Przejdź do treści
Zimą pod ośnieżoną kamienną bramą młody żołnierz w hełmie i kolczudze podaje z białego konia połowę czerwonego płaszcza bosemu żebrakowi w przepasce.

Legenda o świętym Marcinie

Jakub de Voragine

8 min czytania od 6 lat

Przy bramie Amiens młody żołnierz Marcin przecina mieczem płaszcz i daje połowę nagiemu żebrakowi. Nocą ukazuje się Marcinowi Chrystus w tej właśnie połowie płaszcza. Marcin chce już służyć tylko Bogu, ale cesarz Julian bierze go za tchórza, więc Marcin obiecuje stanąć przed wrogiem bez broni.


Marcin urodził się w Panonii, ale dorastał w Pawii. Jego ojciec był trybunem, czyli dowódcą żołnierzy, i nie wierzył w Chrystusa. Marcina od dziecka ciągnęło do Boga. Kiedy miał dwanaście lat, uciekł do kościoła i poprosił, żeby przyjęto go na katechumena, czyli kogoś, kto uczy się wiary i przygotowuje do chrztu. Najchętniej zostałby pustelnikiem, ale nie pozwalało mu na to wątłe zdrowie.

Cesarze nakazali jednak, żeby synowie dawnych żołnierzy służyli w wojsku tak jak ich ojcowie. I tak piętnastoletni Marcin musiał wbrew swojej woli zostać żołnierzem. Wystarczał mu jeden sługa, a i temu chętnie usługiwał sam: czyścił mu ubranie i zdejmował buty.

Pewnego zimowego dnia Marcin przechodził przez jedną z bram Amiens. Nie był jeszcze wtedy ochrzczony. Przy bramie stał żebrak, zupełnie nagi, choć dookoła trzaskał mróz. Marcin dobył miecza, przeciął płaszcz na pół i jedną połowę dał żebrakowi. Drugą zatrzymał dla siebie.

Następnej nocy ukazał mu się Chrystus. Miał na sobie właśnie tę połowę płaszcza, a wokół niego stali aniołowie. Marcin usłyszał, jak Chrystus mówi do nich:

— Ten płaszcz dał mi Marcin, choć jest jeszcze tylko katechumenem!

W namiocie przy lampce oliwnej śpi młody Marcin, a obok łóżka stoi Chrystus w białej szacie i czerwonym płaszczu, w otoczeniu trzech skrzydlatych aniołów.

Marcin nie pysznił się tym widzeniem, widział w nim tylko znak Bożej dobroci. Gdy skończył osiemnaście lat, przyjął chrzest. Najchętniej od razu poświęciłby się całkiem Bogu, ale trybun, pod którym służył, poprosił go, żeby został w wojsku jeszcze dwa lata, i obiecał, że potem go zwolni.

Po tych dwóch latach barbarzyńcy wtargnęli do Galii. Cesarz Julian przed bitwą rozdawał żołnierzom pieniądze. Marcin nie chciał wziąć swojej części.

— Jestem żołnierzem Chrystusa i nie wolno mi walczyć — powiedział.

Julian rozgniewał się nie na żarty.

— Nie z pobożności chcesz odejść z wojska, tylko ze strachu przed bitwą! — zawołał.

— Skoro Najjaśniejszy Pan bierze mnie za tchórza — odparł spokojnie Marcin — to jutro stanę przed wrogiem bez broni. Zamiast hełmu i tarczy osłoni mnie tylko znak krzyża.

Cesarz kazał go pilnować, żeby rano dotrzymał słowa. Ale nazajutrz o świcie przybyli posłowie wrogów i oznajmili, że poddają się razem z całym dobytkiem. I tak zwycięstwo przyszło bez kropli krwi, tylko dzięki świętości Marcina.

O złotym wschodzie słońca między rzędami namiotów Marcin bez płaszcza i broni rozkłada puste dłonie przed trzema jasnowłosymi posłami w futrzanych płaszczach.

Po odejściu z wojska Marcin poszedł do świętego Hilarego, biskupa Poitiers, który uczynił go swoim pomocnikiem. Pewnej nocy Bóg kazał mu we śnie odwiedzić rodziców, wciąż jeszcze pogan. Marcin wyruszył w drogę.

W Alpach napadli go zbójcy. Związali mu ręce na plecach, a jednego ze swoich zostawili, żeby go pilnował. Zanim odeszli, zapytali jeszcze:

— Boisz się?

— Nigdy jeszcze nie czułem się bezpieczniej — odpowiedział Marcin. — Bóg najchętniej okazuje miłosierdzie właśnie w chwilach próby.

Kiedy Marcin został sam ze strażnikiem, zaczął mu opowiadać o Chrystusie. Zbójca słuchał i słuchał, aż w końcu uwierzył. Wyprowadził Marcina z powrotem na drogę i od tej pory żył uczciwie.

W Mediolanie drogę zastąpił Marcinowi jakiś człowiek. Był to sam diabeł w ludzkiej postaci.

— Dokąd idziesz? — zapytał.

— Tam, dokąd woła mnie mój Pan — odpowiedział Marcin.

— Dokądkolwiek pójdziesz, wszędzie stanie ci na drodze diabeł! — zagroził nieznajomy.

— Z pomocą Stwórcy nie boję się żadnego stworzenia — odparł Marcin.

W Pawii Marcin nawrócił matkę, ale ojciec do końca pozostał przy dawnych bogach.

Kiedy do Pawii dotarli heretycy, Marcin niemal w pojedynkę bronił przed nimi prawdziwej wiary, więc go pobili i wygnali z miasta. W Mediolanie założył klasztor, ale i stamtąd go przepędzono. Z jednym kapłanem schronił się na wyspie Gallinarii. Tam przez pomyłkę zjadł trujące ziele i był bliski śmierci, ale modlitwą pokonał truciznę i ból.

Gdy usłyszał, że Hilary wrócił z wygnania, poszedł do niego i założył klasztor w Ligugé, niedaleko Poitiers. Pewnego dnia umarł tam katechumen, który nie zdążył przyjąć chrztu. Marcin poszedł do jego celi, pomodlił się nad zmarłym i przywrócił mu życie.

Kiedy zmarł biskup Tours, mieszkańcy miasta wybrali na jego miejsce Marcina. Niektórzy biskupi się sprzeciwiali: mówili, że chodzi w byle jakim ubraniu i wygląda zbyt skromnie jak na biskupa. Mimo to Marcin został biskupem, wbrew ich woli i własnej.

Nie znosił miejskiego zgiełku, dlatego dwie mile za miastem założył klasztor Marmoutier. Żył tam surowo z osiemdziesięcioma uczniami, a żaden z nich nie pił wina, chyba że w chorobie.

Niedaleko ludzie czcili grób jakiegoś męczennika, choć nikt nie wiedział, kim był ani jak żył. Marcin stanął nad grobem i poprosił Boga, żeby wyjawił mu prawdę. Wtedy ujrzał czarny cień. Na jego pytanie cień wyznał, że jest duszą nie świętego, lecz rozbójnika straconego za zbrodnie. Marcin kazał więc rozebrać ołtarz postawiony fałszywemu świętemu.

Mówiono, że Marcina słucha wszystko: ogień, wiatr, drzewa i zwierzęta. Pewnego razu chciał ściąć sosnę, którą okoliczni chłopi czcili jak świętość. Jeden z chłopów zawołał drwiąco:

— Jeśli naprawdę ufasz swojemu Bogu, pozwól nam samym ściąć to drzewo i stań tam, gdzie upadnie!

Marcin stanął pod sosną. Chłopi rąbali i rąbali, aż drzewo z trzaskiem zaczęło walić się prosto na niego. Wtedy Marcin uczynił znak krzyża. Sosna przechyliła się w drugą stronę i runęła tak, że omal nie przygniotła samych chłopów. Na ten widok uwierzyli w Boga Marcina.

Na łące brodaty Marcin w czarnym płaszczu unosi dłoń, a wysoka sosna przechyla się nad pogańskim ołtarzykiem z kamienia ku przerażonym chłopom z siekierami.

Innym razem Marcin kazał zawrócić wężowi, który płynął przez rzekę, i wąż posłusznie zawrócił. Święty westchnął wtedy ciężko:

— Węże mnie słuchają, a ludzie słuchać nie chcą!

Kiedyś Marcin przyszedł z prośbą do cesarza Walentyniana. Cesarz wiedział jednak, o co biskup poprosi, i trzy razy kazał zamknąć przed nim drzwi pałacu. Marcin przez tydzień pościł i modlił się w worze pokutnym, posypany popiołem. Potem anioł kazał mu iść, a drzwi stanęły otworem.

Rozgniewany cesarz nie chciał nawet wstać, ale nagle jego tron zajął się ogniem. Walentynian zerwał się, uściskał Marcina i zgodził się na wszystko, zanim biskup zdążył powiedzieć choć słowo.

Na biskupim tronie Marcin nigdy nie siadał, wolał prosty wiejski stołek. Wciąż też, jak dawniej, myślał o ubogich. Pewnego świątecznego dnia, gdy szedł do kościoła, podążał za nim zupełnie nagi biedak. Marcin polecił archidiakonowi dać mu jakieś ubranie, ale archidiakon wcale się nie spieszył. Wtedy Marcin zdjął w zakrystii własną tunikę, oddał ją biedakowi i kazał mu szybko odejść.

Po chwili przyszedł archidiakon.

— Ojcze, czas odprawić mszę — powiedział.

— Nie mogę jej odprawić, dopóki ten biedak nie dostanie ubrania — odpowiedział Marcin.

Archidiakon poszedł na targ, kupił za parę groszy lichą tunikę i rzucił ją Marcinowi pod nogi, nie wiedząc, że biskup oddał swoją. Marcin ją włożył. Sięgała mu ledwie do kolan, a rękawy kończyły się na łokciach. W takim stroju odprawił mszę, a wierni ujrzeli wtedy nad jego głową kulę ognia.

Pewnego dnia, gdy Marcin był sam w celi, diabeł ukazał mu się jako król w purpurze, z diademem na głowie, cały w złocie i drogich kamieniach. Uśmiechał się łagodnie i długo milczał, aż wreszcie przemówił:

— Marcinie, poznaj tego, któremu oddajesz cześć! Jestem Chrystus. Zszedłem na ziemię i tobie pierwszemu chciałem się ukazać.

Marcin nic nie odpowiedział.

— Marcinie, dlaczego nie chcesz uwierzyć, skoro mnie widzisz? Jestem Chrystus! — powtórzył przybysz.

— Mój Pan Jezus nie wróciłby na ziemię w purpurze i z diademem na głowie — odparł wreszcie Marcin.

W kamiennej celi siwiejący Marcin siedzi na stołku i patrzy na uśmiechniętego diabła w postaci króla w purpurze i złotym diademie z drogimi kamieniami.

Na te słowa zjawa zniknęła, a w celi rozszedł się okropny smród.

Marcin na długo przed śmiercią wiedział, kiedy umrze. Był już starcem, gdy wybrał się do Candes, żeby pogodzić skłóconych ludzi. Tam poczuł, że słabnie, i powiedział uczniom, że zbliża się jego godzina.

— Ojcze, dlaczego nas zostawiasz? Drapieżne wilki napadną na twoje stado! — błagali uczniowie przez łzy.

Wzruszony ich płaczem, Marcin zaczął się modlić:

— Panie, jeśli jeszcze jestem potrzebny twojemu ludowi, nie uchylam się od pracy. Niech się stanie twoja wola.

Trawiła go gorączka. Uczniowie prosili, żeby pozwolił podłożyć sobie choć trochę słomy.

— Nie, dzieci moje — odpowiedział. — Chrześcijanin powinien umierać na popiele.

Leżał na wznak, z oczami i rękami wzniesionymi ku niebu. Kapłani namawiali go, żeby obrócił się na bok i choć trochę ulżył ciału.

— Bracia, pozwólcie mi patrzeć raczej w niebo niż na ziemię — poprosił.

Siwy, brodaty Marcin leży na popiele na kamiennej posadzce i wznosi ręce ku oknu, z którego pada światło, a obok klęczy trzech zasmuconych uczniów w habitach.

Wtedy zobaczył, że przygląda mu się diabeł.

— Co tu robisz, okrutna bestio? — zawołał Marcin. — Nic już nie możesz mi zrobić, bo widzę, jak Abraham wyciąga do mnie ramiona!

Po tych słowach umarł. Twarz mu pojaśniała, jakby już otaczała go chwała nieba, a wszyscy, którzy przy nim czuwali, usłyszeli, jak chór aniołów odprowadza go do nieba. Marcin miał wtedy osiemdziesiąt jeden lat.

Na pogrzeb zjechali się ludzie z Poitou i z Tours i zaraz wybuchła między nimi wielka kłótnia.

— To mnich od nas, jego ciało należy się nam! — wołali mieszkańcy Poitou.

— Bóg zabrał go wam, żeby dać go nam! — odpowiadali mieszkańcy Tours.

W nocy, kiedy ludzie z Poitou spali, mieszkańcy Tours zabrali ciało świętego, podali je przez okno do łodzi i popłynęli z nim Loarą aż do Tours.

Jak oceniasz tę legendę?

Opowiedziała na nowo Talerie, źródło: La Légende dorée (otwiera się w nowym oknie) Domena publiczna