Przejdź do treści
Osioł, pies, kot i kogut stoją jeden na drugim przed rozświetlonym okienkiem chaty w lesie oświetlonym księżycem.

Muzykanci z Bremy

Bracia Grimm

5 min czytaniaod 4 lat

Osioł, pies, kot i kogut uciekają z domów, w których stały się niepotrzebne, spotykają się w drodze do Bremy i wieczorem trafiają na oświetlony dom zbójców. Hałasem wypłaszają zbójców w las, a kiedy jeden z nich wraca po ciemku, kot drapie go w twarz, więc zbójcy nie mają już odwagi wracać, a muzykanci zostają w domu.


Był sobie człowiek, który miał osła. Osioł przez długie lata cierpliwie nosił worki do młyna, ale siły go już opuszczały i do pracy nadawał się coraz mniej. Gospodarz zaczął więc myśleć, że szkoda dla niego paszy. Osioł wyczuł, że źle się dla niego święci, uciekł i ruszył drogą do Bremy. Tam, pomyślał, mógłby zostać miejskim muzykantem.

Chudy osioł z widocznymi żebrami i zwieszoną głową wychodzi przez otwartą bramę na polną drogę; w oddali, we mgle świtu, widać miasteczko.

Szedł już jakiś czas, gdy zobaczył na drodze leżącego psa myśliwskiego. Pies dyszał tak, jakby przebiegł pół świata.

— Czego tak dyszysz, Burku? — zapytał osioł.

— Ach — westchnął pies. — Jestem stary, z dnia na dzień słabszy, na polowaniu już nie nadążam, więc mój pan chciał mnie zabić. Wziąłem nogi za pas, ale co dalej? Czym mam teraz zarobić na chleb?

— Wiesz co? — powiedział osioł. — Ja idę do Bremy i będę tam miejskim muzykantem. Chodź ze mną, ciebie też przyjmą do kapeli. Ja zagram na lutni, a ty będziesz bił w bębny.

Psu to odpowiadało i poszli dalej razem.

Niedługo potem zobaczyli przy drodze kota z miną jak siedem nieszczęść.

— A co tobie się przytrafiło, stary wąsalu? — spytał osioł.

— Któż ma być wesoły, kiedy idzie o skórę? — odpowiedział kot. — Przybyło mi lat, zęby mi się stępiły i wolę siedzieć przy piecu i mruczeć, niż uganiać się za myszami. Moja pani chciała mnie za to utopić. W porę się wymknąłem, ale dokąd mam teraz pójść?

— Chodź z nami do Bremy — powiedział osioł. — Znasz się przecież na nocnej muzyce, będzie z ciebie miejski muzykant.

Kot uznał to za dobrą myśl i przyłączył się do nich.

Wkrótce trzej zbiegowie minęli zagrodę, a na jej bramie siedział kogut i piał, ile sił w gardle.

— Drzesz się tak, że aż w uszach dzwoni — powiedział osioł. — Co ci jest?

— Zapowiadam piękną pogodę — odparł kogut. — Ale jutro niedziela, przyjadą goście, a gospodyni nie ma dla mnie litości: powiedziała kucharce, że jutro mam się znaleźć w rosole. Dlatego pieję na całe gardło, póki jeszcze mogę.

— Ej, kogucie, czerwony grzebieniu — powiedział osioł. — Chodź lepiej z nami. Idziemy do Bremy, a coś lepszego niż śmierć znajdziesz wszędzie. Masz dobry głos, a jak zagramy razem, to będzie muzyka jak się patrzy.

Kogutowi propozycja przypadła do gustu i ruszyli dalej we czwórkę.

Do Bremy nie dało się jednak dojść w jeden dzień. Wieczorem doszli do lasu i tam postanowili przenocować. Osioł i pies położyli się pod wielkim drzewem, kot wdrapał się na gałąź, a kogut wzleciał na sam czubek, gdzie było dla niego najbezpieczniej. Zanim zasnął, rozejrzał się jeszcze na wszystkie cztery strony świata i wydało mu się, że w oddali migocze iskierka. Zawołał do towarzyszy, że musi tam stać dom, bo widać światło.

Nocny las: osioł i pies śpią na ziemi między korzeniami, kot zwinięty na niskiej gałęzi, a kogut siedzi wyżej i patrzy ku odległemu światełku.

— To ruszajmy tam — powiedział osioł. — Nocleg mamy tu kiepski.

Pies dodał, że parę kości z odrobiną mięsa też by mu dobrze zrobiło.

Poszli więc w stronę światła. Wkrótce widzieli je coraz wyraźniej, a ono rosło i rosło, aż stanęli przed rozświetlonym domem zbójców. Osioł, jako największy, podszedł do okna i zajrzał do środka.

— Co widzisz, siwku? — zapytał kogut.

— Co widzę? — odpowiedział osioł. — Nakryty stół, a na nim jedzenie i picie, i zbójców, którym jest przy nim bardzo dobrze.

— To byłoby coś dla nas — powiedział kogut.

— Oj, żebyśmy tak tam byli! — westchnął osioł.

Zaczęły się więc zwierzęta naradzać, jak wypłoszyć zbójców z domu, i w końcu coś wymyśliły. Osioł miał oprzeć przednie kopyta o okno, pies wskoczyć mu na grzbiet, kot wdrapać się na psa, a na samej górze kogut miał usiąść kotu na głowie.

Kiedy już tak stanęli, na dany znak zagrali wszyscy razem: osioł ryczał, pies szczekał, kot miauczał, a kogut piał. Potem runęli przez okno do izby, aż szyby zadzwoniły. Zbójcy poderwali się od stołu, pewni, że wchodzi do nich duch, i w wielkim strachu uciekli w las.

Wtedy czterej towarzysze siedli do stołu, zadowolili się tym, co zostało, i jedli tak, jakby przed nimi były cztery tygodnie głodu.

Przy stole w izbie osioł je z miski, pies opiera łapy o blat, kogut dziobie okruchy, a kot siedzi na ławie z kawałkiem sera; obok pali się lampa.

Kiedy skończyli, zgasili światło i każdy poszukał sobie posłania wedle swojej natury i wygody. Osioł położył się na gnoju, pies za drzwiami, kot na palenisku przy ciepłym popiele, a kogut usiadł na grzędzie. Zmęczeni długą drogą, szybko posnęli.

Minęła północ i zbójcy zobaczyli z daleka, że w domu nie pali się już żadne światło, a wszystko wydaje się spokojne.

— Nie powinniśmy byli dać się tak nastraszyć — powiedział herszt i kazał jednemu z nich iść i obejrzeć dom.

Wysłany zbójca zastał wszędzie ciszę. Wszedł do kuchni, żeby zapalić światło, a że żarzące się oczy kota wziął za rozżarzone węgielki, przytknął do nich zapałkę. Ale kot nie znał się na żartach: skoczył mu na twarz, prychnął i podrapał go. Zbójca przeraził się okropnie i pobiegł do tylnych drzwi, tam jednak zerwał się leżący pies i ugryzł go w nogę. Kiedy zbójca przebiegał przez podwórze obok gnoju, osioł wymierzył mu jeszcze porządnego kopniaka tylnym kopytem, a kogut, obudzony hałasem, zawołał z grzędy:

— Kukuryku!

W ciemnej kuchni kucający mężczyzna z zapaloną zapałką cofa się przed kotem, który wygina grzbiet, jeży sierść i syczy z otwartym pyskiem.

Zbójca uciekał, ile sił w nogach, prosto do herszta.

— Ach, w tym domu siedzi okropna wiedźma! — wysapał. — Chuchnęła na mnie i podrapała mi twarz długimi palcami. Przy drzwiach stoi człowiek, który dźgnął mnie nożem w nogę. Na podwórzu leży czarne straszydło, które zdzieliło mnie drewnianą maczugą. A na górze, na dachu, siedzi sędzia i woła: „Dawajcie mi tu tego łotra!”. Ledwo stamtąd uszedłem.

Od tej pory zbójcy nie mieli odwagi wracać do tego domu, a czterem muzykantom z Bremy tak się w nim spodobało, że nie chcieli już z niego wychodzić.

Opowiedziała na nowo Talerie, źródło: Kinder- und Hausmärchen (otwiera się w nowym oknie)Licencja: Domena publiczna