
Nowe szaty króla
8 min czytania5–12 lat
Próżny król zatrudnia dwóch oszustów, którzy obiecują utkać szatę widoczną jedynie dla mądrych i godnych swego urzędu, choć naprawdę nie tkają nic. Cały dwór, a w końcu i sam król, boi się przyznać, że niczego nie widzi, aż podczas wielkiej procesji jedno dziecko głośno mówi prawdę.
Dawno, dawno temu żył pewien król, dla którego nowe stroje znaczyły więcej niż cokolwiek innego na świecie. Wszystkie pieniądze wydawał na to, by wyglądać wytwornie i wspaniale. Nie dbał ani o wojsko, ani o teatr, lubił tylko przechadzać się po mieście, żeby pokazać swoje najnowsze szaty. Na każdą godzinę dnia miał osobny strój, i tak jak o innych władcach mówiono „on jest na radzie”, tak o nim mówiono zawsze: „Król jest w garderobie!”
W wielkim mieście, w którym mieszkał, panował gwarny ruch. Każdego dnia przybywało tam mnóstwo obcych. Pewnego razu zjawiło się też dwóch oszustów. Podawali się za tkaczy i twierdzili, że potrafią utkać najpiękniejszą tkaninę, jaką można sobie wyobrazić. Kolory i wzór miały być nie tylko niezwykle piękne, lecz szaty uszyte z tej tkaniny miały też cudowną właściwość: stawały się niewidzialne dla każdego, kto nie nadawał się do swojego urzędu albo był niewybaczalnie głupi.
„To dopiero byłyby wspaniałe szaty” pomyślał król. „Gdybym je miał na sobie, mógłbym się przekonać, którzy ludzie w moim królestwie nie nadają się do swoich urzędów. Odróżniłbym mądrych od głupich! Tak, ta tkanina musi zostać dla mnie utkana natychmiast!” I dał obu oszustom sporo pieniędzy z góry, żeby mogli zabrać się do pracy.
Ustawili dwa krosna i udawali, że pracują, choć na krosnach nie było zupełnie nic. Bez wahania żądali najcieńszego jedwabiu i najwspanialszego złota, lecz chowali je do własnych kieszeni, a przy pustych krosnach ślęczeli do późna w nocy.
„Chciałbym wiedzieć, jak daleko posunęli się z tkaniną” pomyślał król. Ale robiło mu się nieswojo na myśl, że ten, kto jest głupi albo nie nadaje się do swojego urzędu, nie zobaczy tej tkaniny. Wierzył wprawdzie, że sam nie ma się czego obawiać, lecz najpierw postanowił posłać kogoś innego, żeby zobaczyć, jak sprawy stoją. Wszyscy w mieście wiedzieli już, jaką niezwykłą moc ma ta tkanina, i wszyscy z niecierpliwością czekali, żeby przekonać się, jak głupi albo nieudolny jest sąsiad.
„Poślę do tkaczy mojego starego, uczciwego ministra” pomyślał król. „On najlepiej oceni, jak wygląda ta tkanina, bo ma rozum i nikt nie zna się na swoim urzędzie lepiej niż on!”
Stary, dobry minister wszedł więc do sali, gdzie obaj oszuści siedzieli przy pustych krosnach i pracowali. „Boże, miej nas w opiece” pomyślał stary minister i szeroko otworzył oczy. „Przecież ja nic nie widzę!” Ale tego nie powiedział na głos.
Obaj oszuści poprosili go, żeby podszedł bliżej, i zapytali, czy to nie piękny wzór i piękne kolory. Potem wskazali na puste krosno, a biedny stary minister otwierał oczy jeszcze szerzej, lecz nie mógł nic dostrzec, bo nic tam nie było. „Panie Boże” pomyślał, „czyżbym był głupi? Nigdy w to nie wierzyłem i nikt nie może się o tym dowiedzieć! Czyżbym nie nadawał się do swojego urzędu? Nie, nie mogę powiedzieć, że nie widzę tej tkaniny!”
— A pan nic nie mówi? — zapytał jeden z tkaczy.
— Och, jest urocza, po prostu zachwycająca! — odpowiedział stary minister, zerkając przez okulary. — Ten wzór, te kolory! Powiem królowi, że bardzo mi się podoba.
— To nas cieszy! — powiedzieli obaj tkacze i zaczęli wymieniać nazwy kolorów oraz opisywać niezwykły wzór. Stary minister uważnie słuchał, żeby powtórzyć to samo, gdy wróci do króla, i tak też zrobił.
Teraz oszuści zażądali więcej pieniędzy, więcej jedwabiu i więcej złota, rzekomo do dalszej pracy. Wszystko chowali do własnych kieszeni, a na krosno nie trafiła ani jedna nitka, choć oni sami wciąż udawali, że pracują przy pustych krosnach.
Wkrótce król wysłał kolejnego uczciwego dworzanina, żeby sprawdził, jak idzie tkanie i czy materiał jest już gotowy. Temu wiodło się dokładnie tak samo jak pierwszemu: patrzył i patrzył, lecz oprócz pustego krosna nic tam nie było, więc nic nie mógł zobaczyć.
— Czyż to nie piękna tkanina? — pytali obaj oszuści, wskazując i opisując wspaniały wzór, którego wcale nie było.
„Głupi nie jestem” pomyślał dworzanin. „Więc to mój piękny urząd mi nie odpowiada. To dość zabawne, ale nie mogę dać nic po sobie poznać!” I chwalił tkaninę, której nie widział, zapewniając oszustów o swojej radości z pięknych kolorów i wspaniałego wzoru.
— Tak, to po prostu zachwycające! — powiedział potem królowi.
Cała ludność miasta mówiła o tej wspaniałej tkaninie.
Teraz król zapragnął zobaczyć ją sam, zanim jeszcze zejdzie z krosna. Z całą gromadą wybranych dworzan, wśród których byli też obaj uczciwi urzędnicy, którzy już tam wcześniej byli, udał się do przebiegłych oszustów. Ci tkali właśnie z całych sił, choć bez jednego włókna czy nitki.
— Czyż to nie wspaniałe? — powiedzieli obaj starzy urzędnicy, którzy już raz tam byli. — Niech Wasza Królewska Mość spojrzy, jaki wzór, jakie kolory!
I wskazali na puste krosno, bo byli przekonani, że pozostali z pewnością widzą tkaninę.
„Co takiego” pomyślał król, „ja przecież nic nie widzę! To straszne! Czyżbym był głupi? Czy nie nadaję się na króla? To byłoby najgorsze, co mogłoby mnie spotkać.”
— Och, jest bardzo piękna! — powiedział na głos. — Ma moje najwyższe uznanie!
Zadowolony skinął głową i przyglądał się pustemu krosnu, bo nie chciał przyznać, że nic nie widzi. Cała jego świta patrzyła i patrzyła, i nie widziała nic więcej niż wszyscy pozostali, lecz powtarzała za królem: — Och, jak pięknie!
Doradzili mu też, żeby po raz pierwszy założył te nowe, wspaniałe szaty na wielką procesję, która miała się wkrótce odbyć.
— Wspaniałe, urocze, znakomite! — powtarzano z ust do ust. Wszyscy zdawali się szczerze zachwyceni, a król nadał obu oszustom tytuł Nadwornych Tkaczy Jego Królewskiej Mości.
Całą noc przed porankiem, w którym miała odbyć się procesja, oszuści nie spali i zapalili ponad szesnaście świec. Ludzie widzieli, że gorliwie krzątają się, wykańczając nowe szaty króla. Udawali, że zdejmują tkaninę z krosna, wielkimi nożycami cięli powietrze, szyli igłami bez nitki, aż w końcu oznajmili:
— Szaty są gotowe!
Król przybył osobiście, w towarzystwie najznamienitszych dworzan, a obaj oszuści unieśli ramiona, jakby trzymali w nich coś naprawdę.
— Oto spodnie! Oto kaftan! Oto płaszcz! Lekkie jak pajęczyna, można by pomyśleć, że nic się na sobie nie ma, lecz właśnie w tym cały ich urok!
— Tak! — potwierdzili wszyscy dworzanie, choć nikt z nich nic nie widział, bo przecież nic tam nie było.
— Niech Wasza Królewska Mość raczy teraz zdjąć swoje szaty — poprosili oszuści — a my ubierzemy Waszą Mość w nowe, tutaj, przed wielkim lustrem!
Król zdjął z siebie wszystkie ubrania, a oszuści udawali, że wkładają na niego kolejne części nowego stroju, jakby były już gotowe. Król obracał się i przeglądał w lustrze.
— Ach, jak dobrze leżą! Jak wspaniale pasują! — mówili wszyscy. — Jaki wzór, jakie kolory! Co za wykwintny strój!
— Na zewnątrz czeka już baldachim, który ma być niesiony nad Waszą Mością podczas procesji — oznajmił naczelny ceremoniarz.
— Jestem gotów — powiedział król. — Czy dobrze leży?
I raz jeszcze odwrócił się do lustra, jakby dokładnie oglądał swój strój.
Paziowie, którzy mieli nieść tren, sięgali rękami ku podłodze, jakby unosili go w górę, szli i udawali, że trzymają coś w powietrzu. Nie śmieli dać po sobie poznać, że nic nie widzą.
Tak król szedł w procesji pod wspaniałym baldachimem, a wszyscy ludzie na ulicach i w oknach mówili: — Boże, jak niezrównane są nowe szaty króla! Jaki piękny ma tren, jak wspaniale to leży!
Nikt nie chciał przyznać, że nic nie widzi, bo wtedy okazałby się nieudolny w swoim urzędzie albo głupi. Żadne szaty króla nigdy nie cieszyły się takim powodzeniem jak te.
— Ależ on nie ma nic na sobie! — zawołało w końcu małe dziecko.
— Boże drogi, słuchajcie głosu niewinności — powiedział ojciec dziecka, a jeden szeptał drugiemu, co powiedział mały chłopiec.
— Ależ on nie ma nic na sobie! — zawołał w końcu cały lud.
To poruszyło króla, bo wydawało mu się, że mają rację. Lecz pomyślał sobie: „Muszę wytrwać do końca procesji.” I szedł dalej, trzymając się jeszcze prościej niż wcześniej, a paziowie nieśli tren, którego wcale nie było.