Przejdź do treści
Nocą w ciemnym lesie chłopak w białej koszuli, czerwonym pasiku i czapce z pawim piórem klęczy wśród paproci i sięga ku świecącemu złotemu kwiatkowi.Oryginalna

Kwiat paproci

Józef Ignacy Kraszewski

20 min czytania od 8 lat

Jacuś, zwany Ciekawym, słyszy przy ogniu, że w noc świętojańską gdzieś w lesie kwitnie paproć. Kto zerwie jej kwiat, będzie miał wszystko, czego zechce, ale drogi do niego bronią strachy i sztuczki nieczystej siły. Jacuś przysięga sobie, że go zdobędzie, choćby miał chodzić do lasu latami.


Od niepamiętnych czasów wszyscy wiedzą, że w noc świętojańską, najkrótszą w całym roku, kwitnie paproć. Najlepiej wiedzą to stare babcie, które lubią o tym długo i szeroko opowiadać wieczorami przy kominie, kiedy polana palą się jasno i wesoło trzaskają. Kto znajdzie kwiatek paproci, zerwie go i schowa, ten zazna na ziemi wielkiego szczęścia.

Cała bieda w tym, że taka noc zdarza się tylko raz w roku i jest bardzo krótka. Do tego w każdym lesie zakwita tylko jedna paproć, i to w takim zakątku i tak dobrze ukryta, że trzeba niezwykłego szczęścia, żeby na nią trafić.

Ci, którzy znają się na takich cudach, mówią jeszcze, że droga do kwiatu jest bardzo trudna i niebezpieczna. Różne strachy ją zagradzają, bronią przejścia i nikogo nie dopuszczają, więc trzeba nie lada odwagi, żeby ten kwiat zdobyć.

Powiadają też, że samego kwiatka z początku trudno rozpoznać, bo wydaje się maleńki, brzydki i niepozorny. Dopiero kiedy się go zerwie, zmienia się w kielich cudownej piękności, cały jaśniejący.

A ponieważ tak trudno do niego dojść i go pochwycić, mało kto oglądał go na własne oczy. Starzy ludzie znają go tylko ze słyszenia, więc każdy opowiada inaczej i coś od siebie dorzuca.

Jedno wiadomo jednak na pewno: kwiat paproci kwitnie w noc świętojańską, krótko, dopóki nie zapieją koguty, a kto go zerwie, będzie miał wszystko, czego zechce. Wystarczy, że pomyśli sobie choćby najcudowniejszą rzecz, a zaraz mu się ona spełni.

Wiadomo także, że zdobyć ten kwiat może tylko ktoś młody, i to czystymi rękami. Gdyby nawet trafił na niego stary człowiek, kwiat rozsypałby mu się w palcach w próchno.

Tak ludzie opowiadają. W każdej baśni jest ziarenko prawdy, choć owija się je w tyle różnych szmatek, że często trudno je dojrzeć; ale ono tam jest. A co do tego kwiatka, jedno jest pewne: zakwita w noc świętojańską.

Był sobie kiedyś chłopak, który miał na imię Jacuś, a we wsi nazywano go Ciekawym, bo wciąż czegoś szukał, wszędzie zaglądał i wszystkiego słuchał. Do tego, co najtrudniej było zdobyć, rwał się najgoręcej; taką już miał naturę. Tym, co leżało pod nogami i po co wystarczyło sięgnąć ręką, gardził i nie dbał o to wcale. Najbardziej smakowało mu to, o co trzeba się było nabiedzić i o mało karku nie skręcić.

Zdarzyło się raz, że wieczorem wszyscy siedzieli przy ogniu. Jacuś strugał nożykiem kij, bo koniecznie chciał wyrzeźbić na nim psią głowę. Wtedy stara wędrowna kobieta, bardzo mądra, która obeszła kawał świata i wszystko znała, zaczęła opowiadać o kwiecie paproci.

Ciekawy Jacuś słuchał i tak się zasłuchał, że kij wypadł mu z rąk, a nożykiem o mało nie pokaleczył sobie palców.

W chacie przy ogniu staruszka w łachmanach opowiada czworgu słuchaczom, a Jacuś na ławie patrzy na nią szeroko otwartymi oczami, z kijem z psią głową w rękach.

Staruszka opowiadała o kwiecie paproci tak, jakby go sama widziała na własne oczy, choć po jej łachmanach nie było widać żadnego szczęścia. Kiedy skończyła, Jacuś powiedział sobie: „Niech się dzieje, co chce, a ja ten kwiat muszę zdobyć. I zdobędę, bo kiedy człowiek czegoś mocno chce i powie sobie, że tak musi być, zawsze w końcu postawi na swoim”.

Powtarzał to często i wierzył w to święcie, choć to było głupie przekonanie.

Chata rodziców Jacusia, z ogrodem i polem, stała we wsi tuż pod lasem. Właśnie pod tym lasem obchodzono Sobótkę i w noc świętojańską palono ognie.

Jacuś postanowił: „Kiedy inni będą skakać przez ogień i parzyć sobie łydki, pójdę do lasu i znajdę kwiat paproci. Jeśli nie uda mi się w tym roku, pójdę w następnym i jeszcze w następnym, i będę chodził tak długo, aż go znajdę i zdobędę”.

Potem przez kilka miesięcy czekał i czekał na tę noc i o niczym innym nie myślał. Czas wlókł mu się okropnie.

Wreszcie nadszedł ten dzień i zbliżyła się noc, której tak wypatrywał. Cała młodzież wysypała się ze wsi, żeby palić ognie, skakać, śpiewać i bawić się.

Jacuś umył się do czysta, włożył białą koszulę, nowy czerwony pasik, nienoszone łapcie lipowe i czapeczkę z pawim piórkiem. Ledwie nadeszła pora i zapadł zmrok, czmychnął do lasu.

Las stał czarny i głuchy, a nad nim rozciągała się ciemna noc z mrugającymi gwiazdkami. Świeciły, ale tylko dla siebie, bo ziemia nie miała z nich żadnego pożytku.

Za dnia Jacuś dobrze znał drogę w głąb lasu. Teraz jednak, kiedy zapuścił się między drzewa, stała się dziwna rzecz: nie mógł odnaleźć znajomej ścieżki ani rozpoznać drzew. Wszystko było jakieś inne. Pnie zrobiły się ogromnie grube i leżały powalone na ziemi. Kłody wyrosły takie, że nie dało się ich ani obejść, ani przez nie przeleźć. Pojawiły się gęste, kolczaste krzaki, jakich tu nigdy nie było, pokrzywy parzyły, osty kłuły.

Ciemno było, choć oko wykol, a w tych gęstych ciemnościach co chwila zapalała się jakaś para oczu. Patrzyły na niego, jakby chciały go zjeść, mieniły się na żółto, zielono, czerwono i biało, aż nagle mrugały i gasły. Mnóstwo ich było, na prawo i na lewo, w dole i w górze, ale Jacuś się ich nie przestraszył. Wiedział, że chcą go tylko nastraszyć, i mruczał pod nosem, że to strachy na Lachy.

Szedł dalej, ale ciężka to była wędrówka! Raz po raz kłoda zagradzała mu drogę, a on musiał się przez nią przedzierać. Drapał się i drapał, a kiedy wreszcie wlazł na wierzch i miał już zejść, patrzy, a kłoda zrobiła się taka mała, że mógłby ją przestąpić.

Dalej stała na drodze sosna, tak wysoka, że nie było widać jej wierzchołka, a u dołu pień miała gruby jak wieża. Obchodził go dookoła, szedł i szedł, a kiedy wreszcie obszedł, patrzy: to tylko patyk, tak cienki, że można by go złamać na laskę.

Wtedy zrozumiał, że to wszystko sztuczki nieczystej siły.

Potem drogę zastąpiły mu zarośla tak gęste, że nie dało się przecisnąć przez nie nawet palca. Jacuś rzucił się jednak na nie, pchnął, zamachnął się, zgniótł je, zmiętosił, połamał i szczęśliwie się przedarł.

Idzie dalej, aż tu mokradło i błoto. Obejść nie sposób. Spróbował nogą: grzęźnie, a dna nie czuć. Tu i tam sterczały kępy, więc skakał z kępy na kępę. Na którą stanął, ta wysuwała mu się spod stóp, ale puścił się biegiem i dotarł na drugi brzeg. Obejrzał się za siebie, a kępy wyglądają jak ludzkie głowy wystające z błota i śmieją się.

Nocą Jacuś w białej koszuli i czapeczce z pawim piórkiem przeskakuje po kępach na mokradle, a spomiędzy drzew patrzą na niego świecące pary oczu.

Dalej szło mu już łatwiej, choć kręto i bez drogi. Tylko że zabłądził tak, że nie umiałby już powiedzieć, w której stronie leży wieś.

Wtem patrzy, a przed nim ogromna paproć, wielka jak najstarszy dąb. Na jednym z jej liści, od spodu, świeci jak brylant maleńki kwiatek, jakby ktoś go tam przylepił. Ma pięć złotych płatków, a w środku oko, które się śmieje i obraca bez ustanku jak młyńskie koło.

Serce Jacusia mocno zabiło. Wyciągnął rękę i już miał chwycić kwiat, kiedy nie wiadomo skąd i jak zapiał kogut. Kwiatek otworzył wielkie oko, błysnął nim i zgasł. Dokoła rozległy się śmiechy, ale czy to liście tak szumiały, czy coś się śmiało, czy żaby rechotały, tego Jacuś nie umiał rozpoznać. W głowie mu się zakręciło i zaszumiało, nogi ugięły się pod nim, jakby mu je ktoś podciął, i runął na ziemię.

Co się z nim potem działo, nie wiedział. Ocknął się dopiero w chacie, na posłaniu, a matka mówiła mu z płaczem, że szukała go po lesie i nad ranem znalazła ledwie żywego.

Teraz wszystko sobie dokładnie przypomniał, ale do niczego się nie przyznał, bo było mu wstyd. Powiedział sobie tylko: „To jeszcze nie koniec. Przyjdzie następny święty Jan, to zobaczymy”.

Przez cały rok Jacuś tylko o tym rozmyślał, ale nikomu nic nie mówił, żeby ludzie się z niego nie śmiali. Znowu więc umył się do czysta, włożył białą koszulę, czerwony pasik i nienoszone łapcie lipowe, a kiedy inni szli do ognisk, on poszedł do lasu.

Myślał, że znowu będzie musiał się przedzierać jak za pierwszym razem, a tu ten sam las i ta sama droga zrobiły się zupełnie inne. Na gołym polu usianym kamieniami stały szeroko porozstawiane smukłe sosny i dęby. Trzeba było iść od jednego drzewa do drugiego, iść i iść, a choć drzewo wydawało się tuż-tuż, nie mógł do niego dojść, jakby przed nim uciekało. Ogromne kamienie, całe porośnięte mchem i śliskie, leżały bez ruchu, a jednak wyglądały, jakby wyrastały z ziemi.

Między nimi rosła paproć, mała i duża, gęsto, jakby ją kto zasiał, ale na żadnej nie było kwiatu. Z początku sięgała mu do kostek, potem do kolan, wreszcie do pasa, dalej po szyję, aż w końcu cały w niej utonął, bo go przerosła. Szumiało w niej jak na morzu, a w tym szumie słychać było niby śmiech, niby jęki i płacz. Na którą nastąpił, ta syczała pod stopą, którą chwycił ręką, z tej jakby krew ciekła.

Zdawało mu się, że idzie już cały rok, tak dłużyła mu się ta droga. Kwiatu nigdzie nie było. Nie zawrócił jednak, nie stracił ducha i szedł dalej.

Aż wreszcie patrzy: z daleka świeci ten sam kwiatek, pięć złotych płatków dokoła, a pośrodku oko, które obraca się jak młyn.

Jacuś podbiegł i wyciągnął rękę, ale znowu zapiały koguty i wszystko zniknęło.

Tym razem nie upadł i nie zemdlał, tylko usiadł na kamieniu. Z początku zbierało mu się na płacz, potem poczuł w sercu gniew i wszystko w nim zawrzało.

— Do trzech razy sztuka! — zawołał ze złością.

A ponieważ czuł się zmęczony, położył się na mchu między kamieniami i zasnął.

Ledwie zmrużył oczy, zaczęło mu się śnić, że stoi przed nim kwiatek o pięciu płatkach, z oczkiem pośrodku, i śmieje się.

— No i co? Masz już dosyć? — zapytał kwiatek. — Będziesz mnie jeszcze ścigał?

— Co raz powiedziałem, to się musi stać — mruknął Jacuś. — To jeszcze nie koniec. Będę cię miał!

Jeden płatek kwiatka wydłużył się jak języczek i Jacusiowi wydało się, że kwiat pokazuje mu język na złość. Potem wszystko zniknęło, a on spał twardo do rana. Kiedy się obudził, leżał w znajomym miejscu na skraju lasu, niedaleko wsi, i sam już nie wiedział, czy to, co przeżył w nocy, było snem, czy jawą.

Wrócił do chaty tak zmęczony, że musiał się położyć, a matka mówiła mu, że wygląda jak z krzyża zdjęty.

Przez cały rok nikomu nic nie mówił, tylko wciąż myślał, jak by to zrobić, żeby zdobyć kwiat. Nic jednak nie mógł wymyślić. Trzeba było zdać się na szczęście, na dolę albo niedolę.

W świętojański wieczór znowu włożył białą koszulę, czerwony pasik i nienoszone łapcie, i choć matka nie chciała go puścić, ledwie się ściemniło, pobiegł do lasu.

Tym razem znowu stało się coś innego: las był taki jak w zwykłe dni i nic się w nim nie przemieniało. Ścieżki i drzewa były znajome, nie spotkał żadnych cudów, a po drodze nie widział ani jednej paproci. Za to po znajomych ścieżkach łatwiej mu było dotrzeć daleko, daleko w gęstwinę, tam, gdzie, jak dobrze pamiętał, rosły paprocie. Znalazł je na miejscu i zaczął je przeszukiwać, ale po kwiecie nie było ani śladu.

Po jednych łaziły robaki, na drugich spały gąsienice, na innych liście były uschnięte. Jacuś już chciał z rozpaczy porzucić daremne szukanie, kiedy tuż pod nogami zobaczył kwiatek. Miał pięć złotych płatków, a w środku świecące oko. Chłopak wyciągnął rękę i chwycił kwiat. Zapiekło go jak ogniem, ale nie puścił, tylko trzymał mocno.

Jacuś klęczy nocą wśród uschniętych paproci i z zaciśniętymi powiekami, krzywiąc się z bólu, przyciska do piersi jaśniejący kwiatek o pięciu złotych płatkach.

Kwiat zaczął rosnąć mu w oczach i tak jaśniał, że Jacuś musiał przymknąć powieki, bo go oślepiał. Od razu wsunął go za pazuchę, pod lewą rękę, na serce. Wtem odezwał się do niego głos:

— Wziąłeś mnie i szczęście jest twoje. Ale pamiętaj: kto mnie ma, ten może wszystko, czego chce, tylko nie wolno mu nigdy i z nikim dzielić się swoim szczęściem.

Jacusiowi tak się zakręciło w głowie z radości, że ledwie zwrócił uwagę na ten głos. „A co mi tam!”, pomyślał. „Byle mnie było dobrze na świecie”.

Zaraz poczuł, że kwiat przylgnął mu do ciała, przyrósł i zapuścił korzonki w serce. Bardzo się z tego ucieszył, bo przynajmniej nie musiał się bać, że kwiat mu ucieknie albo ktoś mu go odbierze.

Jacuś wracał z czapeczką na bakier i podśpiewywał. Droga świeciła przed nim jak srebrna wstęga, drzewa się rozstępowały, krzaki się rozchylały, a kwiaty, które mijał, kłaniały mu się do ziemi. Szedł z podniesioną głową i tylko marzył, czego by tu zażądać. Najpierw zachciało mu się pałacu, rozległych dóbr, licznej służby i pańskiego przepychu. Ledwie o tym pomyślał, znalazł się na skraju lasu, ale w okolicy zupełnie mu nieznanej.

Spojrzał na siebie i nie mógł się poznać. Miał na sobie strój z najprzedniejszej wełny, na nogach buty ze złotymi podkówkami, pas nabijany drogimi kamieniami i koszulę z najcieńszego śląskiego płótna.

Tuż obok stał powóz zaprzężony w sześć białych koni w złoconych chomątach, a przy nim służba w liberiach ze złotymi galonami. Kamerdyner, kłaniając się, podał mu rękę, pomógł wsiąść do karety i wio!

Jacuś nie wątpił, że wiozą go do pałacu, i tak też było. W mgnieniu oka powóz zajechał przed ganek, na którym czekało mnóstwo służby.

Tylko że nie było tam nikogo znajomego ani żadnego przyjaciela. Wszystkie twarze były obce, dziwne i jakby czymś przestraszone.

O świcie Jacuś w granatowym stroju i butach ze złotymi ostrogami odchodzi od złoconej karety, a służba w liberiach kłania mu się nisko na schodach pałacu.

Za to, kiedy wszedł do środka, miał na co patrzeć. Aż strach, jaki tam był przepych i dostatek! Brakowało tylko ptasiego mleka.

— No, teraz to sobie użyję! — powiedział Jacuś.

Obejrzał wszystkie kąty i najpierw poszedł do łóżka, bo po tak pracowitej nocy morzył go sen. Położył się w puchu, na cieniutkiej pościeli, przykrył się jedwabną kołdrą i zasnął, a ile godzin tak przespał, sam nie wiedział. Obudził się dopiero wtedy, gdy okropnie zachciało mu się jeść.

Stół stał nakryty, gotowy, i to taki dziwny, że czego Jacuś tylko zapragnął, to samo zjawiało się na półmisku. A że spał bardzo długo, jadł i popijał tak długo, aż nie umiał już niczego więcej wymyślić i odeszła mu ochota do jedzenia. Potem poszedł do ogrodu.

Cały ogród obsadzony był drzewami, na których naraz pełno było kwiatów i owoców, a co krok otwierały się nowe widoki. Z jednej strony ogród sięgał morza, z drugiej wspaniałego lasu, a środkiem płynęła rzeka. Jacuś chodził, dziwił się i otwierał usta ze zdumienia. Najmniej rozumiał to, że nigdzie nie mógł dojrzeć swojej znajomej okolicy ani lasu, z którego wyszedł, ani wsi. Jeszcze za nimi nie tęsknił, ale chciałby wiedzieć, gdzie się podziały.

Otaczał go świat zupełnie obcy: inny, piękny, wspaniały, ale nie jego. Jakoś zaczynało mu być markotno. Kiedy jednak zawołał i ludzie zaczęli się zbiegać, kłaniać mu się nisko, spełniać każde jego życzenie i prawić mu takie słodkie słówka, że aż się oblizywał, Jacuś zapomniał o rodzinnej wsi, o chacie i o rodzicach.

Nazajutrz na jego rozkaz zaprowadzono go do skarbca. Leżały tam stosy złota, srebra, diamentów i jakichś dziwnych malowanych papierów, za które można było dostać wszystko, czego dusza zapragnie, choć zrobiono je ze zwykłych szmatek, jak każdy inny papier.

Pomyślał sobie Jacuś: „Miły Boże, gdybym tak mógł posłać garść czy dwie ojcu i matusi, braciom i siostrom, żeby sobie dokupili pola albo bydła!”. Wiedział jednak, że swoim szczęściem nie wolno mu się z nikim dzielić, bo zaraz wszystko by przepadło.

„Mój miły Boże”, powiedział sobie w duchu, „po co mam się o kogoś troszczyć i koniecznie komuś pomagać? Czy oni nie mają rozumu i rąk? Niech każdy idzie i szuka sobie kwiatu, i radzi sobie, jak umie. Byle mnie było dobrze”.

I tak żył sobie Jacuś dalej, wymyślając wciąż nowe zabawy.

Stawiał jeden pałac po drugim, przerabiał ogród, siwe konie zamieniał na kasztanowate, a kare na bułane, sprowadzał dziwy z końca świata, stroił się w złoto i drogie kamienie, a na stół wożono mu przysmaki zza morza. Aż w końcu wszystko mu się sprzykrzyło. Po pulpetach jadł więc surową rzepę, po jarząbkach schab z kartoflami, ale i to mu się przejadło, bo już nigdy nie bywał głodny.

Najgorsze było to, że nie miał co robić, bo nie wypadało mu wziąć do ręki ani siekiery, ani grabi, ani szpadla. Zaczął się śmiertelnie nudzić, a nie znał na to innej rady, jak tylko dręczyć ludzi. To dawało mu jaką taką rozrywkę, ale i ta w końcu mu spowszedniała.

Tak minął rok, a potem drugi. Miał wszystko, czego dusza zapragnie, a jednak to szczęście wydawało mu się czasem tak głupie, że aż mu życie obrzydło.

Najbardziej gryzła go teraz tęsknota za rodzinną wsią, za chatą i za rodzicami. Chciał ich choćby zobaczyć, choćby się dowiedzieć, co się z nimi dzieje. Matkę bardzo kochał i kiedy ją wspominał, ściskało mu się serce.

Pewnego dnia zebrał się na wielką odwagę, wsiadł do powozu i zapragnął znaleźć się we wsi przed chatą rodziców. Konie natychmiast ruszyły i pędziły jak wiatr, a zanim się obejrzał, stanęły przed dobrze mu znanym podwórkiem. Jacusiowi łzy napłynęły do oczu.

Wszystko wyglądało tak samo jak przed kilkoma laty, gdy opuszczał dom, tylko postarzałe, a po wspaniałościach, do których przywykł, wydało mu się jeszcze nędzniejsze. Stare koryto przy studni, pieniek, na którym rąbał drewno, furtka od podwórza, dach porośnięty mchem i oparta o niego drabina stały na swoich miejscach, jakby wyjechał stąd wczoraj. A ludzie?

Z chaty wychyliła się stara, zgarbiona kobieta w osmolonej koszuli i z lękiem spojrzała na powóz, który zatrzymał się przed jej progiem.

Jacuś wysiadł z powozu. Na podwórzu pierwszy przywitał go stary Burek, jeszcze chudszy niż dawniej, z najeżoną sierścią. Szczekał na niego zajadle, przysiadając na tylnych łapach, i ani myślał go poznać.

W progu chaty, oparta o futrynę, stała matka i wpatrywała się w przybysza, ale i ona chyba nie domyślała się, że to jej rodzony syn.

Na błotnistym podwórku chudy Burek ujada na Jacusia w szarym stroju, a w drzwiach chaty stoi zgarbiona matka w chustce; obok studnia, koryto i pieniek.

Serce Jacusia waliło ze wzruszenia.

— Matuś, to ja, wasz Jacek! — zawołał.

Na ten głos staruszka drgnęła. Zwróciła ku niemu oczy zaczerwienione od dymu i płaczu i stała jak oniemiała. Potem pokręciła głową.

— Jacuś? Nie żartujcie sobie, jaśnie panie! Tamtego już nie ma na świecie. Gdyby żył, przez tyle lat odezwałby się przecież do biednych rodziców, a gdyby tak jak wy opływał we wszystko, nie dałby im głodować.

Pokiwała głową i uśmiechnęła się z przekąsem.

— Gdzie tam, gdzie tam! — powiedziała. — Mój Jacuś miał dobre serce i nie chciałby nawet takiego szczęścia, którym nie mógłby się podzielić ze swoimi.

Jacuś poczerwieniał ze wstydu i spuścił oczy. Kieszenie miał pełne złota, ale ilekroć sięgał ręką, żeby rzucić garść matce w fartuch, ogarniał go strach, że straci wszystko naraz.

Stał tak i stał, upokorzony, ze spuszczoną głową, a stara matka na niego patrzyła.

Za nią zbierało się rodzeństwo, pokazała się głowa ojca. Jacusiowi miękło serce, ale kiedy spojrzał na swój powóz, na konie i ludzi, i pomyślał o pałacu, serce znów twardniało, a on czuł, że leży na nim kwiat paproci jak żelazny pancerz.

Jacuś bez słowa odwrócił się od starej matki i nie oglądając się, wolnym krokiem odszedł, słysząc za sobą tylko wściekłe ujadanie Burka. Wsiadł do powozu i kazał się wieźć z powrotem do swojego raju.

Ale tego, co się w nim i z nim działo, nie wypowie żaden język i nie opisze żadne pióro. Słowa starej matki, że nie ma szczęścia dla człowieka, który nie może się nim podzielić, brzmiały mu w uszach jak przekleństwo.

Po powrocie do pałacu Jacuś kazał grać kapeli, dworzanom tańczyć i zastawiać stoły. Nawet trochę się upił. Kilku ludzi kazał wychłostać. Ale nic z tego nie pomogło i dalej było mu bardzo markotno.

Przez cały rok, choć jak zwykle opływał we wszystko, czuł gorycz w ustach, a na sercu ciężar jak kamień.

W końcu nie wytrzymał i znowu pojechał do swojej wsi, do chaty.

Spojrzał: wszystko było tak jak dawniej, koryto, pieniek, dach, drabina, wrota i Burek z najeżoną sierścią. Ale stara matka nie wyszła. W progu stanął w samej koszulinie jego najmłodszy brat, Maciek.

— A gdzie matuś? — zapytał Jacuś.

— Chorzy leżą — westchnął malec.

— A tatuś?

— Na cmentarzu…

Burek rzucał mu się do pięt, ale Jacuś wszedł do chaty. Stara matka leżała w kącie na łóżku i cicho jęczała. Podszedł do niej, a ona popatrzyła na niego i nie poznała. Trudno jej było mówić, a on nie śmiał o nic pytać.

Serce mu się krajało. Już sięgał do kieszeni, żeby sypnąć złotem na ławę, ale dłoń mu się zacisnęła i ogarnął go podły strach, że straci swoje szczęście.

Niegodziwy Jacuś zaczął sobie tłumaczyć: „Stara niewiele już ma do przeżycia, a ja jestem młody. Ona długo się nie będzie męczyć, a przede mną całe życie, świat i panowanie”.

I wyrwał się z chaty do powozu, a powozem do pałacu. Ale kiedy tam dotarł, zamknął się u siebie i płakał.

Pod żelaznym pancerzem, który kwiat paproci nałożył mu na piersi, budziło się związane i spętane sumienie i gryzło mu serce od środka.

Jacuś kazał więc grać kapeli, a dworzanom tańczyć, i zaczął pić, żeby zagłuszyć sumienie.

Chwilami zdawało się, że już go nie słychać, ale potem odzywało się tak głośno, że o mało nie oszalał. Nazajutrz i przez następne dni nie spoczął ani na chwilę, ciągle czymś się oszałamiał: biegał, jeździł, strzelał, słuchał wrzasków, jadł, pił i hulał. Nic nie pomagało.

Ponad wszystkie wrzaski brzmiało mu w uszach:

— Nie ma szczęścia dla człowieka, jeżeli się nim z drugimi podzielić nie może.

Nie minął rok, a Jacuś wysechł jak szczapa i pożółkł jak wosk. W całym swoim dostatku i szczęściu męczył się nie do zniesienia. Wreszcie po jednej nieprzespanej nocy napchał kieszenie złotem i kazał się wieźć do chaty.

Postanowił, że choćby miał wszystko stracić, uratuje matkę i rodzeństwo.

— Niech się dzieje, co chce! — powiedział. — Niech zginę, ale dłużej nie mogę żyć z tym robakiem w piersi.

Konie stanęły przed chatą.

Wszystko było jak przedtem: stare koryto przy studni, pieniek, dach, drabina. Tylko w progu nie było żywej duszy.

Jacuś pobiegł do drzwi, ale były podparte kołkiem. Zajrzał przez okno: chata stała pusta.

Wtem żebrak, który stał przy płocie, zawołał do niego:

— A czego wy tam szukacie, jasny panie? W tej chacie wszyscy pomarli z biedy, z głodu i z choroby…

Wychudły, pożółkły Jacuś stoi w progu przed zamkniętymi drzwiami chaty z ciemnym, pustym oknem, a stary żebrak z kijem i torbą mówi do niego przy płocie.

Jak skamieniały stał w progu ten szczęśliwiec. Stał i stał.

„Zginęli z mojej winy”, pomyślał. „Niechże i ja zginę!”

Ledwie to pomyślał, ziemia się rozstąpiła i Jacuś zniknął, a razem z nim ten nieszczęsny kwiat paproci, którego dziś już próżno szukać po świecie.

Jak oceniasz tę legendę?

Opowiedziała na nowo Talerie, źródło: Bajki i powiastki (otwiera się w nowym oknie) Domena publiczna