
Golem z Pragi
8 min czytania od 6 lat talerie.com/pl/bajki/golem-z-pragi
Rabin Löw z praskiego Miasta Żydowskiego zna tajemnice przyrody i pokazuje zdumiewające sztuki. Kiedy król Rudolf każe wszystkim Żydom opuścić Pragę, rabin staje na samym środku Kamiennego Mostu i nie ustępuje z drogi królewskiemu powozowi, choć ludzie rzucają w niego kamieniami.
Za panowania króla Rudolfa II żył w praskim Mieście Żydowskim rabin Jehuda Löw ben Bezalel, człowiek bardzo uczony i doświadczony. Był tak wysoki, że nazywano go wielkim rabinem. Znał się nie tylko na Talmudzie i kabale, ale także na matematyce i astronomii. Zgłębił tajemnice przyrody, których inni nie znali, i pokazywał tak dziwne sztuki, że ludzie nie mogli wyjść z podziwu.
Wieść o nim rozeszła się szeroko i dotarła aż na zamek na Hradczanach, na dwór króla Rudolfa. Nadworny astronom króla, Tycho Brahe, bardzo cenił uczonego rabina. Sam król poznał go jednak w niezwykły sposób.
Było to wtedy, gdy król wydał rozkaz, żeby wszyscy Żydzi opuścili Pragę. Rabin Löw poszedł na zamek wstawić się za swoim ludem, ale nic nie wskórał, bo nawet nie dopuszczono go do króla. Dowiedział się jednak z pewnego źródła, że król będzie jechał z Hradczan na Stare Miasto. Stanął więc na samym środku Kamiennego Mostu i czekał.
Kiedy ludzie na moście ujrzeli wspaniały królewski powóz z czterema końmi w lśniącej, nabijanej uprzęży i okazały orszak jeźdźców, zaczęli pokrzykiwać na rabina.
— Zejdź z drogi! — krzyczeli. — Nie słyszysz?
Rabin Löw stał jednak na samym środku drogi, jakby nic nie słyszał. Wtedy ludzie rozzłościli się na dobre i zaczęli w niego rzucać. Rzucali kamieniami i błotem, ale na jego płaszcz, na głowę i pod nogi spadały kwiaty.

Tymczasem powóz był coraz bliżej. Rabin nie cofnął się ani o krok. Konie go nie stratowały: same stanęły przed nim, choć woźnica wcale nie ściągnął lejców.
Dopiero teraz rabin ruszył z miejsca. Z odkrytą głową, stąpając po różach i innych kwiatach, podszedł do powozu, uklęknął przy nim i prosił króla o łaskę dla swojego ludu. Król, zdumiony tym, co zobaczył, kazał mu przyjść na zamek. Już to była wielka łaska.
Na zamku rabin wyprosił jeszcze więcej: Żydzi nie musieli opuszczać Pragi. Od tej pory rabin Löw nieraz bywał zapraszany do króla i umilał mu czas swoją czarodziejską sztuką.
Pewnego razu król Rudolf zapragnął, żeby rabin pokazał mu praojców: Abrahama, Izaaka, Jakuba i synów Jakuba. Rabin długo się wahał, w końcu jednak się zgodził.
— Spełnię życzenie Najjaśniejszego Pana — powiedział. — Proszę tylko o jedno: niech nikt się nawet nie uśmiechnie, kiedy pojawią się święte postacie praojców.
Król i dworzanie, zebrani w odległej sali zamku, przyrzekli to i z ciekawością wpatrywali się w głęboką wnękę przy oknie. W półmroku stał tam poważny, wysoki rabin. Nagle zniknął, jakby rozpłynął się we mgle, a z szarej chmury wyłoniła się postać starca, wyższego niż jakikolwiek człowiek, w fałdzistej szacie, cała w jasnym świetle. Przesunęła się wolno i dostojnie przed oczami wszystkich, a potem zgasła w szarej chmurze. To był Abraham.
Po nim zjawił się Izaak, potem Jakub i jego synowie, Juda, Ruben, Symeon, Issachar i pozostali, jeden po drugim. Król i dworzanie patrzyli na nich w ciszy i powadze. Aż wreszcie z chmury wynurzył się jeszcze jeden syn Jakuba, Neftali. Rudy i piegowaty, przebiegł truchtem, jakby się spóźnił i gonił pozostałych. Tego król nie wytrzymał i parsknął śmiechem.

Ledwie się zaśmiał, Neftali zniknął, zniknęła chmura i całe widzenie, a w obszernej sali rozległy się okrzyki zdumienia i grozy. Dworzanie zrywali się z miejsc i wskazywali w górę, na malowany strop.
Strop się poruszył. Zaczął opadać, niżej i niżej, a wysoka sala robiła się coraz niższa. Bladzi jak ściana dworzanie chcieli uciec do drzwi, ale nie mogli ruszyć się z miejsca, jakby przymarzli do podłogi.
— Rabinie, zatrzymajcie strop! — wołali.
— Zatrzymaj go, rabinie! — krzyczał razem z nimi król.
Rabin wyszedł z wnęki, wyciągnął ręce i zaczął coś mówić. Nim skończył, strop stanął i już się dalej nie obniżał. Król nie chciał oglądać niczego więcej. Wybiegł z sali, a za nim wszyscy dworzanie.
Strop jednak nie wrócił na swoje miejsce. Jak opadł, tak został. Król nigdy więcej nie wszedł do tej sali, a jej drzwi zamknięto na zawsze.
Rabin Löw nie popadł przez to w niełaskę. Przeciwnie, król Rudolf odwiedził go nawet w jego domu, a takiego zaszczytu Miasto Żydowskie jeszcze nie znało. Rabin, wdzięczny za tę wizytę, sprawił swojemu królowi nie lada niespodziankę.
Dom rabina wyglądał niepozornie, był stary i skromny. Ledwie jednak król z dworzanami przeszedł przez niskie drzwi, zaczął się dziwić. Sień nie przypominała sieni zwykłego domu, tylko salę książęcego pałacu, sklepioną, malowaną i zdobioną sztukaterią. Schody, które w innych domach były drewniane, lśniły marmurem tam, gdzie nie zakrywały ich drogie kobierce.
Marmurowe schody prowadziły do wspaniałej sali pełnej obrazów i kosztownych gobelinów. Przez otwarte boczne drzwi widać było rzędy bogatych komnat, a przez jedne z nich nawet krużganek z arkadami, jak we włoskich pałacach.
Rabin z szacunkiem oprowadzał gości i w końcu wprowadził ich do wielkiej komnaty, gdzie stół był już nakryty.
— Niech Najjaśniejszy Pan raczy przyjąć moją gościnę — poprosił.
Król zasiadł do stołu, a rabin podjął go wraz z całym orszakiem ucztą, która nie ustępowała królewskiej. Zachwycony czarodziejską sztuką, dzięki której niewielki dom stał się tak przestronny i wspaniały, król został tam długo i odjechał bardzo zadowolony. Jeszcze wiele razy okazywał uczonemu rabinowi swoją przychylność. A rabin Löw, żeby została pamiątka po wizycie czeskiego króla, kazał wykuć na domu lwa obok swojego znaku, kiści winogron.
Jeszcze większym cudem niż zjawy praojców na Hradczanach był jednak golem, sługa rabina Löwa. Rabin sam ulepił go z gliny, a potem ożywił: włożył mu do ust szem, karteczkę z hebrajskim czarodziejskim napisem.
Golem pracował za dwóch. Usługiwał, nosił wodę, rąbał drewno, zamiatał i robił wszystkie cięższe prace. Przy tym nie jadł, nie pił i nigdy nie potrzebował odpoczynku.

Co tydzień w piątek wieczorem, kiedy zaczynał się szabat i wszelka praca miała ustać, rabin wyjmował mu szem z ust. Golem od razu sztywniał i stał w kącie bez ruchu jak kukła, martwa glina. Po szabacie rabin wkładał mu szem z powrotem do ust i golem natychmiast ożywał.
Pewnego piątku rabin Löw wybierał się do Synagogi Staronowej, żeby uświęcić szabat, i zapomniał o golemie. Szem został w ustach golema. Ledwie rabin wszedł do synagogi i zaczął psalm, wpadli za nim przerażeni domownicy i sąsiedzi, przekrzykując jeden drugiego.
— Rabinie, golem szaleje w domu! — wołali urywanym głosem. — Nikt nie może się do niego zbliżyć, każdego by zabił!
Rabin zawahał się na chwilę. Zaczynał się szabat, a od tej chwili każda praca, nawet najmniejszy wysiłek, była grzechem. Nie dokończył jednak psalmu, którym uświęca się szabat, więc prawdziwy szabat jeszcze nie nastał. Wstał i pospieszył do domu.
Jeszcze nie doszedł, a już słyszał głuchy łoskot i dudniące uderzenia. Pozostali ze strachu trzymali się kawałek z tyłu. Kiedy rabin wszedł, ujrzał straszne spustoszenie: potłuczone naczynia, połamane i poprzewracane stoły, krzesła, skrzynie i ławy, porozrzucane księgi.
W domu golem nie miał już czego niszczyć. Szalał teraz na podwórku, gdzie leżały zabite kury, kurczęta, kot i pies, i właśnie wyrywał z ziemi grubą lipę. Był cały czerwony, czarne loki fruwały mu wokół czoła i policzków, a drzewo wyrywał tak łatwo jak palik z płotu.
Rabin podszedł prosto do niego z wyciągniętymi rękami i patrzył mu nieruchomo w oczy. Kiedy go dotknął, golem drgnął, wytrzeszczył oczy i wpatrywał się w niego osłupiały, jakby ten wzrok przykuł go do miejsca. Wtedy rabin sięgnął golemowi między zęby i jednym ruchem wyrwał szem.

Golem runął jak ścięty. Leżał na ziemi bezwładny, już tylko gliniana kukła, martwa bryła. Wszyscy dokoła, starzy i młodzi, krzyknęli z radości, a potem ośmieleni podeszli do leżącego golema, śmiali się z niego i obrzucali go wyzwiskami.
Rabin tylko głęboko westchnął. Nie powiedział ani słowa i wrócił do synagogi, gdzie przy blasku lamp zaczął psalm od nowa i uświęcił szabat.
Święty dzień szabatu minął, ale rabin Löw postanowił, że szem już nigdy nie wróci do ust golema. I golem już nie wstał. Został glinianą kukłą, a potem zaniesiono go na strych, pod sam dach Synagogi Staronowej, i tam rozpadł się na kawałki.
Opowiedziała na nowo Talerie, źródło: Staré pověsti české (otwiera się w nowym oknie) Domena publiczna Ten tekst możesz kopiować, zmieniać i wykorzystywać dowolnie. Link do Talerie nas ucieszy, ale nie jest wymagany. CC0 1.0 (otwiera się w nowym oknie)
