
Rip Van Winkle
15 min czytania od 6 lat talerie.com/pl/bajki/rip-van-winkle
Rip Van Winkle chętnie pomoże każdemu sąsiadowi, byle tylko nie pracować na własnej farmie. Przed gderaniem żony ucieka ze strzelbą i psem Wolfem w góry Catskill. Na odludnym szczycie ktoś woła go po imieniu, a z wąwozu wspina się dziwny starzec z baryłką na ramieniu.
Kto płynął kiedyś w górę Hudsonu, ten pamięta góry Catskill. Wznoszą się na zachód od rzeki i co godzinę wyglądają inaczej: raz stroją się w błękit i fiolet, raz otulają szczyty mgłą, która o zachodzie jarzy się jak korona.
U stóp tych gór leży stara wioska holenderskich osadników. Przed laty, kiedy kraj należał jeszcze do Wielkiej Brytanii, mieszkał w niej pewien prosty, dobroduszny człowiek. Nazywał się Rip Van Winkle.
Był dobrym sąsiadem, a w domu prawdziwym pantoflarzem, i może dlatego wszyscy go lubili. Gospodynie we wsi zawsze brały jego stronę i całą winę za domowe kłótnie zrzucały na panią Van Winkle. Dzieci witały go okrzykami radości. Robił im zabawki i opowiadał o duchach, a one wieszały mu się na plecach. Żaden pies w okolicy na niego nie szczekał.
Rip miał jednak jedną wielką wadę: nie znosił pracy, z której mógłby mieć jakiś pożytek. Potrafił cały dzień przesiedzieć z wędką, choć ryba ani razu nie skubnęła. Nigdy nie odmawiał sąsiadom pomocy, nawet przy najcięższej robocie. Gotów był zająć się sprawami każdego, tylko nie własnymi.

Na swojej farmie, jak twierdził, wszystko szło na opak. Płoty się przewracały, krowa wchodziła w kapustę, a deszcz zaczynał padać akurat wtedy, gdy trzeba było coś zrobić w polu. Ojcowizna kurczyła się kawałek po kawałku, aż został z niej tylko zagon kukurydzy i ziemniaków.
Dzieci chodziły obdarte, jakby były niczyje. Syn, mały Rip, wdał się w ojca i biegał za matką w starych ojcowskich portkach, które musiał podtrzymywać jedną ręką.
Sam Rip najchętniej przeszedłby przez życie beztrosko, pogwizdując. Ale żona od rana do nocy suszyła mu głowę o lenistwo i biedę, którą ściągał na rodzinę. A on tylko wzruszał ramionami, kręcił głową, wznosił oczy do nieba i nic nie mówił. To zawsze rozpętywało nową burzę, więc w końcu wynosił się z domu na dwór, bo tylko tam pantoflarz jest naprawdę u siebie.
Jedynym sprzymierzeńcem Ripa w domu był pies Wolf, równie zahukany jak jego pan. Pani Van Winkle miała ich obu za kompanów w próżniactwie i krzywo na nich patrzyła. W lesie Wolf był odważnym psem myśliwskim, ale w domu podkulał ogon, a na widok miotły w ręku gospodyni z piskiem uciekał do drzwi.
Z latami było coraz gorzej. Wypędzony z domu, Rip szukał pociechy na ławce przed małą gospodą, nad której drzwiami wisiał szyld z rumianym portretem króla Jerzego III. Przesiadywali tam wioskowi mędrcy i próżniacy. Gawędzili w cieniu o niczym, a nauczyciel Derrick Van Bummel czytał im na głos stare gazety.
Rządził tym gronem Nicholas Vedder, właściciel gospody. Siedział od rana do wieczora przy drzwiach, przesuwając się razem z cieniem wielkiego drzewa, i prawie się nie odzywał, tylko palił fajkę. Kiedy był zły, puszczał gęste kłęby dymu, a kiedy był zadowolony, z powagą kiwał głową.
Ale i stąd wypłoszyła Ripa w końcu żona. Wpadała nagle między zebranych, wymyślała im od nicponi, a samemu Vedderowi zarzucała prosto w oczy, że zachęca jej męża do próżniactwa.
Biedny Rip nie miał już dokąd uciec. Brał więc strzelbę i szedł w las. Siadał tam pod drzewem i dzielił się z Wolfem tym, co miał w torbie.
— Biedny Wolfie — mawiał. — Twoja pani zgotowała ci pieskie życie. Ale nic się nie martw, mój piesku. Póki żyję, zawsze będziesz miał przyjaciela.
Wolf merdał ogonem i patrzył panu w oczy, jakby rozumiał każde słowo.
Pewnego pięknego jesiennego dnia Rip polował na wiewiórki i zawędrował na jeden z najwyższych szczytów gór Catskill. Późnym popołudniem, zmęczony, wyciągnął się na trawie zielonego pagórka nad urwiskiem. Daleko w dole lśnił Hudson, po drugiej stronie ciemniał dziki wąwóz. Rip westchnął ciężko na myśl o tym, co go czeka w domu u żony.
Już miał schodzić, kiedy z daleka ktoś go zawołał.
— Ripie Van Winkle! Ripie Van Winkle!
Rip rozejrzał się, ale zobaczył tylko wronę, która przelatywała nad górą. Pomyślał, że się przesłyszał, i znów ruszył w dół, gdy w cichym wieczornym powietrzu rozległo się to samo wołanie.
— Ripie Van Winkle! Ripie Van Winkle!
Wolf zjeżył sierść, warknął cicho i przywarł do nogi pana. Z wąwozu powoli wspinała się po skałach dziwna postać, ugięta pod jakimś ciężarem. Rip pomyślał, że to pewnie ktoś z okolicy potrzebuje pomocy, i pospieszył mu na spotkanie.
Z bliska nieznajomy okazał się jeszcze dziwniejszy. Był to niski, krępy starzec z kudłatą czupryną i siwiejącą brodą, ubrany po staroholendersku, w kaftan ściągnięty pasem i ogromne spodnie z rzędami guzików. Na ramieniu dźwigał baryłkę, chyba pełną trunku, i dawał Ripowi znaki, żeby pomógł mu ją nieść. Rip jak zwykle nie odmówił. Niosąc ją na zmianę, wspinali się wąskim żlebem, suchym korytem górskiego potoku.

Co jakiś czas z rozpadliny przed nimi dochodziło długie dudnienie, podobne do odległego grzmotu. Rip uznał, że to burza przechodzi gdzieś nad szczytami, i szedł dalej. Wreszcie znaleźli się w kotlinie otoczonej pionowymi urwiskami, jak w małym amfiteatrze. Przez całą drogę obaj milczeli. W nieznajomym było coś tak niepojętego, że Rip nie śmiał o nic pytać.
Na równym placyku pośrodku kotliny grała w kręgle gromada osobliwych mężczyzn. Wszyscy byli brodaci i ubrani równie staroświecko jak przewodnik. Ich dowódca, tęgi starszy pan o ogorzałej twarzy, nosił kapelusz z piórem i czerwone pończochy. Wyglądali jak postacie ze starego flamandzkiego obrazu.
Najdziwniejsze było to, że choć się bawili, mieli przy tym najpoważniejsze miny i nie odzywali się ani słowem. Rip nigdy nie widział smutniejszej zabawy. Ciszę przerywał tylko łoskot kul, który za każdym rzutem przetaczał się po górach jak grzmot.
Na widok Ripa gracze przerwali grę i wpatrzyli się w niego nieruchomym, kamiennym wzrokiem. Ripowi serce podeszło do gardła. Przewodnik przelał trunek z baryłki do wielkich dzbanów i dał mu znak, żeby obsłużył towarzystwo. Rip usłuchał, drżąc ze strachu. Gracze wypili wszystko w milczeniu i wrócili do gry.

Z czasem strach Ripa zelżał. Kiedy nikt na niego nie patrzył, odważył się skosztować trunku i poczuł smak wybornego holenderskiego ginu. Lubił sobie wypić, więc skusił się na drugi łyk, potem na trzeci. Tyle razy zaglądał do dzbana, że w końcu zakręciło mu się w głowie, oczy zaszły mgłą i zapadł w głęboki sen.
Obudził się na zielonym pagórku, z którego pierwszy raz zobaczył starca z wąwozu. Był jasny, słoneczny poranek, w krzakach świergotały ptaki.
„Chyba nie przespałem tu całej nocy?”, pomyślał Rip. Przypomniał sobie starca z baryłką, posępnych graczy w kręgle i dzban. „Ach, ten przeklęty dzban! Co ja teraz powiem żonie?”
Zamiast czystej, naoliwionej strzelby leżała obok niego stara skałkówka z lufą pokrytą rdzą i kolbą stoczoną przez korniki. Pomyślał, że ponurzy gracze zrobili mu psikusa: upili go i ukradli broń. Wolf też zniknął. Rip gwizdał na niego i wołał go po imieniu, ale odpowiadało mu tylko echo.
Postanowił wrócić do kotliny i zażądać od graczy psa i strzelby. Kiedy wstał, poczuł, że ma zesztywniałe stawy. „Jeśli jeszcze złapie mnie reumatyzm, to dopiero będę miał przeprawę z żoną”, pomyślał.
Odnalazł żleb, którym wspinali się poprzedniego wieczoru, ale ku jego zdumieniu spływał nim teraz spieniony górski potok. Rip wdrapywał się wzdłuż brzegu, przedzierając się przez gąszcz i dzikie winorośle. Tam, gdzie wczoraj rozpadlina prowadziła do kotliny, stała teraz gładka ściana skał, a z jej szczytu spadał wodospad. Rip stanął jak wryty. Znów wołał psa, ale odpowiedziały mu tylko wrony, które krążyły wysoko i zdawały się z niego kpić.
Co robić? Ranek mijał, a Ripowi burczało w brzuchu. Żal mu było psa i strzelby, bał się spotkania z żoną, ale nie mógł przecież umrzeć z głodu w górach. Zarzucił na ramię zardzewiałą skałkówkę i z ciężkim sercem ruszył do domu.
Pod wsią spotkał wielu ludzi, ale nie znał ani jednego, choć dotąd znał wszystkich w okolicy. Każdy przyglądał mu się ze zdumieniem i gładził się po brodzie. Widząc to raz za razem, Rip bezwiednie zrobił to samo i ku swojemu przerażeniu odkrył, że broda urosła mu na stopę!
Obce dzieci biegły za nim, pokazując palcami siwą brodę. Nawet wieś się zmieniła: była większa, nad drzwiami widniały obce nazwiska, w oknach obce twarze. A przecież nad wsią wznosiły się te same góry Catskill, a w oddali płynął ten sam Hudson.
„Ten wczorajszy dzban namieszał mi w głowie”, pomyślał.
Z trudem odnalazł własny dom. Podchodził do niego cicho, spodziewając się, że lada chwila usłyszy przenikliwy głos żony. Dom był w ruinie: dach się zapadł, okna były powybijane, drzwi wypadły z zawiasów. Kręcił się przy nim wygłodzony pies, bardzo podobny do Wolfa. Rip zawołał go po imieniu, ale pies wyszczerzył zęby, warknął i poszedł swoją drogą.
— Nawet mój własny pies mnie zapomniał — westchnął biedny Rip.
Dom był pusty i opuszczony. Rip zapomniał o strachu przed żoną i zaczął głośno wołać ją i dzieci. Przez chwilę jego głos odbijał się echem od pustych izb, a potem znów zapadła cisza.

Biegiem ruszył Rip do gospody, ale i jej już nie było. Na jej miejscu stał wielki, rozklekotany budynek z napisem „Union Hotel, właściciel Jonathan Doolittle”. Zamiast wielkiego drzewa sterczał wysoki słup z czerwoną czapką na szczycie, a na nim powiewała flaga w dziwny wzór z gwiazd i pasów.
Na szyldzie Rip rozpoznał jednak rumianą twarz króla Jerzego, pod którą wypalił tyle fajek. Ale i ona dziwnie się odmieniła. Czerwony surdut stał się niebiesko-płowy, w dłoni zamiast berła pojawiła się szpada, a pod spodem ktoś wymalował wielkimi literami: „GENERAŁ WASZYNGTON”.

Przed drzwiami tłoczyli się ludzie, ale Rip nie znał nikogo. Na próżno szukał wzrokiem Nicholasa Veddera z fajką i nauczyciela Van Bummela ze starą gazetą. Zamiast nich chudy, kwaśny jegomość wygłaszał płomienną mowę o prawach obywateli, wyborach, wolności i bohaterach siedemdziesiątego szóstego roku. Rip nie rozumiał z tego ani słowa.
Siwobrody przybysz ze strzelbą, z gromadą dzieci za plecami, szybko zwrócił uwagę zebranych. Otoczyli go i mierzyli wzrokiem od stóp do głów. Mówca odciągnął go na bok i zapytał, na kogo głosuje. Ktoś inny dopytywał go szeptem, czy jest federalistą, czy demokratą. Rip patrzył na nich tępo.
Wtedy przez tłum przepchnął się łokciami stary pan w trójgraniastym kapeluszu, pewny siebie i bardzo ważny. Stanął przed Ripem, wsparł się na lasce i zmierzył go przenikliwym wzrokiem.
— Po co pan przyszedł na wybory ze strzelbą na ramieniu i z tłumem za plecami? — zapytał surowo. — Chce pan wzniecić bunt we wsi?
— Ależ panowie! — zawołał przestraszony Rip. — Jestem spokojnym człowiekiem, tutejszym, i wiernym poddanym króla, niech go Bóg błogosławi!
Tłum wybuchnął krzykiem.
— Torys! Szpieg! Precz z nim!
Pan w trójgraniastym kapeluszu z trudem przywrócił porządek i jeszcze surowiej zapytał przybysza, z czym przyszedł i kogo szuka. Rip pokornie odpowiedział, że szuka tylko kilku sąsiadów, którzy dawniej przesiadywali przy gospodzie.
— No dobrze, a co to za sąsiedzi? Niech pan ich wymieni.
— Gdzie jest Nicholas Vedder? — zapytał Rip.
Przez chwilę panowała cisza. Wreszcie odezwał się jakiś starzec piskliwym głosem.
— Nicholas Vedder? Przecież on nie żyje od osiemnastu lat!
— A gdzie Brom Dutcher? — dopytywał Rip.
— Ten na początku wojny poszedł do wojska i nigdy nie wrócił. Jedni mówią, że zginął w bitwie, inni, że utonął.
— A gdzie nauczyciel Van Bummel?
— On też poszedł na wojnę, został generałem, a teraz zasiada w Kongresie.
Ripowi zamarło serce. Poczuł się zupełnie sam na świecie. Każda odpowiedź mówiła o latach, które przeminęły, i o sprawach, których nie rozumiał. Nie miał już odwagi pytać o innych przyjaciół, tylko krzyknął z rozpaczą.
— Czy nikt tu nie zna Ripa Van Winkle?
— Ach, Rip Van Winkle! — zawołało kilka osób. — Pewnie, że znamy! To przecież Rip Van Winkle, o, tam, oparty o drzewo.
Rip spojrzał i zobaczył żywe odbicie samego siebie, takiego, jakim szedł w góry: równie leniwego i równie obdartego. Biedak zupełnie stracił głowę. Nie wiedział już, czy jest sobą, czy kimś innym. A pan w trójgraniastym kapeluszu zażądał, żeby powiedział, kim jest i jak się nazywa.
— Bóg jeden wie! — wykrzyknął Rip. — Tamten pod drzewem to ja… Nie, to ktoś inny. Wczoraj wieczorem byłem jeszcze sobą, ale zasnąłem w górach, zamienili mi strzelbę, wszystko się zmieniło, ja się zmieniłem i już nie wiem, jak się nazywam ani kim jestem!
Gapie zaczęli spoglądać po sobie i pukać się palcem w czoło. Ktoś szepnął, że trzeba staremu odebrać strzelbę, zanim narobi szkody. Na te słowa ważny pan w trójgraniastym kapeluszu czym prędzej się wycofał.
W tej właśnie chwili przez tłum przecisnęła się młoda kobieta, żeby przyjrzeć się siwobrodemu przybyszowi. Na rękach trzymała pucołowate dziecko, które na widok starca rozpłakało się ze strachu.
— Cicho, Ripie — powiedziała. — Cicho, głuptasku. Ten stary pan nic ci nie zrobi.
Imię dziecka, twarz matki, brzmienie jej głosu obudziły w Ripie falę wspomnień.
— Moja pani, jak się pani nazywa? — zapytał.
— Judith Gardenier.
— A jak się nazywał pani ojciec?
— Ach, biedny człowiek — westchnęła. — Nazywał się Rip Van Winkle, ale minęło już dwadzieścia lat, odkąd wyszedł z domu ze strzelbą, i od tamtej pory nikt o nim nie słyszał. Pies wrócił bez niego. Byłam wtedy jeszcze dzieckiem.
Rip miał jeszcze tylko jedno pytanie. Zadał je drżącym głosem.
— A gdzie pani matka?
— Umarła niedawno — odpowiedziała Judith. — Tak się rozgniewała na wędrownego handlarza z Nowej Anglii, że pękła jej żyłka.
Była w tym dla Ripa przynajmniej odrobina pociechy. Poczciwiec nie mógł się dłużej powstrzymać i porwał w ramiona córkę i jej dziecko.

— Jestem twoim ojcem! — zawołał. — Kiedyś młody Rip Van Winkle, a dziś stary Rip Van Winkle! Czy nikt nie poznaje biednego Ripa Van Winkle?
Wszyscy osłupieli. Wtedy z tłumu wyszła chwiejnym krokiem jakaś staruszka. Osłoniła oczy dłonią i przez chwilę wpatrywała się w jego twarz.
— Ależ tak! — zawołała. — To Rip Van Winkle we własnej osobie! Witaj w domu, sąsiedzie. Gdzie ty się podziewałeś przez te dwadzieścia długich lat?
Opowieść Ripa nie trwała długo, bo całe dwadzieścia lat było dla niego jak jedna noc. Sąsiedzi mrugali do siebie, a pan w trójgraniastym kapeluszu pokręcił głową. Zaraz potem kręcili głowami wszyscy.
Postanowiono jednak zapytać o zdanie starego Petera Vanderdonka, najstarszego mieszkańca wsi, który znał wszystkie podania z okolicy. Peter od razu poznał Ripa i potwierdził jego opowieść. W górach Catskill od zawsze straszyło, powiedział. Co dwadzieścia lat powraca tam Hendrick Hudson, odkrywca tej rzeki, i razem z załogą swojego statku, Półksiężyca, trzyma w górach wartę. Ojciec Petera widział ich kiedyś w starych holenderskich strojach, jak grali w kręgle w górskiej kotlinie, a sam Peter pewnego letniego popołudnia słyszał stuk ich kul, podobny do dalekiego grzmotu.
Na tym zebrani rozeszli się i wrócili do wyborów. Córka zabrała Ripa do siebie. Miała przytulny dom i męża, wesołego farmera, w którym Rip rozpoznał jednego z urwisów, co kiedyś wdrapywali mu się na plecy. Syna, tego samego, który stał oparty o drzewo, wzięto do pracy na farmie, ale wdał się w ojca: zajmował się wszystkim, tylko nie swoją robotą.
A Rip doszedł już do tego szczęśliwego wieku, w którym człowiek może próżnować bezkarnie, więc znów zasiadł na ławce przed gospodą i szanowano go jako żywą kronikę czasów „sprzed wojny”. Długo trwało, zanim pojął, że kiedy spał, była wojna, kraj zrzucił władzę Anglii, a on z poddanego króla Jerzego III stał się wolnym obywatelem Stanów Zjednoczonych.
Polityka mało go jednak obchodziła. Liczyło się to, że skończyły się rządy pantofla. Mógł wychodzić i wracać, kiedy chciał, nie bojąc się pani Van Winkle. Ilekroć ktoś o niej wspomniał, kręcił głową, wzruszał ramionami i wznosił oczy do nieba, a nikt nie wiedział, czy to pokora wobec losu, czy radość z wolności.
Swoją historię opowiadał każdemu przybyszowi w hotelu pana Doolittle’a, aż znała ją na pamięć cała okolica. Niektórzy twierdzili, że Ripowi pomieszało się w głowie, ale prawie wszyscy starzy Holendrzy wierzyli w tę historię.

Do dziś, kiedy w letnie popołudnie nad górami Catskill przetacza się burza, mówią, że to Hendrick Hudson i jego załoga grają w kręgle. A każdy pantoflarz w okolicy, kiedy życie mu ciąży, marzy o tym, żeby napić się na uspokojenie z dzbana Ripa Van Winkle.
Opowiedziała na nowo Talerie, źródło: The Sketch-Book of Geoffrey Crayon (otwiera się w nowym oknie) Domena publiczna Ten tekst możesz kopiować, zmieniać i wykorzystywać dowolnie. Link do Talerie nas ucieszy, ale nie jest wymagany. CC0 1.0 (otwiera się w nowym oknie)

