
Śnieżka i Różyczka
11 min czytania6–12 lat
Dwie kochające się siostry, cicha Śnieżka i żywiołowa Różyczka, zaprzyjaźniają się pewnej zimy z niedźwiedziem, który co wieczór grzeje się przy ich piecu, a wiosną odchodzi bronić swego skarbu przed złośliwym krasnoludkiem. Gdy dziewczynki raz za razem ratują niewdzięcznego krasnoludka z opresji, ich stary przyjaciel powraca w chwili prawdziwego zagrożenia i odsłania sekret, który odmieni życie całej rodziny.
W małym domku z dala od wsi mieszkała uboga wdowa, a przed domkiem rozciągał się ogród. Rosły w nim dwa krzewy różane, jeden z białymi różami, drugi z czerwonymi. Wdowa miała dwie córki, podobne do tych dwóch krzewów, i dlatego jedną nazwała Śnieżką, a drugą Różyczką. Obie były tak dobre, pracowite i pogodne, jak mało które dzieci na świecie. Śnieżka była cichsza i łagodniejsza, Różyczka wolała biegać po łąkach i polach, szukać kwiatów i gonić za motylami. Śnieżka zaś najchętniej siedziała w domu przy matce, pomagała jej w gospodarstwie albo czytała jej na głos, gdy nie było innej pracy.
Dziewczynki kochały się tak bardzo, że kiedy razem wychodziły z domu, zawsze trzymały się za ręce.
— Nigdy się nie rozstaniemy — mawiała Śnieżka.
— Dopóki żyjemy, nie rozstaniemy się — odpowiadała Różyczka.
A matka dodawała jeszcze: — Co ma jedna, niech dzieli się z drugą.
Często same wędrowały po lesie, zbierając czerwone jagody, a żadne zwierzę nigdy im nie zagroziło, przeciwnie, wszystkie podchodziły do nich ufnie. Zajączek jadł liść kapusty prosto z ich rąk, sarna pasła się tuż obok, jeleń przebiegał obok wesoło, a ptaki siedziały na gałęziach i śpiewały, co tylko umiały. Nigdy też nic złego im się nie przydarzyło. Kiedy zdarzyło się, że zabawiły w lesie zbyt długo i zaskoczyła je noc, kładły się obok siebie na mchu i spały do rana, a matka wiedziała o tym i wcale się nie martwiła.
Pewnego razu, gdy tak przenocowały w lesie i obudziła je zorza poranna, ujrzały śliczne dziecko w białej, lśniącej sukience, siedzące tuż przy ich posłaniu. Dziecko wstało, spojrzało na nie przyjaźnie, lecz nic nie powiedziało i zniknęło w głębi lasu. Kiedy rozejrzały się dokoła, przekonały się, że spały tuż nad przepaścią i z pewnością spadłyby w dół, gdyby w ciemności zrobiły w nocy jeszcze kilka kroków dalej. Matka powiedziała im wtedy, że musiał to być anioł, który czuwa nad dobrymi dziećmi.
Śnieżka i Różyczka dbały o domek matki tak pilnie, że miło było do niego zajrzeć. Latem gospodarstwem zajmowała się Różyczka i każdego ranka, zanim matka się obudziła, stawiała jej przy łóżku bukiet, w którym była jedna róża z każdego krzewu. Zimą Śnieżka rozpalała ogień i wieszała nad nim kociołek, mosiężny, lecz wyszorowany tak starannie, że lśnił jak złoto. Wieczorami, kiedy padał śnieg, matka mówiła: — Idź, Śnieżko, i zasuń rygiel. — Wtedy siadały przy piecu, matka wkładała okulary i czytała im na głos z grubej księgi, a dziewczynki słuchały i przędły. Obok nich na podłodze leżał baranek, a za nimi na drążku siedziała biała gołębica z główką schowaną pod skrzydłem.
Pewnego wieczoru, gdy tak siedziały razem, ktoś zapukał do drzwi, jakby prosił, by go wpuścić.
— Prędko, Różyczko, otwórz, to pewnie wędrowiec szuka schronienia — powiedziała matka.
Różyczka poszła odsunąć rygiel, myśląc, że to jakiś biedny podróżny. Lecz to nie był człowiek, tylko niedźwiedź, który wsunął przez drzwi swój wielki czarny łeb. Różyczka krzyknęła i odskoczyła w tył, baranek zabeczał, gołębica zerwała się do lotu, a Śnieżka schowała się za łóżkiem matki. Niedźwiedź zaczął jednak mówić.
— Nie bójcie się, nic wam nie zrobię. Jestem na wpół zmarznięty i chcę się tylko trochę ogrzać.
— Biedny niedźwiedziu — powiedziała matka — połóż się przy ogniu, tylko uważaj, żeby ci futro się nie przypaliło. Śnieżko, Różyczko, wyjdźcie, niedźwiedź wam nic nie zrobi, mówi szczerze.
Wyszły więc obie, a po chwili zbliżyły się do niedźwiedzia także baranek i gołębica, i wszyscy przestali się go bać.
— Wytrzepcie mi trochę śniegu z futra, dzieci — poprosił niedźwiedź.
Przyniosły więc miotłę i oczyściły mu futro, a on rozciągnął się przy ogniu i mruczał zadowolony. Nie minęło wiele czasu, a zżyły się z nim zupełnie i psociły z niezdarnym gościem: targały go za futro, stawiały mu nóżki na grzbiecie i przewracały go z boku na bok, a czasem brały leszczynową gałązkę i przekomarzały się z nim, śmiejąc się, kiedy zamruczał. Niedźwiedź chętnie im na to pozwalał, a gdy przesadzały, wołał tylko:
— Zostawcie mi życie, dzieci małe, Śnieżko, Różyczko rozbrykana, bo zatłuczecie na śmierć zalotnika, tak zuchwałe!
Kiedy przyszła pora snu i wszyscy szli spać, matka mówiła do niedźwiedzia: — W imię Boże, zostań tu przy piecu, będziesz bezpieczny od zimna i niepogody. — Gdy tylko świtało, dziewczynki wypuszczały go za drzwi, a on truchtał przez śnieg z powrotem do lasu. Odtąd niedźwiedź przychodził co wieczór o tej samej porze, kładł się przy piecu i pozwalał dzieciom bawić się z sobą, ile tylko chciały. Przywykły do niego tak bardzo, że drzwi ryglowano dopiero wtedy, kiedy czarny towarzysz się zjawił.
Gdy nadeszła wiosna i wszystko dokoła zazieleniło się, niedźwiedź powiedział pewnego ranka do Śnieżki: — Teraz muszę odejść i przez całe lato nie mogę wracać.
— Dokąd idziesz, miły niedźwiedziu? — zapytała Śnieżka.
— Muszę iść do lasu i strzec moich skarbów przed złymi krasnoludkami. Zimą, gdy ziemia jest twardo zmarznięta, muszą siedzieć pod ziemią i nie mogą się przez nią przebić. Ale teraz, kiedy słońce ją rozgrzało, przedostają się na powierzchnię, szukają i kradną. Co raz wpadnie im w ręce i trafi do ich jaskiń, to niełatwo ujrzy znowu światło dzienne.
Śnieżce zrobiło się smutno na myśl o rozstaniu, a kiedy odsuwała rygiel i niedźwiedź przeciskał się przez drzwi, zaczepił się futrem o hak i kawałek jego skóry się rozdarł. Śnieżce zdawało się, że przez rozdarcie błysnęło złoto, ale nie była tego pewna. Niedźwiedź pobiegł pospiesznie dalej i wkrótce zniknął między drzewami.
Jakiś czas później matka posłała dziewczynki do lasu po chrust. Znalazły tam powalone drzewo, leżące na ziemi, a przy pniu coś podskakiwało w trawie, choć nie mogły rozpoznać co. Kiedy podeszły bliżej, ujrzały krasnoludka o starej, pomarszczonej twarzy i długiej, śnieżnobiałej brodzie. Koniec brody utknął w szczelinie pnia, a mały człowieczek skakał tam i z powrotem jak piesek uwiązany na sznurku, nie wiedząc, jak sobie poradzić. Spojrzał na dziewczynki swoimi czerwonymi, ognistymi oczami i krzyknął:
— Co tak stoicie! Nie możecie podejść i pomóc?
— Co się stało, mały człowieczku? — zapytała Różyczka.
— Głupia, wścibska gąska, chciałem rozłupać to drzewo na drobne drewno do kuchni. Przy grubych kłodach spala się od razu ta odrobina jedzenia, jaką potrzebuje ktoś taki jak ja, kto nie pochłania tyle co wy, prostackie, żarłoczne plemię. Wbiłem już klin jak trzeba, wszystko szło dobrze, ale to przeklęte drewno było zbyt gładkie i wyskoczyło z powrotem, a pień zamknął się tak szybko, że nie zdążyłem wyciągnąć mojej pięknej białej brody. Teraz tkwię tu i nie mogę odejść. A wy się jeszcze śmiejecie, głupie gładkolice! Fuj, ale z was ohydztwo.
Dziewczynki starały się z całych sił, ale nie potrafiły wyciągnąć brody, tkwiła zbyt mocno.
— Pobiegnę po ludzi — powiedziała Różyczka.
— Bezmyślne baranie łby, kto by tu wołał ludzi? Już i tak jest was o dwie za dużo. Nie przyjdzie wam do głowy nic lepszego?
— Nie bądź niecierpliwy, już sobie poradzę — powiedziała Śnieżka, wyjęła z kieszeni nożyczki i odcięła koniec brody.
Gdy tylko krasnoludek poczuł się wolny, chwycił worek pełen złota, który tkwił między korzeniami drzewa, wyciągnął go i mruknął pod nosem: — Niewyparzone plemię, obcinacie mi kawałek dostojnej brody! Niech was licho porwie! — Po czym zarzucił worek na plecy i odszedł, nawet nie spojrzawszy na dziewczynki.
Jakiś czas potem Śnieżka i Różyczka wybrały się nad potok, żeby złowić ryby na obiad. Gdy były już blisko wody, ujrzały coś, co jak wielki konik polny podskakiwało w stronę potoku, jakby chciało wskoczyć do środka. Podbiegły i poznały krasnoludka.
— Dokąd to? Chyba nie do wody? — zapytała Różyczka.
— Nie jestem takim głupcem! Nie widzicie, że przeklęta ryba chce mnie wciągnąć do wody?
Mały człowieczek siedział tam i łowił ryby, a wiatr niefortunnie wplątał mu brodę w żyłkę. Kiedy chwilę potem chwyciła się duża ryba, słabemu stworzeniu zabrakło siły, żeby ją wyciągnąć. Ryba wzięła górę i ciągnęła krasnoludka ku sobie. Trzymał się wprawdzie źdźbeł i sitowia, ale niewiele to pomagało, musiał podążać za ruchami ryby i wciąż groziło mu, że wpadnie do wody. Dziewczynki nadeszły w samą porę, przytrzymały go mocno i próbowały uwolnić brodę z żyłki, ale na próżno, broda i żyłka splątały się na dobre. Nie pozostało nic innego, jak znowu wyjąć nożyczki i odciąć kawałek brody. Kiedy krasnoludek to zobaczył, nakrzyczał na nie:
— Czy tak wypada, ropuchy, oszpecać komuś twarz? Mało wam, że przycięłyście mi brodę u dołu, teraz odcinacie mi jeszcze najlepszy jej kawałek! Nie będę się mógł pokazać moim bliskim. Bodajbyście zgubiły podeszwy, tak biegając!
Potem wyjął worek pereł, który leżał w sitowiu, i bez słowa powlókł go dalej, znikając za kamieniem.
Wkrótce potem matka posłała dziewczynki do miasta po nici, igły, sznurki i wstążki. Droga wiodła przez wrzosowisko, na którym tu i tam leżały duże głazy. Zobaczyły wielkiego ptaka, który krążył wysoko nad nimi, zniżając się coraz bardziej, aż wreszcie zapikował w dół niedaleko od skały. Zaraz potem usłyszały przeraźliwy, żałosny krzyk. Podbiegły i ze zgrozą ujrzały, że orzeł pochwycił ich starego znajomego, krasnoludka, i chce go unieść. Litościwe dziewczynki chwyciły człowieczka i ciągnęły z orłem tak długo, aż ten wypuścił zdobycz. Gdy krasnoludek otrząsnął się z pierwszego przestrachu, zawołał piskliwym głosem:
— Nie mogłyście obchodzić się ze mną ostrożniej? Tak szarpałyście mój cienki surducik, że jest cały podarty i podziurawiony, niezdarne, niezgrabne plemię!
Potem wziął worek szlachetnych kamieni i wśliznął się z powrotem pod skałę, do swojej jaskini. Dziewczynki były już przyzwyczajone do jego niewdzięczności, poszły więc dalej i załatwiły w mieście swoje sprawunki. Kiedy w drodze powrotnej znów przechodziły przez wrzosowisko, zaskoczyły krasnoludka, który na czystym miejscu wysypał ze swego worka drogie kamienie, nie spodziewając się, że o tej porze ktoś jeszcze będzie tędy przechodził. Wieczorne słońce padało na lśniące kamienie, które mieniły się i błyszczały tak pięknie wszystkimi barwami, że dziewczynki przystanęły, żeby się im przyjrzeć.
— Co tak stoicie i gapicie się z otwartymi buziami! — krzyknął krasnoludek, a jego popielata twarz poczerwieniała z gniewu.
Miał właśnie ciągnąć dalej swoje wymysły, gdy dał się słyszeć głośny pomruk i z lasu wybiegł czarny niedźwiedź. Przestraszony krasnoludek zerwał się, ale nie zdążył już dobiec do swojej kryjówki, niedźwiedź był zbyt blisko. Zawołał więc w śmiertelnym strachu:
— Drogi panie niedźwiedziu, oszczędź mnie, oddam ci wszystkie moje skarby, spójrz tylko na te piękne kamienie. Daruj mi życie! Cóż ci po mnie, takim małym, chudym stworzonku? Przecież nawet mnie nie poczujesz między zębami. Weź lepiej te dwie niegodziwe dziewczyny, to smaczne kąski, tłuste jak młode przepiórki, zjedz je sobie w imię Boże.
Niedźwiedź nie zważał na jego słowa, tylko uderzył go raz łapą, i zły krasnoludek znieruchomiał na dobre.
Dziewczynki rzuciły się do ucieczki, lecz niedźwiedź zawołał za nimi: — Śnieżko, Różyczko, nie bójcie się, zaczekajcie, pójdę z wami. — Rozpoznały jego głos i przystanęły, a kiedy niedźwiedź podszedł bliżej, jego skóra nagle opadła i stanął przed nimi jako piękny młodzieniec, ubrany cały w złoto.
— Jestem synem królewskim — powiedział. — Zły krasnoludek, który ukradł mi moje skarby, zaklął mnie, bym błąkał się po lesie jako dziki niedźwiedź, dopóki jego śmierć mnie nie wyzwoli. Teraz dosięgła go zasłużona kara.
Śnieżka poślubiła królewicza, a Różyczka jego brata, i podzielili między siebie wielkie skarby, które krasnoludek zgromadził w swojej jaskini. Stara matka mieszkała jeszcze długie lata spokojnie i szczęśliwie przy swoich dzieciach. Oba krzewy różane zabrała ze sobą, a rosły odtąd pod jej oknem i co roku wydawały najpiękniejsze róże, białe i czerwone.