Przejdź do treści
We wnętrzu góry kowal w skórzanym fartuchu przybija złotą podkowę do kopyta, które trzyma brodaty rycerz w zbroi. Za nimi śpią rycerze i stoją konie.

Śpiący rycerze

Andrzej Stopka Nazimek

5 min czytania od 6 lat

Stary kowal Fakla od lat leży w łóżku i opowiada chłopakowi, jak do tego doszło. Wszystko zaczyna się od rycerza z brodą do pasa, który zamawia w jego kuźni złote podkowy i prowadzi go w głąb skały Pisanej, gdzie śpi wojsko. Tam kowalowi nie wolno zakląć.


Górale z Kościeliska mówią, że w turni Pisanej, w Dolinie Kościeliskiej, śpi wojsko. Inni górale opowiadają, że rycerze śpią pod Giewontem. Stary kowal Fakla obstawał jednak przy Pisanej, bo sam był w środku tej skały.

Pewnego razu zajrzał do niego młody chłopak. Fakla leżał w łóżku ledwo żywy, bo od wielu lat nie mógł się ruszyć. Chłopak usiadł przy nim na posłaniu i zapytał, co mu dolega.

— Ach, mocny Boże! Źle ze mną, chłopcze — westchnął stary. — Bóg mnie pokarał i, jak widzisz, leżę tu jak Łazarz już tyle lat. Ty jesteś młody, przed tobą cały świat, a ja dziś jestem, a jutro mnie nie będzie. Posłuchaj, to ci opowiem, jak mi się życie potoczyło.

I stary zaczął opowiadać.

Byłem kiedyś chłopem na schwał, silnym i zdatnym do każdej pracy. Miałem kuźnię i kułem każdemu, co było trzeba. Dobry był ze mnie kowal, więc nigdy mi nie brakowało roboty.

Raz pod wieczór kułem w kuźni, a tu wchodzi jakiś człowiek. Pozdrowił mnie po bożemu, a ja mu odpowiedziałem. Kiedy mu się przyjrzałem, aż mnie zatkało. Wyglądał na rycerza, bo miał na sobie zbroję. Broda sięgała mu do pasa, głowę miał okutą w stal, a twarz piękną jak u anioła w niebie. Takiego człowieka nie widziałem nigdy w życiu.

W drewnianej kuźni kowal z uniesionym młotem odwraca się od kowadła ku drzwiom, w których schyla się rycerz w zbroi i hełmie, z brodą do pasa.

Bez długich wstępów zapytał, czy nie zrobiłbym mu złotych podków.

— A czemu nie? Od tego jestem kowalem — odpowiedziałem.

Wzięliśmy się do roboty. Ja kułem, on poruszał miechem i szło nam raźno. Kiedy narobiliśmy całe mnóstwo podków i gwoździ, rycerz kazał mi zapakować wszystko do torby i iść z nim.

Pomyślałem: „Czemu nie? Porządny z niego człowiek, dobrze mu z oczu patrzy. Jak iść, to iść”.

Zebrałem się i ruszyliśmy, on przodem, a ja z podkowami za nim. Szliśmy przez Kiry do Kościeliskiej. Kiedy podchodziliśmy pod Pisaną, rycerz odwrócił się do mnie i powiedział:

— Nie bój się i bądź cicho. A niech cię Bóg broni zakląć, kiedy tam wejdziemy.

Weszliśmy w jakieś żleby i szczeliny, a skały rozstępowały się przed nami. Szliśmy i szliśmy, aż doszliśmy do samego wnętrza góry.

O zmierzchu rycerz w zbroi wchodzi w wąską szczelinę w białej skale, w której jarzy się złote światło, a kowal z torbą na ramieniu idzie za nim.

Patrzę, a tu pełno ludzi. Wszyscy śpią z głowami na siodłach, a brody urosły im aż do pasa.

Zapytałem szeptem, co to za jedni. Rycerz odpowiedział, że to polskie wojsko, które tak śpi. Kiedy przyjdzie czas, przebudzi się, wstanie i pójdzie bić się za wiarę. Wojna zacznie się gdzieś daleko, a skończy na żelaznym mostku w Kuźnicach.

Zabraliśmy się do kucia koni. Ja przybijałem podkowy do kopyt, a on trzymał koniom nogi. Kiedy wszystko było gotowe, a co trzeba, naprawione, rycerz nabrał strużyn z kopyt, wsypał mi je do torby i powiedział:

— Masz tu zapłatę!

Pomyślałem, że ze mnie kpi. Sprzeciwiać mu się jednak nie śmiałem, choć było mi strasznie markotno, bo przecież cały dzień roboty przepadł.

Wziąłem torbę i po drodze do wyjścia wysypałem z niej strużyny. Kiedy jednak wyszedłem spod skały, zajrzałem do torby. Strużyn już nie było, za to tych kilka, które przyczepiły się do płótna, zmieniło się w złote dukaty.

Gdybym nie wysypał wszystkiego, porządnie bym się wzbogacił. Widać nie byłem tego godzien.

Wróciłem do chałupy, a żona naskoczyła na mnie od progu:

— Gdzieżeś ty się podziewał? Trzy dni cię w domu nie było!

Nie wiedziałem, jak ten czas tak szybko przeleciał, bo mnie się zdawało, że minęła ledwie chwila. Ale nie kłóciłem się z nią.

Kułem potem dalej, a to siekiery, a to co się trafiło. Aż po kilku latach znów przyszedł mój rycerz. Znowu robiłem mu podkowy, a kiedy było ich dość, poszliśmy tą samą drogą do Pisanej. Po drodze myślałem: „Tym razem nie będę taki głupi. Strużyn nie wysypię”.

Kujemy i kujemy, aż tu skaleczyłem się w palec i zakląłem na głos. A tu nagle dookoła mnie wstają rycerze! Strach mnie obleciał. Jeden z nich zwrócił się do mojego rycerza:

— Bracie, czy już czas?

— Jeszcze nie, śpij dalej! — odpowiedział mu rycerz.

Na mnie spojrzał surowo i pogroził mi palcem.

We wnętrzu góry kowal krzywi się z bólu i ściska palec, a młot leży u jego stóp. Rycerz w zbroi grozi mu palcem, a dwaj rycerze podnoszą się z ziemi.

Kiedy skończyliśmy kuć, znowu wsypał mi do torby garść strużyn.

Wyszedłem i od razu zajrzałem do torby. Już liczyłem, ile to dukatów będę miał, a tam same strużyny z kopyt, takie, jakie były. Rozzłościłem się, bo żal mi było straconego czasu, ale powiedziałem sobie: „Przez to dziadem nie zostanę”. Wysypałem strużyny i poszedłem.

W Kirach wstąpiłem do karczmy. Napiłem się, a po gorzałce język sam się człowiekowi rozwiązuje. I tak wypaplałem karczmarzowi całą tajemnicę, a on rozgadał ją po świecie.

I teraz lata lecą i lecą, a konie stoją niepodkute. Od tamtej pory nikogo już do skały nie wpuszczają, bo wejść może tylko chłopak czystego serca, który jeszcze za dziewczętami nie biega. A mnie za karę zaraz zmogła choroba i leżę tak już tyle lat. Z Panem Bogiem, chłopcze, nie gra się w karty.

Tak opowiadał stary Fakla, a łzy ciurkiem leciały mu z oczu.

Jak oceniasz tę legendę?

Opowiedziała na nowo Talerie, źródło: Sabała. Portret, życiorys, bajki, powiastki, piosnki, melodye (otwiera się w nowym oknie) Domena publiczna