Przejdź do treści
Nocą w ciemnym lesie chłopak w białej koszuli, czerwonym pasiku i czapce z pawim piórem klęczy wśród paproci i sięga ku świecącemu złotemu kwiatkowi.

Kwiat paproci

Józef Ignacy Kraszewski

11 min czytania od 8 lat

Kiedy młodzież skacze przez sobótkowe ognie, Jacuś wkłada białą koszulę i wymyka się sam do lasu. Wie od starej wędrownej kobiety, że kto zerwie kwiat paproci w noc świętojańską, będzie miał wszystko, czego zechce. Ale paproć kwitnie tylko do pierwszego piania kogutów.


Od wieków wiadomo, a najlepiej wiedzą o tym stare babcie gawędzące wieczorami przy kominie, że w noc świętojańską, najkrótszą w roku, kwitnie paproć. Kwitnie krótko, ledwie do pierwszego piania kogutów, w każdym lesie tylko jedna, i to tak ukryta, że mało kto ją widział. Drogi do niej pilnują strachy, więc trzeba nie lada odwagi. Kto jednak zerwie ten kwiat, będzie miał wszystko, czego zechce. Zerwać go może tylko ktoś młody, i to czystymi rękami.

Był sobie raz chłopak imieniem Jacuś, a we wsi wołali na niego Ciekawy, bo wszędzie zaglądał i o wszystko wypytywał. Taką już miał naturę: tym, co leżało pod ręką, gardził, a najbardziej smakowało mu to, o co trzeba się było nabiedzić.

Pewnego wieczoru, kiedy wszyscy siedzieli przy ogniu, stara wędrowna kobieta, która niejedno widziała na świecie, zaczęła opowiadać o kwiecie paproci. Jacuś tak się zasłuchał, że wypadł mu z rąk kij, z którego strugał psią głowę. Kobieta mówiła, jakby ten kwiat widziała na własne oczy, choć po jej łachmanach szczęścia nie było widać.

W chacie przy ogniu stara wędrowna kobieta w łachmanach opowiada wieśniakom. Jacuś w białej koszuli siedzi na ławie z kijem zakończonym psią głową.

Kiedy skończyła, Jacuś postanowił: „Ten kwiat muszę mieć. Jeśli nie uda mi się w tym roku, pójdę za rok i za dwa lata, i będę chodził tak długo, aż go znajdę”. Wierzył, że kto mocno czegoś chce, ten zawsze postawi na swoim.

Pod lasem za wsią co roku obchodzono Sobótkę. Przez kilka miesięcy Jacuś czekał na tę noc i o niczym innym nie myślał. Kiedy wreszcie młodzież wysypała się ze wsi, żeby palić ognie, skakać przez nie i śpiewać, on umył się do czysta, włożył białą koszulę, nowy czerwony pasik, nienoszone łapcie lipowe i czapkę z pawim piórkiem. Ledwie zapadł zmrok, wymknął się do lasu.

Za dnia znał tu każdą ścieżkę, ale teraz nie mógł poznać ani dróżki, ani drzewa. Drogę zagradzały ogromne kłody, pokrzywy parzyły, osty kłuły. W ciemności co chwilę zapalała się para oczu, żółtych, zielonych albo czerwonych, i patrzyła na niego, jakby chciała go zjeść. Jacuś jednak się nie bał. „Strachy na Lachy!”, mruczał pod nosem.

Wdrapał się na kłodę, a kiedy chciał z niej zejść, patrzy, a ona skurczyła się tak, że mógł ją przestąpić. Obchodził sosnę grubą jak wieża, a kiedy ją obszedł, okazało się, że to cienki patyk. Zrozumiał wtedy, że to sztuczki nieczystej siły.

Przedarł się przez gęste zarośla i trafił na grzęzawisko. Skakał z kępy na kępę, a każda wysuwała mu się spod stóp, ale biegł co sił i dotarł na drugą stronę. Obejrzał się, a kępy wyglądały jak ludzkie głowy wystające z błota i śmiały się za nim.

Nocą przy pełni księżyca Jacuś w białej koszuli i czapce z piórem pawia skacze z kępy na kępę przez grzęzawisko, a między pniami świecą pary oczu.

Nagle zobaczył paproć wielką jak najstarszy dąb. U spodu jednego liścia błyszczał jak brylant maleńki kwiatek. Miał pięć złotych płatków, a w środku śmiejące się oko, które obracało się bez przerwy jak koło młyńskie.

Jacusiowi zabiło serce. Wyciągnął rękę i wtedy, nie wiadomo skąd, zapiał kogut. Kwiatek błysnął okiem i zgasł, a dookoła rozległy się śmiechy. Chłopakowi zaszumiało w głowie, nogi się pod nim ugięły i upadł bez czucia.

Ocknął się w chacie. Matka płakała i mówiła, że szukała go po lesie i nad ranem znalazła ledwie żywego. Jacuś wszystko pamiętał, ale do niczego się nie przyznał, bo było mu wstyd. Powiedział sobie tylko, że to jeszcze nie koniec.

Przez cały rok nikomu nic nie mówił, żeby się z niego nie śmiano. W następną noc świętojańską znowu umył się do czysta, włożył białą koszulę, czerwony pasik i nienoszone łapcie lipowe, a kiedy inni szli do ognisk, on poszedł do lasu.

Tym razem las wyglądał całkiem inaczej. Drzewa stały daleko od siebie na gołym polu usianym kamieniami, a każde, choć wydawało się tuż-tuż, uciekało przed nim. Między głazami rosły paprocie, najpierw po kostki, potem po pas, aż w końcu go przerosły. Szumiały jak morze, a w szumie słychać było śmiech i płacz. Każda, na którą nastąpił, syczała, a z każdej, którą chwycił, jakby ciekła krew.

Szedł tak długo, jakby minął cały rok, ale nie zawrócił. Wreszcie zobaczył z daleka ten sam kwiatek: pięć złotych płatków, a pośrodku oko obracające się jak koło młyńskie. Podbiegł, wyciągnął rękę i znowu zapiały koguty, a kwiat zniknął.

Teraz Jacuś już nie upadł, tylko usiadł na kamieniu. Najpierw zbierało mu się na płacz, potem ogarnął go gniew.

— Do trzech razy sztuka! — zawołał.

Zmęczony, położył się na mchu i zasnął. Zaraz przyśnił mu się kwiatek z okiem pośrodku, który stał przed nim i się śmiał.

— No i co? Masz już dosyć? — zapytał kwiatek. — Długo jeszcze będziesz mnie ścigał?

— Co raz powiedziałem, to się musi stać — mruknął Jacuś. — Będę cię miał!

Kwiatek wysunął płatek jak języczek, jakby mu na złość, i wszystko zniknęło. Rano Jacuś obudził się na skraju lasu i sam nie wiedział, czy to był sen, czy jawa. Do domu wrócił tak zmordowany, że wyglądał, jak mówiła matka, jak z krzyża zdjęty.

Przez kolejny rok nie wymyślił nic nowego, musiał się zdać na los. W noc świętojańską znowu włożył białą koszulę, czerwony pasik i nienoszone łapcie lipowe, a choć matka go nie puszczała, pobiegł do lasu.

Za trzecim razem las był zwyczajny, taki jak co dzień, bez żadnych dziwów. Znajomymi ścieżkami Jacuś zaszedł głęboko w gęstwinę, gdzie pamiętał paprocie. Ale po jednych łaziły robaki, na drugich spały gąsienice, inne zeschły, a kwiatu nie było ani śladu.

Już miał dać za wygraną, kiedy tuż pod nogami zobaczył kwiatek o pięciu złotych płatkach i świecącym oku. Chwycił go. Zapiekło jak ogień, ale trzymał mocno. Kwiat rósł mu w oczach i świecił tak jasno, że chłopak musiał zmrużyć powieki. Wsunął go za koszulę, na samo serce. Wtedy odezwał się głos:

— Wziąłeś mnie i to jest twoje szczęście. Ale pamiętaj: kto mnie ma, ten może wszystko, czego zechce, tylko nigdy i z nikim nie wolno mu się swoim szczęściem dzielić.

Jacuś klęczy wśród zeschłych paproci i przyciska do piersi świecący kwiatek o pięciu złotych płatkach z okiem pośrodku, krzywiąc twarz z bólu.

Jacusiowi tak się zakręciło w głowie z radości, że ledwie słuchał. „A co mi tam, byle mnie było dobrze!”, pomyślał.

Poczuł, że kwiat przyrósł mu do ciała i zapuścił korzonki w serce. Ucieszył się, bo teraz nikt nie mógł mu go odebrać.

Wracał w czapce na bakier, a droga świeciła przed nim jak srebrna wstęga i kwiaty kłaniały mu się do ziemi. Zachciało mu się pałacu, licznej służby i wielkiego bogactwa. Ledwie o tym pomyślał, znalazł się na skraju lasu w okolicy zupełnie mu nieznanej.

Sam siebie nie poznał: miał na sobie strojne ubranie i buty ze złotymi podkówkami. Czekała na niego kareta z sześcioma białymi końmi. Kamerdyner z ukłonem pomógł mu wsiąść i w mgnieniu oka zajechali przed pałac. Na ganku stała liczna służba, same obce twarze, jakby przestraszone. Za to w środku był taki przepych, że brakowało tylko ptasiego mleka.

O świcie Jacuś w strojnym niebieskim ubraniu i butach z ostrogami wysiada ze złotej karety przed pałacem z kolumnami, a służba kłania mu się nisko.

— No, teraz to sobie pożyję! — powiedział Jacuś.

Najpierw przespał nie wiadomo ile godzin w puchach pod jedwabną kołdrą. Potem siadł do stołu, na którym zjawiało się wszystko, o czym tylko pomyślał, i jadł, aż stracił ochotę na jedzenie. W ogrodzie drzewa miały naraz kwiaty i owoce, z jednej strony szumiało morze, z drugiej las. Jacuś dziwił się tylko, że nigdzie nie widać ani znajomego lasu, ani rodzinnej wioski. Wszystko wokół było piękne, ale obce. Kiedy jednak służba kłaniała mu się nisko i spełniała każde życzenie, zapomniał o chacie i o rodzicach.

Nazajutrz zszedł do skarbca, gdzie leżały stosy złota, srebra i diamentów. Pomyślał: „Gdybym tak mógł posłać garść ojcu i matusi, braciom i siostrom, żeby sobie dokupili pola!”. Przypomniał sobie jednak, że nie wolno mu się dzielić, bo zaraz wszystko by przepadło. „Zresztą czy oni rozumu i rąk nie mają?”, pomyślał. „Niech każdy sam szuka swojego kwiatu, byle mnie było dobrze”.

I tak żył dalej. Budował nowe pałace, zmieniał konie, sprowadzał dziwy z końca świata i przysmaki zza morza, aż wszystko mu zbrzydło. Nie miał co robić, bo panu nie wypadało wziąć do ręki siekiery ani grabi. Nudził się okropnie i na nudę znalazł tylko jeden sposób: dręczyć ludzi. Ale i to mu się przejadło.

Minął rok, potem drugi. Miał wszystko, a jednak nic go nie cieszyło. Coraz bardziej tęsknił za wsią i za rodzicami, a kiedy wspominał matkę, ściskało mu się serce.

Pewnego dnia zebrał się na odwagę, wsiadł do karety i zapragnął stanąć przed chatą rodziców. Konie pomknęły jak wiatr i zaraz zatrzymały się przed dobrze znanym podwórkiem. Jacusiowi łzy napłynęły do oczu. Wszystko było jak dawniej: koryto przy studni, pieniek, omszały dach i drabina, tylko postarzałe i jeszcze nędzniejsze niż kiedyś.

Pierwszy wybiegł stary Burek, chudszy niż dawniej, i szczekał na niego zajadle, bo wcale go nie poznał. W progu stanęła matka, stara i przygarbiona, w okopconej koszuli. Patrzyła na niego, ale nie domyśliła się, że to jej syn.

Na błotnistym podwórku Jacuś w strojnym ubraniu wyciąga rękę do chudego psa, który na niego szczeka, a z progu chaty patrzy przygarbiona matka w chustce.

— Matuś, to ja, wasz Jacek! — zawołał.

Staruszka drgnęła i długo patrzyła bez słowa, a potem pokręciła głową.

— Jacuś? Nie żartujcie, jaśnie panie! Tamtego już nie ma na świecie. Gdyby żył, odezwałby się do biednych rodziców, a gdyby tak jak wy opływał we wszystko, nie dałby nam umrzeć z głodu.

Uśmiechnęła się gorzko.

— Gdzie tam! — dodała matka. — Mój Jacuś miał dobre serce. Nie chciałby nawet takiego szczęścia, którym nie mógłby się podzielić ze swoimi.

Jacuś zawstydził się i spuścił oczy. Kieszenie miał pełne złota, ale ilekroć po nie sięgał, żeby rzucić matce garść w fartuch, ogarniał go strach, że straci wszystko.

Za matką zebrało się rodzeństwo, a zza ich pleców wyjrzał ojciec. Serce Jacusia miękło, ale kiedy spojrzał na karetę i pomyślał o pałacu, znowu twardniało, a kwiat paproci leżał na nim jak żelazny pancerz. Odwrócił się bez słowa i odjechał, a za plecami słyszał tylko ujadanie Burka.

Słowa matki brzmiały mu w uszach jak przekleństwo: „Nie ma szczęścia dla człowieka, jeżeli się nim z drugimi podzielić nie może”. W pałacu kazał grać kapeli i zastawić stoły, upił się, kilku ludzi kazał wychłostać, ale nic nie pomogło. Przez cały rok czuł w sercu ciężar jak kamień.

W końcu Jacuś nie wytrzymał i znowu pojechał do wsi. Tym razem matka nie wyszła. W progu stanął najmłodszy brat, Maciek, w samej koszulinie.

— A gdzie matuś? — zapytał Jacuś.

— Chorzy leżą — westchnął malec.

— A tatuś?

— Na cmentarzu.

Choć Burek o mało nie chwycił go za pięty, Jacuś wszedł do chaty. Matka leżała w kącie i cicho stękała. Popatrzyła na niego i nie poznała. Serce mu się krajało. Już sięgał do kieszeni, żeby sypnąć złotem na ławę, ale dłoń mu się zacisnęła ze strachu, że straci swoje szczęście. I niegodziwy Jacuś zaczął sobie w duchu tłumaczyć:

„Starej niewiele już zostało, a ja jestem młody. Ona długo się męczyć nie będzie, a przede mną całe życie”.

Uciekł do pałacu, zamknął się w komnacie i płakał. Pod żelaznym pancerzem kwiatu paproci budziło się spętane sumienie i gryzło go od środka. Próbował je zagłuszyć muzyką, winem, polowaniem i hulanką, ale nic nie pomagało. Przez cały ten zgiełk wciąż słyszał: „Nie ma szczęścia dla człowieka, jeżeli się nim z drugimi podzielić nie może”.

Nie minął rok, a Jacuś wysechł jak szczapa i zżółkł jak wosk. W końcu, po bezsennej nocy, nałożył złota do kieszeni i kazał się wieźć do chaty. Postanowił poratować matkę i rodzeństwo, choćby miał stracić wszystko.

— Niech się dzieje, co chce! — powtarzał. — Niech nawet zginę, dłużej nie mogę żyć z tym robakiem w piersi.

Konie stanęły przed chatą, ale w progu nie było żywej duszy. Drzwi były podparte kołkiem, a przez okno Jacuś zobaczył pustą izbę.

Wtem odezwał się żebrak, który stał przy płocie:

— A czego tam szukacie, jasny panie? Wszyscy z tej chaty pomarli, z biedy, z głodu i z choroby.

Jacuś stał w progu jak skamieniały. „Zginęli z mojej winy, niech więc i ja zginę!”, pomyślał.

Wychudły Jacuś stoi przed zamkniętymi drzwiami chaty z omszałym dachem i pustym oknem, a przy płocie żebrak z kijem i torbą mówi do niego z uniesioną ręką.

Ledwie to pomyślał, ziemia się rozstąpiła i pochłonęła go, a razem z nim ten nieszczęsny kwiat paproci. Dlatego dziś już na próżno szukać go po świecie.

Jak oceniasz tę legendę?

Opowiedziała na nowo Talerie, źródło: Bajki i powiastki (otwiera się w nowym oknie) Domena publiczna