
Legenda o złotej kaczce
6 min czytania6–12 lattalerie.com/pl/bajki/legenda-o-zlotej-kaczce
Warszawski czeladnik szewski Lutek w noc świętojańską schodzi do lochów pałacu Ostrogskich, gdzie odnajduje zaklętą w złotą kaczkę królewnę: obiecuje mu ona wielkie skarby, jeśli w ciągu doby wyda sto dukatów wyłącznie na siebie samego, nie dając nikomu ani grosza. Gdy pod wieczór lituje się nad żebrzącym starym żołnierzem i obdarowuje go złotem, traci magiczną nagrodę na zawsze, lecz dzięki uczciwej pracy i dobremu sercu zdobywa prawdziwe szczęście: rzemiosło, rodzinę i spokojny dostatek.
Był sobie w Warszawie szewczyk, a nazywał się Lutek. Chłopak dobry, wesoły i pracowity, ale biedny jak mysz kościelna. Terminował u majstra na Starym Mieście, a majster grosz do grosza odkładał sobie na czerwone złote, chłopakowi zaś nie żałował chyba tylko biedy. Karmił go wodzianką i kartoflami, ubierał w łachy tak stare, że ledwie się trzymały kupy. Psu by się to nie spodobało, a cóż dopiero człowiekowi. Mówiono mu: miej cierpliwość, będzie lepiej, poczekaj. Ale lata mijały, a nędza została nędzą.
Znudziło się to Lutkowi. Myślał już, żeby uciec do wojska, zostać żołnierzem, może i marszałkiem, gdyby się gdzieś znalazł drugi Napoleon. Ale wciąż jeszcze czekał i cierpiał.
Aż pewnego wieczoru poszedł na pogawędkę do czeladnika, który niedawno się wyzwolił i szył buty dla gwardii, więc wiodło mu się nieźle. Jedli, pili, gawędzili, a rozmowa zeszła na warszawskie podania. I rzekł jeden stary, kulawy szewc:
— W Warszawie łatwo o pieniądz i o sławę, trzeba tylko mieć odwagę i głowę na karku.
— Mówcie, co takiego? — zaciekawił się Lutek.
— A no. Pod Ordynacką, w lochach starego zamczyska, siedzi zaklęta w złotą kaczkę królewna. Kto ją znajdzie, ten wygrał: powie mu, jak zdobyć skarby, jak zostać panem i bogaczem.
— A kiedy jej szukać?
— W noc świętojańską.
Zapamiętał to sobie Lutek. Do nocy świętojańskiej zostały trzy dni.
Nadszedł wieczór, gwiaździsty i ciepły, czerwcowy. Warszawa huczała jak ul: na ulicach tłumy, panienki spacerowały pod rękę z młodymi panami, wszędzie błyskały mundury i dźwięczały ostrogi. Lutek szedł Krakowskim Przedmieściem, potem Nowym Światem, aż skręcił w Ordynacką i przeżegnał się: już blisko.
Zszedł Tamką, bo tamtędy prowadziło wejście do piwnic starego pałacu Ostrogskich. Serce mu trochę zamierało, nie żeby się bał, ale nie tak łatwo wchodzić w komitywę z czymś niesamowitym. Mimo to szedł dalej: raz się zdecydował, to trzeba.
Nad ulicą, tuż nad ziemią, było niskie okienko bez szyby, tylko z kratą, a Lutek chudy jak tyka, więc przecisnął się przez nią jak wąż. We trzy ruchy wdrapał się po wystających cegłach, przeżegnał się w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego, i był w środku.
Ciemno. Zapalił świeczkę. Korytarz długi, wąski, kręty prowadził w dół i w dół, aż po dobrym kwadransie drogi Lutek wyszedł do wielkiej sklepionej piwnicy, a pośrodku niej lśniło małe jeziorko.
Przy słabym świetle łojówki zobaczył na wodzie to, o czym mówił stary kulawy szewc: złotą kaczkę, całą lśniącą, piórko przy piórku.
— A tuś, tuś, kaczuszko! — zawołał cicho.
I nagle kaczka zmieniła się w prześliczną dziewczynę: królewnę o złotych włosach sięgających ziemi, ustach jak malina i oczach jak gwiazdy. Nikt piękniejszej nie widział.
— Czego chcesz ode mnie, chłopcze? — spytała.
— Niczego, dostojna królewno — odpowiedział Lutek. — Zrobię to, co każesz.
— Dobrze. Więc słuchaj: dostaniesz takie skarby, jakich nikt na świecie nie ma i mieć nie będzie, będziesz panem i bogaczem, jeśli dotrzymasz co do joty tego, co ci powiem. Masz tu sakiewkę, a w niej sto dukatów. Do jutrzejszego wieczora musisz je wydać co do grosza, ale tylko na siebie, na własne potrzeby. Ani grosza nie wolno ci dać nikomu innemu. Pamiętaj o tym.
Lutek roześmiał się.
— I cóż w tym trudnego? Będę jadł, będę pił, będę się bawił, wydam sto dukatów, i już.
— Wydaj je tak, jak mówię, a potem otworzą się przed tobą prawdziwe kopalnie złota. Ale pamiętaj: ani grosza nikomu.
— Zgoda, królewno. Dawajcie sakiewkę.
Podała mu sakiewkę, roześmiała się jakoś dziwnie i zniknęła. Lutkowi zrobiło się nieswojo. Ledwie dogramolił się do okienka, wylazł na Tamkę i pobiegł co sił do domu na Stare Miasto.
Nazajutrz od samego rana wybrał się Lutek w miasto. Najpierw trzeba się ubrać jak panicz, pomyślał. Poszedł na Świętojerską, kupił kapelusz, ubranie, płaszcz i do tego laseczkę. Prawdziwy hrabia, nie inaczej.
Chodził, pogwizdywał, laseczką pomachiwał, ale nie wiedział, co dalej. Sto dukatów wydać tylko na siebie samego to nie taka prosta sprawa, jak się zdawało.
Zgłodniał, bo była już dziesiąta. Wstąpił do gospody, kazał sobie podać kiełbasy, kiszki, chleba i piwa, i jadł, aż mu się uszy trzęsły. Najadł się tak, że starczyłoby na trzy dni.
— Ile płacę? — spytał.
— Dwa złote, paniczu, a i dziesięć groszy napiwku by się przydało.
Dwa złote! Przy stu dukatach to jak kropla w morzu. Trzeba wymyślić coś lepszego.
Wynajął więc na poczcie bryczkę z czwórką koni, pocztylion zagrał na trąbce i pojechali do Wilanowa. U wejścia do parku dał odźwiernemu cały dukat, spacerował po ogrodach, aż minęło południe. Potem wrócił do Warszawy, a pieniędzy wydał ledwie pięć dukatów.
Zobaczył afisz: Teatr Narodowy. Nigdy w teatrze nie był, bo i skąd, kiedy miejsce kosztowało dwa złote. Wszedł, ubawił się setnie, wyszedł uradowany.
Zrobiło się już późno, a Lutek wciąż nie wiedział, co zrobić z resztą pieniędzy. Szedł zamyślony, gdy na rogu ulicy zobaczył zgarbionego starca.
— Panie — powiedział starzec — drugi dzień nic w ustach nie miałem. Byłem żołnierzem, paniczu, pod Somosierrą, pod Smoleńskiem, pod Moskwą, przy księciu Józefie pod Lipskiem. Zlitujcie się nade mną.
Lutek przyjrzał się starcowi: był bez jednej ręki, a na piersi miał wstążeczki orderów, Legię Honorową i Virtuti Militari.
Bez namysłu sięgnął do kieszeni i wysypał staruszkowi w dłoń garść złota.
— Niech ci Bóg zapłaci, paniczu! Bądźcie szczęśliwi i bogaci!
I wtedy błysnęło, zagrzmiało, a przed oczami Lutka stanęła znów zaklęta królewna.
— Nie dotrzymałeś obietnicy. Wydałeś pieniądze nie na siebie.
I zniknęła na zawsze.
Lutek rozejrzał się, oszołomiony. Starzec stał tam, gdzie stał wcześniej, i rzekł spokojnie:
— Nie dukat daje szczęście, paniczu, tylko praca i zdrowie. Ten pieniądz coś wart, który się zarobiło, a to, co się dostaje za darmo, na dobre nie wychodzi.
Lutek wrócił do domu zadowolony, choć niewiele rozumiał z tego, co się stało. Obudził się rano bez grosza przy duszy: na siebie wydał niecałe dziesięć dukatów, resztę oddał staremu żołnierzowi. Ale od tego dnia zaczęło mu się wieść jak nigdy dotąd. Szybko wyzwolił się na czeladnika, niedługo potem został majstrem, ożenił się z dziewczyną piękną i dobrą, doczekał się dzieci i przeżył długie lata w zdrowiu, dostatku i szczęściu.
A o złotej kaczce nigdy więcej nie było słychać. I chwała Bogu, bo musiała to być zła istota, skoro za warunek postawiła: dla siebie, nie dla nikogo innego. Nie tak trzeba myśleć i czuć po polsku. U nas jest inaczej: najpierw temu, kto w potrzebie, a dopiero potem sobie. Wtedy każdej pracy Pan Bóg dopomoże.
Na nowo opowiedziane przez Talerie, Źródło: Legendy warszawskie (otwiera się w nowym oknie)
Licencja: Domena publicznaTen tekst możesz kopiować, zmieniać i wykorzystywać dowolnie. Link do Talerie ucieszy, ale nie jest wymagany.CC0 1.0 (otwiera się w nowym oknie)
