
Dziadek do orzechów i Król Myszy
14 min czytaniaod 7 lattalerie.com/pl/bajki/dziadek-do-orzechow-i-krol-myszy
Marie znajduje pod choinką drewnianego Dziadka do orzechów, obwiązuje mu zranioną brodę wstążką i broni go, kiedy nocą rusza na niego mysie wojsko. Z Norymbergi przyjeżdża bratanek Drosselmeiera, uklęka przy oszklonej szafce i wyznaje, kim jest, a Marie zostaje jego narzeczoną i królową marcepanowego kraju.
Przez cały dzień dwudziestego czwartego grudnia dzieci państwa Stahlbaumów nie miały wstępu do dużego pokoju. Fritz i Marie siedzieli w ciemnym kącie i czekali.
Czekali także na ojca chrzestnego Drosselmeiera. Był mały i pomarszczony, na jednym oku nosił czarną przepaskę, a na głowie perukę ze szklanej przędzy. Znał się na zegarach lepiej niż ktokolwiek w mieście i na każde święta budował dzieciom coś cudownego.
Wreszcie zadzwonił dzwonek, dzyń dzyń, dzyń dzyń, drzwi otworzyły się na oścież i stanęła przed nimi choinka. Wisiały na niej złote i srebrne jabłka, świeczki paliły się jak życzliwe oczy, a pod gałęziami leżały prezenty.
Za zasłoną czekało dzieło ojca chrzestnego: zamek ze złotymi wieżami, po którym maleńcy panowie i maleńkie damy chodzili wciąż tą samą drogą. Fritz obejrzał go chwilę i wrócił do swoich żołnierzyków.
Marie została, bo znalazła człowieczka, którego nikt inny nie zauważył. Stał cicho i cierpliwie, jakby czekał na swoją kolej.
Tułów miał za gruby jak na tak cienkie nogi, a głowę o wiele za dużą jak na jedno i drugie. Ale twarz miał pełną dobroci.
— Ojcze, czyj jest ten kochany człowieczek pod choinką? — zapytała.
— Ten gryzie zębami najtwardsze orzechy — odpowiedział ojciec. — I należy tak samo do Fritza, jak do ciebie.
Ojciec uniósł drewniany płaszczyk na plecach człowieczka. Marie włożyła mu orzech do ust, trzask, i słodkie jądro wpadło jej prosto w dłoń. Człowieczek pochodził ze starego rodu dziadków do orzechów.

Marie wybierała dla niego najmniejsze orzechy. Fritz wybrał największy, trzask, trzask, i wypadły trzy zęby, a biedna szczęka zwisła bezwładnie.
— Daj mi go — powiedział Fritz. — Dziadek do orzechów z połamanymi zębami nie zna się na swoim rzemiośle.
— Nie dostaniesz go — rozpłakała się Marie i obwiązała zranioną brodę białą wstążką ze swojej sukienki.
— Dobry żołnierz nie każe rannemu pełnić służby — powiedział ojciec i oddał Dziadka do orzechów pod opiekę Marie.
Wieczorem Marie uprosiła mamę, żeby mogła jeszcze chwilę posiedzieć. Mama poszła spać i zostawiła jej zapaloną lampę. Marie została sama przy wysokiej oszklonej szafce, w której dzieci trzymały swoje skarby.
— Będę cię pielęgnować, aż wyzdrowiejesz — powiedziała Dziadkowi do orzechów. — A ojciec chrzestny Drosselmeier wstawi ci zęby, bo on się na tym zna.
Klara, dumna nowa lalka, musiała ustąpić swojego łóżeczka. Marie okryła chorego aż po nos i postawiła łóżeczko na półce obok huzarów Fritza.

Zamknęła szafkę na klucz i wtedy za piecem coś zaszeleściło. Wielki zegar zaterkotał, ale nie mógł wybić godziny, bo złocona sowa na jego szczycie opuściła skrzydła na tarczę. Zamiast bicia wyszły z niego słowa:
Mrucz, zegarze, tik i tak,mrucz cichutko, właśnie tak.Król Myszy ma czujne uszy,zagraj pieśń, co go wzruszy.Bij nisko i bij lekko,żeby uciekł het, daleko.
Zegar wybił dwunastą głuchym, przytłumionym dźwiękiem, a Marie zobaczyła, że tam, gdzie przed chwilą siedziała sowa, siedzi ojciec chrzestny Drosselmeier, a poły jego surduta zwisają jak skrzydła.
Ze wszystkich stron podniósł się pisk. Myszy wychodziły ze szpar w podłodze i ustawiały się w szeregi. Potem podłoga u stóp Marie pękła i wynurzyła się z niej mysz o siedmiu głowach, w siedmiu błyszczących koronach.
Całe wojsko ruszyło prosto na dziewczynkę. Cofnęła się, uderzyła plecami o szafkę, szyba pękła, poczuła ostry ból w lewym ramieniu i pisk urwał się natychmiast.
Za jej plecami Dziadek do orzechów zrzucił kołderkę, zeskoczył obiema nogami naraz i zawołał głośno:
Trzask i prask, głupie plemię!Precz, myszy, pod ziemię!Chrup i trzask, myszy w tył,trzask i prask, głupie plemię!
Klara złapała go, gdy skakał z półki, ale nie chciał jej cekinowej szarfy. Przepasał się zwyczajną wstążką Marie.
Wieka pudełek Fritza odskoczyły, żołnierze zeszli na dół, a armaty wystrzeliły cukrowymi kulkami w sam środek mysiej gęstwy.

Myszy jednak parły dalej, aż zdobyły działa, a huzarzy pognali do domu. Krok po kroku wojsko cofało się, aż Dziadek do orzechów został sam, a Król Myszy skoczył na niego.
— Ach, mój biedny Dziadku do orzechów! — krzyknęła Marie. Sama nie wiedząc, co robi, zdjęła lewy bucik i rzuciła nim ze wszystkich sił prosto w mysiego króla.

Wszystko rozpierzchło się w jednej chwili. Ból w ramieniu stał się ostrzejszy i Marie osunęła się na podłogę.
Obudziła się we własnym łóżku. Mama powiedziała, że musiała ją przestraszyć jakaś zabłąkana mysz, że skaleczyła się o rozbitą szybę i że Dziadek do orzechów stoi cały i zdrowy.
Pewnego wieczoru przyszedł ojciec chrzestny Drosselmeier, a z Marie wyrwało się:
— Widziałam cię na zegarze, jak zakrywałeś go skrzydłami. Dlaczego nam nie pomogłeś?
Ojciec chrzestny zrobił dziwną minę i zaśpiewał płaskim, skrzypiącym głosem:
Mrucz, zegarze, tik i tak,brzęcz i warcz, i właśnie tak.Wahadło huśtać się musi,bo stukot je nudzi i dusi.Bim i bam, i dzyń, i dzyń,niech Król Myszy umknie w cień.
— To tylko moja zegarmistrzowska piosenka — powiedział ze śmiechem i wyjął z kieszeni samego Dziadka do orzechów, z wprawionymi zębami i całą, zdrową brodą.
— Przyznasz jednak, że urodziwy nie jest. Chcesz wiedzieć, skąd ta brzydota wzięła się w jego rodzinie? To bajka o twardym orzechu.
Był sobie kiedyś król, którego córeczka, księżniczka Pirlipat, była najpiękniejszym dzieckiem, jakie się kiedykolwiek urodziło. A mimo to co noc pilnowało jej kołyski sześć nianiek i każda trzymała na kolanach kota, który musiał bez przerwy mruczeć.
Powód był taki. Tamtej zimy królowa siekała słoninę na wielką ucztę z kiełbasami, a kiedy tłuszcz zaczął skwierczeć, z paleniska odezwał się cieniutki głos.
— Daj mi trochę słoniny, siostro. Ja też jestem królową.
To była pani Myszoróbka, która trzymała swój dwór pod paleniskiem i nazywała siebie królową myszy. Królowa przyjęła ją uprzejmie, ale za panią Myszoróbką wyszło siedmiu jej synów i zjadło prawie całą słoninę.
Na uczcie król zapłakał nad talerzem i wyszlochał tylko trzy słowa:
— Za mało słoniny!
Poprzysiągł zemstę, a nadworny zegarmistrz, Christian Elias Drosselmeier, zbudował takie pułapki, że pani Myszoróbka straciła przez nie wszystkich siedmiu synów.
Odeszła z pałacu, ale najpierw stanęła przy królowej i syknęła:
— Uważaj, żeby królowa myszy nie przegryzła twojej córeczki na pół.
Koty więc mruczały, a nianie czuwały, aż pewnej nocy zasnęły. Kiedy się zerwały, przy kołysce stała wielka mysz i zaraz zniknęła w dziurze w podłodze.
Pirlipat żyła, ale nie była już taka sama. Ciężka głowa siedziała na cieniutkim ciałku, oczy miała zielone i nieruchome, a usta rozciągnięte od ucha do ucha.
Król dał zegarmistrzowi cztery tygodnie, żeby przywrócił jej dawną urodę. Drosselmeier dowiedział się tylko jednego: odmieniona dziewczynka jest zadowolona przez cały dzień, dopóki ma orzechy do gryzienia.
Razem z nadwornym astronomem czytał więc o północy w jej gwiazdach, aż w końcu wszystko się wyjaśniło. Pirlipat odzyska dawną postać, jeśli zje jądro orzecha Krakatuka.
Ale skorupa tego orzecha była tak twarda, że można było przetoczyć po niej armatę, a nic by jej się nie stało. Rozgryźć go musiał przy księżniczce młodzieniec, który nigdy się nie golił i nigdy nie nosił butów, a potem, z zamkniętymi oczami, zrobić siedem kroków w tył.
Szukali po całym świecie piętnaście lat i nie znaleźli nic, aż Drosselmeierowi zatęskniło się za domem, a astronom stwierdził, że w Norymberdze można szukać równie dobrze jak wszędzie indziej.
Mieszkał tam brat Drosselmeiera, który robił kukiełki, i kiedy usłyszał, o co chodzi, podrzucił czapkę w górę. Wiele lat wcześniej kupił pozłacany orzech, a pod złotem stało na skorupie słowo Krakatuk.
Brat miał syna, który nigdy się nie golił i nigdy nie nosił butów, a orzechy rozłupywał tak zgrabnie, że wszyscy nazywali go pięknym Dziadkiem do orzechów. Przymocowali mu do szczęki mocny drewniany warkocz i zabrali go do pałacu.
Młody Drosselmeier włożył orzech między zęby, pociągnął za warkocz i trzask, skorupa rozpadła się na kawałki. Podał jądro księżniczce, zamknął oczy, a ona połknęła je i stanęła przed dworem znowu piękna.
Dwór tańczył z radości, a młodzieniec w całym tym hałasie liczył swoje kroki w tył. Przy siódmym kroku wypełzła z piskiem spod podłogi pani Myszoróbka, chłopiec nadepnął na nią i potknął się.
Kiedy się podniósł, był odmieniony. Głowa urosła mu ogromna, ciało zrobiło się małe, usta rozciągnęły się od ucha do ucha, a z pleców zwisał wąski drewniany płaszczyk: kiedy się go uniosło, szczęka otwierała się i zamykała.

Pani Myszoróbka leżała tam, gdzie upadła. Szepnęła cienkim, złośliwym głosikiem:
Krakatuku, orzechu twardy,przez ciebie tracę życie.Lecz syn mój w siedmiu koronachodpłaci mu sowicie.
Księżniczka nie chciała nawet spojrzeć na młodzieńca, który ją uratował.
— Zabierzcie stąd tego brzydkiego Dziadka do orzechów! — zawołała, i wyprowadzono go za drzwi. Obu podróżnych wygnano na zawsze.
Ale astronom raz jeszcze zajrzał w gwiazdy. Młodzieniec zostanie królem mimo swojej postaci, a dawną twarz odzyska wtedy, gdy siedmiogłowy syn pani Myszoróbki polegnie z jego ręki i gdy pokocha go dziewczyna, chociaż jest brzydki.
— I to — powiedział ojciec chrzestny Drosselmeier — jest cała bajka o twardym orzechu. Właśnie dlatego dziadki do orzechów są brzydkie.
Kiedy Marie wyzdrowiała, stanęła przed oszkloną szafką i już wiedziała. Jej Dziadek do orzechów to młody Drosselmeier, a zegarmistrz z bajki to jej ojciec chrzestny.
— Nie możesz do mnie mówić — powiedziała — ale wiem, że mnie rozumiesz, i możesz liczyć na moją pomoc.
Dziadek do orzechów nie drgnął. A jednak przez szafkę przeszło ciche westchnienie i zabrzmiał głos jak dzwoneczek:
Marie moja,ja twój będę,a ty moja,Marie moja.
Kiedy zapytała ojca chrzestnego, dlaczego nie chce pomóc swojemu bratankowi, mama i Fritz roześmiali się. Ale radca powiedział cicho:
— Ja go nie uratuję, droga Marie. Tylko ty możesz. Bądź dzielna i bądź wierna.
Niedługo potem obudziła się o północy. Król Myszy wyszedł z dziury w ścianie i skoczył na stoliczek przy jej łóżku.
Pierniki, cukierki, oddaj mi je,mała, mała, bo inaczej źle:przegryzę Dziadka do orzechów na pół!
Nie powiedziała nikomu, bo nikt by jej nie uwierzył. Wieczorem położyła przed szafką swoje pierniki i cukierki, a rano zostały z nich okruchy.
Następnej nocy przyszedł znowu.
Cukrowe lalki, czekoladki, oddaj mi je,mała, mała, bo inaczej źle:przegryzę Dziadka do orzechów na pół!
Marie miała cukrowych pasterzy, mlecznobiałe owieczki i małego bobasa o czerwonych policzkach, którego kochała najbardziej. Ucałowała je po kolei i postawiła przed szafką, a rano były pogryzione na kawałki.
Trzeciej nocy zapiszczał tuż przy jej uchu.
Książki z obrazkami, sukienkę, oddaj mi je,mała, mała, bo inaczej źle:przegryzę Dziadka do orzechów na pół!
Rano Marie płakała przed szafką.
— Drogi panie Drosselmeier, kiedy oddam mu już wszystko, zażąda w końcu mnie zamiast pana.
Wtedy zobaczyła ciemny ślad, który po bitwie został na szyi Dziadka do orzechów. Potarła ślad chusteczką, a Dziadek do orzechów zrobił się ciepły w jej dłoni i zaczął się poruszać.
— Najdroższa panno Stahlbaum — wyszeptał z ogromnym trudem. — Żadnych książek z obrazkami, żadnej sukienki. Niech pani zdobędzie mi szablę. Szablę.
I znowu znieruchomiał.
Marie poprosiła Fritza o szablę. Fritz właśnie przeniósł w stan spoczynku starego pułkownika kirasjerów, więc bez namysłu przypasał Dziadkowi do orzechów szabelkę pułkownika.
Koło północy w dużym pokoju rozległ się szczęk, potem jeden przenikliwy pisk, a potem cisza. Wtedy ktoś zapukał do drzwi Marie i stanął przed nią Dziadek do orzechów, na jednym kolanie, z szablą w dłoni.
— To pani jedna dała odwagę temu ramieniu — powiedział. — Król Myszy jest pokonany. Niech pani przyjmie znaki jego klęski od rycerza, który do śmierci należy do pani.
I podał jej siedem koron.

— A teraz, gdyby zechciała pani pójść za mną kilka kroków, pokazałbym pani najpiękniejsze rzeczy na świecie.
Zaprowadził ją do starej szafy, pociągnął za frędzel przy podróżnym płaszczu jej ojca i z rękawa wysunęły się cedrowe schody.
Marie weszła przez rękaw i wyszła na pachnącą łąkę, gdzie powietrze zrobiło się różowe. Na Różanym Jeziorze śpiewały srebrne łabędzie, a przy brzegu czekała łódka, którą dwa delfiny pociągnęły przez jezioro do stolicy, do Cukrowego Miasta, gdzie dachy są koronami, a brama jest z makaroników. Za miastem stał Marcepanowy Zamek, cały obsypany gwiazdami.

Wybiegły z niego cztery księżniczki i rzuciły się Dziadkowi do orzechów na szyję, a on opowiedział im, że to Marie uratowała mu życie.
Jego głos powoli cichł, wstała srebrna mgła i Marie poczuła, że unosi się coraz wyżej i wyżej.
A potem, prr, puf, spadła z ogromnej wysokości i otworzyła oczy we własnym łóżku.
— Miałaś piękny sen — powiedziała mama, kiedy Marie wszystko jej opowiedziała.
Marie wyjęła więc ze swojego pudełka siedem koron. Były zrobione tak misternie, że żadna ludzka ręka nie mogłaby ich wykonać, a ojciec i tak nie chciał uwierzyć.
Wtedy wszedł ojciec chrzestny Drosselmeier i gdy tylko zobaczył korony, roześmiał się.
— Głupstwa! Głupie gadanie! — zawołał. — To są korony, które przed laty nosiłem na dewizce od zegarka.
Ale kiedy Marie poprosiła, żeby powiedział wszystkim, że jej Dziadek do orzechów jest jego bratankiem, twarz mu spoważniała i pociemniała, a on mruknął tylko:
— Głupstwa! Głupstwa!
— Raz na zawsze wybij sobie te bzdury z głowy — powiedział ojciec. — Jeśli usłyszę to jeszcze raz, wyrzucę tego brzydkiego Dziadka do orzechów przez okno.
Marie nic już więc nie mówiła, ale tym więcej myślała o tamtym królestwie. Pewnego dnia, kiedy radca naprawiał zegar, siedziała i patrzyła na Dziadka do orzechów, aż słowa same z niej wyszły.
— Drogi panie Drosselmeier, gdyby pan naprawdę żył, nie byłabym taka jak księżniczka Pirlipat. Nigdy bym się od pana nie odwróciła dlatego, że przeze mnie stracił pan urodę.
— Głupstwa! Głupstwa! — krzyknął radca. Rozległ się trzask i huk tak głośny, że Marie zsunęła się z krzesła.
Kiedy otworzyła oczy, mama pochylała się nad nią.
— Przyjechał bratanek ojca chrzestnego Drosselmeiera, aż z Norymbergi.
Stał tam zgrabny młodzieniec w czerwonym, obszytym złotem fraku, ze szpadą, która błyskała jak klejnoty, a dla Marie przywiózł takie same cukrowe figurki, jakie pogryzł Król Myszy.
Przy stole rozgryzł najtwardsze orzechy dla całego towarzystwa, a potem podprowadził Marie do oszklonej szafki i ukląkł przed nią.
— Najdroższa panno Stahlbaum, u pani stóp klęczy ten Drosselmeier, któremu w tym właśnie miejscu uratowała pani życie. Powiedziała pani, że nie odwróci się ode mnie dlatego, że jestem brzydki, i w tej samej chwili stałem się znowu sobą.
— Niech pani podzieli ze mną koronę i królestwo, i panuje ze mną w Marcepanowym Zamku, bo tam wciąż jestem królem.
Marie podniosła go z klęczek.
— Jest pan dobrym i życzliwym młodzieńcem — powiedziała — a panuje pan nad tak pięknym krajem, że zostanę pana narzeczoną.
Za rok i jeden dzień przyjechał po nią złotą karetą zaprzężoną w srebrne konie, a na weselu tańczyły dwadzieścia dwa tysiące błyszczących figurek.
I Marie do dziś jest królową kraju, w którym można ujrzeć skrzące się bożonarodzeniowe lasy, przezroczyste marcepanowe zamki i wszystkie najwspanialsze rzeczy, jakie istnieją, jeśli tylko ma się oczy, żeby je zobaczyć.
Na nowo opowiedziane przez Talerie, Źródło: Nutcracker and Mouse-King (otwiera się w nowym oknie)
Licencja: Domena publicznaTen tekst możesz kopiować, zmieniać i wykorzystywać dowolnie. Link do Talerie ucieszy, ale nie jest wymagany.CC0 1.0 (otwiera się w nowym oknie)
