OryginalnaBrzydkie kaczątko
17 min czytania6–10 lattalerie.com/pl/bajki/brzydkie-kaczatko-original
Ostatnie pisklę w kaczym gnieździe wykluwa się duże i szare, więc kury, kaczki i indor gryzą je i przeganiają z podwórka. Po samotnej zimie szary ptak rozwija skrzydła, trafia do ogrodu, gdzie pływają trzy białe łabędzie, i w wodzie widzi własne odbicie, a dzieci wołają, że ten nowy łabędź jest najpiękniejszy.
Cudownie było na wsi. Było lato, zboże stało żółte, owies zielony, siano ułożono w stogi na zielonych łąkach, a bocian chodził po nich na swoich długich, czerwonych nogach i paplał po egipsku, bo tego języka nauczył się od swojej matki. Wokół pól i łąk ciągnęły się wielkie lasy, a w środku lasów leżały głębokie jeziora. Tak, naprawdę cudownie było na wsi! W samym słońcu stał tam stary dwór, otoczony głębokimi kanałami, a od muru aż do wody rosły wielkie liście łopianu, tak wysokie, że pod największymi z nich małe dzieci mogły stać wyprostowane. Było w nich równie dziko jak w najgłębszym lesie. Właśnie tutaj siedziała na swoim gnieździe kaczka i wysiadywała młode. Zaczynało ją to już prawie nudzić, bo kaczątka wciąż się nie wykluwały, a gości miewała rzadko. Inne kaczki wolały pływać po kanałach, niż biec pod górę, siadać pod liściem łopianu i pogadać sobie z nią.
Wreszcie jajka zaczęły pękać jedno po drugim.
— Pi, pi! — odzywało się w nich.
Wszystkie żółtka ożyły i wysunęły główki na świat.
— Kwa, kwa! — powiedziała kaczka.
I zaraz wszystkie zaczęły się gramolić, ile sił, i rozglądać na wszystkie strony pod zielonymi liśćmi. Matka pozwalała im patrzeć, ile tylko chciały, bo zieleń dobrze robi na oczy.
— Jaki ten świat jest wielki! — mówiły młode, bo teraz miały oczywiście o wiele więcej miejsca niż w jajku.
— Myślicie, że to już cały świat? — powiedziała matka. — On ciągnie się jeszcze daleko, na drugą stronę ogrodu, prosto na pole proboszcza, ale tam nigdy w życiu nie byłam. Jesteście już wszystkie? — dodała i wstała. — Nie, nie mam wszystkich. Największe jajko dalej tu leży. Jak długo to jeszcze potrwa! Powoli zaczyna mnie to męczyć.
I usiadła z powrotem.
— No i jak tam idzie? — zapytała stara kaczka, która przyszła w odwiedziny.
— Z tym jednym jajkiem trwa okropnie długo — powiedziała kaczka na gnieździe. — Nie chce pęknąć. Ale spójrz tylko na tamte: czy widziałaś kiedy śliczniejsze kaczątka? Wszystkie są podobne do ojca. Ten niegodziwiec ani razu mnie nie odwiedził.
— Pokaż mi to jajko, które nie chce pęknąć — powiedziała stara. — Wierz mi, to jest indycze jajo. Mnie też kiedyś tak nabrano i miałam potem z tymi młodymi same zmartwienia i kłopoty, bo one boją się wody. Nie mogłam ich do niej wpędzić. Kwakałam i dziobałam, a nic nie pomagało. Pokaż mi to jajko! Tak, to jest indycze jajo. Zostaw je tam i naucz lepiej pływać pozostałe dzieci.
— Posiedzę na nim jeszcze chwilkę — powiedziała kaczka. — Skoro siedziałam tak długo, mogę posiedzieć jeszcze parę dni.
— Jak sobie chcesz — powiedziała stara kaczka i odeszła.
Wreszcie wielkie jajko pękło.
— Pi, pi! — odezwało się młode i wygramoliło się na zewnątrz.
Było bardzo duże i brzydkie. Kaczka przyjrzała mu się uważnie.

— To dopiero ogromne kaczątko — powiedziała. — Żadne z pozostałych tak nie wygląda. Czyżby to jednak było indycze pisklę? No, zaraz się o tym przekonamy. Do wody musi wejść, choćbym miała je tam wepchnąć sama.
Nazajutrz pogoda była piękna, wspaniała. Słońce świeciło na wszystkie zielone łopiany. Kaczka mama zeszła z całą swoją rodziną nad kanał. Plusk! Skoczyła do wody.
— Kwa, kwa! — zawołała, a kaczątka jedno po drugim wpadały z pluskiem za nią.
Woda zamykała im się nad głowami, ale zaraz wypływały z powrotem i płynęły wspaniale. Nóżki poruszały się same, wszystkie były w wodzie, nawet to brzydkie, szare młode płynęło razem z innymi.
— Nie, to nie indyk — powiedziała kaczka. — Popatrzcie, jak ładnie pracuje nogami, jak prosto się trzyma. To moje własne dziecko! W gruncie rzeczy jest nawet ładne, kiedy się mu dobrze przyjrzeć. Kwa, kwa! Chodźcie ze mną, wyprowadzę was w wielki świat i przedstawię na kaczym podwórku. Tylko trzymajcie się blisko mnie, żeby was nikt nie zadeptał, i uważajcie na koty!
I tak weszły na kacze podwórko. Panował tam okropny hałas, bo dwie rodziny biły się o łeb węgorza, a na końcu i tak dostał go kot.
— Widzicie, tak to już jest na świecie — powiedziała kaczka mama i ostrzyła sobie dziób, bo sama też miała ochotę na ten łeb węgorza. — No, używajcie nóg! Pokażcie, że umiecie się ruszać, i skłońcie szyję przed tamtą starą kaczką. Ona jest tu najdostojniejsza ze wszystkich, jest hiszpańskiej krwi, dlatego jest taka gruba. A widzicie? Ma czerwoną szmatkę na nodze. To coś niezwykle pięknego i największe wyróżnienie, jakie może spotkać kaczkę. Znaczy tyle, że nikt nie chce jej zgubić i że mają ją poznawać i zwierzęta, i ludzie. No, ruszajcie się! Nie stawiajcie łapek do środka. Dobrze wychowane kaczątko stawia łapki szeroko na zewnątrz, tak jak ojciec i matka. Patrzcie, o tak! A teraz skłońcie szyję i powiedzcie: kwa!
I zrobiły tak. Ale inne kaczki dookoła przyglądały się im i mówiły całkiem głośno:
— No proszę! Teraz jeszcze będziemy mieć na karku tę zgraję, jakby nas i tak nie było dosyć! A tfu, jak wygląda to jedno kaczątko! Tego już nie zniesiemy.
I zaraz jedna kaczka podleciała i ugryzła je w kark.
— Zostawcie je — powiedziała matka. — Przecież nikomu nic nie robi.
— Tak, ale jest za duże i dziwaczne — powiedziała ta, która gryzła — i dlatego trzeba je poszturchać.
— Ładne dzieci ma ta matka — powiedziała stara kaczka ze szmatką na nodze. — Wszystkie ładne oprócz tego jednego, to się nie udało. Chciałabym, żeby je przerobiła.
— To niemożliwe, wasza wielmożność — odpowiedziała kaczka mama. — Ładne nie jest, ale ma dobre serce i pływa tak wspaniale jak każde inne, ośmielę się nawet powiedzieć, że odrobinę lepiej. Myślę, że jeszcze wyładnieje i z czasem trochę zmaleje. Za długo leżało w jajku i dlatego nie nabrało właściwego kształtu.
Poskubała je po karku i wygładziła mu piórka.
— Poza tym to kaczor — dodała — a wtedy to nie ma aż takiego znaczenia. Myślę, że będzie miał niezłą siłę. Da sobie w życiu radę.
— Pozostałe kaczątka są śliczne — powiedziała stara. — Czujcie się teraz jak u siebie w domu, a gdybyście znalazły łeb węgorza, możecie mi go przynieść.
I odtąd były u siebie w domu.
Ale biedne kaczątko, które wykluło się ostatnie i wyglądało tak brzydko, było gryzione, popychane i wyśmiewane, i to zarówno przez kaczki, jak i przez kury. Wszyscy powtarzali, że jest za duże, a indor, który przyszedł na świat z ostrogami i dlatego uważał się za cesarza, nadął się jak statek pod pełnymi żaglami i ruszył prosto na nie, a potem zagulgotał i cały poczerwieniał na głowie. Biedne kaczątko nie wiedziało, gdzie stanąć ani dokąd pójść. Było smutne, bo brzydko wyglądało i całe kacze podwórko z niego drwiło.

Tak minął pierwszy dzień, a potem było coraz gorzej. Biedne kaczątko wszyscy gonili. Nawet własne siostry były dla niego złe i ciągle powtarzały:
— Żeby cię wreszcie kot złapał, ty brzydactwo!
A matka mówiła:
— Żebyś tak sobie stąd poszło, jak najdalej!
Kaczki je gryzły, kury dziobały, a dziewczyna, która przynosiła zwierzętom jedzenie, kopała je nogą.
Wtedy kaczątko pobiegło przed siebie i przeleciało przez płot. Małe ptaki w krzakach wzbiły się przestraszone w powietrze. „To dlatego, że jestem takie brzydkie”, pomyślało kaczątko i zamknęło oczy, ale mimo to biegło dalej. Tak dotarło na wielkie bagno, gdzie mieszkały dzikie kaczki. Leżało tam całą noc, zmęczone i pełne smutku.
Nad ranem dzikie kaczki poderwały się i przyjrzały nowemu towarzyszowi.
— A ty coś za jeden? — zapytały.
Kaczątko obracało się na wszystkie strony i kłaniało się, i witało, jak tylko umiało najlepiej.
— Jesteś nadzwyczaj brzydkie — powiedziały dzikie kaczki. — Ale nam to wszystko jedno, byleś się tylko nie wżeniło w naszą rodzinę.
Biedactwo! Naprawdę nie myślało o żeniaczce, byle mu tylko pozwolono leżeć w sitowiu i pić trochę bagiennej wody.
Leżało tak dwa całe dni. Wtedy przyszły dwie dzikie gęsi, a właściwie dwa dzikie gąsiory. Niedawno wykluły się z jajka i dlatego były takie zuchwałe.
— Słuchaj no, kolego! — powiedziały. — Jesteś tak brzydki, że aż cię lubimy. Chcesz lecieć z nami i zostać ptakiem wędrownym? Tu niedaleko, na innym bagnie, jest kilka słodkich, milutkich dzikich gęsi, same panny, i wszystkie umieją powiedzieć „kwa!”. Możesz tam zrobić karierę, choć jesteś taki brzydki!
Wtem gruchnęło: pif, paf! Oba dzikie gąsiory padły martwe w sitowie, a woda zrobiła się czerwona od krwi. I znowu: pif, paf! Całe stada dzikich gęsi poderwały się z sitowia, a potem huknęło jeszcze raz. Odbywały się wielkie łowy. Myśliwi leżeli dookoła bagna, a kilku siedziało nawet wysoko, na gałęziach drzew, które daleko wysuwały się nad trzciny. Niebieskawy dym płynął jak obłok między ciemne drzewa i daleko nad wodę. Do bagna wpadły psy myśliwskie: plusk, plusk! Sitowie i trzciny pochylały się na wszystkie strony. Ależ to był strach dla biednego kaczątka! Odwróciło głowę, żeby ją schować pod skrzydło, ale w tej samej chwili tuż obok stanął straszliwie wielki pies. Długi język zwisał mu z pyska, a oczy świeciły okropnie i szpetnie. Pies wyciągnął mordę wprost do kaczątka, pokazał mu ostre zęby i... plusk, plusk! Poszedł dalej, nie chwytając go.

— O Boże, dzięki ci! — westchnęło kaczątko. — Jestem tak brzydkie, że nawet pies nie chce mnie ugryźć.
I leżało cicho, a nad sitowiem świszczał śrut i padał strzał za strzałem.
Dopiero późnym popołudniem zrobiło się spokojnie, ale biedne młode wciąż nie śmiało wstać. Czekało jeszcze kilka godzin, zanim się rozejrzało, a potem popędziło z bagna tak szybko, jak tylko potrafiło. Biegło przez pola i łąki, a wtedy zerwała się taka burza, że trudno mu było ruszyć się z miejsca.
Pod wieczór dotarło do małej, nędznej chłopskiej chaty. Była tak zrujnowana, że sama nie wiedziała, na którą stronę się przewrócić, i dlatego stała dalej. Wicher tak dął wokół kaczątka, że musiało usiąść na ziemi i zaprzeć się przed nim, a wichura robiła się coraz gorsza. Wtedy zauważyło, że drzwi zsunęły się z jednego zawiasu i wisiały tak krzywo, że przez szparę można się było wśliznąć do izby. I to właśnie zrobiło.
Mieszkała tu stara kobieta z kotem i kurą. Kot, którego nazywała Synkiem, umiał wyginać grzbiet w pałąk i mruczeć, a nawet sypać iskrami, ale wtedy trzeba go było głaskać pod włos. Kura miała bardzo małe, niskie nóżki i dlatego nazywano ją Kureczką Krótkonóżką. Znosiła dobre jajka, a kobieta kochała ją jak własne dziecko.
Rano od razu zauważono obce kaczątko. Kot zaczął mruczeć, a kura gdakać.
— A to co takiego? — powiedziała kobieta i rozejrzała się dookoła.
Ale oczy miała już słabe i wzięła kaczątko za tłustą kaczkę, która gdzieś zabłądziła.
— To dopiero rzadki połów! — ucieszyła się. — Teraz będę miała kacze jajka. Byle tylko nie był to kaczor! Trzeba to sprawdzić.
I tak przyjęto kaczątko na trzy tygodnie na próbę, ale jajek nie było. Kot był w domu panem, a kura panią, i zawsze mówili: „My i świat!” Uważali bowiem, że są jego połową, i to zdecydowanie lepszą. Kaczątko sądziło, że można mieć na ten temat inne zdanie, ale kura tego nie znosiła.
— Umiesz znosić jajka? — zapytała.
— Nie.
— To bądź łaskawe milczeć!
A kot zapytał:
— Umiesz wyginać grzbiet w pałąk, mruczeć i sypać iskrami?
— Nie.
— To nie możesz też mieć zdania, kiedy mówią rozsądni!
Kaczątko siedziało w kącie w złym humorze. Wtem wpadło do izby świeże powietrze i słońce, i naszła je taka dziwna ochota, żeby popływać po wodzie, że nie mogło się powstrzymać i powiedziało o tym kurze.

— Co ci przychodzi do głowy? — zapytała kura. — Nie masz nic do roboty, dlatego przychodzą ci takie głupstwa. Znoś jajka albo mrucz, to ci przejdzie.
— Ale to takie piękne, pływać po wodzie! — powiedziało kaczątko. — Tak cudownie jest dać się jej zamknąć nad głową i zanurkować aż do dna!
— No tak, wielka przyjemność! — powiedziała kura. — Chyba ci się w głowie pomieszało. Zapytaj kota, to najmądrzejsze stworzenie, jakie znam, czy lubi pływać po wodzie albo nurkować. O sobie już nie mówię. Zapytaj samą naszą panią, tę starą kobietę, mądrzejszej od niej nie ma na świecie! Myślisz, że ona ma ochotę pływać i dawać sobie wodę zamykać nad głową?
— Wy mnie nie rozumiecie — powiedziało kaczątko.
— My cię nie rozumiemy? A któż miałby cię rozumieć? Chyba nie chcesz być mądrzejsze od kota i od naszej pani, o sobie już nie wspominam! Nie wymyślaj sobie, dziecko, i dziękuj Stwórcy za całe dobro, jakie ci wyświadczono. Czy nie siedzisz w ciepłej izbie i nie masz towarzystwa, od którego możesz się czegoś nauczyć? Ale z ciebie gaduła i nie ma z tobą przyjemności. Mnie możesz wierzyć, ja dobrze ci życzę. Mówię ci rzeczy nieprzyjemne, a po tym właśnie poznaje się prawdziwych przyjaciół! Postaraj się tylko znosić jajka albo naucz się mruczeć i sypać iskrami.
— Chyba pójdę w szeroki świat — powiedziało kaczątko.
— No to idź — powiedziała kura.
I kaczątko poszło. Pływało po wodzie, nurkowało, ale żadne zwierzę go nie zauważało, bo było takie brzydkie.
Potem nadeszła jesień. Liście w lesie zżółkły i zbrązowiały, wiatr je chwytał i tańczył z nimi w powietrzu, a wysoko w górze było bardzo zimno. Chmury wisiały ciężkie od gradu i płatków śniegu, a na płocie stał kruk i z zimna wykrzykiwał: au, au! Tak, na samą myśl o tym można było zmarznąć. Biednemu kaczątku naprawdę nie działo się dobrze.
Pewnego wieczoru, kiedy słońce tak pięknie zachodziło, wyleciało z zarośli stado wspaniałych, wielkich ptaków. Kaczątko nigdy jeszcze nie widziało tak pięknych ptaków. Były olśniewająco białe, o długich, giętkich szyjach. To były łabędzie. Wydały z siebie osobliwy głos, rozpostarły przepyszne, długie skrzydła i odleciały z zimnej krainy do cieplejszych krajów, nad otwarte jeziora. Wzbiły się tak wysoko, tak wysoko, a brzydkiemu, młodemu kaczątku zrobiło się bardzo dziwnie na duszy. Zakręciło się w wodzie w kółko jak koło, wyciągnęło szyję wysoko w powietrze za nimi i wydało krzyk tak głośny i tak osobliwy, że samo się go przestraszyło. Ach, nie mogło zapomnieć tych pięknych, szczęśliwych ptaków! A gdy tylko straciło je z oczu, zanurkowało aż do dna, a kiedy się wynurzyło, było jak nieprzytomne. Nie wiedziało, jak te ptaki się nazywają ani dokąd lecą, ale pokochało je tak, jak nigdy nikogo dotąd. Wcale im nie zazdrościło. Jakże mogłoby mu przyjść do głowy, żeby pragnąć takiej urody? Byłoby już szczęśliwe, gdyby chociaż kaczki zniosły je między sobą. Biedne, brzydkie stworzenie!
Zima była zimna, bardzo zimna. Kaczątko musiało pływać w kółko po wodzie, żeby nie zamarzła do końca, ale każdej nocy przerębel, w którym pływało, robił się mniejszy i mniejszy. Mróz był taki, że aż trzeszczało w lodowej pokrywie. Kaczątko musiało bez przerwy przebierać nogami, żeby dziura się nie zamknęła. W końcu opadło z sił, znieruchomiało i tak przymarzło do lodu.

Wczesnym rankiem nadszedł chłop. Zobaczył je, podszedł, rozbił lód drewniakiem i zaniósł kaczątko do domu, do żony. Tam znowu przyszło do siebie.
Dzieci chciały się z nim bawić, ale kaczątko myślało, że chcą mu zrobić krzywdę, i ze strachu wpadło prosto do misy z mlekiem, aż mleko chlusnęło po całej izbie. Kobieta załamała ręce, a ono wleciało do maselnicy, potem w dół, do beczki z mąką, i znowu na zewnątrz. Ależ wtedy wyglądało! Kobieta krzyczała i zamachnęła się na nie szczypcami do ognia, dzieci przewracały się jedno przez drugie, żeby je złapać, śmiały się i wrzeszczały. Dobrze, że drzwi stały otworem: kaczątko wyśliznęło się między chrust w świeżo spadły śnieg i leżało tam zupełnie bez sił.

Ale opowiadać o całej biedzie i nędzy, jaką kaczątko musiało znieść tej ciężkiej zimy, byłoby zbyt smutno. Leżało na bagnie w sitowiu, kiedy słońce znowu zaczęło grzać. Śpiewały skowronki. Była cudowna wiosna.
Wtedy kaczątko naraz poczuło, że potrafi rozwinąć skrzydła. Zaszumiały mocniej niż przedtem i poniosły je raźno przed siebie. Zanim się dobrze zorientowało, znalazło się w wielkim ogrodzie, gdzie pachniał bez i pochylał swoje długie, zielone gałęzie aż do krętych kanałów. Ach, jak tu było pięknie, jak wiosennie i świeżo! A z gęstwiny wypłynęły trzy przepiękne, białe łabędzie. Zaszumiały piórami i lekko sunęły po wodzie. Kaczątko poznało te wspaniałe ptaki i ogarnął je dziwny smutek.
„Polecę do nich, do tych królewskich ptaków! I zabiją mnie za to, że ja, takie brzydkie, ośmielam się do nich zbliżyć. Ale wszystko jedno! Lepiej niech mnie one zabiją, niż mają mnie szczypać kaczki, dziobać kury i kopać dziewczyna, która pilnuje kurnika, a ja zimą znowu mam cierpieć głód i chłód.”
I poleciało na wodę, i popłynęło naprzeciw wspaniałym łabędziom. One je zobaczyły i z szumem piór ruszyły ku niemu.
— Zabijcie mnie! — powiedziało biedne stworzenie, pochyliło głowę ku tafli wody i czekało na śmierć.
Ale co zobaczyło w czystej wodzie? Zobaczyło pod sobą własne odbicie, a nie był to już niezgrabny, szarobury ptak, brzydki i odrażający. To był łabędź.
Nic nie szkodzi, że ktoś przyszedł na świat na kaczym podwórku, byle tylko leżał w łabędzim jaju!
Cieszyło się teraz z całej biedy i udręki, którą przecierpiało. Dopiero teraz naprawdę rozumiało swoje szczęście i całą wspaniałość, która je witała. A wielkie łabędzie opływały je wokoło i głaskały dziobami.
Do ogrodu przyszło kilkoro małych dzieci. Rzucały do wody chleb i ziarno, a najmniejsze zawołało:
— Jest nowy!
Inne dzieci ucieszyły się razem z nim:
— Tak, przypłynął nowy!
I klaskały w ręce, i tańczyły dookoła, i pobiegły po ojca i po matkę, i znowu rzucano do wody chleb i ciasto, i wszyscy mówili:
— Ten nowy jest najpiękniejszy! Taki młody i taki wspaniały!

A stare łabędzie skłoniły się przed nim.
Wtedy poczuł się całkiem zawstydzony i schował głowę pod skrzydło. Sam nie wiedział, co ma z sobą począć. Był aż nadto szczęśliwy, ale wcale nie dumny. Myślał o tym, jak go prześladowano i wyśmiewano, a teraz słyszał, jak wszyscy mówią, że jest najpiękniejszym ze wszystkich pięknych ptaków. Nawet bez pochylił ku niemu gałęzie aż do wody, a słońce świeciło ciepło i łagodnie. Wtedy zaszumiały jego pióra, smukła szyja uniosła się i z pełnego serca zawołał radośnie:
— O takim szczęściu nawet mi się nie śniło, kiedy byłem brzydkim kaczątkiem!
Na nowo opowiedziane przez Talerie, Źródło: Sämmtliche Märchen (otwiera się w nowym oknie)
Licencja: Domena publicznaTen tekst możesz kopiować, zmieniać i wykorzystywać dowolnie. Link do Talerie ucieszy, ale nie jest wymagany.CC0 1.0 (otwiera się w nowym oknie)

