
Krawczyk, który jednym ciosem zabija siedem much, wyrusza w świat z haftowanym pasem i podstępem pokonuje olbrzymów, jednorożca i dzika, zdobywając rękę królewny. Gdy młoda królowa słyszy w nocy, jak mąż przez sen mamrocze o łataniu spodni i szyciu kaftana, przestraszeni słudzy uciekają, a krawczyk zostaje królem.
Pewnego letniego poranka krawczyk siedział przy oknie i szył ze wszystkich sił, gdy ulicą przeszła wieśniaczka, wołając, że sprzedaje dobre powidła. Krawczyk wychylił się z okna, kupił sobie ćwierć funta i posmarował nim całą kromkę chleba, lecz odłożył ją na później, chcąc najpierw skończyć kaftan. Zapach słodkich powideł zwabił jednak całą chmarę much, a gdy krawczyk je przegonił, wróciły w jeszcze większej liczbie. W końcu stracił cierpliwość, chwycił szmatkę i uderzył nią z całej siły. Kiedy policzył martwe muchy, było ich aż siedem. Zdumiony własną odwagą, natychmiast uszył sobie pas i wyhaftował na nim wielkimi literami: „Siedmiu jednym ciosem!”. Postanowił, że nie tylko miasto, ale cały świat ma się o tym dowiedzieć, i serce zabiło mu z radości.

Przepasał się nowym pasem i ruszył w świat, uznawszy, że jego warsztat jest zbyt ciasny na tak wielką odwagę. Zabrał ze sobą jedynie kawałek starego sera, a przy bramie miasta złapał ptaka uwięzionego w krzakach i schował go do kieszeni obok sera. Szedł lekko i żwawo, aż droga zaprowadziła go na wysoką górę, gdzie siedział olbrzym, spokojnie rozglądając się po świecie. Krawczyk podszedł do niego śmiało i zapytał, czy nie ma ochoty ruszyć razem z nim w drogę. Olbrzym spojrzał na niego z pogardą i nazwał go nędznym łachudrą.
— Coś takiego! — oburzył się krawczyk, rozpinając kaftan, żeby pokazać pas. — Poczytaj sobie, jakim jestem człowiekiem.
Olbrzym przeczytał napis na pasie: „Siedmiu jednym ciosem”, i pomyślał, że chodzi o zabitych ludzi, więc nabrał do małego człowieczka nieco respektu. Postanowił go jednak wypróbować: ścisnął w dłoni kamień tak mocno, że pociekła z niego woda, i kazał krawczykowi zrobić to samo. Ten sięgnął do kieszeni po miękki ser i ścisnął go, aż pociekła z niego serwatka. Olbrzym rzucił potem kamieniem tak wysoko, że zniknął z oczu, a krawczyk w odpowiedzi wypuścił z kieszeni ptaka, który wzbił się w powietrze i już nigdy nie wrócił.
— Rzucać to ty potrafisz — przyznał olbrzym — ale zobaczymy, czy udźwigniesz coś porządnego.
Zaprowadził go do powalonego dębu i kazał pomóc nieść pień. Krawczyk zgodził się chętnie, prosząc tylko, by olbrzym niósł pień na ramieniu, bo on sam zajmie się gałęziami, jako że to podobno najcięższa część. Usiadł więc na jednej z gałęzi, a olbrzym, który nie mógł się obejrzeć, dźwigał całe drzewo razem z krawczykiem, niczego nie podejrzewając. Gdy wreszcie zmęczony poprosił, żeby mógł upuścić pień, krawczyk zeskoczył zwinnie na ziemię, chwycił drzewo obiema rękami, jakby sam niósł je przez całą drogę, i wytknął olbrzymowi, że taki wielki chłop nie potrafi unieść jednego drzewa.

Poszli dalej razem i po drodze minęli wiśnię. Olbrzym schylił koronę drzewa z najdojrzalszymi owocami i podał ją krawczykowi, żeby mógł jeść, lecz ten był zbyt słaby, by ją utrzymać, i gdy olbrzym puścił gałąź, drzewo wystrzeliło w górę, unosząc krawczyka wysoko w powietrze. Kiedy spadł bez szwanku na ziemię, olbrzym zapytał, czy brak mu siły utrzymać taką cienką witkę.
— Siły mi nie brakuje — odparł krawczyk. — Myślisz, że to coś trudnego dla kogoś, kto zabija siedmiu jednym ciosem? Przeskoczyłem przez drzewo, bo w dole strzelali myśliwi. Spróbuj, jeśli potrafisz.
Olbrzym spróbował, lecz nie zdołał przesadzić drzewa i utknął w gałęziach, więc i tym razem górą był krawczyk. Zaprosił go potem na nocleg do jaskini, gdzie przy ogniu siedziało jeszcze kilku innych olbrzymów, jedząc pieczone barany. Krawczykowi wskazano łóżko, lecz było ono na niego stanowczo za duże, więc zamiast się w nim położyć, wsunął się do kąta. O północy olbrzym, przekonany, że mały gość twardo śpi, wziął żelazny drąg i przetrącił łóżko jednym ciosem, myśląc, że skończył z natrętnym pasikonikiem. Rankiem olbrzymy poszły do lasu, zupełnie zapomniawszy o krawczyku, a gdy ten nagle wyszedł im naprzeciw, żwawy i wesoły, tak się przestraszyli, że w popłochu uciekli.

Krawczyk ruszył dalej, gdzie oczy poniosły, aż trafił na dziedziniec królewskiego pałacu. Zmęczony, położył się w trawie i zasnął. Ludzie, którzy go tam znaleźli, odczytali napis na pasie: „Siedmiu jednym ciosem!”, i uznali, że musi to być potężny wojownik, który przydałby się na wypadek wojny. Pobiegli z tą wieścią do króla, a ten wysłał do śpiącego posłańca z propozycją służby. Krawczyk, gdy się obudził, chętnie przystał na tę propozycję i został przyjęty z honorami.
Żołnierze króla znienawidzili go jednak od pierwszej chwili.
— Co z tego wyniknie — mówili między sobą — jeśli posprzeczamy się z nim, a on uderzy? Przecież siedmiu jednym ciosem, żaden z nas się nie ostanie.
Zebrali się więc gromadą i poprosili króla o zwolnienie ze służby.
— Nie potrafimy wytrzymać obok człowieka — tłumaczyli — który zabija siedmiu jednym ciosem.
Król zasmucił się, bo nie chciał tracić wiernych sług dla jednego przybysza, lecz bał się też odprawić krawczyka, żeby ten w gniewie nie wybił mu całego wojska i nie zasiadł na tronie. Po długim namyśle wpadł na pomysł: w jednym z lasów jego królestwa grasowały dwa olbrzymy, sponiewierając okolicę rabunkiem i pożogą, tak że nikt nie śmiał się do nich zbliżyć. Jeśli krawczyk pokona obu olbrzymów, król odda mu za żonę jedyną córkę i połowę królestwa w posagu, a do pomocy przydzieli mu stu jeźdźców.
„To coś dla takiego jak ja”, pomyślał krawczyk uradowany, i odpowiedział, że poradzi sobie bez pomocy jeźdźców.
— Kto zabija siedmiu jednym ciosem — dodał — ten nie boi się dwóch.
Ruszył więc do lasu, a stu jeźdźców zostało na skraju, jak kazał. W środku puszczy odnalazł obu olbrzymów śpiących pod drzewem, aż gałęzie drżały od chrapania. Napełnił obie kieszenie kamieniami, wspiął się na drzewo i zaczął zrzucać kamyki na pierś jednego z olbrzymów. Ten, obudzony, obwinił towarzysza o uderzenie, choć tamten się wypierał; posprzeczali się chwilę i znów zasnęli. Krawczyk powtórzył sztuczkę na drugim olbrzymie, a potem cisnął w pierwszego z całej siły największym kamieniem, jaki miał. Rozwścieczony olbrzym rzucił się na towarzysza, oskarżając go o cios, tamten oddał tym samym, i tak się okładali, wyrywając drzewa z korzeniami, aż obaj padli martwi. Krawczyk zeskoczył z drzewa i ruszył ku jeźdźcom.

Wyszedł potem do jeźdźców.
— Praca skończona, obaj olbrzymi nie żyją — oznajmił — choć bronili się zażarcie, wyrywając drzewa z korzeniami. Ale cóż to pomoże, gdy przychodzi ktoś taki jak ja, co zabija siedmiu jednym ciosem.
Jeźdźcy z niedowierzaniem pojechali do lasu i rzeczywiście znaleźli olbrzymów leżących we krwi, otoczonych powyrywanymi drzewami.
Król jednak żałował obietnicy i wymyślił krawczykowi kolejne zadanie: w lesie grasował jednorożec czyniący wielkie szkody, a krawczyk miał go najpierw schwytać.
— Jednorożca boję się mniej niż dwóch olbrzymów — odparł krawczyk. — Siedmiu jednym ciosem to moja specjalność.
Wziął ze sobą sznur i siekierę i poszedł do lasu. Jednorożec nie kazał długo na siebie czekać, ruszył prosto na krawczyka, jakby chciał go nadziać na róg. Krawczyk poczekał, aż zwierzę było tuż obok, po czym zwinnie schował się za drzewo, a jednorożec z rozpędu wbił róg w pień tak głęboko, że nie zdołał go wyciągnąć. W ten sposób został schwytany: krawczyk zarzucił mu sznur na szyję, siekierą wyciął róg z pnia i odprowadził zwierzę do króla.

Król wciąż zwlekał z nagrodą i postawił trzeci warunek: krawczyk miał schwytać dzikiego wieprza pustoszącego las, tym razem z pomocą myśliwych. Krawczyk poszedł jednak sam, czym myśliwi byli szczerze zadowoleni, bo dzik już nieraz dał im się we znaki. Gdy zwierzę zobaczyło krawczyka, rzuciło się na niego z pianą na pysku, ten jednak wskoczył do pobliskiej kapliczki i natychmiast wyskoczył przez okno. Dzik wpadł za nim do środka, a krawczyk obiegł budynek i zatrzasnął drzwi, uwięziwszy rozjuszone zwierzę, które było zbyt ciężkie, by wyskoczyć przez okno. Zawołał myśliwych, by na własne oczy zobaczyli schwytanego dzika, po czym udał się do króla, który teraz, chcąc nie chcąc, musiał dotrzymać słowa. Oddał mu córkę i połowę królestwa. Wesele wyprawiono z wielką pompą, choć niewielką radością, i tak z krawca zrobił się król.

Po pewnym czasie młoda królowa usłyszała w nocy, jak jej mąż mówi przez sen.
— Chłopcze, uszyj mi kaftan i połataj spodnie, bo inaczej dostaniesz łokciem po uszach! — mamrotał krawczyk przez sen.
Zrozumiała wtedy, z jakiej ulicy pochodzi jej mąż, i poskarżyła się rano ojcu, prosząc, by uwolnił ją od człowieka, który jest zwykłym krawcem. Król ją pocieszył i poradził, by następnej nocy zostawiła drzwi komnaty otwarte: jego słudzy mieli wejść, gdy krawczyk zaśnie, związać go i zawieźć na statek, który uwiezie go daleko w świat. Królowa się zgodziła, lecz giermek króla, który wszystko podsłuchał, sprzyjał krawczykowi i zdradził mu cały plan.
— Temu ja zaraz zapobiegnę — powiedział krawczyk.
Wieczorem położył się z żoną do łóżka jak zwykle, a gdy sądziła, że już śpi, wstała, otworzyła drzwi i wróciła do łóżka. Krawczyk, który tylko udawał sen, zawołał wtedy donośnym głosem:
— Chłopcze, uszyj mi kaftan i połataj spodnie, bo inaczej dostaniesz łokciem po uszach! Ja, siedmiu jednym ciosem, zabiłem dwóch olbrzymów, schwytałem jednorożca i złapałem dzika. Miałbym się bać tych, co stoją za drzwiami?
Słudzy, słysząc to, ogarnęła taka trwoga, że rzucili się do ucieczki, jakby ich gonił sam diabeł, i żaden z nich nigdy więcej nie odważył się do niego zbliżyć. Tak też krawczyk pozostał królem do końca swoich dni.
Na nowo opowiedziane przez Talerie, Źródło: Kinder- und Hausmärchen (otwiera się w nowym oknie)
Licencja: Domena publicznaTen tekst możesz kopiować, zmieniać i wykorzystywać dowolnie. Link do Talerie ucieszy, ale nie jest wymagany.CC0 1.0 (otwiera się w nowym oknie)

