Przejdź do treści
Zimą pod ośnieżoną kamienną bramą młody żołnierz w hełmie i kolczudze podaje z białego konia połowę czerwonego płaszcza bosemu żebrakowi w przepasce.Oryginalna

Legenda o świętym Marcinie

Jakub de Voragine

13 min czytania od 6 lat

Marcin ma piętnaście lat, kiedy wbrew własnej woli musi pójść do wojska razem z ojcem. Zimą przy bramie Amiens przecina mieczem płaszcz i połowę oddaje nagiemu żebrakowi. A gdy cesarz Julian bierze go za tchórza, Marcin obiecuje, że nazajutrz stanie przed wrogami bez broni.


Marcin pochodził z Panonii, ale wychowywał się w Pawii, w Italii. Jego ojciec był trybunem, dowódcą żołnierzy, i Marcin służył potem razem z nim w wojsku cesarzy Konstantyna i Juliana.

Do wojska Marcin nie poszedł jednak z własnej woli. Już jako dziecko czuł, że Bóg go woła. Kiedy miał dwanaście lat, uciekł do kościoła i poprosił, żeby przyjęto go na katechumena, bo chciał przygotować się do chrztu. Zostałby nawet pustelnikiem, gdyby nie słabe zdrowie.

Cesarze postanowili jednak, że synowie weteranów mają służyć w wojsku razem z ojcami, więc młody Marcin musiał się zaciągnąć. Miał wtedy piętnaście lat. Zgodził się mieć tylko jednego sługę, a i tak to on usługiwał słudze: czyścił mu ubranie i zdejmował mu buty.

Pewnego zimowego dnia, kiedy Marcin przechodził przez jedną z bram Amiens, spotkał żebraka, zupełnie nagiego mimo mrozu. Nie zastanawiał się długo. Dobył miecza, przeciął na pół płaszcz, którym był okryty, i jedną połowę oddał żebrakowi.

Następnej nocy Marcin ujrzał samego Chrystusa, odzianego w tę właśnie połowę płaszcza. Wokół niego stali aniołowie i Marcin usłyszał, jak Chrystus zwraca się do nich.

— Ten płaszcz dał mi Marcin, kiedy był jeszcze tylko katechumenem!

Nocą w namiocie młody Marcin śpi pod brązowym kocem, a przy łóżku stoi Chrystus w białej szacie i czerwonym płaszczu, obok trzy anioły ze skrzydłami.

Widzenie nie wbiło jednak młodego Marcina w pychę. Zobaczył w nim tylko jeszcze jeden dowód dobroci Boga. Kiedy skończył osiemnaście lat, przyjął chrzest. Chciał już całkiem poświęcić się Bogu, ale jego trybun poprosił go, żeby został w wojsku jeszcze dwa lata, i obiecał, że potem pozwoli mu odejść.

Kiedy te dwa lata minęły, barbarzyńcy wtargnęli do Galii. Cesarz Julian rozdał pieniądze żołnierzom, którzy mieli ich odeprzeć. Marcin jednak nie chciał wziąć swojej części.

— Jestem żołnierzem Chrystusa i nie wolno mi walczyć! — powiedział.

Julian rozgniewał się i odparł, że Marcin porzuca służbę nie z pobożności, tylko ze strachu, bo zbliża się wojna. Ale młody żołnierz nie dał się zastraszyć.

— Skoro Najjaśniejszy Pan bierze mnie za tchórza — odpowiedział — jutro stanę przed wrogami bez broni. Zamiast hełmu i tarczy będę miał znak krzyża i z nim przyjmę ich ciosy.

Cesarz zażądał, żeby Marcin dotrzymał słowa. Ale następnego dnia, wczesnym rankiem, wrogowie przysłali posłów z wiadomością, że poddają się razem z całym swoim dobytkiem. Tak zwycięstwo przyszło bez przelania kropli krwi, tylko dzięki zasługom świętego.

O złotym świcie między rzędami namiotów stoi Marcin bez płaszcza i broni, a ku niemu idą z pustymi rękami trzej jasnowłosi posłowie w płaszczach z futrem.

Kiedy Marcin odszedł z wojska, poszedł do świętego Hilarego, biskupa Poitiers, a ten uczynił go swoim pomocnikiem. Pewnej nocy Bóg dał Marcinowi we śnie znać, że powinien odwiedzić rodziców, którzy wciąż byli poganami. Marcin wyruszył w drogę. Przeczuwał, że po drodze czeka go wiele prób, i nie mylił się.

W Alpach napadli go zbójcy. Związali mu ręce za plecami i zostawili pod strażą jednego ze swoich. Zanim odeszli, zapytali go jeszcze, czy się boi.

— Nigdy nie czułem się bezpieczniej — odpowiedział Marcin. — Wiem, że Boże miłosierdzie najchętniej objawia się właśnie w chwilach próby.

Kiedy został sam ze zbójcą, który go pilnował, zaczął mu głosić Ewangelię i nawrócił go. Nawrócony zbójca odprowadził go potem z powrotem na gościniec i od tej pory żył uczciwie.

Później, w Mediolanie, zaczepił Marcina sam diabeł. Przybrał ludzką postać i zapytał, dokąd święty idzie.

— Idę tam, dokąd wzywa mnie mój Pan — odpowiedział Marcin.

— Dokądkolwiek pójdziesz, wszędzie diabeł stanie ci na drodze! — rzucił diabeł.

— Z pomocą Stwórcy nie boję się żadnego stworzenia! — odparł Marcin.

Kiedy wreszcie dotarł do Pawii, nawrócił matkę. Ojciec natomiast do końca trwał przy pogańskich bożkach.

Niedługo potem w Pawii rozprzestrzeniła się herezja ariańska. Marcin sprzeciwiał się jej niemal w pojedynkę, więc pobito go i wypędzono z miasta. Wrócił do Mediolanu i założył tam klasztor, ale arianie wygnali go i stamtąd. Razem z jednym tylko kapłanem schronił się na małej wyspie Gallinara.

Pewnego dnia Marcin zjadł tam przez pomyłkę nasiona ciemiernika. Trucizna już zaczęła go zabijać, ale modlił się tak żarliwie, że pokonał i niebezpieczeństwo, i ból.

W końcu Marcin dowiedział się, że święty Hilary wrócił z wygnania. Poszedł do niego i założył klasztor w Ligugé, niedaleko Poitiers. Tam właśnie usłyszał pewnego dnia, że zmarł katechumen, który nie zdążył przyjąć chrztu. Święty poszedł do celi zmarłego, pomodlił się nad jego ciałem i przywrócił go do życia.

Wskrzeszony opowiedział potem, że już prowadzono go do piekła, kiedy dwaj aniołowie szepnęli sędziemu do ucha, że za tego grzesznika modli się Marcin. Święty przywrócił też życie człowiekowi, który się powiesił, i ten mógł jeszcze odpokutować swoje grzechy.

Kiedy umarł biskup Tours, mieszkańcy miasta wybrali Marcina na jego następcę. Niektórzy biskupi próbowali temu przeszkodzić. Mówili, że Marcin chodzi w zaniedbanym ubraniu i ma niepozorny wygląd. Na próżno: został biskupem wbrew swoim przeciwnikom, a także wbrew własnej woli.

Nie mógł jednak znieść miejskiego zgiełku, więc dwie mile od Tours założył klasztor Marmoutier. Żył tam bardzo surowo razem z osiemdziesięcioma uczniami. Żaden z nich nie pił wina, chyba że zachorował, a każdą wygodę uważano w tym klasztorze za grzech.

Pewnego razu Marcin zauważył, że ludzie czczą jako męczennika kogoś, o którego życiu i zasługach on sam nie mógł się niczego dowiedzieć. Ukląkł więc przy grobie rzekomego męczennika i poprosił Boga, żeby pokazał mu prawdę.

Kiedy się odwrócił, zobaczył czarny cień. Zapytał go, kim jest, a cień odpowiedział, że wcale nie jest cieniem świętego, tylko złodzieja, którego ukarano śmiercią za jego zbrodnie. Marcin kazał wtedy zburzyć ołtarz fałszywego męczennika.

Uczniowie Marcina, Sulpicjusz Sewer i Gallus, opowiadają, że pewnego dnia przyszedł on z prośbą do cesarza Walentyniana. Cesarz kazał zamknąć przed nim bramy pałacu, bo wiedział, że święty poprosi o coś, czego on nie zechce mu dać. Trzy razy z rzędu odprawiono Marcina spod bramy. Wtedy włożył włosiennicę, posypał głowę popiołem i przez cały tydzień nic nie jadł ani nie pił.

Potem, pouczony przez anioła, Marcin znów poszedł do pałacu. Tym razem nikt go nie zatrzymał i swobodnie przeszedł aż do samego cesarza. Walentynian wściekł się, że święty zdołał wejść, i nie chciał nawet wstać, żeby go powitać.

Wtem jego tron zajął się ogniem, i to tak szybko, że cesarz poparzył sobie siedzenie i musiał zerwać się z miejsca. Uznał wtedy moc Boga, rzucił się świętemu w ramiona i zanim Marcin zdążył cokolwiek powiedzieć, obiecał spełnić wszystko, o co święty przyszedł prosić.

Ci sami uczniowie opowiadają też, jak Marcin wskrzesił zmarłego. Pewna matka błagała go, żeby przywrócił życie jej synkowi, który właśnie umarł. Święty ukląkł na oczach ogromnego tłumu pogan i chłopiec od razu ożył. Na ten widok wszyscy poganie uwierzyli w Boga.

Tak wielka była świętość Marcina, że słuchało go wszystko: żywioły, drzewa i zwierzęta. Kiedyś podpalił pogańską świątynię, a wiatr poniósł płomienie na sąsiedni dom. Marcin wszedł wtedy na dach tego domu i stanął w samym środku ognia. Wszyscy zobaczyli, jak płomień zawraca pod wiatr i oszczędza dom.

Innym razem pewien kupiec, który nie był jeszcze chrześcijaninem, znalazł się na statku w czasie burzy. Kiedy statek zaczął tonąć, kupiec zawołał: „Boże Marcina, ratuj nas!” i burza natychmiast ucichła.

Kiedy indziej Marcin chciał ściąć sosnę poświęconą diabłu. Wokół zebrał się tłum chłopów, a jeden z nich wystąpił naprzód.

— Jeśli naprawdę ufasz swojemu Bogu, pozwól, że sami zetniemy to drzewo, i to tak, żeby runęło prosto na ciebie! — zawołał drwiąco.

Sosna już się przechylała i miała runąć, kiedy święty uczynił znak krzyża. Wtedy drzewo odchyliło się i upadło w przeciwną stronę, tak że omal nie przygniotło chłopów, którzy tam stali. Na widok tego cudu wszyscy się nawrócili.

Marcin w czarnym płaszczu unosi rękę, a wysoka sosna nad kamiennym pogańskim ołtarzykiem przechyla się w stronę przerażonych chłopów z siekierami.

Innego dnia Marcin zobaczył psy, które goniły zająca, i kazał im przestać. Psy od razu stanęły i przybiegły do świętego, jakby trzymał je na smyczy. Raz też na jego rozkaz wąż, który przepływał rzekę, zawrócił tam, skąd przypłynął.

— Węże mnie słuchają, a ludzie nie chcą słuchać! — westchnął ciężko Marcin.

Wśród cnót świętego trzeba najpierw wymienić pokorę. Kiedy był w Paryżu, wyszedł naprzeciw trędowatemu, którym wszyscy się brzydzili, uściskał go, pobłogosławił i uzdrowił. Nigdy nie chciał siadać na biskupim tronie. Siadał na małym, prostym trójnożnym stołku, takim, jakie stoją w wiejskich chatach.

Po drugie, Marcin odznaczał się dostojeństwem, bo Duch Święty obdarzył go łaskami równymi łaskom apostołów. Pewnego dnia siedział sam w celi, a jego uczniowie, Sewer i Gallus, czekali pod drzwiami. Nagle usłyszeli, że rozmawia z nim kilka kobiet. Potem zapytali go, kto to był.

— Powiem wam, ale pod warunkiem, że nikomu tego nie powtórzycie — odpowiedział Marcin. — Wiedzcie więc, że odwiedziły mnie święte Agnieszka, Tekla i Maryja.

Przyznał też, że te święte często go odwiedzają, a razem z nimi apostołowie Piotr i Paweł.

Po trzecie, odznaczał się sprawiedliwością. Kiedyś cesarz Maksym zaprosił go na ucztę. Marcin pierwszy dostał do ręki puchar i wszyscy spodziewali się, że poda go dalej cesarzowi. On jednak podał go jednemu ze swoich kapłanów, którego uznał za najgodniejszego tego zaszczytu.

Po czwarte, święty był bardzo cierpliwy. Kiedy był już biskupem, jego duchowni obrażali go bezkarnie, a on mimo to wciąż okazywał im życzliwość. Nikt nigdy nie widział, żeby się gniewał, smucił albo z kogoś drwił.

Pewnego dnia jechał na osiołku, okryty czarnym płaszczem. Na jego widok spłoszyły się konie oddziału żołnierzy, a żołnierze rzucili się na Marcina i okrutnie go pobili. Ale im mocniej go bili, tym mniej zdawał się przejmować ich razami.

Kiedy potem chcieli dosiąść koni, zwierzęta nie chciały ruszyć z miejsca, choć smagano je batami. Żołnierze wrócili więc do Marcina i poprosili go o przebaczenie grzechów. Dopiero na rozkaz świętego konie zgodziły się iść dalej.

Odznaczał się też wytrwałością w modlitwie: nawet kiedy czytał albo pracował, nie przestawał się modlić. Był także bardzo surowy dla samego siebie.

Jego uczeń Sewer opisuje w liście do Euzebiusza, jak Marcin przybył kiedyś do jednego z miast swojej diecezji i zastał tam przygotowane dla siebie miękkie posłanie ze słomy. Brzydził się takim zbytkiem, więc odrzucił słomę i położył się na gołej ziemi, w samej włosiennicy, jak co noc.

Około północy odrzucona słoma zajęła się ogniem. Marcin obudził się otoczony płomieniami. Uczynił znak krzyża, a kiedy przerażeni mnisi przybiegli, pewni, że znajdą go spalonego, ze zdumieniem zobaczyli, że ogień nic mu nie zrobił.

Święty był też miłosierny dla grzeszników: wybaczał nawet najgorsze zbrodnie, gdy tylko widział, że ktoś szczerze ich żałuje. Diabeł robił mu kiedyś o to wyrzuty.

— Nieszczęsny, gdybyś i ty przestał dręczyć ludzi, uwierzyłbym w twoją skruchę i obiecałbym ci miłosierdzie naszego Pana! — odpowiedział mu Marcin.

Był także dobry dla ubogich. Pewnego dnia, kiedy szedł do kościoła, żeby odprawić świąteczną mszę, poszedł za nim biedak, zupełnie nagi. Marcin polecił archidiakonowi, żeby dał mu jakieś ubranie. Archidiakon jednak wcale się nie spieszył. Wtedy święty wszedł do zakrystii, oddał biedakowi własną tunikę i kazał mu jak najszybciej odejść.

Po chwili przyszedł archidiakon i przypomniał, że czas zaczynać mszę.

— Nie mogę jej odprawić, dopóki ten biedak nie będzie miał ubrania — odpowiedział Marcin.

Archidiakon poszedł więc na targ, kupił za parę groszy lichą tunikę i rzucił ją świętemu pod nogi. Nie wiedział, że Marcin potrzebuje jej dla siebie, bo własną tunikę oddał biedakowi.

Święty włożył tę nędzną tunikę. Ledwie sięgała mu do kolan, a rękawy kończyły się na łokciach. I właśnie w takim stroju odprawił mszę. W czasie mszy wierni zobaczyli nad jego głową ognistą kulę.

Innym razem zobaczył owcę, którą dopiero co ostrzyżono. Zwrócił się wtedy żartem do uczniów.

— Oto ktoś, kto posłuchał Ewangelii! Miała dwie suknie i z jedną się rozstała. Bierzcie z niej przykład!

Słynął także z mocy wypędzania złych duchów. Kiedyś zobaczył krowę opętaną przez demona, która wyrządzała wiele szkód. Podniósł palec i kazał jej stanąć. Potem dostrzegł demona, który siedział jej na grzbiecie.

— Zejdź z niej i przestań dręczyć to niewinne zwierzę! — zawołał Marcin.

Demon natychmiast uciekł, a krowa uklękła przed świętym i wróciła do stada.

Marcin umiał też rozpoznać demony w każdym przebraniu, czy przybierały postać Jowisza i Merkurego, czy Wenus i Minerwy. Pewnego dnia diabeł ukazał mu się jako król w purpurze, z diademem na czole, cały w złocie i drogich kamieniach, z twarzą spokojną i uśmiechniętą. Długo milczeli obaj, aż wreszcie diabeł przemówił.

— Marcinie, poznaj tego, któremu oddajesz cześć! Jestem Chrystus! Zstąpiłem na ziemię i tobie pierwszemu chciałem się ukazać!

W kamiennej celi siwy Marcin siedzi na stołku i patrzy na uśmiechniętego diabła w postaci króla w purpurze, ze złotym diademem wysadzanym kamieniami.

Marcin wciąż milczał.

— Marcinie, dlaczego wahasz się uwierzyć, skoro mnie widzisz? Jestem Chrystus! — powtórzył diabeł.

— Mój Pan Jezus nie wróciłby na ziemię w purpurze i nie włożyłby diademu na głowę! — odpowiedział wtedy wielki święty.

W tej samej chwili demon zniknął, a celę świętego wypełnił straszny smród.

Święty Marcin na długo przed śmiercią wiedział, kiedy umrze, i zapowiedział to uczniom. Kiedy przybył do Candes, żeby załagodzić spór, który tam wybuchł, poczuł, że opuszczają go siły, i oznajmił uczniom, że zbliża się jego godzina.

— Ojcze, dlaczego zostawiasz nas w takim smutku? Drapieżne wilki rzucą się na twoje stado! — mówili uczniowie, zalewając się łzami.

Ich łzy i prośby wzruszyły Marcina, więc zaczął się modlić.

— Panie, jeśli jestem jeszcze potrzebny twojemu ludowi, nie odmawiam dalszej pracy. Niech się dzieje twoja wola!

Nie umiał jednak rozstrzygnąć, czego bardziej pragnie. Nie chciał opuszczać swojego stada, ale nie chciał też odwlekać chwili, gdy stanie przed Chrystusem.

Trawiła go gorączka, a uczniowie prosili, żeby pozwolił podłożyć sobie choć trochę słomy, bo leżał na popiele.

— Nie, dzieci moje. Chrześcijanin powinien umierać na popiele — odpowiedział.

Leżał na wznak, z oczami i rękami wzniesionymi ku niebu. Kapłani namawiali go, żeby położył się na boku i choć trochę ulżył zmęczonemu ciału.

— Bracia, pozwólcie mi patrzeć raczej w niebo niż na ziemię — odpowiedział Marcin.

Stary Marcin z siwą brodą leży na wznak na popiele, we włosiennicy, i wznosi ręce ku oknu, a obok klęczy trzech zasmuconych mnichów.

Potem zobaczył, że przygląda mu się diabeł.

— Co tu robisz, podła bestio? Nic już mi nie zrobisz, bo widzę, jak Abraham otwiera przede mną ramiona! — zawołał.

Z tymi słowami na ustach oddał ducha. Jego twarz rozjaśniła się, jakby już okrywała ją niebieska chwała, a wszyscy obecni usłyszeli chór aniołów, który odprowadzał go do nieba.

Marcin umarł w wieku osiemdziesięciu jeden lat, około roku Pańskiego 395, za panowania cesarzy Honoriusza i Arkadiusza.

Na pogrzeb przybyli ludzie z Poitou i z Tours, a między nimi wybuchła wielka kłótnia.

— Był u nas mnichem, więc jego ciało należy się nam! — wołali ludzie z Poitou.

— Bóg wam go zabrał, żeby dać go nam! — odpowiadali mieszkańcy Tours.

Nocą, kiedy ludzie z Poitou spali, mieszkańcy Tours zabrali ciało, przenieśli je przez okno do łodzi i popłynęli z nim w dół Loary, aż do swojego miasta.

Jak oceniasz tę legendę?

Opowiedziała na nowo Talerie, źródło: La Légende dorée (otwiera się w nowym oknie) Domena publiczna