
Biedny szewczyk Lutek odnajduje w lochach na Ordynackiej złotą kaczkę, zaklętą królewnę, która daje mu sto dukatów pod warunkiem, że wyda je tylko na siebie. Lutek oddaje resztę złota głodnemu żołnierzowi i traci obiecane skarby, ale odtąd szczęści mu się w pracy: zostaje majstrem, żeni się i żyje w dostatku.
Dawno temu na Starym Mieście w Warszawie żył młody szewczyk Lutek. Był to chłopak dobry, wesoły i pracowity, tylko biedny jak mysz kościelna.
Lutek terminował u pewnego majstra, który zbierał grosz do grosza, a z groszy odkładał talary i złote dukaty. U chłopaka za to bieda aż piszczała.
Majster niby go karmił, ale co to było za jedzenie! Rzadka zupa na wodzie, kartofle i nic więcej. Niby go też ubierał, tylko że w swoje stare łachy, które ledwo trzymały się kupy i spadały z chudego chłopaka. Pies by takiej biedy nie wytrzymał, a co dopiero człowiek.
Wszyscy powtarzali Lutkowi: „Miej cierpliwość, poczekaj, będzie lepiej”. Ale kiedy? Mijał rok za rokiem, a bieda jak była, tak była.
Wreszcie Lutek miał dość i postanowił uciec do wojska. „Zostanę żołnierzem”, myślał. „A jak zjawi się jakiś nowy Napoleon, to może i generałem zostanę, a nawet marszałkiem”.
Na razie jednak Lutek zaciskał zęby i czekał.
Pewnego wieczoru chłopak poszedł w gości do znajomego czeladnika, któremu wiodło się całkiem nieźle, bo szył buty dla oficerów gwardii. Jedli, pili, gawędzili, aż rozmowa zeszła na dawne warszawskie opowieści. Wtedy odezwał się stary, kulawy szewc:
— Ho, ho! U nas w Warszawie łatwo i o pieniądze, i o sławę. Trzeba tylko mieć odwagę i olej w głowie.
Lutek od razu się zaciekawił.
— A to jak? Opowiedzcie!
— Na Ordynackiej, w podziemiach starego zamku, mieszka królewna zaklęta w złotą kaczkę — odparł kulawy szewc. — Kto ją odnajdzie, ten wygrał. Ona mu powie, jak zdobyć ogromne skarby i zostać wielkim bogaczem.
— A gdzie to, mówicie?
— Na Ordynackiej, w lochach starego zamczyska.
— A kiedy?
— W noc świętojańską.
Lutek zapamiętał każde słowo. Do nocy świętojańskiej zostały tylko trzy dni.
Nadszedł ciepły, gwiaździsty czerwcowy wieczór. Na ulicach Warszawy roiło się od ludzi. Spacerowały śliczne panny, a przy nich młodzi panowie, najwięcej wojskowych: ułani, strzelcy konni, piechurzy i artylerzyści. Dzwoniły ostrogi, pobrzękiwały szable, aż miło było popatrzeć.
Lutek szedł Krakowskim Przedmieściem, potem Nowym Światem, aż skręcił w Ordynacką. Tam się przeżegnał, bo był już blisko.
Zszedł w dół ulicą Tamką, bo tam właśnie było wejście do lochów. Nie bał się, skądże! Tylko jakoś nieswojo mu było, bo kto wie, czy nie przyjdzie mu się zadawać ze złym duchem. Ale skoro już postanowił, trzeba było iść.
Od strony Tamki, nisko nad ulicą, było okienko bez szyby, tylko z kratą. Lutek wspiął się po wystających cegłach, szepnął: „W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego”, i chudy jak patyk przecisnął się między prętami do środka.
W środku panowała ciemność. Lutek zapalił łojową świeczkę i ruszył długim, wąskim, krętym korytarzem, który prowadził coraz niżej i niżej. Po jakimś kwadransie wyszedł do wielkiej sklepionej piwnicy, a pośrodku niej lśniło małe jeziorko.

W słabym świetle świeczki Lutek zobaczył, że po wodzie pływa złota kaczka i szeleści piórkami. A więc stary szewc mówił prawdę!
— Taś, taś, kaczuszko! — zawołał cicho Lutek.
W jednej chwili kaczka zamieniła się w przepiękną królewnę. Złote włosy sięgały jej do ziemi, usta miała jak maliny, oczy jak gwiazdy, a twarz tak cudną, że aż dech zapierało.
— Czego ode mnie chcesz, chłopcze? — zapytała królewna.
— Jaśnie wielmożna królewno — odpowiedział Lutek — ja niczego nie chcę. Zrobię tylko to, co mi rozkażesz.
— Dobrze — rzekła królewna. — Zdobędziesz skarby, jakich nikt na świecie nie ma i mieć nie będzie. Zostaniesz wielkim panem i bogaczem, jeżeli co do joty spełnisz to, co ci powiem.
— Słucham, jaśnie wielmożna!
— Oto sakiewka, a w niej sto dukatów. Jutro, do końca dnia, musisz je wydać, ale tylko na siebie, na własne potrzeby. Nie wolno ci dać z tego złota nikomu ani grosza. Pamiętaj: ani grosza nikomu!

Lutek roześmiał się na całe gardło.
— Ha, ha! Cóż w tym trudnego? Będę jadł, pił i hulał! Wydam sto dukatów, a co potem?
— A potem staną przed tobą otworem niezmierzone skarby, prawdziwe kopalnie złota. Ale pamiętaj: ani grosza nikomu!
— Zgoda, królewno! Dawaj sakiewkę!
Królewna podała Lutkowi sakiewkę, zaśmiała się jakoś dziwnie i znikła.
Szewczyka ogarnął strach. Ledwie wygramolił się przez okienko na Tamkę, a potem pędem uciekł na Stare Miasto.
Nazajutrz od samego rana Lutek wyruszył na miasto. „Od czego by tu zacząć?”, pomyślał. „Chyba najpierw trzeba się ubrać jak panicz”.
Poszedł na Świętojerską, do sklepów z ubraniami, i kupił sobie kapelusz, nowe ubranie i elegancki płaszcz. Sprawił sobie nawet laseczkę. Wyglądał jak prawdziwy hrabia!
Szedł, pogwizdywał, wymachiwał laseczką i nie wiedział, co robić dalej. Nie tak łatwo wydać sto dukatów! Sto dukatów, i to na samego siebie!
Około dziesiątej Lutek okropnie zgłodniał. Nic dziwnego, był młody i zdrowy. Wstąpił do gospody i zamówił kiełbasę, kaszankę, piwo i bułki. Jadł, aż mu się uszy trzęsły, i najadł się chyba na trzy dni.
— Ile płacę? — zapytał.
— Dwa złote — odpowiedział gospodarz.
— Dwa złote? Nie więcej?
— Dwa złote, paniczu. I przydałoby się jeszcze z dziesięć groszy napiwku.
No i wydaj tu sto dukatów! Trudno, trzeba było coś wymyślić.
Lutek postanowił wybrać się za miasto. Wynajął na poczcie bryczkę z czwórką koni i pojechał do Wilanowa, a pocztylion przez całą drogę grał na trąbce. Ależ to była uciecha!

W Wilanowie Lutek zapłacił odźwiernemu całego dukata za wstęp do parku i spacerował po ogrodzie, dopóki się nie napatrzył. Minęło południe, pora była wracać. W Warszawie znowu nie wiedział, co począć, bo wydał dopiero niecałe pięć dukatów.
Na rogu ulicy wisiał afisz Teatru Narodowego. No proszę! Lutek poszedł do teatru. Nigdy wcześniej w nim nie był, bo i skąd miałby wziąć pieniądze? Miejsce kosztowało aż dwa złote. Uśmiał się, nacieszył i wyszedł zadowolony.
Zrobiło się późno. Czasu zostało niewiele, a Lutek, jak Boga kocham, nie miał pojęcia, co zrobić z resztą pieniędzy. Szedł i rozmyślał. Wtem na rogu zaułka zobaczył zgarbionego starca.
— Panie — odezwał się starzec — już drugi dzień nic nie miałem w ustach. Jestem starym żołnierzem, paniczu. Byłem pod Somosierrą, pod Smoleńskiem, pod Moskwą, a pod Lipskiem walczyłem przy księciu Józefie. Poratuj mnie!
Lutek przyjrzał się starcowi. Był to inwalida bez ręki, a na jego piersi błyszczały wstążki orderów: Legii Honorowej i Virtuti Militari.
Lutek dobrze pamiętał, co przykazała mu królewna. Mimo to sięgnął do kieszeni, wyjął garść złota i dał ją staremu żołnierzowi.

— Bóg ci zapłać, paniczu! Bóg ci zapłać! Będziesz szczęśliwy i bogaty!
W tej samej chwili błysnęło i zagrzmiało. Przed oczami Lutka mignęła zaklęta królewna.
— Nie dotrzymałeś obietnicy! Nie na siebie wydałeś pieniądze!
I znikła na zawsze.
Szewczyk rozejrzał się. Stary żołnierz stał tam, gdzie przedtem, i powiedział:
— Nie dukat daje szczęście, paniczu, tylko praca i zdrowie. Coś jest wart tylko ten grosz, który się zarobiło, a darowany na złe wychodzi.
Lutek wrócił do domu radosny i spokojny. Rano obudził się bez grosza w kieszeni. Na siebie wydał może z dziesięć dukatów, a całą resztę oddał staremu żołnierzowi. Ale od tej pory wiodło mu się jak nigdy.
Wkrótce Lutek został czeladnikiem, niedługo potem majstrem. Ożenił się z piękną i dobrą panną, wychował dzieci i żył długie lata w zdrowiu, dostatku i szczęściu.
A o złotej kaczce wszelki słuch zaginął. I dzięki Bogu! Musiała to być zła boginka, skoro stawiała taki warunek: sobie, nie innym.
Nie tak się myśli i czuje po polsku! U nas jest odwrotnie: najpierw biednemu, potem sobie.
A wtedy każdej pracy dopomoże Pan Bóg.
Opowiedziała na nowo Talerie, źródło: Legendy warszawskie (otwiera się w nowym oknie)Licencja: Domena publicznaTen tekst możesz kopiować, zmieniać i wykorzystywać dowolnie. Link do Talerie nas ucieszy, ale nie jest wymagany.CC0 1.0 (otwiera się w nowym oknie)
