Przejdź do treści
W ciemnej puszczy jasnowłosy brat w szarej wilczej skórze napiera rękami na omszałą skałę, a rudy w brązowej niedźwiedziej skórze wyrywa dąb z korzeniem.

Waligóra i Wyrwidąb

Kazimierz Władysław Wóycicki

4 min czytania od 5 lat

Waligórę wykarmiła w puszczy wilczyca, a Wyrwidęba niedźwiedzica. Bracia ruszają razem w świat, a mały człowieczek, który biega szybciej niż ptak, zabiera ich na kobiercu pod wielkie miasto. Tuż obok, w skalnej jaskini, mieszka smok, który co dzień pożera wielu ludzi.


Żyła sobie raz żona pewnego myśliwego. Poszła kiedyś do lasu na jagody i tam urodziła bliźnięta, dwóch chłopców. Zaraz potem umarła, a dzieci zostały same.

Nie było przy nich żadnej kobiety, która by je nakarmiła. Jednego chłopca karmiła więc wilczyca, a drugiego niedźwiedzica.

Na mchu w puszczy szara wilczyca leży zwinięta wokół śpiącego niemowlęcia owiniętego lnianą chustą, a obok niedźwiedzica czuwa przy drugim śpiącym chłopcu.

Tego, którego wykarmiła wilczyca, nazwano Waligórą, bo swoją siłą przewracał góry. Drugiego nazwano Wyrwidębem, bo najgrubsze dęby wyrywał z ziemi jak kłosy zboża.

Bracia bardzo się kochali i razem ruszyli w szeroki świat. Szli przez ciemną puszczę dzień, potem drugi, a trzeciego dnia musieli stanąć, bo drogę zagrodziła im wysoka, skalista góra.

— Co my teraz zrobimy, bracie? — jęknął Wyrwidąb.

— Nie martw się, bracie miły — odparł Waligóra. — Zaraz odsunę tę górę z drogi.

Zaparł się o nią plecami, pchnął z wielkim trzaskiem i odsunął ją na pół mili w bok. Droga była wolna, więc bracia poszli dalej.

Szli prosto przed siebie, aż na środku drogi zobaczyli ogromny dąb. Tym razem naprzód wystąpił Wyrwidąb. Chwycił drzewo oburącz, wyrwał je z całym korzeniem i cisnął do pobliskiej rzeki.

Choć byli tacy silni, nogi w końcu zaczęły im odmawiać posłuszeństwa. Położyli się na skraju lasu, żeby odpocząć. Zanim jednak zdążyli zasnąć, zobaczyli małego człowieczka, który biegł ku nim tak prędko, że nie dogoniłby go żaden ptak ani zwierz.

Zdziwieni zerwali się na nogi, a człowieczek już stał tuż przed nimi.

— Jak się macie, parobczaki! — zawołał wesoło. — Widzę, że jesteście zmęczeni. W jednej chwili mogę was zanieść, dokąd tylko zechcecie.

Rozwinął na trawie piękny kobierzec.

— No, siadajcie ze mną! — zachęcił braci.

Wyrwidąb i Waligóra usiedli wygodnie na kobiercu. Człowieczek klasnął w dłonie, a kobierzec wzbił się w powietrze i poniósł ich jak ptak na skrzydłach.

Brodaci bracia w wilczej i niedźwiedziej skórze siedzą zdumieni na pasiastym kobiercu, a z przodu siwobrody człowieczek klaszcze w dłonie. W dole las i rzeka.

— Pewnie się dziwiliście, że tak szybko biegłem po ziemi? — zapytał człowieczek. — Popatrzcie na te trzewiki. Dostałem je od czarownika. Kiedy je włożę, biegnę tak: co krok, to mila, a co skok, to dwie.

Waligóra zaczął prosić człowieczka, żeby dał każdemu z nich po jednym trzewiku, bo choć byli silni, droga i tak męczyła im nogi. Wyrwidąb prosił razem z nim. Człowieczka wzruszyły te prośby, więc podarował braciom trzewiki, każdemu po jednym.

Lecieli długo, aż wreszcie człowieczek postawił ich na ziemi pod wielkim miastem. Nieopodal, w skalnej jaskini, mieszkał ogromny smok, który co dzień pożerał wielu ludzi. Król ogłosił: „Kto zabije smoka, wybierze sobie jedną z moich dwóch córek za żonę, a po mojej śmierci odziedziczy tron”.

Stanęli więc bracia przed królem i powiedzieli, że zabiją smoka. Wskazano im drogę do jaskini, w której mieszkał potwór, i śmiało ruszyli przed siebie. W połowie drogi znów zjawił się przed nimi mały człowieczek.

— Jak się macie, przyjaciele! — powiedział. — Wiem, dokąd idziecie. Posłuchajcie jednak mojej rady: niech każdy z was włoży swój trzewik, bo smok wyskakuje tak nagle, że nikt nie zdąży nawet ręką machnąć.

Bracia posłuchali mądrej rady. Wyrwidąb stanął u wejścia do jamy i wzniósł nad głową ogromny dąb, żeby zabić smoka jednym ciosem, gdy tylko ten wychyli łeb. Waligóra obszedł skałę od tyłu i zaczął trząść całą jaskinią jak snopem żyta.

Nagle smok wyskoczył z jamy. Wyrwidąb tak się przeraził, że upuścił dąb, który trzymał w obu rękach. Na szczęście miał na nodze trzewik, więc jednym skokiem znalazł się dwie mile dalej.

Smok nie mógł go dogonić, więc rzucił się na Waligórę. Ten ze strachu porwał wielki głaz i cisnął nim z całej siły. Głaz ze świstem spadł na ziemię i przypadkiem przygniótł smokowi ogon. Waligóra, choć taki siłacz, też odskoczył na dwie mile i tam zobaczył brata.

— Chodźmy teraz razem, bracie — powiedział Waligóra. — Smok nie ruszy się z miejsca. Ty uderzysz go dębem, a ja przywalę go górą.

Ruszyli więc z powrotem, tym razem śmielej. Waligóra niósł w rękach górę, a Wyrwidąb wywijał świeżo wyrwanym dębem. Smok zobaczył obu przeciwników i zawył jak całe stado wilków. Chciał się na nich rzucić, ale nie mógł, bo ciężki głaz trzymał go za ogon.

Brat w wilczej skórze unosi nad głową wielką skałę, drugi wywija wyrwanym dębem, a bezskrzydły smok ryczy z otwartą paszczą, bo ogromny głaz przygniata mu ogon.

Wyrwidąb uderzył z całej siły i zmiażdżył smokowi łeb. Waligóra przywalił martwe cielsko górą, aż zniknęło pod nią całe.

Król już na nich czekał. Przyjął obu braci i każdemu dał za żonę jedną ze swoich córek. Niedługo potem stary król umarł, a bracia podzielili się królestwem i żyli szczęśliwie.

Jak oceniasz tę bajkę?

Opowiedziała na nowo Talerie, źródło: Klechdy, starożytne podania i powieści ludowe (otwiera się w nowym oknie) Domena publiczna