
Muzykanci z Bremy
6 min czytania4–10 lat
Stary osioł, pies, kot i kogut, którym każde z osobna groziło odrzucenie, spotykają się na drodze do Bremy i postanawiają razem zostać muzykantami miejskimi. Gdy w lesie natrafiają na dom zbójców, wspólnym głośnym koncertem przepędzają złodziei i znajdują sobie przytulny kąt, w którym mogą zostać już na zawsze.
Pewien gospodarz miał osła, który przez wiele długich lat, nie znając zmęczenia, nosił worki do młyna. Teraz jednak siły go opuszczały i do pracy nadawał się coraz mniej. Gospodarz pomyślał, że nie będzie go już dłużej karmił. Osioł wyczuł, że wiatr wieje w złą stronę, uciekł z podwórza i ruszył w stronę Bremy. Tam, jak sądził, mógłby zostać muzykantem miejskim.
Gdy uszedł już kawałek drogi, spotkał na poboczu psa gończego, który dyszał ciężko, jakby przebiegł bardzo długi dystans.
— Cóż tak sapiesz, Burku? — zapytał osioł.
— Ach — westchnął pies. — Jestem już stary, z dnia na dzień słabszy, na polowaniu nie nadążam za resztą sfory, więc mój pan chciał mnie zabić. Uciekłem. Ale czym teraz zarobię na chleb?
— Wiesz co — powiedział osioł. — Idę do Bremy, zostanę tam muzykantem miejskim. Chodź ze mną, ciebie też przyjmą do orkiestry. Ja będę grał na lutni, a ty będziesz bił w kotły.
Pies chętnie się zgodził i poszli dalej razem.
Niedługo potem natknęli się na kota, który siedział przy drodze z miną smutną jak trzy dni deszczu.
— Co cię tak strapiło, stary wąsaczu? — spytał osioł.
— Kto by tu był wesoły, gdy idzie o gardło — odparł kot. — Robię się stary, zęby mam już stępione, wolę siedzieć za piecem i mruczeć, niż gonić za myszami, więc moja pani chciała mnie utopić. Zdążyłem uciec, ale teraz nie wiem, co ze sobą począć. Dokąd mam pójść?
— Chodź z nami do Bremy — powiedział osioł. — Ty znasz się przecież na muzyce nocnej, możesz zostać muzykantem miejskim.
Kotu ten pomysł przypadł do gustu i poszedł z nimi.
Wkrótce trójka wędrowców mijała pewne gospodarstwo. Na bramie siedział kogut i wrzeszczał z całych sił.
— Aż mnie ciarki przechodzą od twojego krzyku — rzekł osioł. — Co się stało?
— Zapowiedziałem piękną pogodę — odparł kogut — bo dziś właśnie ten dzień, kiedy Matka Boska pierze koszulki Dzieciątka i chce je wysuszyć. Ale jutro, w niedzielę, przyjdą goście, więc gospodyni nie miała litości i kazała kucharce mnie zjeść w rosole. Dziś wieczorem mają mi uciąć głowę. Krzyczę więc z całych sił, dopóki jeszcze mogę.
— E tam, czerwona główko — powiedział osioł. — Chodź lepiej z nami. Idziemy do Bremy, a coś lepszego niż śmierć znajdziesz wszędzie. Masz piękny głos, a kiedy zagramy razem, na pewno pięknie to zabrzmi.
Kogut przystał na propozycję i poszli już we czwórkę.
Do Bremy nie mogli jednak dotrzeć w jeden dzień. Wieczorem zaszli więc do lasu, gdzie postanowili przenocować. Osioł i pies położyli się pod wielkim drzewem, kot i kogut wspięli się na gałęzie, a kogut wleciał aż na sam czubek, gdzie czuł się najbezpieczniej. Zanim zasnął, rozejrzał się jeszcze raz na cztery strony świata i wydało mu się, że w oddali dostrzega maleńki płomyk. Zawołał do towarzyszy, że niedaleko musi stać jakiś dom, bo widać w nim światło.
— Trzeba tam pójść — rzekł osioł. — Tutejsza gospoda jest zbyt kiepska.
Pies dodał, że parę kości z odrobiną mięsa też by mu się przydało. Ruszyli więc w stronę światła i wkrótce ujrzeli je znacznie bliżej, coraz jaśniejsze, aż stanęli przed jasno oświetlonym domem zbójców.
Osioł, jako największy, podszedł do okna i zajrzał do środka.
— Co widzisz, Siwku? — zapytał kogut.
— Co widzę? — odparł osioł. — Nakryty stół, pełno jedzenia i picia, a przy nim siedzą zbójcy i dobrze sobie podjadają.
— To by się nam przydało — powiedział kogut.
— Ech, gdybyśmy tylko tam byli — westchnął osioł.
Zwierzęta naradziły się, jak wypłoszyć zbójców z domu, i w końcu wpadły na pomysł. Osioł stanął przednimi nogami na parapecie, pies wskoczył mu na grzbiet, kot wdrapał się na psa, a na końcu kogut wzleciał w górę i usiadł kotu na głowie. Gdy wszystko było gotowe, na dany znak zaczęli razem grać: osioł ryczał, pies szczekał, kot miauczał, a kogut piał. Wpadli naraz przez okno do izby, aż szyby zadźwięczały. Zbójcy, przerażeni tym potwornym harmidrem, pomyśleli, że wdziera się do nich jakiś duch, i uciekli w największym strachu do lasu. Czwórka przyjaciół zasiadła więc do stołu i zjadła to, co zostało, jakby przez cztery tygodnie nic nie miała w ustach.
Gdy skończyli ucztować, zgasili światło i każdy poszukał sobie miejsca do spania, jak lubił i jak mu było wygodnie. Osioł położył się na gnoju, pies za drzwiami, kot przy piecu w ciepłym popiele, a kogut usiadł na belce pod dachem. Zmęczeni długą drogą, szybko zasnęli.
Po północy zbójcy z daleka zauważyli, że w domu nie pali się już żadne światło i wszystko wygląda spokojnie. Herszt powiedział:
— Nie trzeba było dawać się tak spłoszyć.
I posłał jednego ze zbójców, żeby sprawdził dom.
Wysłannik zastał wszystko ciche. Wszedł do kuchni, żeby zapalić światło, a żarzące się ślepia kota wziął za żywe węgle i przyłożył do nich zapałkę. Kot nie znał się jednak na żartach, skoczył mu prosto w twarz, prychał i drapał. Zbójca przeraził się okropnie i chciał uciec tylnymi drzwiami, lecz leżący tam pies zerwał się i ugryzł go w nogę. Kiedy przebiegał przez podwórze obok gnoju, osioł wierzgnął go tęgo tylną nogą. A kogut, obudzony całym tym hałasem, zawołał z belki:
— Kukuryku!
Zbójca pobiegł co sił do swojego herszta i wykrzyknął:
— W domu siedzi straszliwa czarownica. Dmuchnęła na mnie i podrapała mi twarz długimi palcami. Pod drzwiami stoi jakiś mężczyzna z nożem, dźgnął mnie w nogę. Na podwórzu leży czarne straszydło, które waliło we mnie maczugą. A na dachu siedzi sędzia i woła: „Przyprowadźcie mi tu tego łotra!” Ledwo stamtąd uszedłem.
Od tej pory zbójcy nigdy więcej nie odważyli się wejść do tego domu. Czterem muzykantom z Bremy tak się tam spodobało, że nie mieli już ochoty stamtąd wychodzić. A kto tę historię opowiadał jako ostatni, temu jeszcze usta nie ostygły.