono obcego gościa. Kot zaczął mruczeć, a kura gdakać.
— A to co? — powiedziała staruszka.
Widziała słabo i wzięła kaczątko za tłustą kaczkę, która się zabłąkała.
— To dopiero rzadki połów! — ucieszyła się. — Będę teraz miała kacze jajka. Byle to tylko nie był kaczor. Trzeba spróbować.
I tak przyjęto kaczątko na trzy tygodnie na próbę. Ale jajek nie było. Kot był w domu panem, a kura panią i zawsze mówiła: my i świat, bo uważała, że we dwoje są lepszą połową świata. Kaczątko sądziło, że można mieć i inne zdanie, ale kura tego nie znosiła.
— Umiesz znosić jajka? — zapytała.
— Nie.
— To bądź łaskawe milczeć.
A kot zapytał:
— Umiesz wyginać grzbiet w pałąk, mruczeć i sypać iskrami?
— Nie.
— To nie masz prawa mieć zdania, kiedy mówią rozsądni.
Kaczątko siedziało w kącie w złym humorze. Wtedy wpadło do izby świeże powietrze i słońce, i naszła je taka ochota na pływanie, że powiedziało o tym kurze.

— Co ci przyszło do głowy? — zapytała kura. — Nie masz nic do roboty, dlatego chodzą ci po głowie dziwactwa. Znoś jajka albo mrucz, to ci przejdzie.
— Ale to takie piękne, pływać po wodzie! — powiedziało kaczątko. — Tak wspaniale poczuć, jak zamyka się nad głową, i zanurkować aż na dno.
— Owszem, wielka przyjemność — powiedziała kura. — Chyba ci się w głowie pomieszało. Zapytaj kota, to najmądrzejsze stworzenie, jakie znam, czy on lubi nurkować. Albo naszą panią: nikogo mądrzejszego nie ma na świecie! Myślisz, że ona ma ochotę czuć wodę nad głową?
— Nie rozumiecie mnie — powiedziało kaczątko.
— My cię nie rozumiemy? To kto ma cię rozumieć? Chyba nie chcesz być mądrzejsze od kota i od naszej pani! Podziękuj lepiej za to, że trafiła ci się ciepła izba i towarzystwo, od którego możesz się czegoś nauczyć. Mówię ci rzeczy niemiłe, a właśnie po tym poznaje się prawdziwych przyjaciół.
— Chyba pójdę w szeroki świat — powiedziało kaczątko.
— No to idź — odrzekła kura.
I kaczątko poszło. Pływało po wodzie i nurkowało, ale wszystkie zwierzęta omijały je wzrokiem, bo było brzydkie.
Nadeszła jesień, liście w lesie pożółkły, a na płocie stał kruk i krzyczał z zimna: kra! kra! Biednemu kaczątku nie było lekko. Pewnego wieczoru, gdy słońce pięknie zachodziło, zza krzaków wypłynęło stado ptaków tak pięknych, jakich nigdy jeszcze nie widziało: olśniewająco białych, o długich, giętkich szyjach. To były łabędzie. Wydały osobliwy głos, rozpostarły ogromne skrzydła i odleciały w cieplejsze strony. Wznosiły się tak wysoko, tak wysoko, a brzydkiemu kaczątku zrobiło się dziwnie na sercu. Zakręciło się w wodzie jak kółko, wyciągnęło za nimi szyję i wydało krzyk tak głośny i tak dziwny, że samo się go przestraszyło. Nie wiedziało, jak te ptaki się nazywają ani dokąd lecą, a jednak pokochało je tak, jak nigdy jeszcze nikogo. Wcale im nie zazdrościło: byłoby już szczęśliwe, gdyby kaczki zechciały je znosić między sobą.
Zima była bardzo zimna. Kaczątko musiało pływać w kółko, żeby woda nie zamarzła do końca, ale każdej nocy przerębel robił się mniejszy. W końcu opadło z sił, znieruchomiało i przymarzło do lodu.

Rankiem nadszedł chłop, rozbił lód drewniakiem i zaniósł kaczątko do domu, do żony. Tam ocknęło się z odrętwienia. Dzieci chciały się z nim bawić, ale ono myślało, że chcą mu zrobić krzywdę, i ze strachu wpadło do misy z mlekiem, potem do maselnicy, potem do beczki z mąką. Kobieta krzyczała i wymachiwała pogrzebaczem, a dzieci przewracały się jedno przez drugie. Dobrze, że drzwi stały otworem: kaczątko wymknęło się w śnieg i legło tam bez sił.

Ale opowiadać o całej biedzie, którą musiało znieść tej zimy, byłoby zbyt smutno. Leżało na mokradłach w sitowiu, gdy słońce znowu zaczęło grzać. Śpiewały skowronki. Nadeszła wiosna.
I nagle kaczątko mogło rozwinąć skrzydła. Zaszumiały mocniej niż dawniej i poniosły je aż do wielkiego ogrodu, gdzie pachniał bez i zwieszał gałęzie nad kręte kanały. A z gęstwiny wypłynęły trzy wspaniałe białe łabędzie. Kaczątko poznało te dostojne ptaki i ogarnął je dziwny smutek.
„Polecę do nich, do tych królewskich ptaków, a one mnie zabiją za to, że ja, takie brzydkie, śmiem się do nich zbliżyć. Ale wszystko jedno. Lepiej zginąć od nich niż całą zimę marznąć i znosić szczypanie kaczek i dziobanie kur”, pomyślało.
I popłynęło naprzeciw wspaniałym łabędziom. One je zobaczyły i z szumem piór ruszyły ku niemu.
— Zabijcie mnie — powiedziało biedne zwierzątko, pochyliło głowę ku wodzie i czekało na śmierć.
Ale co zobaczyło w czystej wodzie? Zobaczyło pod sobą własne odbicie: już nie niezgrabnego, ciemnoszarego ptaka, lecz łabędzia.
Nie szkodzi, że się przyszło na świat na kaczym podwórku, byle tylko leżało się w łabędzim jaju.
Cieszył się teraz z całej biedy, którą przeszedł, bo dopiero teraz rozumiał swoje szczęście. A wielkie łabędzie opływały go dokoła i gładziły dziobami.
Do ogrodu przyszły małe dzieci i rzucały do wody chleb i ziarno, a najmniejsze zawołało:
— Jest nowy!
I inne dzieci ucieszyły się razem z nim:
— Tak, przypłynął nowy!
Klaskały w ręce, tańczyły dokoła i wołały ojca i matkę, a wszyscy mówili:
— Nowy jest najpiękniejszy! Taki młody i wspaniały!

A stare łabędzie skłoniły się przed nim.
Wtedy zrobiło mu się wstyd i schował głowę pod skrzydło. Był aż nazbyt szczęśliwy, ale wcale nie dumny. Pomyślał, jak go prześladowano i wyśmiewano, a teraz słyszał, że jest najpiękniejszy ze wszystkich pięknych ptaków. Bez pochylił ku niemu gałęzie aż do wody, a słońce świeciło ciepło i łagodnie. Wtedy zaszumiały mu pióra, smukła szyja się podniosła i z pełnego serca zawołał:
— O takim szczęściu nawet mi się nie śniło, kiedy byłem brzydkim kaczątkiem!
Na nowo opowiedziane przez Talerie, Źródło: Sämmtliche Märchen (otwiera się w nowym oknie)
Licencja: Domena publicznaTen tekst możesz kopiować, zmieniać i wykorzystywać dowolnie. Link do Talerie ucieszy, ale nie jest wymagany.CC0 1.0 (otwiera się w nowym oknie)

