W wielkiej biedzie drwal i jego żona zostawiają siedmiu synów w lesie, a chłopcy trafiają nocą do domu ludożercy, który zjada małe dzieci. Najmniejszy, Tomcio Paluch, zamienia po ciemku czapki braci na złote korony córek ludożercy, potem ściąga mu we śnie siedmiomilowe buty i wraca z jego bogactwem do domu.
Był sobie kiedyś drwal i jego żona, a mieli siedmioro dzieci, samych chłopców. Żyli w wielkiej biedzie, bo żaden z synów nie był jeszcze na tyle duży, żeby zarobić na siebie. Najbardziej martwili się o najmłodszego. Był drobny, cichy i prawie się nie odzywał, więc w domu brali jego milczenie za tępotę, choć była to najzwyklejsza mądrość. Kiedy przyszedł na świat, nie był większy od kciuka i dlatego nazwano go Tomciem Paluchem.
Biedak obrywał za wszystkich i zawsze on był winien, a przecież ze wszystkich braci miał najbystrzejszą głowę. Mówił mało, za to słuchał uważnie.
Nadszedł zły rok i głód dokuczył ludziom tak bardzo, że biedni rodzice postanowili zostawić dzieci w lesie. Pewnego wieczoru, kiedy chłopcy już spali, drwal siedział z żoną przy ogniu i powiedział jej ze ściśniętym sercem:
— Sama widzisz, że nie mamy ich czym karmić. Nie mogę patrzeć, jak umierają z głodu. Zaprowadzę je jutro do lasu i tam zostawię. Kiedy zajmą się zbieraniem chrustu, odejdziemy tak, że nawet nie zauważą.
— Ty sam miałbyś zgubić własne dzieci? — krzyknęła drwalowa.
Mąż tłumaczył jej, jak wielka jest ich bieda, ale ona nie chciała o tym słyszeć. Była biedna, ale była ich matką. Kiedy jednak pomyślała, jak strasznie byłoby patrzeć, jak jej synowie gasną z głodu, zgodziła się i poszła spać z płaczem.
Tomcio usłyszał każde słowo. Leżąc w łóżku, poznał po głosach, że rodzice mówią o czymś ważnym, więc wstał cichutko i wsunął się pod stołek ojca, żeby posłuchać niepostrzeżenie. Potem wrócił do łóżka, ale już nie zasnął, tylko rozmyślał, co robić. Wstał skoro świt, poszedł nad strumień i napełnił kieszenie białymi kamyczkami. Ruszyli wszyscy w drogę, a on nie zdradził braciom ani słowa z tego, co wiedział.

Weszli w las tak gęsty, że na dziesięć kroków nie było się nawzajem widać. Ojciec zabrał się do rąbania drzewa, chłopcy do zbierania chrustu na wiązki. Rodzice, widząc ich przy pracy, odsuwali się po trochu, aż wreszcie umknęli boczną ścieżką.

Kiedy dzieci zostały same, zaczęły krzyczeć i płakać ze wszystkich sił. Tomcio pozwolił im płakać, bo dobrze wiedział, którędy wrócą: przez całą drogę rzucał za sobą białe kamyki.
— Nie bójcie się, bracia — powiedział. — Ojciec z matką nas tu zostawili, ale ja was zaprowadzę do domu. Idźcie tylko za mną.
Poszli za nim, a on doprowadził ich pod sam dom tą samą drogą, którą przyszli. Z początku nie śmieli wejść, tylko przywarli do drzwi, żeby posłuchać, co mówią rodzice.
A akurat tego dnia, ledwie drwal z żoną wrócili, dziedzic ze wsi przysłał im dziesięć talarów starego długu, o którym już dawno przestali myśleć. Odżyli od razu, bo naprawdę przymierali głodem. Drwal wysłał żonę po mięso, a ona kupiła go trzy razy więcej, niż dwoje ludzi mogło zjeść na kolację. Kiedy się najedli, drwalowa westchnęła:
— Gdzie są teraz nasze biedne dzieci? Najadłyby się do syta tego, co nam zostało. To ty, Wilhelmie, chciałeś je zgubić. Mówiłam, że będziemy tego żałować. Co one teraz robią w tym lesie? Może zabrały je już wilki!
Powtórzyła to ze dwadzieścia razy, aż drwal stracił cierpliwość i kazał jej zamilknąć. Sam żałował chyba jeszcze bardziej, tylko nie mógł już słuchać jej wyrzutów.
Wreszcie zawołała tak głośno, że chłopcy pod drzwiami usłyszeli:
— Gdzie są moje dzieci, moje biedne dzieci!
— Jesteśmy tutaj! Jesteśmy tutaj! — krzyknęli wszyscy razem.
Pobiegła otworzyć drzwi i ściskała ich po kolei.
— Jak ja się cieszę, że was widzę! Zmęczeni jesteście i głodni. A ty, Piotrusiu, ależ się ubłociłeś. Chodź, umyję cię.
Piotruś był najstarszy i matka kochała go odrobinę bardziej niż resztę. Siedli do stołu i jedli z takim apetytem, że aż miło było patrzeć, a wszyscy naraz opowiadali, jak bardzo się w lesie bali. Radość w tym domu trwała dokładnie tak długo jak dziesięć talarów.
Kiedy pieniądze się skończyły, wrócił dawny smutek i rodzice postanowili zaprowadzić chłopców do lasu jeszcze raz, tym razem znacznie dalej, żeby już nie trafili z powrotem.
Nie mówili o tym dość cicho i Tomcio znowu wszystko usłyszał. Pomyślał, że poradzi sobie tak jak poprzednio, ale choć wstał bardzo wcześnie, po kamyki nie wyszedł: drzwi były zamknięte na dwa spusty. Nie wiedział, co począć, aż matka dała każdemu po kawałku chleba na śniadanie. Wtedy przyszło mu do głowy, że zamiast kamyków może rozsypywać po drodze okruchy chleba. Schował więc swój kawałek do kieszeni.
Rodzice zaprowadzili ich w najgęstszą i najciemniejszą część lasu, a stamtąd cichaczem zawrócili i zostawili chłopców samych. Tomcio wcale się tym nie zmartwił, bo był pewien, że trafi z powrotem po okruchach. Ale kiedy zaczął ich szukać, nie znalazł ani jednego. Ptaki przyleciały i wszystko wydziobały.
Im dłużej szli, tym bardziej błądzili i tym głębiej zapuszczali się w las. Zapadła noc, zerwał się wiatr i napędził im okropnego strachu. Zdawało im się, że zewsząd słyszą wycie wilków, które idą po nich. Prawie nie śmieli mówić ani odwrócić głowy. Potem lunął deszcz i przemoczył ich do suchej nitki. Ślizgali się na każdym kroku, padali w błoto i podnosili się ubłoceni.
Tomcio wdrapał się na drzewo, żeby się rozejrzeć, i wreszcie zobaczył daleko, hen za lasem, maleńkie światełko jak od świecy. Zszedł na dół i z ziemi nie widział już nic, co bardzo go zasmuciło. Ale kiedy uszli z braćmi kawałek w tamtą stronę, światło pokazało się znowu, gdy wychodzili spomiędzy drzew.

Dotarli w końcu do domu, w którym paliła się ta świeca, choć nieraz tracili ją z oczu, schodząc w dolinę. Zapukali i otworzyła im poczciwa kobieta. Spytała, czego chcą. Tomcio odpowiedział, że są biednymi dziećmi, które zabłądziły w lesie, i proszą o nocleg.
Kobieta popatrzyła na nich i rozpłakała się.
— Biedactwa, gdzie wy przyszliście? Nie wiecie, że to dom ludożercy, który zjada małe dzieci?
— A cóż mamy robić, pani? — odpowiedział Tomcio, drżąc na całym ciele, tak samo jak jego bracia. — Jeśli nas pani nie przyjmie, wilki znajdą nas jeszcze tej nocy. Już wolimy, żeby zjadł nas pan ludożerca. Może się nad nami ulituje, jeśli go pani poprosi.
Żona ludożercy pomyślała, że zdoła ukryć chłopców przed mężem do rana, wpuściła ich więc i posadziła przy buzującym ogniu, bo na rożnie piekł się cały baran na kolację dla ludożercy.
Ledwie zaczęli się grzać, ktoś załomotał do drzwi kilka razy. To wracał ludożerca. Żona natychmiast schowała chłopców pod łóżko i poszła otworzyć. Ludożerca zapytał najpierw, czy kolacja gotowa i czy utoczono wina, i zaraz siadł do stołu. Potem zaczął węszyć w prawo i w lewo.

— Czuję tu świeże mięso — powiedział.
— To pewnie cielę, które właśnie oporządziłam — odrzekła żona.
— Czuję tu świeże mięso — powtórzył ludożerca i spojrzał na nią spode łba. — Mówię ci to drugi raz. Coś tu jest nie tak.
Wstał od stołu i poszedł prosto do łóżka.
— A więc tak chcesz mnie oszukiwać! — zawołał. — Mam tu zwierzynę w samą porę, bo za kilka dni odwiedzi mnie trzech przyjaciół.
Wyciągnął chłopców spod łóżka jednego po drugim. Biedacy padli na kolana i prosili o litość, ale trafili na najokrutniejszego z ludożerców. Zamiast się nad nimi użalić, już ich pożerał oczami i mówił żonie, że będą z nich wyborne kąski, kiedy ona przyrządzi do nich dobry sos.
Poszedł po wielki nóż i ostrzył go na kamieniu, zbliżając się do dzieci.
— Co ty wyprawiasz o tej porze? — powiedziała żona. — Czy jutro nie starczy ci czasu?
— Cicho bądź — mruknął ludożerca.
— Przecież masz jeszcze tyle mięsa: cielę, dwa barany i pół wieprza.
— Masz rację — przyznał. — Daj im dobrą kolację, żeby nie schudły, i zaprowadź je spać.
Poczciwa kobieta ucieszyła się i przyniosła im jeść, ale nie mogli przełknąć ani kęsa, tak byli przerażeni. Ludożerca tymczasem wrócił do dzbana, rad, że będzie czym ugościć przyjaciół. Wypił kilkanaście kubków więcej niż zwykle, zakręciło mu się w głowie i poszedł spać.
Ludożerca miał siedem córek, jeszcze całkiem małych. Wszystkie miały ładną cerę, bo jadały świeże mięso jak ojciec, ale oczy małe, szare i okrągłe, nosy haczykowate, a usta ogromne, z długimi, rzadko rozstawionymi zębami. Nie były jeszcze bardzo złe, ale dobrze się zapowiadały, bo na małe dzieci patrzyły już łakomie. Położono je wcześnie i wszystkie siedem leżało w jednym wielkim łóżku, każda ze złotą koroną na głowie.
W tej samej izbie stało drugie łóżko, równie duże. W nim żona ludożercy ułożyła siedmiu chłopców, a potem sama poszła spać.
Tomcio zauważył złote korony i bał się, że ludożercy w nocy przyjdzie do głowy nie czekać do rana. Wstał więc koło północy, pozdejmował czapki braciom i sobie, cichutko włożył je na głowy siedmiu córek ludożercy, a ich złote korony przeniósł na głowy braci i na swoją. Chciał, żeby ludożerca po ciemku wziął chłopców za swoje córki, a córki za chłopców.

Wyszło dokładnie tak, jak obmyślił. Ludożerca obudził się o północy i pożałował, że odłożył na jutro to, co mógł zrobić od razu. Zerwał się z łóżka, chwycił wielki nóż i mruknął:
— Zobaczmy, co porabiają nasi mali goście. Nie warto brać się do tego dwa razy.
Po omacku wszedł do izby córek i podszedł do łóżka, w którym leżeli chłopcy. Wszyscy spali oprócz Tomcia, który przeraził się okropnie, gdy poczuł na głowie rękę ludożercy. Ludożerca wymacał złote korony.
— Ładną rzecz bym zrobił — powiedział. — Widać za dużo wczoraj wypiłem.
Poszedł więc do drugiego łóżka, a gdy pod ręką poczuł chłopięce czapki, powiedział:
— O, tu są nasi zuchowie. Bierzmy się śmiało do dzieła.
I zrobił po ciemku to, po co przyszedł, nie wiedząc, że pomylił łóżka. Zadowolony wrócił do siebie i zasnął.
Ledwie Tomcio usłyszał chrapanie ludożercy, obudził braci, kazał im szybko się ubrać i iść za sobą. Zeszli cicho do ogrodu i przeskoczyli przez mur. Biegli prawie całą noc, trzęsąc się ze strachu i nie wiedząc, dokąd biegną.
Rano ludożerca powiedział żonie:
— Idź na górę i oporządź tych wczorajszych.
Żona ludożercy zdziwiła się dobroci męża, bo wcale nie domyślała się, co miał na myśli. Weszła na górę i zobaczyła w łóżku swoje siedem córek, które już się nie obudziły. Zemdlała na miejscu. Ludożerca, widząc, że robota trwa zbyt długo, poszedł jej pomóc i sam osłupiał na ten widok.
— Cóż ja uczyniłem! — zawołał. — Zapłacą mi za to, i to zaraz.
Chlusnął żonie wodą w twarz, a gdy przyszła do siebie, krzyknął:
— Dawaj mi prędko moje siedmiomilowe buty. Muszę ich dogonić.
Ruszył w drogę. Biegał daleko na wszystkie strony i wreszcie trafił na ścieżkę, którą szli chłopcy, a byli już tylko o sto kroków od ojcowskiego domu. Zobaczyli ludożercę, jak przeskakuje z góry na górę i przechodzi rzeki tak lekko, jakby to były wąskie strumyki. Tomcio dostrzegł w pobliżu skałę z głębokim wydrążeniem, ukrył w niej sześciu braci, wcisnął się tam sam i patrzył, co ludożerca zrobi dalej.
A ludożerca był bardzo zmęczony daremną drogą, bo siedmiomilowe buty okrutnie męczą tego, kto je nosi. Chciał odpocząć i przypadkiem usiadł właśnie na tej skale, pod którą siedzieli chłopcy. Po chwili zasnął i zaczął chrapać tak strasznie, że biedne dzieci bały się nie mniej niż wtedy, gdy trzymał w ręku wielki nóż. Tomcio bał się mniej niż bracia. Kazał braciom nie martwić się o niego i uciekać prędko do domu, póki ludożerca śpi twardo. Posłuchali go i szybko tam dobiegli.

Tomcio podszedł do ludożercy, ostrożnie ściągnął mu buty i natychmiast je włożył. Buty były ogromne i szerokie, ale że były zaczarowane, potrafiły rosnąć i maleć wedle nogi tego, kto je wkłada. Na Tomciu leżały tak, jakby uszyto je dla niego.

Poszedł prosto do domu ludożercy, gdzie zastał jego żonę zapłakaną nad córkami.
— Pani mąż jest w wielkim niebezpieczeństwie — powiedział. — Napadli na niego zbójcy i nie wypuszczą go, dopóki nie odda im całego złota i srebra. Zobaczył mnie i prosił, żeby pani oddała mi wszystko, co ma cennego, co do grosza. Sprawa jest pilna, więc kazał mi wziąć swoje siedmiomilowe buty, o, te, żebym prędzej dobiegł i żeby pani nie myślała, że kłamię.
Poczciwa kobieta przestraszyła się i oddała mu wszystko, co miała, bo ten ludożerca, choć zjadał małe dzieci, był dla niej dobrym mężem. Tomcio Paluch, obładowany całym bogactwem ludożercy, wrócił do ojcowskiego domu i przyjęto go tam z ogromną radością.
Niektórzy jednak opowiadają to inaczej. Upierają się, że Tomcio nigdy ludożercy nie okradł i wziął mu tylko siedmiomilowe buty, i to bez wyrzutów sumienia, bo ludożerca używał ich wyłącznie do gonienia małych dzieci. Mówią, że w tych butach poszedł na królewski dwór, gdzie właśnie czekano z niepokojem na wieści o wojsku stojącym o dwieście mil stamtąd. Obiecał królowi, że przyniesie nowiny przed wieczorem, i wrócił z nimi jeszcze tego samego dnia. Od tej pory nosił królewskie rozkazy do wojska i zarabiał tyle, ile chciał, a kiedy zebrał spory majątek, wrócił do ojca. Radości w tym domu nie sposób opisać: ojcu i braciom kupił dobre posady i wszystkim zapewnił spokojne życie.
Opowiedziała na nowo Talerie, źródło: Le Petit Poucet (otwiera się w nowym oknie)Licencja: Domena publicznaTen tekst możesz kopiować, zmieniać i wykorzystywać dowolnie. Link do Talerie nas ucieszy, ale nie jest wymagany.CC0 1.0 (otwiera się w nowym oknie)
