
Zupa z kamienia
7 min czytania od 4 lat talerie.com/pl/bajki/zupa-z-kamienia
Wędrowiec prosi w leśnej chacie o nocleg, ale gospodyni zarzeka się, że nie ma w domu ani okruszyny. On jednak widzi, że kobiecie wcale nie wiedzie się tak źle, jak udaje. Pożycza więc garnek, wrzuca do wody gładki kamień i mówi, że gotuje zupę z kamienia.
Szedł raz lasem wędrowiec. Domy stały tu tak daleko od siebie, że nie miał już nadziei znaleźć noclegu, zanim zapadnie noc. Nagle między drzewami mignęło mu światło. Podszedł bliżej i zobaczył chatę, a w niej ogień płonący na palenisku. „Ależ by było dobrze ogrzać się przy takim ogniu i zjeść cokolwiek”, pomyślał i powlókł się w stronę chaty.
Wtedy wyszła mu naprzeciw stara kobieta.

— Dobry wieczór! Dobrze, że kogoś tu spotykam — powiedział wędrowiec.
— Dobry wieczór — odpowiedziała kobieta. — A skąd to idziesz?
— Z krainy na południe od słońca i na wschód od księżyca — odparł wędrowiec. — Teraz wracam do domu, bo byłem już na całym świecie, tylko w tej okolicy jeszcze nie.
— To musisz być wielki podróżnik — powiedziała kobieta. — A czego tu szukasz?
— Ano noclegu na jedną noc.
— Tak też myślałam — powiedziała kobieta. — Ale możesz od razu iść dalej, bo mojego męża nie ma w domu, a ja nie prowadzę zajazdu.
— Ależ gospodyni — powiedział wędrowiec — nie bądź taka opryskliwa i nieużyta. Oboje jesteśmy ludźmi, a ludzie powinni sobie pomagać, bo tak jest napisane.
— Pomagać? — obruszyła się kobieta. — Pomagać! Słyszał kto coś takiego? A kto pomoże mnie, jak myślisz? Nie mam w domu ani okruszyny! Nie, szukaj sobie kwatery gdzie indziej.
Ale wędrowiec był jak wszyscy jemu podobni: po pierwszej odmowie nie uważał się jeszcze za pokonanego. Kobieta zrzędziła i narzekała, ile mogła, a on prosił i prosił, aż wreszcie ustąpiła i pozwoliła mu przespać się na podłodze.
„To bardzo uprzejmie”, pomyślał i podziękował. Był z niego wesoły człowiek i na wszystko miał rymowankę.
Lepsza podłoga pod bokiem niż zimny las pod obłokiem.
Kiedy wszedł do izby, zobaczył, że kobiecie wcale nie wiedzie się tak źle, jak udawała. Była tylko chciwa i skąpa, z tych najgorszych, i wiecznie na wszystko narzekała.
Zrobił się więc bardzo miły i najuprzejmiej, jak umiał, poprosił o coś do jedzenia.
— A skąd niby mam to wziąć? — powiedziała kobieta. — Sama przez cały dzień nie miałam nic w ustach.
Ale wędrowiec był człowiekiem sprytnym.
— Biedna babciu, to ty musisz być głodna — powiedział. — No cóż, w takim razie chyba ja zaproszę ciebie na kolację.
— Ty mnie zaprosisz? — prychnęła kobieta. — Nie wyglądasz na kogoś, kto może kogokolwiek na cokolwiek zaprosić. Ciekawa jestem, czym ty mnie niby chcesz poczęstować.
— Powiem ci tak — odparł wędrowiec.
Kto po świecie chodzi śmiało, ten zobaczy niemało, a kto wiele zobaczy, temu spryt na wszystko starczy.
— Kto głowy nie traci, temu się opłaci. Pożycz mi garnek, babciu!
Kobietę zżerała ciekawość, jak łatwo zgadnąć, więc dała mu garnek.
Nalał do niego wody, postawił na ogniu i dmuchał ze wszystkich sił, aż płomienie objęły garnek dookoła. Potem wyjął z kieszeni gładki kamień, obrócił go trzy razy w dłoni i wrzucił do wody.
Kobieta wytrzeszczyła oczy.

— A co to ma być? — spytała.
— Zupa z kamienia — powiedział wędrowiec i zaczął mieszać wodę drewnianą łyżką.
— Zupa z kamienia? — powtórzyła kobieta.
— Tak jest, zupa z kamienia — potwierdził wędrowiec.
Stara kobieta niejedno w życiu widziała i słyszała, ale żeby ktoś ugotował zupę z kamienia, o tym nie słyszała nigdy.
— Biednym ludziom przydałoby się to wiedzieć — powiedziała. — Chciałabym się tego nauczyć.
— Czego nikt nie chce, to samo pcha się pod nogi — odparł wędrowiec.
Dodał, że jeśli chce się nauczyć, niech tylko patrzy, i mieszał dalej. Kobieta przykucnęła przy palenisku, objęła rękami kolana i wodziła oczami za jego dłonią.
— Zwykle wychodzi z tego dobra zupa — powiedział. — Ale dzisiaj będzie pewnie rzadka, bo cały tydzień gotuję na tym samym kamieniu. Gdyby tak wsypać garść przesianej mąki, byłoby jak trzeba. Ale czego nie ma, o tym nie ma co myśleć.
I mieszał dalej.
— Chyba gdzieś mi jeszcze trochę mąki zostało — powiedziała kobieta i poszła po nią. Mąka była dobra i drobno zmielona.

Wędrowiec zaczął ją sypać do garnka i mieszał, a kobieta patrzyła to na niego, to na zupę, aż oczy omal jej nie wyszły z orbit.
— Taka zupa byłaby już dobra dla gości — powiedział, dosypując garść za garścią. — A gdyby wrzucić do niej kawałek peklowanej wołowiny i parę ziemniaków, jedliby ją najwybredniejsi panowie. Ale czego nie ma, o tym nie ma co myśleć.
Kobieta zamyśliła się i przypomniała sobie, że ziemniaki chyba ma, a i kawałek wołowiny gdzieś się znajdzie. Przyniosła jedno i drugie, a wędrowiec mieszał dalej, ona zaś patrzyła jak przedtem.
— To będzie zupa godna największych panów w kraju — powiedział.
— No proszę! — zawołała kobieta. — I wszystko z jednego kamienia!

Bo też i wędrowiec był naprawdę niezwykłym człowiekiem, nie w ciemię bity.
— Gdyby tak jeszcze garstka jęczmienia i odrobina mleka, moglibyśmy zaprosić na tę zupę samego króla — powiedział. — Król jada ją co wieczór, wiem to na pewno, bo służyłem kiedyś u królewskiego kucharza.
— Ojej! Zaprosić króla! No proszę! — zawołała kobieta i klepnęła się w kolana. Wielkie znajomości wędrowca zupełnie ją oszołomiły.
— Ale czego nie ma, o tym nie ma co myśleć — powiedział wędrowiec.
Wtedy przypomniała sobie, że trochę jęczmienia jeszcze ma, a i mleka jej nie brakuje, bo najlepsza krowa dopiero co się ocieliła. Poszła po jedno i po drugie.
Wędrowiec mieszał, a kobieta patrzyła, raz na niego, raz na garnek.
Aż nagle wyjął z zupy kamień.
— Gotowe. Teraz się dopiero najemy — powiedział. — Tyle że do takiej zupy król z królową zawsze podają kieliszek nalewki i chociaż jedną kanapkę. No i zawsze jedzą przy nakrytym stole. Ale czego nie ma, o tym nie ma co myśleć.
Tymczasem i sama kobieta poczuła się wielką panią. Skoro tylko tyle brakuje, żeby było zupełnie jak u króla, to niech raz w życiu będzie zupełnie jak u króla. Poszła prosto do kredensu i wyjęła butelkę nalewki, kieliszki, masło i ser, wędzoną wołowinę i cielęcinę, aż stół wyglądał jak nakryty na wielkie przyjęcie.
Nigdy w życiu nie miała takiej uczty i nigdy nie jadła takiej zupy. I pomyśleć, że z samego kamienia!

Tak się cieszyła z oszczędnego sposobu gotowania, że nie wiedziała, czym jeszcze uraczyć wędrowca, który ją tego nauczył.
Jedli więc i pili, i pili, i jedli, aż zrobili się senni i zmęczeni.
Wędrowiec chciał się położyć na podłodze. Ale o tym nie było mowy, uznała kobieta.
— Taki wielki człowiek musi spać w łóżku — powiedziała.
Nie dał się długo prosić.
— Zupełnie jak w Boże Narodzenie — powiedział. — A milszej kobiety w życiu nie spotkałem. Szczęśliwy, kto trafia na tak dobrych ludzi.
Położył się w łóżku i zasnął.
Rano, kiedy się obudził, dostał najpierw kubek gorącej kawy. A na drogę kobieta dała mu jeszcze błyszczącego talara.
— I dziękuję, stokrotnie dziękuję za to, czego mnie nauczyłeś — powiedziała. — Teraz będę żyła dostatnio, skoro umiem ugotować zupę z kamienia.
— Nie ma w tym nic trudnego, trzeba tylko mieć co dobrego dorzucić — odpowiedział wędrowiec i ruszył w swoją stronę.
Kobieta stanęła w drzwiach i długo patrzyła za nim.
— Takich ludzi ze świecą szukać — powiedziała.
Opowiedziała na nowo Talerie, źródło: Tales of Laughter (otwiera się w nowym oknie) Domena publiczna Ten tekst możesz kopiować, zmieniać i wykorzystywać dowolnie. Link do Talerie nas ucieszy, ale nie jest wymagany. CC0 1.0 (otwiera się w nowym oknie)

