
Rybak łowi zaklętą flądrę i puszcza ją wolno, lecz jego żona Ilzebila każe mu wracać nad morze z coraz większymi życzeniami: chatką, zamkiem, koroną króla i cesarza. Gdy Ilzebila zapragnie władzy nad słońcem i księżycem jak sam Pan Bóg, flądra odsyła oboje z powrotem do starej lepianki, gdzie siedzą do dziś.
Był sobie raz rybak, który mieszkał z żoną Ilzebilą w starej lepiance tuż nad morzem. Każdego dnia chodził nad wodę łowić ryby, i łowił, i łowił.
Pewnego razu siedział znowu z wędką i wpatrywał się w jasną toń. Siedział i siedział, aż wędka poszła w dół, na samo dno, a kiedy ją wyciągnął, wisiała na niej wielka flądra.

— Posłuchaj mnie, rybaku — powiedziała flądra. — Daruj mi życie. Nie jestem zwyczajną flądrą, jestem zaklętym księciem. I tak bym ci nie smakował. Wpuść mnie z powrotem do wody i pozwól mi płynąć.
— Nie musisz tyle mówić — odparł rybak. — Flądrę, która umie mówić, i tak bym puścił wolno.
Wpuścił ją z powrotem do jasnej wody, a ona zeszła na samo dno. Rybak zaś wrócił do domu, do żony.
— Nic dziś nie złowiłeś? — zapytała Ilzebila.
— Złowiłem flądrę — powiedział. — Mówiła, że jest zaklętym księciem, więc puściłem ją wolno.
— I niczego sobie nie zażyczyłeś? — spytała żona.
— Nie. A czego miałbym sobie życzyć?
— Ach — westchnęła Ilzebila — przecież to okropne mieszkać wiecznie w tej starej lepiance. Mogłeś wyprosić dla nas choćby małą chatkę. Idź jeszcze raz i zawołaj flądrę. Na pewno to zrobi.
Rybakowi wcale się to nie podobało, ale nie chciał się spierać i poszedł nad morze.
Kiedy tam przyszedł, woda była zielona i żółta, wcale już nie taka jasna. Stanął na brzegu i zawołał:
Fląderko, fląderko, tam na dnie,rybko, rybko, wysłuchaj mnie,bo Ilzebila, żona ma,chce inaczej, niż chcę ja.
Flądra przypłynęła zaraz.
— No, czego ona chce? — zapytała.
— Ach — powiedział rybak — żona uważa, że powinienem był sobie czegoś zażyczyć. Nie chce dłużej mieszkać w starej lepiance, chciałaby mieć chatkę.
— Idź do domu — powiedziała flądra. — Już ją ma.
Rybak wrócił, a tam, gdzie stała lepianka, stała teraz mała chatka. Żona siedziała przed nią na ławce i wzięła go za rękę.
— Wejdź — powiedziała. — Zobacz, teraz jest o wiele lepiej.
W środku była ładna izba i komora z łóżkiem, kuchnia i spiżarnia pełna cynowych i mosiężnych naczyń. Za domem było podwórko z kurami i kaczkami, a przy nim ogródek z warzywami i owocami.

— Prawda, że ładnie? — spytała żona.
— Tak — odparł mąż. — Niech tak zostanie. Będziemy żyli spokojnie i szczęśliwie.
— Zastanowimy się nad tym — powiedziała Ilzebila.
Minął tydzień, może dwa, aż żona odezwała się znowu.
— Słuchaj, mężu, ta chatka jest jednak ciasna, a podwórko i ogród takie małe. Chciałabym mieszkać w wielkim kamiennym zamku. Idź do flądry, niech nam da zamek.
— Ach, żono, chatka jest przecież całkiem dobra — powiedział rybak. — Flądra dopiero co nam ją dała, mogłaby się rozgniewać.
— Potrafi to zrobić i zrobi chętnie — odparła Ilzebila. — Idźże.
Rybakowi ciężko było na sercu. „To niedobrze”, pomyślał, ale poszedł.
Kiedy przyszedł nad morze, woda była fioletowa, granatowa i szara, gęsta, wcale już nie zielona i żółta, ale jeszcze spokojna. Stanął na brzegu i zawołał:
Fląderko, fląderko, tam na dnie,rybko, rybko, wysłuchaj mnie,bo Ilzebila, żona ma,chce inaczej, niż chcę ja.
— No, czego ona chce? — zapytała flądra.
— Ach — powiedział rybak trochę zasmucony — chce mieszkać w wielkim kamiennym zamku.
— Idź do domu — powiedziała flądra. — Zamek stoi już przed nią.
Rybak ruszył do domu, a tam, gdzie stała chatka, wznosił się wielki kamienny pałac. Żona czekała na schodach i wprowadziła go do środka. W sieni lśniła marmurowa posadzka, służba otwierała wysokie drzwi, w komnatach stały złote stoły, a pod sufitami wisiały kryształowe żyrandole. Za domem były stajnie i powozy, ogród pełen kwiatów, a dalej las, w którym biegały jelenie i sarny.

— No i co, czy nie jest pięknie? — spytała żona.
— Owszem — odparł mąż. — Niech tak zostanie. Zamieszkamy w tym pięknym zamku i będziemy zadowoleni.
— Zastanowimy się nad tym — powiedziała Ilzebila. — Prześpijmy się z tym.
Nazajutrz żona obudziła się pierwsza i zobaczyła z łóżka piękną krainę leżącą przed nimi. Trąciła męża łokciem.
— Wstań i wyjrzyj przez okno. Czy nie moglibyśmy zostać królem nad całą tą ziemią? Idź do flądry, chcę być królem.
— Ach, żono, ja nie chcę być królem — powiedział rybak. — I nie umiem jej tego powiedzieć.
— Idź natychmiast — odparła Ilzebila. — Muszę być królem.
Rybakowi zrobiło się smutno, że jego żona chce zostać królem. „To niedobrze, naprawdę niedobrze”, myślał. Nie chciał iść, a jednak poszedł.
Morze było teraz czarnoszare, woda burzyła się od dna i brzydko pachniała. Stanął na brzegu i zawołał:
Fląderko, fląderko, tam na dnie,rybko, rybko, wysłuchaj mnie,bo Ilzebila, żona ma,chce inaczej, niż chcę ja.
— No, czego ona chce? — zapytała flądra.
— Ach — powiedział rybak — chce zostać królem.
— Idź do domu — powiedziała flądra. — Już nim jest.
Kiedy rybak wrócił, zamek był o wiele większy, z wysoką wieżą i wspaniałymi ozdobami. Przed bramą stała warta, a wokół żołnierze z bębnami i trąbami. Drzwi wielkiej sali otworzyły się i rybak zobaczył cały dwór. Jego żona siedziała na wysokim tronie ze złota, w wielkiej złotej koronie, z berłem w ręku, a po obu jej stronach stało w rzędzie sześć dwórek, każda o głowę niższa od poprzedniej.
— Ach, żono, czy jesteś już królem? — zapytał.
— Tak — odparła. — Jestem królem.
— Ach, żono, jak to pięknie wygląda, kiedy jesteś królem — powiedział po długiej chwili. — Teraz już niczego więcej nie będziemy sobie życzyć.
— Nie, mężu — odparła niespokojnie. — Czas mi się dłuży, nie mogę tego znieść. Idź do flądry. Królem jestem, teraz muszę zostać cesarzem.
— Ach, żono, cesarz jest w państwie tylko jeden — powiedział rybak. — Tego flądra nie potrafi, nie potrafi i już.
— Jestem królem, a ty jesteś tylko moim mężem — odparła Ilzebila. — Skoro potrafiła zrobić króla, potrafi też zrobić cesarza. Idź natychmiast.
Musiał iść, a szedł ze strachem. „To się nie może dobrze skończyć”, myślał. „Flądra w końcu się zniecierpliwi.”
Morze było czarne i gęste, burzyło się od dna tak, że aż bulgotało, a zimny wiatr mącił je do reszty. Rybak stanął na brzegu i zawołał:
Fląderko, fląderko, tam na dnie,rybko, rybko, wysłuchaj mnie,bo Ilzebila, żona ma,chce inaczej, niż chcę ja.
— No, czego ona chce? — zapytała flądra.
— Ach, flądro — powiedział — moja żona chce zostać cesarzem.
— Idź do domu — powiedziała flądra. — Już nim jest.
Kiedy rybak wrócił, cały zamek był z polerowanego marmuru, z alabastrowymi figurami. Baronowie, hrabiowie i książęta chodzili po nim niczym służba i otwierali przed rybakiem drzwi ze szczerego złota. Jego żona siedziała na tronie z jednej bryły złota, w wysokiej koronie wysadzanej brylantami, z berłem w jednej ręce i jabłkiem królewskim w drugiej. Po obu stronach stali w dwóch rzędach strażnicy, każdy mniejszy od poprzedniego, od największego olbrzyma aż do karzełka nie większego od małego palca.
— Żono, czy jesteś już cesarzem? — zapytał rybak.
— Tak — odparła. — Jestem cesarzem.
— Ach, żono, jak to pięknie wygląda, kiedy jesteś cesarzem — powiedział po chwili.
— Czego tak stoisz? — odparła. — Teraz chcę jeszcze zostać papieżem. Idź do flądry.
— Ach, żono, papież jest w chrześcijaństwie tylko jeden — powiedział rybak. — Nie umiem jej tego powiedzieć, to już za wiele.
— Skoro potrafiła zrobić cesarza, potrafi też zrobić papieża — odparła Ilzebila. — Idź w tej chwili, jeszcze dziś muszę zostać papieżem.
Zlękł się i poszedł, a kolana uginały się pod nim. Nad ziemią przeleciał wiatr, chmury pędziły, a robiło się ciemno jak wieczorem. Liście spadały z drzew, woda wrzała jak w kotle i biła o brzeg, a z daleka widać było okręty, które tańczyły na falach i wzywały pomocy. Pośrodku niebo było jeszcze odrobinę niebieskie, ale po bokach czerwieniało jak przed ciężką burzą. Rybak stanął na brzegu, zupełnie zrozpaczony, i zawołał:
Fląderko, fląderko, tam na dnie,rybko, rybko, wysłuchaj mnie,bo Ilzebila, żona ma,chce inaczej, niż chcę ja.
— No, czego ona chce? — zapytała flądra.
— Ach — powiedział rybak — chce zostać papieżem.
— Idź do domu — powiedziała flądra. — Już nim jest.
Kiedy wrócił, stał tam wielki kościół otoczony pałacami, a rybak przecisnął się przez tłum. W środku paliły się tysiące świec, a jego żona, ubrana w samo złoto, siedziała na jeszcze wyższym tronie, w trzech wielkich złotych koronach. Po obu jej stronach stały dwa rzędy świec, od największej, grubej jak wieża, aż po najmniejszą kuchenną świeczkę, a cesarze i królowie klęczeli przed nią pokornie.

— Żono, czy jesteś już papieżem? — zapytał rybak.
— Tak — odparła. — Jestem papieżem.
Stał i patrzył na nią, a było mu tak, jakby patrzył w jasne słońce.
— Ach, żono, jak to pięknie wygląda, kiedy jesteś papieżem — powiedział po chwili. — Bądź już zadowolona, kimś więcej przecież zostać nie możesz.
— Zastanowię się nad tym — powiedziała Ilzebila.
Poszli spać. Mąż spał mocno, bo tego dnia dużo się nachodził, ale żona nie mogła zasnąć. Przewracała się z boku na bok i wciąż myślała, kim jeszcze mogłaby zostać, ale nic już nie przychodziło jej do głowy. Kiedy słońce miało wzejść, usiadła na łóżku i zobaczyła w oknie różową zorzę. „A czy ja nie mogłabym sprawić, żeby słońce i księżyc wschodziły?”, pomyślała i trąciła męża łokciem.
— Obudź się i idź do flądry. Chcę być jak Pan Bóg.
Rybak był jeszcze na wpół we śnie, ale przestraszył się tak, że spadł z łóżka. Przetarł oczy, bo myślał, że się przesłyszał.
— Ach, żono, co ty mówisz?
— Jeśli nie mogę sprawić, żeby słońce i księżyc wschodziły, i muszę tylko patrzeć, jak wschodzą, nie zniosę tego — powiedziała. — Nie będę już miała spokojnej godziny.
Spojrzała przy tym na niego tak, że przeszedł go dreszcz. Rybak padł przed nią na kolana.
— Ach, żono, tego flądra nie potrafi. Cesarza i papieża zrobić umie, ale tego nie. Proszę cię, opamiętaj się i zostań papieżem.
Wtedy ogarnął ją gniew, włosy rozwiały jej się wokół głowy i krzyknęła:
— Nie zniosę tego ani godziny dłużej! Pójdziesz wreszcie?
Rybak wybiegł jak nieprzytomny. Na dworze szalała burza, huczało tak, że ledwo mógł ustać na nogach. Domy i drzewa się przewracały, góry drżały, a odłamki skał staczały się do morza. Niebo było czarne jak smoła, grzmiało i błyskało, a morze podnosiło fale wysokie jak wieże kościołów, każda w białej koronie z piany. Rybak krzyknął i własnego głosu nie mógł usłyszeć:
Fląderko, fląderko, tam na dnie,rybko, rybko, wysłuchaj mnie,bo Ilzebila, żona ma,chce inaczej, niż chcę ja.

— No, czego ona chce? — zapytała flądra.
— Ach — powiedział — chce być jak Pan Bóg.
— Idź do domu — powiedziała flądra. — Siedzi już z powrotem w starej lepiance.

I siedzą tam do dziś.
Na nowo opowiedziane przez Talerie, Źródło: Kinder- und Hausmärchen (otwiera się w nowym oknie)
Licencja: Domena publicznaTen tekst możesz kopiować, zmieniać i wykorzystywać dowolnie. Link do Talerie ucieszy, ale nie jest wymagany.CC0 1.0 (otwiera się w nowym oknie)

