Przejdź do treści
Wędrowiec miesza nocą wielki parujący kocioł nad płonącym paleniskiem w wiejskiej chacie, a starsza kobieta zagląda ciekawie.

Zupa z kamienia

Nils Gabriel Djurklou

5 min czytania4–10 lat

Zmęczony wędrowiec przekonuje oszczędną staruszkę, by ugotowała dla niego rzekomą zupę z kamienia, a ona krok po kroku dorzuca do garnka coraz lepsze składniki, sama nie zauważając, że to właśnie one, a nie kamień, tworzą prawdziwą ucztę. Rano wdzięczna gospodyni żegna sprytnego gościa suto obdarowanego, przekonana, że nauczyła się cennej sztuczki, podczas gdy on rusza dalej w swoją drogę z uśmiechem.


Wędrowiec szedł przez gęsty las. Zapadał zmierzch, a nigdzie w pobliżu nie było dachu nad głową, gdy między drzewami dostrzegł błysk światła. Dochodziło ono z małej chaty, gdzie na kominku wesoło trzaskał ogień. Zapukał do drzwi i wyszła mu naprzeciw stara kobieta, szczelnie owinięta przed zimnem.

— Dobry wieczór i szczęść Boże w tej chacie — powiedział wędrowiec, uchylając kapelusza.

Zapytała, skąd on się właściwie wziął.

— Z krainy na południe od słońca i na wschód od księżyca — odparł. — A teraz wracam już do domu, bo zdaje się, że widziałem każdy zakątek świata prócz tej jednej parafii.

Zapytał, czy nie znalazłaby dla niego kącika podłogi na noc.

Nie chciała o tym słyszeć. Mąż był w podróży, jej chata to nie karczma dla wędrowców, a poza tym, jak powiedziała, w całym domu nie było ani okruszyny jedzenia. Ale wędrowiec prosił tak słodko i nalegał tak długo, niczym głodny pies drapiący w drzwi, że w końcu ustąpiła i pozwoliła mu położyć się przy ogniu.

Gdy już był w środku, szybko dostrzegł, że wcale nie jest tak biedna, jak twierdziła. Po prostu oszczędnie gospodarowała tym, co miała, oszczędniej niż większość ludzi. Mimo to zapytał najcieplejszym głosem, czy nie znalazłaby dla niego czegoś do jedzenia.

— A skądże ja to wezmę? — odpowiedziała. — Sama nie miałam nic w ustach od rana.

— Biedna babciu, musisz być na wpół głodna — powiedział wędrowiec z całym współczuciem. — No cóż, wygląda na to, że to ja będę musiał ciebie nakarmić, zamiast na odwrót. Pożyczysz mi garnek?

Ciekawość wzięła w niej górę i przyniosła mu garnek. Napełnił go wodą i podsycił ogień, aż buchnął gorącym płomieniem, po czym sięgnął do kieszeni i wyjął mały, gładki, okrągły kamień. Obrócił go trzy razy w dłoni i wrzucił do garnka z pluskiem.

— A cóż to niby ma się stać? — zapytała.

— Zupa z kamienia — powiedział wędrowiec, mieszając drewnianą łyżką, jakby to była najzwyklejsza rzecz na świecie.

W życiu nie słyszała o gotowaniu zupy z kamienia i ciekawość przemogła w niej skąpstwo.

— Zwykle wychodzi z tego niezły rosół — powiedział jej wędrowiec — choć ta porcja będzie rzadka, bo tego samego kamienia używam już cały tydzień.

Wzruszył ramionami i dorzucił mały wierszyk:

— Kamień da ci rosołu, lecz rzadki się zdarza, garść owsianych płatków go zgęści, jak trza.

Cóż, nie mogła na to pozwolić, skoro dobry rosół był już tak blisko. Poszła więc i wróciła z porządną garścią owsianych płatków, a wędrowiec wsypał je do garnka.

— A to — powiedział, próbując — byłoby już dość dobre, żeby postawić przed gośćmi. Choć trochę solonej wołowiny i kilka ziemniaków uczyniłoby to godnym pańskiego stołu.

Znalazła więc i wołowinę, i ziemniaki, a gdy wszystko trafiło do garnka, cała chata zaczęła pachnieć kuchnią, w której warto poczekać na obiad.

— Wystarczająco wspaniałe na najprzedniejszy stół w całym kraju — powiedział, a ona kręciła głową ze zdumienia. — I to wszystko z jednego małego kamienia!

— Trochę jęczmienia teraz i kropla mleka — powiedział — a moglibyśmy podać to samemu królowi. Wiem to z pewnością, bo sam kiedyś służyłem w królewskiej kuchni.

Z szeroko otwartymi oczami pobiegła do własnej krowy, świeżo po ocieleniu, i przyniosła zarówno jęczmień, jak i ciepłe mleko. Wmieszał wszystko do garnka, powoli i z powagą jak niejeden kucharz na dworze królewskim, a ona patrzyła na niego, jakby czarował w jej własnej kuchni.

— Jeden kamień — mruknęła do siebie — a patrzcie, w co się zamienia.

Wreszcie wyjął kamień z garnka chochlą.

— Otóż to — powiedział. — Teraz to już prawdziwa uczta. Choć uprzedzam, król z królową do takiej zupy zawsze biorą kieliszek czegoś mocnego, kawałek dobrego chleba i czysty obrus na stole.

Do tego momentu staruszka poczuła się dość wytwornie i nie zamierzała dać się prześcignąć żadnemu królowi. Na stół trafiły więc i nalewka, i kieliszki, i masło, i ser, i wędzone mięso, aż jej mały stół wyglądał jak na weselu. Nigdy w życiu nie jadła takiej kolacji ani nie próbowała takiej zupy, a wszystko to, powtarzała sobie, z jednego kamienia. Tak się ucieszyła, że nauczyła się takiej oszczędnej sztuczki, że nie mogła zrobić dla gościa dość. Jedli i pili razem, śmiejąc się z tego cudu, aż oboje zrobili się senni i syci.

Kiedy szykował się, by ułożyć się na podłodze jak poprzedniego wieczoru, nie chciała o tym słyszeć. Gość, który potrafi tak gotować, zasługuje na porządne łóżko, oznajmiła, i porządne łóżko dostał.

Rano dała mu kawę, kieliszek na rozgrzewkę na drogę i błyszczącą monetę.

— Dziękuję za to, czego mnie nauczyłeś — powiedziała. — Odtąd będę żyła dostatnio, bo teraz wiem, jak ugotować zupę z kamienia.

— To wcale nie takie trudne — powiedział wędrowiec, mrugając okiem, i dorzucił jeszcze jeden wierszyk. — Kamień w zupie sam nie nakarmi nikogo, liczy się to, co dorzucisz do niego.

Uchylił kapelusza i ruszył w swoją drogę.

Staruszka stała długo w progu, patrząc, jak robi się coraz mniejszy na drodze, i jeszcze mniejszy, aż wchłonął go las.

— Tacy ludzie — powiedziała w końcu, kręcąc głową — nie rosną na każdym krzaku.

Na nowo opowiedziane przez Talerie

Źródło: The Old Woman and the Tramp, from Djurklou’s Fairy Tales from the Swedish (trans. H. L. Brækstad), in Tales of Laughter, ed. Wiggin & Smith (Project Gutenberg #54734)

Domena publiczna Ten tekst możesz kopiować, zmieniać i wykorzystywać dowolnie. Link do Talerie ucieszy, ale nie jest wymagany.