Przejdź do treści
Pozłacany posąg młodego księcia stoi o zmierzchu na wysokiej kolumnie, a na jego ramieniu przysiadła jaskółka.

Szczęśliwy książę

Oscar Wilde

13 min czytaniaod 6 lat

Złoty posąg Szczęśliwego Księcia płacze nad biedą miasta, a mała Jaskółka zostaje przy nim i roznosi biednym jego rubin, szafirowe oczy i złote listki. Kiedy nadchodzi mróz, Jaskółka pada bez życia u jego stóp, posągowi pęka ołowiane serce, a anioł zanosi Bogu ptaka i serce jako dwie najcenniejsze rzeczy w mieście.


Wysoko nad miastem, na smukłej kolumnie, stał posąg Szczęśliwego Księcia. Cały pokryty był cienkimi listkami szczerego złota, oczy miał z dwóch jasnych szafirów, a na rękojeści miecza żarzył się wielki czerwony rubin.

Wszyscy go podziwiali.

— Jest piękny jak kurek na dachu — powiedział jeden z rajców miejskich, który bardzo chciał uchodzić za znawcę sztuki. — Tyle że mniej użyteczny — dodał zaraz, żeby ktoś przypadkiem nie pomyślał, że nie stąpa twardo po ziemi.

— Czemu nie możesz być taki jak Szczęśliwy Książę? — pytała rozsądna matka swojego chłopczyka, który płakał, bo zachciało mu się księżyca. — Szczęśliwemu Księciu nawet przez myśl nie przejdzie, żeby o coś płakać.

— Dobrze, że choć jednemu na świecie niczego nie brakuje — mruknął człowiek, któremu w życiu nic się nie udało, patrząc w górę na piękny posąg.

— Wygląda zupełnie jak anioł — mówiły dzieci z sierocińca, wychodząc z katedry w czerwonych pelerynkach i czyściutkich białych fartuszkach.

— A skąd wiecie? — zapytał nauczyciel matematyki. — Przecież żadnego nigdy nie widzieliście.

— Widzieliśmy, we śnie — odpowiedziały dzieci.

Nauczyciel matematyki zmarszczył brwi i spojrzał bardzo surowo, bo nie pochwalał tego, żeby dzieciom się śniło.

Pewnej nocy nad miastem przeleciała mała Jaskółka. Jej towarzyszki odleciały do Egiptu sześć tygodni wcześniej, ale ona została, bo pokochała smukły Tatarak nad rzeką. Poznali się wczesną wiosną, kiedy goniła nad wodą wielką żółtą ćmę i zatrzymała się przy nim tylko na chwilę.

— Czy mam cię pokochać? — zapytała Jaskółka, która lubiła mówić wprost. Tatarak skłonił się jej nisko, więc przez całe lato krążyła wokół niego i muskała wodę skrzydłami, aż srebrzyły się kręgi. Inne jaskółki świergotały, że to niemądre uczucie, bo Tatarak nie ma majątku, a krewnych ma stanowczo za wielu. I rzeczywiście, cała rzeka była ich pełna. Kiedy przyszła jesień, wszystkie odleciały.

Jaskółka w locie muska skrzydłem rzekę i zostawia na wodzie srebrne kręgi, a nad nią pochyla się wysoki Tatarak; wokół letnia zieleń.

Jaskółka została sama i zaczęła się nudzić. Tatarak nigdy nic nie mówił, a przy każdym powiewie kłaniał się wiatrowi tak nisko, że aż ją to złościło.

— Polecisz ze mną? — zapytała go w końcu.

Ale Tatarak ani drgnął, tak bardzo był przywiązany do swojej rzeki.

— Więc bawiłeś się tylko moim sercem — zawołała Jaskółka. — Lecę do piramid. Żegnaj!

Leciała cały dzień, a wieczorem dotarła do miasta.

„Gdzie ja się zatrzymam?”, pomyślała. „Mam nadzieję, że przygotowali tu coś dla podróżnych.”

Wtedy zobaczyła posąg na wysokiej kolumnie.

„Zatrzymam się tutaj”, ucieszyła się. „Ładne miejsce i dużo świeżego powietrza.”

Usiadła tuż między stopami Szczęśliwego Księcia, rozejrzała się dookoła i pomyślała, że ma złotą sypialnię. Właśnie chowała głowę pod skrzydło, kiedy spadła na nią wielka kropla wody.

„A to co takiego?”, zdziwiła się. „Na niebie nie ma ani jednej chmury, gwiazdy świecą jasno, a mimo to pada.”

Spadła druga kropla.

„Po co komu posąg, który nie chroni nawet przed deszczem?”, pomyślała. „Muszę poszukać sobie porządnego komina.”

Ale zanim zdążyła rozłożyć skrzydła, spadła trzecia kropla. Jaskółka podniosła głowę i spojrzała w górę.

Oczy Szczęśliwego Księcia były pełne łez, a łzy spływały mu po złotych policzkach. W świetle księżyca jego twarz była tak piękna, że małą Jaskółkę ogarnęła litość.

Złoty posąg księcia pochyla głowę: ma szafirowe oczy i blade łzy na policzkach, a między jego stopami stoi na cokole jaskółka i patrzy w górę.

— Kim jesteś? — zapytała.

— Jestem Szczęśliwy Książę.

— To dlaczego płaczesz? — zdziwiła się Jaskółka. — Zmoczyłeś mnie do suchej nitki.

— Kiedy żyłem i miałem ludzkie serce, nie wiedziałem nawet, czym są łzy — odpowiedział posąg. — Mieszkałem w pałacu Beztroski, do którego smutek nie miał wstępu. Za dnia bawiłem się z przyjaciółmi w ogrodzie, wieczorem prowadziłem taniec w wielkiej sali. Wokół ogrodu biegł wysoki mur, ale nigdy nie przyszło mi do głowy zapytać, co jest za nim.

— Dworzanie nazywali mnie Szczęśliwym Księciem i byłem szczęśliwy, jeśli szczęściem jest sama przyjemność — mówił dalej. — Tak żyłem i tak umarłem. A teraz postawili mnie tak wysoko, że widzę całą brzydotę i całą biedę mojego miasta, i choć serce mam z ołowiu, nie umiem nie płakać.

„To on nie jest cały ze złota?”, pomyślała Jaskółka, ale była zbyt dobrze wychowana, żeby powiedzieć to głośno.

— Daleko stąd, w wąskiej uliczce, stoi ubogi dom — ciągnął posąg cichym, śpiewnym głosem. — Jedno okno jest otwarte, a przez nie widzę kobietę przy stole. Ma zmęczoną twarz i czerwone ręce pokłute igłą, bo jest szwaczką. Haftuje kwiaty na atłasowej sukni dla najpiękniejszej damy dworu królowej.

— W kącie izby, w łóżku, leży jej mały synek — mówił dalej książę. — Ma gorączkę i prosi o pomarańcze. Matka nie ma mu co dać oprócz wody z rzeki, więc chłopiec płacze. Jaskółko, Jaskółko, mała Jaskółko, czy nie zaniesiesz jej rubinu z rękojeści mojego miecza? Moje stopy są przykute do cokołu i nie mogę się ruszyć.

— Czekają na mnie w Egipcie — odpowiedziała Jaskółka. — Moje towarzyszki krążą nad Nilem i rozmawiają z wielkimi kwiatami lotosu. Niedługo ułożą się do snu w grobowcu wielkiego króla.

— Jaskółko, Jaskółko, mała Jaskółko — powiedział książę. — Czy nie zostaniesz ze mną na jedną noc i nie będziesz moim posłańcem? Chłopiec jest taki spragniony, a matka taka smutna.

— Nie przepadam za chłopcami — odparła Jaskółka. — Zeszłego lata nad rzeką dwaj synowie młynarza ciągle rzucali we mnie kamieniami. Nigdy nie trafili, bo my, jaskółki, latamy o wiele za dobrze, ale i tak nieładnie z ich strony.

Szczęśliwy Książę patrzył jednak tak smutno, że zrobiło jej się go żal.

— Zimno tu — powiedziała. — Ale zostanę z tobą na jedną noc i będę twoim posłańcem.

— Dziękuję ci, mała Jaskółko — odpowiedział książę.

Jaskółka wyjęła wielki rubin z miecza księcia i poleciała z nim w dziobie nad dachami miasta. Minęła wieżę katedry z białymi marmurowymi aniołami. Minęła pałac i usłyszała muzykę. Na balkon wyszła piękna dziewczyna ze swoim ukochanym.

— Jakie cudowne są gwiazdy — powiedział do niej — i jak cudowna jest miłość.

— Mam nadzieję, że moja suknia zdąży na bal — odpowiedziała. — Kazałam wyhaftować na niej kwiaty, ale szwaczki są takie leniwe.

Jaskółka przeleciała nad rzeką, gdzie na masztach statków kołysały się latarnie, aż dotarła do ubogiego domu i zajrzała przez okno. Chłopiec przewracał się w gorączce, a matka zasnęła ze zmęczenia. Jaskółka wskoczyła do izby i położyła rubin na stole obok naparstka. Potem obleciała cichutko łóżko, chłodząc skrzydłami czoło chłopca.

W ubogiej izbie jaskółka kładzie na stole wielki czerwony rubin obok naparstka; przy stole śpi szwaczka z głową na rękach, a w łóżku obok chłopiec.

— Jak mi chłodno — powiedział chłopiec przez sen. — Chyba już zdrowieję.

I zapadł w słodki sen.

Jaskółka wróciła do Szczęśliwego Księcia i opowiedziała mu, co zrobiła.

— To dziwne — zauważyła. — Zrobiło mi się zupełnie ciepło, chociaż noc jest mroźna.

— To dlatego, że zrobiłaś coś dobrego — odpowiedział książę.

Mała Jaskółka zaczęła się nad tym zastanawiać i zasnęła. Myślenie zawsze ją usypiało.

O świcie poleciała nad rzekę i wykąpała się.

— Coś podobnego! Jaskółka w zimie! — zawołał profesor ornitologii, przechodząc przez most, i napisał o tym do gazety długi list. Wszyscy ten list powtarzali, bo było w nim mnóstwo słów, których nikt nie rozumiał.

Jaskółka cieszyła się, że w nocy poleci do Egiptu. Obejrzała wszystkie pomniki w mieście i długo siedziała na wieży kościoła, a wróble ćwierkały do siebie, że zawitał do nich ktoś bardzo dostojny.

Kiedy wzeszedł księżyc, wróciła do Szczęśliwego Księcia.

— Masz jakieś sprawy do załatwienia w Egipcie? — zawołała. — Właśnie wyruszam.

— Jaskółko, Jaskółko, mała Jaskółko — powiedział książę. — Czy nie zostaniesz ze mną jeszcze jedną noc?

— Czekają na mnie w Egipcie — odpowiedziała. — Jutro moje towarzyszki polecą aż do drugiej katarakty. Wśród sitowia wylegują się tam hipopotamy, a na wielkim granitowym tronie siedzi bóg Memnon. Całą noc patrzy w gwiazdy, a kiedy zabłyśnie gwiazda poranna, wydaje jeden okrzyk radości i milknie.

— Jaskółko, Jaskółko, mała Jaskółko — powiedział książę. — Na drugim końcu miasta widzę młodego człowieka na poddaszu. Pochyla się nad stołem zasypanym papierami, a obok, w szklance, stoi pęk zwiędłych fiołków. Próbuje dokończyć sztukę dla dyrektora teatru, ale zmarzł tak, że nie może już pisać. W piecu nie ma ognia, a z głodu kręci mu się w głowie.

— Zostanę z tobą jeszcze jedną noc — powiedziała Jaskółka, która miała naprawdę dobre serce. — Mam mu zanieść drugi rubin?

— Rubinu już nie mam — odpowiedział książę. — Zostały mi tylko oczy. To rzadkie szafiry, przywiezione z Indii tysiąc lat temu. Wyjmij jeden z nich i zanieś mu. Sprzeda go jubilerowi, kupi jedzenie i drewno na opał, i dokończy swoją sztukę.

— Drogi książę, nie mogę tego zrobić — powiedziała Jaskółka i zaczęła płakać.

— Jaskółko, Jaskółko, mała Jaskółko — powiedział książę. — Zrób tak, jak ci każę.

Jaskółka wyjęła więc szafirowe oko księcia i poleciała na poddasze. Wślizgnęła się przez dziurę w dachu. Młody człowiek siedział z twarzą ukrytą w dłoniach i nie usłyszał szumu skrzydeł, a kiedy podniósł głowę, zobaczył piękny szafir leżący na zwiędłych fiołkach.

Na poddaszu młody mężczyzna w wytartej koszuli podnosi wzrok znad zapisanych kartek; leży na nich szafir, obok stoją fiołki w szklance, a jaskółka odlatuje.

— Ktoś mnie wreszcie docenił! — zawołał. — To pewnie od jakiegoś wielkiego wielbiciela. Teraz dokończę sztukę.

I twarz mu pojaśniała.

Następnego dnia Jaskółka poleciała do portu. Usiadła na maszcie wielkiego statku i patrzyła, jak marynarze wyciągają z ładowni ciężkie skrzynie.

— Lecę do Egiptu! — zawołała do nich, ale nikt nie zwrócił na nią uwagi.

Kiedy wzeszedł księżyc, wróciła do Szczęśliwego Księcia.

— Przyszłam się pożegnać — powiedziała.

— Jaskółko, Jaskółko, mała Jaskółko — powiedział książę. — Czy nie zostaniesz ze mną jeszcze jedną noc?

— Już zima — odpowiedziała Jaskółka. — Niedługo spadnie śnieg. W Egipcie słońce grzeje zielone palmy, a krokodyle wygrzewają się w mule i patrzą leniwie dookoła. Moje towarzyszki budują gniazdo w starej świątyni, a różowo-białe gołębie przyglądają się im i gruchają. Drogi książę, muszę cię zostawić, ale nigdy o tobie nie zapomnę. Na wiosnę przyniosę ci dwa piękne kamienie w miejsce tych, które oddałeś: rubin czerwieńszy od róży i szafir błękitny jak morze.

— Na placu pod nami stoi mała dziewczynka z zapałkami — powiedział Szczęśliwy Książę. — Rozsypała je w rynsztoku i wszystkie zamokły. Ojciec ją zbije, jeśli nie przyniesie do domu pieniędzy, więc płacze. Nie ma butów ani pończoch, a głowę ma gołą. Wyjmij moje drugie oko i daj jej je, a ojciec jej nie tknie.

— Zostanę z tobą jeszcze jedną noc — powiedziała Jaskółka. — Ale nie mogę wyjąć ci oka. Byłbyś wtedy zupełnie ślepy.

— Jaskółko, Jaskółko, mała Jaskółko — powiedział książę. — Zrób tak, jak ci każę.

Wyjęła więc drugie oko księcia i zleciała z nim w dół. Przemknęła obok dziewczynki i wsunęła jej klejnot w otwartą dłoń.

— Jakie śliczne szkiełko! — zawołała mała i pobiegła do domu, śmiejąc się.

Potem Jaskółka wróciła do księcia.

— Jesteś teraz ślepy — powiedziała. — Dlatego zostanę z tobą na zawsze.

Złoty posąg księcia na kolumnie ma puste, ciemne oczodoły i patrzy w stronę oświetlonego miasta; na cokole u jego stóp siedzi jaskółka, nad nimi księżyc.

— Nie, mała Jaskółko — odpowiedział biedny książę. — Musisz lecieć do Egiptu.

— Zostanę z tobą na zawsze — powtórzyła Jaskółka i zasnęła u jego stóp.

Przez cały następny dzień siedziała księciu na ramieniu i opowiadała mu o tym, co widziała w dalekich krajach. O czerwonych ibisach, które stoją długim rzędem nad Nilem i łowią w dzioby złote rybki. O Sfinksie, który jest stary jak świat, mieszka na pustyni i wie wszystko. O kupcach idących powoli obok swoich wielbłądów, z bursztynowymi paciorkami w rękach. O wielkim zielonym wężu, który śpi na palmie, i o karzełkach żeglujących po jeziorze na wielkich płaskich liściach.

— Droga Jaskółko — powiedział książę. — Opowiadasz mi o cudownych rzeczach, ale nie ma nic bardziej niezwykłego niż ludzka bieda. Przeleć nad moim miastem i powiedz mi, co tam widzisz.

Jaskółka poleciała nad wielkim miastem. Widziała bogaczy bawiących się w pięknych domach i żebraków siedzących u ich bram. Zaglądała w ciemne zaułki, gdzie z okien patrzyły blade twarze głodnych dzieci. Pod mostem dwaj mali chłopcy leżeli objęci, żeby się nawzajem ogrzać.

— Ale jesteśmy głodni — mówili.

— Nie wolno tu leżeć! — krzyknął stróż nocny.

Chłopcy powlekli się z powrotem w deszcz. Jaskółka wróciła i opowiedziała księciu, co widziała.

— Jestem pokryty szczerym złotem — powiedział książę. — Zdejmuj je, listek po listku, i rozdaj moim biednym. Żywi zawsze myślą, że złoto może im dać szczęście.

Listek po listku zdejmowała Jaskółka szczere złoto, aż Szczęśliwy Książę stał się cały szary i matowy. Listek po listku roznosiła je biednym, a dzieci z zaróżowionymi buziami śmiały się i bawiły na ulicy.

Jaskółka w locie wkłada cienki listek złota w dłonie obdartego chłopca; obok cieszy się dziewczynka, a na bruku pod latarnią leżą kolejne złote listki.

— Mamy chleb! — wołały.

Potem przyszedł śnieg, a po śniegu mróz. Ulice wyglądały, jakby były ze srebra, tak jasno błyszczały. U okapów zwisały długie sople, wszyscy chodzili w futrach, a chłopcy w czerwonych czapkach ślizgali się po lodzie.

Małej Jaskółce było coraz zimniej, ale nie chciała opuścić księcia, bo za bardzo go kochała. Zbierała okruszki pod drzwiami piekarni, kiedy piekarz nie patrzył, i próbowała się ogrzać, trzepocząc skrzydłami.

W końcu poczuła, że siły ją opuszczają. Starczyło ich jeszcze tylko na to, żeby raz ostatni wzlecieć księciu na ramię.

— Żegnaj, drogi książę — szepnęła. — Pozwolisz, że ucałuję twoją dłoń?

— Cieszę się, że wreszcie lecisz do Egiptu, mała Jaskółko — powiedział książę. — Za długo tu zostałaś. Ale pocałuj mnie w usta, bo cię kocham.

— Nie lecę do Egiptu — odpowiedziała Jaskółka. — Idę tam, gdzie mieszka śmierć. Śmierć jest przecież siostrą snu, prawda?

I ucałowała Szczęśliwego Księcia, i osunęła się bez życia u jego stóp.

W tej samej chwili wewnątrz posągu coś cicho pękło. Ołowiane serce rozłupało się na dwoje. Mróz tej nocy był naprawdę okrutny.

Posąg księcia, cały szary i pozbawiony złota, stoi o świcie nad ośnieżonym miastem; na zaśnieżonym cokole leży nieruchoma jaskółka wśród listków złota.

Wczesnym rankiem burmistrz przechodził przez plac w towarzystwie rajców i spojrzał w górę na posąg.

— Ojej, jak nędznie wygląda ten Szczęśliwy Książę! — powiedział.

— Rzeczywiście, nędznie! — zawołali rajcy, którzy zawsze zgadzali się z burmistrzem, i podeszli bliżej.

— Rubin wypadł mu z miecza, oczu nie ma, a po złocie ani śladu — powiedział burmistrz. — Wygląda niewiele lepiej niż żebrak.

— Niewiele lepiej niż żebrak — powtórzyli rajcy.

— A pod stopami leży martwy ptak! — ciągnął burmistrz. — Trzeba koniecznie ogłosić, że ptakom nie wolno tu umierać.

Pisarz miejski zapisał tę uwagę, a posąg Szczęśliwego Księcia zdjęto z kolumny.

— Skoro nie jest już piękny, nie jest już potrzebny — orzekł profesor sztuki na uniwersytecie.

Potem przetopili posąg w piecu, a burmistrz zwołał radę, żeby zdecydować, co zrobić z metalem.

— Musimy mieć nowy pomnik — powiedział. — I będzie to pomnik mnie samego.

— Mnie samego — powtórzył każdy z rajców, po czym wszyscy zaczęli się kłócić. Kiedy ostatnio o nich słyszałem, kłócili się nadal.

— Dziwna rzecz — powiedział majster w odlewni. — To pęknięte ołowiane serce nie chce się stopić. Trzeba je wyrzucić.

Wyrzucili je więc na śmietnik, tam gdzie leżała martwa Jaskółka.

— Przynieś mi dwie najcenniejsze rzeczy w tym mieście — powiedział Bóg do jednego ze swoich aniołów.

Anioł przyniósł Mu ołowiane serce i martwego ptaka.

— Dobrze wybrałeś — powiedział Bóg. — Bo w moim rajskim ogrodzie ten mały ptak będzie śpiewał na wieki, a w moim złotym mieście Szczęśliwy Książę będzie mnie wielbił.

Na nowo opowiedziane przez Talerie, Źródło: The Happy Prince and Other Tales (otwiera się w nowym oknie)

Licencja: Domena publiczna