OryginalnaRip Van Winkle
28 min czytania od 10 lat talerie.com/pl/bajki/rip-van-winkle-original
Rip Van Winkle potrafi cały dzień przesiedzieć z wędką nad rzeką, choć ani jedna ryba nie skubnie. Kiedy żona wypędza go nawet z ławki przed gospodą, zabiera psa Wolfa i strzelbę i idzie w góry Catskill. Wysoko nad wąwozem zapada zmierzch, a gdzieś wśród skał dudni jak odległy grzmot.
Każdy, kto płynął kiedyś w górę Hudsonu, na pewno pamięta góry Catskill. To odłamana gałąź wielkiej rodziny Appalachów. Widać je daleko na zachód od rzeki: wznoszą się do imponującej wysokości i niczym możni panowie górują nad całą okoliczną krainą. Każda pora roku, każda zmiana pogody, a nawet każda godzina dnia odmienia ich czarodziejskie barwy i kształty. Dlatego wszystkie gospodynie, i te z bliska, i te z daleka, uważają je za najlepszy barometr, jaki można sobie wymarzyć.
Kiedy pogoda jest piękna i ustalona, góry stroją się w błękit i fiolet, a ich śmiałe zarysy odcinają się wyraźnie od czystego wieczornego nieba. Czasem jednak, choć nad resztą krainy nie ma ani jednej chmurki, zbierają wokół swoich szczytów kaptur szarych mgieł. W ostatnich promieniach zachodzącego słońca ten kaptur rozżarza się, zapala i świeci jak korona chwały.
U stóp tych baśniowych gór podróżny dostrzeże lekki dym, który snuje się nad wioską. Jej gonty połyskują między drzewami w tym miejscu, gdzie błękit wyżyn rozpływa się w świeżej zieleni bliższych pól i lasów. To bardzo stara wioska. Założyli ją holenderscy osadnicy w pierwszych latach kolonii, mniej więcej wtedy, gdy zaczynał rządzić dobry Peter Stuyvesant (niech spoczywa w pokoju!).
Jeszcze kilka lat temu stały w niej domy pierwszych osadników. Zbudowano je z drobnej żółtej cegły, którą przywieziono aż z Holandii. Miały okienka z małymi szybkami i szczyty zwrócone ku ulicy, a na każdym szczycie kręcił się z wiatrem blaszany kogut.
W tej właśnie wiosce, w jednym z tych domów (prawdę mówiąc, mocno już nadgryzionym przez czas i niepogodę), mieszkał przed wielu laty, kiedy kraj był jeszcze kolonią Wielkiej Brytanii, prosty, dobroduszny człowiek. Nazywał się Rip Van Winkle. Pochodził z tej samej rodziny Van Winkle, która w rycerskich czasach Petera Stuyvesanta tak dzielnie stawała u jego boku i towarzyszyła mu przy oblężeniu Fortu Christina. Wojowniczego ducha po swoich przodkach odziedziczył jednak bardzo niewiele.
Był, jak już mówiłem, prosty i dobroduszny; był też życzliwym sąsiadem i posłusznym mężem pod pantoflem. Pewnie właśnie tej ostatniej okoliczności zawdzięczał łagodność, za którą wszyscy go tak lubili. Ludzie, których w domu trzyma krótko kłótliwa żona, bywają bowiem poza domem ustępliwi i uprzejmi dla każdego.
Ich charakter mięknie i nabiera giętkości w rozpalonym piecu domowych utrapień, a jedna połajanka przed snem nauczy cierpliwości i pokory lepiej niż wszystkie kazania świata. Swarliwą żonę można więc pod pewnymi względami uważać za całkiem znośne błogosławieństwo. A jeśli tak, to Rip Van Winkle był błogosławiony potrójnie.
Pewne jest jedno: wszystkie dobre gospodynie we wsi bardzo go lubiły. Jak to zwykle bywa z łagodną płcią, brały jego stronę w każdej rodzinnej sprzeczce, a kiedy wieczorami omawiały te sprawy przy płotach, całą winę zawsze i bez wyjątku zrzucały na panią Van Winkle.
Dzieci też krzyczały z radości, gdy tylko się zbliżał. Bawił się z nimi, strugał im zabawki, uczył je puszczać latawce i grać w kulki, a do tego opowiadał im długie historie o duchach, czarownicach i Indianach. Dokądkolwiek szedł przez wioskę, otaczała go gromada dzieciaków. Wieszały się u poł jego kaftana, wspinały mu się na plecy, bezkarnie płatały tysiące figli, a on nigdy się na nie nie gniewał. W całej okolicy nie było psa, który by na niego zaszczekał.
Największą wadą Ripa była nieprzezwyciężona niechęć do wszelkiej pracy, która mogła coś przynieść. Nie brało się to wcale z braku pilności czy wytrwałości. Potrafił cały dzień przesiedzieć na mokrym kamieniu z wędką długą i ciężką jak tatarska włócznia i łowić bez słowa skargi, nawet jeśli ani jedna ryba nie skubnęła przynęty i nic nie dodawało mu otuchy. Godzinami brnął ze strzelbą na ramieniu przez lasy i bagna, w górę i w dół zboczy, byle tylko ustrzelić parę wiewiórek albo dzikich gołębi.

Nigdy nie odmawiał sąsiadowi pomocy, nawet przy najcięższej robocie. Zawsze pierwszy zjawiał się, gdy cała wieś schodziła się do wspólnej pracy, która kończyła się zabawą, czy to przy łuskaniu kukurydzy, czy przy stawianiu kamiennych murków. Kobiety z wioski posyłały go ze sprawunkami i prosiły o drobne przysługi, których nie chcieli im wyświadczyć ich mniej uczynni mężowie. Krótko mówiąc, Rip był gotów zająć się sprawami każdego, tylko nie własnymi. Dbać o rodzinę i utrzymywać gospodarstwo w porządku po prostu nie potrafił.
Twierdził zresztą, że na jego ziemi w ogóle nie warto pracować. Mówił, że to najgorszy, najbardziej przeklęty skrawek gruntu w całym kraju i że wszystko tam idzie na opak, choćby nie wiem jak się starał. Płoty ciągle mu się rozpadały. Krowa albo gdzieś się zabłąkała, albo wlazła w kapustę. Chwasty rosły na jego polach szybciej niż gdziekolwiek indziej, a deszcz jakby na złość zaczynał padać zawsze akurat wtedy, gdy Rip miał coś do zrobienia na dworze.
Ojcowizna, którą dostał po przodkach, topniała pod jego rządami morga po mordze, aż skurczyła się do małego poletka kukurydzy i ziemniaków. A choć zostało jej tak niewiele, i tak było to najgorzej utrzymane gospodarstwo w całej okolicy.
Dzieci miał obdarte i dzikie, jakby były niczyje. Syn, mały Rip, był wykapanym ojcem i wszystko wskazywało na to, że razem ze starymi ubraniami odziedziczy po nim także wszystkie nawyki. Zwykle dreptał jak źrebak za matką, odziany w stare, szerokie portki ojca, które z trudem podtrzymywał jedną ręką, tak jak elegancka dama unosi tren w słotny dzień.
Rip Van Winkle należał jednak do tych szczęśliwych śmiertelników o niefrasobliwej, pogodnej naturze, którzy biorą świat takim, jaki jest, i niczym się nie przejmują. Jedzą chleb biały albo razowy, zależnie od tego, który można zdobyć mniejszym zachodem, i wolą głodować o groszu, niż harować za dukata. Gdyby zostawiono go w spokoju, przegwizdałby całe życie w zupełnym zadowoleniu.
Żona jednak bez przerwy suszyła mu głowę o jego lenistwo, o niedbalstwo i o ruinę, którą ściąga na całą rodzinę. Rano, w południe i wieczorem usta jej się nie zamykały, a każde słowo i każdy uczynek Ripa nieodmiennie rozpętywały potok domowej wymowy.
Na wszystkie te kazania miał tylko jedną odpowiedź, która od częstego używania weszła mu w nawyk. Wzruszał ramionami, kręcił głową, wznosił oczy do nieba i nic nie mówił. To jednak zawsze ściągało na niego nową salwę, więc w końcu wycofywał swoje siły z pola bitwy i wychodził z domu. Zewnętrzna strona drzwi to zresztą jedyna część domu, która naprawdę należy do męża pod pantoflem.
Jedynym domowym sprzymierzeńcem Ripa był pies Wolf, równie zahukany jak jego pan. Pani Van Winkle uważała ich bowiem za kompanów w lenistwie i nawet na psa patrzyła krzywo, bo sądziła, że to przez niego jej mąż tak często wymyka się z domu. Wolf miał przy tym wszystkie zalety, jakie przystoją porządnemu psu, i był tak odważny, jak tylko może być zwierzę, które przemierza lasy. Ale czyja odwaga wytrzyma nieustanną, wszechobecną grozę kobiecego języka?
Gdy tylko Wolf przekroczył próg, cała fantazja z niego uchodziła. Ogon opadał mu do ziemi albo chował się między nogi, a pies przemykał się kątami jak skazaniec w drodze na szubienicę, raz po raz zerkając z ukosa na panią Van Winkle. Przy najmniejszym ruchu miotły czy chochli z piskiem rzucał się do drzwi.
Z każdym rokiem małżeństwa było Ripowi coraz gorzej. Kwaśny charakter nie łagodnieje z wiekiem, a ostry język to jedyne narzędzie, które od ciągłego używania robi się coraz ostrzejsze. Przez długi czas, kiedy żona wypędzała go z domu, Rip szukał pociechy w towarzystwie wiejskich mędrców, filozofów i innych próżniaków. Tworzyli oni coś w rodzaju klubu, który obradował bez końca na ławce przed małą gospodą. Nad jej drzwiami wisiał szyld z rumianym portretem Jego Królewskiej Mości Jerzego III.
Przesiadywali tam w cieniu przez długie, leniwe letnie dni. Przerzucali się ospale wiejskimi plotkami albo opowiadali sobie bez końca senne historie o niczym. Niejeden mąż stanu dałby jednak wiele, żeby usłyszeć głębokie dysputy, które toczyły się czasem, gdy jakiś przejezdny zostawił im przypadkiem starą gazetę.
Z jaką powagą słuchali wtedy, jak Derrick Van Bummel, nauczyciel, cedził jej treść słowo po słowie! Był to schludny, uczony człowieczek, którego nie przestraszyłoby nawet najdłuższe i najtrudniejsze słowo w słowniku. I z jaką mądrą miną naradzali się potem nad wydarzeniami, które rozegrały się przed kilkoma miesiącami!
Opinie całej tej kompanii zależały bez reszty od Nicholasa Veddera, patriarchy wioski i właściciela gospody. Siedział przed jej drzwiami od rana do wieczora i przesuwał się tylko o tyle, żeby nie wyjść z cienia wielkiego drzewa. Sąsiedzi mogli więc odczytywać godzinę z jego wędrówek wokół pnia równie dokładnie jak z zegara słonecznego.
Odzywał się, co prawda, rzadko, za to bez przerwy palił fajkę. Jego stronnicy (bo każdy wielki człowiek ma swoich stronników) rozumieli go jednak doskonale i umieli odgadnąć jego zdanie. Kiedy coś, co przeczytano albo opowiedziano, było mu nie w smak, pykał fajkę gwałtownie i wypuszczał jeden po drugim krótkie, gniewne kłęby dymu.
Kiedy był zadowolony, zaciągał się powoli i spokojnie, a dym wypuszczał lekkimi, łagodnymi obłoczkami. Czasem wyjmował fajkę z ust, pozwalał wonnemu dymowi owinąć się wokół nosa i z powagą kiwał głową na znak pełnej aprobaty.
Nawet z tej twierdzy swarliwa żona w końcu wykurzyła nieszczęsnego Ripa. Wpadała znienacka między zgromadzonych, mącąc im spokój, i wymyślała wszystkim od najgorszych. Nawet sam dostojny Nicholas Vedder nie był bezpieczny przed zuchwałym językiem tej strasznej jędzy. Oskarżyła go prosto w oczy, że to on utwierdza jej męża w lenistwie.
Biedny Rip był bliski rozpaczy. Żeby uciec od roboty w gospodarstwie i od krzyków żony, miał już tylko jeden sposób: brał strzelbę i szedł włóczyć się po lesie. Siadał tam czasem pod drzewem i dzielił się zawartością torby z Wolfem, któremu współczuł jak towarzyszowi niedoli i prześladowań.
— Biedny Wolfie — mawiał — twoja pani urządza ci pieskie życie. Ale nic to, mój piesku. Póki żyję, nigdy ci nie zabraknie przyjaciela, który stanie przy tobie!
Wolf merdał ogonem i patrzył tęsknie w twarz swojego pana. Jeśli psy umieją współczuć, to naprawdę wierzę, że odwzajemniał to uczucie z całego serca.
Podczas jednej z takich długich wędrówek, w piękny jesienny dzień, Rip zawędrował, sam nie wiedząc kiedy, na jedno z najwyższych miejsc w górach Catskill. Polował na wiewiórki, bo to lubił najbardziej, a ciche pustkowia raz po raz odpowiadały echem na huk jego strzelby. Późnym popołudniem, zdyszany i zmęczony, rzucił się na zielony pagórek porośnięty górskimi ziołami, który wznosił się na samym skraju urwiska.
Przez prześwit między drzewami widział rozległą krainę w dole, całe mile żyznych lasów. Daleko, daleko w dole płynął dostojny Hudson, cicho i majestatycznie. Tu i ówdzie na jego gładkiej jak szkło powierzchni drzemało odbicie purpurowej chmury albo żagiel leniwej łodzi, aż wreszcie rzeka ginęła gdzieś wśród błękitnych wzgórz.
Z drugiej strony Rip spoglądał w głęboki górski wąwóz, dziki, samotny i zarośnięty. Jego dno zasypały odłamki skał, które oderwały się od wiszących nad nim urwisk, a odbite światło zachodzącego słońca ledwie tam docierało. Rip leżał przez jakiś czas i rozmyślał nad tym widokiem.
Zbliżał się wieczór. Góry zaczęły rzucać na doliny długie niebieskie cienie i Rip zrozumiał, że zrobi się ciemno, na długo zanim zdąży dojść do wioski. Westchnął ciężko na myśl o tym, co czeka go w domu ze strony pani Van Winkle.
Już miał schodzić, kiedy z daleka usłyszał wołanie: „Ripie Van Winkle! Ripie Van Winkle!”. Rozejrzał się, ale nie zobaczył nikogo, tylko wronę, która samotnie przelatywała nad górą. Pomyślał, że to wyobraźnia płata mu figle, i znów ruszył w dół. Wtedy w cichym wieczornym powietrzu znów rozległo się to samo wołanie: „Ripie Van Winkle! Ripie Van Winkle!”. W tej samej chwili Wolf zjeżył sierść na grzbiecie, warknął cicho i przywarł do nogi pana, patrząc z lękiem w dół wąwozu.
Ripa ogarnął niejasny niepokój. Spojrzał z trwogą w tę samą stronę i dostrzegł dziwną postać, która powoli wspinała się po skałach, zgięta pod ciężarem czegoś, co niosła na plecach. Zdziwił się, że ktoś zapuścił się w to samotne, odludne miejsce, gdzie prawie nikt nie zaglądał. Pomyślał jednak, że to pewnie ktoś z okolicy potrzebuje pomocy, i pośpieszył mu naprzeciw.
Z bliska wygląd nieznajomego zdumiał go jeszcze bardziej. Był to niski, krępy staruszek o gęstej, zmierzwionej czuprynie i siwiejącej brodzie. Ubrany był po staroholendersku: w sukienny kaftan ściągnięty w pasie i kilka par spodni, jedne na drugich. Wierzchnie, bardzo obszerne, ozdobione były rzędami guzików po bokach i bufami przy kolanach.
Na ramieniu dźwigał solidną baryłkę, chyba pełną trunku, i dawał Ripowi znaki, żeby podszedł i pomógł mu z ciężarem. Choć nowy znajomy budził w nim nieśmiałość i nieufność, Rip pomógł mu ochoczo, jak zawsze. Zmieniając się przy baryłce, wspinali się wąskim żlebem, który wyglądał na wyschnięte koryto górskiego potoku.

Podczas wspinaczki Rip słyszał raz po raz długie, przetaczające się grzmoty, jakby gdzieś daleko szła burza. Zdawały się dochodzić z głębokiej rozpadliny, a właściwie ze szczeliny między wysokimi skałami, ku której prowadziła ich kamienista ścieżka. Przystanął na chwilę, ale pomyślał, że to pomruk jednej z tych przelotnych burz, które często przechodzą nad górskimi szczytami, i poszedł dalej.
Przeszli przez rozpadlinę i znaleźli się w kotlinie podobnej do małego amfiteatru, otoczonej zewsząd pionowymi urwiskami. Znad ich krawędzi zwieszały się gałęzie drzew, tak że tylko gdzieniegdzie prześwitywał lazur nieba i jasna wieczorna chmura.
Przez całą drogę Rip i jego towarzysz trudzili się w milczeniu. Rip nie mógł pojąć, po co ktoś wnosi baryłkę trunku na tę dziką górę. Ale w nieznajomym było coś dziwnego i niepojętego, co budziło lęk i nie pozwalało się spoufalać.
Gdy weszli do amfiteatru, ukazały się nowe dziwy. Na równym placu pośrodku grała w kręgle gromada osobliwych mężczyzn. Ubrani byli w staroświeckie, cudzoziemskie stroje: niektórzy w krótkie kubraki, inni w kaftany, z długimi nożami za pasem, a większość nosiła ogromne pludry, podobne do tych, które miał na sobie przewodnik.
Twarze też mieli niezwykłe. Jeden miał wielką głowę, szeroką twarz i małe świńskie oczka. Twarz drugiego zdawała się składać z samego nosa, a zwieńczał ją biały, wysoki kapelusz w kształcie głowy cukru, ozdobiony czerwonym kogucim piórkiem. Wszyscy mieli brody, rozmaitych kształtów i kolorów.
Jeden z nich wyglądał na dowódcę. Był to tęgi starszy pan o ogorzałej, wysmaganej wiatrem twarzy. Miał na sobie kubrak obszyty galonem, szeroki pas z kordelasem u boku, kapelusz z wysoką główką i piórem, czerwone pończochy i trzewiki na wysokim obcasie, przybrane rozetkami.
Cała ta gromada przypomniała Ripowi postacie ze starego flamandzkiego obrazu, który wisiał w saloniku wiejskiego pastora, pana Van Schaicka. Obraz ten przywieziono z Holandii jeszcze w czasach pierwszych osadników.
Szczególnie dziwne wydało się Ripowi to, że choć ci ludzie najwyraźniej się bawili, mieli przy tym najpoważniejsze miny i zachowywali najbardziej tajemnicze milczenie. Nigdy w życiu nie widział, żeby ktoś bawił się tak posępnie. Ciszy nie przerywało nic poza stukotem kul, które za każdym razem, gdy je toczono, odbijały się echem po górach jak przetaczające się grzmoty.
Kiedy Rip i jego towarzysz się zbliżyli, gracze nagle przerwali grę i wpatrzyli się w niego nieruchomo jak posągi. Mieli tak dziwne, posępne i martwe twarze, że serce w nim zamarło, a kolana zaczęły dygotać. Towarzysz Ripa przelał tymczasem trunek z baryłki do wielkich dzbanów i dał mu znak, żeby obsłużył kompanię. Rip usłuchał, drżąc ze strachu. Gracze wypili w głębokim milczeniu, a potem wrócili do gry.

Z wolna lęk i trwoga Ripa przygasły. Ośmielił się nawet, kiedy nikt na niego nie patrzył, skosztować napoju i przekonał się, że smakuje jak wyborny holenderski gin. Z natury był człowiekiem, któremu łatwo zasychało w gardle, więc wkrótce skusił się na drugi łyk. Jeden łyk ciągnął za sobą następny i Rip tak często wracał do dzbana, że w końcu zmysły odmówiły mu posłuszeństwa. Oczy zaszły mu mgłą, głowa opadała coraz niżej, aż zapadł w głęboki sen.
Obudził się na zielonym pagórku, z którego po raz pierwszy zobaczył starca z wąwozu. Przetarł oczy. Był jasny, słoneczny poranek. Ptaki skakały i świergotały w krzakach, a wysoko w górze krążył orzeł, wystawiając pierś na czysty górski wiatr.
„Chyba nie przespałem tu całej nocy”, pomyślał Rip. Przypomniał sobie, co się działo, zanim zasnął. Dziwny człowiek z baryłką trunku, górska rozpadlina, dzika kryjówka wśród skał, posępna gromada przy kręglach, dzban… „Ach, ten dzban! Ten przeklęty dzban!”, pomyślał. „Co ja teraz powiem pani Van Winkle?”
Rozejrzał się za strzelbą, ale zamiast czystej, dobrze naoliwionej broni znalazł obok siebie stary skałkowy muszkiet. Lufę pokrywała gruba warstwa rdzy, zamek odpadał, a kolbę stoczyły robaki. Rip podejrzewał teraz, że poważni hulacy z gór spłatali mu figla: upili go, a potem ukradli mu strzelbę.
Wolf też zniknął, ale mógł przecież pobiec za wiewiórką albo kuropatwą. Rip gwizdał na niego i wołał go po imieniu, ale na próżno. Echo powtarzało gwizd i wołanie, a psa nigdzie nie było widać.
Rip postanowił wrócić na miejsce wczorajszej zabawy i jeśli spotka kogoś z kompanii, upomnieć się o psa i strzelbę. Kiedy wstał, poczuł, że ma zesztywniałe stawy i że brak mu zwykłej sprawności. „Te górskie posłania mi nie służą”, pomyślał. „A jeśli po tej hulance złapie mnie reumatyzm, to dopiero będę miał piękne życie z panią Van Winkle”.
Z niejakim trudem zszedł do wąwozu. Odnalazł żleb, którym poprzedniego wieczoru wspinał się z towarzyszem, ale ku swojemu zdumieniu zobaczył, że spływa nim teraz pieniący się górski potok. Woda skakała z kamienia na kamień i napełniała wąwóz gwarnym szumem.
Rip zdołał jednak jakoś wdrapać się po zboczach. Mozolnie przedzierał się przez zarośla brzóz, sasafrasów i oczaru, a dzikie pnącza winorośli raz po raz podcinały mu nogi albo go oplątywały. Wiły się od drzewa do drzewa i rozpinały na jego drodze coś w rodzaju sieci.
Doszedł wreszcie do miejsca, gdzie poprzedniego wieczoru rozpadlina prowadziła między urwiskami do amfiteatru, ale przejścia nie było już ani śladu. Skały tworzyły wysoką, nieprzebytą ścianę. Potok spływał po niej płachtą puszystej piany do szerokiej, głębokiej niecki, czarnej od cieni okolicznego lasu.
Tu biedny Rip musiał się zatrzymać. Znów wołał psa i gwizdał na niego. Odpowiedziało mu tylko krakanie stada próżniaczych wron, które baraszkowały wysoko w powietrzu wokół uschniętego drzewa nad nasłonecznionym urwiskiem. Pewne, że nic im tam nie grozi, zdawały się spoglądać z góry i drwić z kłopotów biedaka.
Co było robić? Ranek mijał, a Ripowi burczało w brzuchu, bo nie jadł śniadania. Żal mu było psa i strzelby, bał się spotkania z żoną, ale przecież nie mógł umrzeć z głodu w górach. Pokręcił głową, zarzucił zardzewiały muszkiet na ramię i z sercem pełnym troski i niepokoju ruszył do domu.
Kiedy zbliżał się do wioski, spotkał sporo ludzi, ale nikogo nie znał. Trochę go to zdziwiło, bo był pewien, że zna każdego w okolicy. Ubrani też byli inaczej, niż przywykł. Wszyscy patrzyli na niego z takim samym zdziwieniem i ilekroć na niego spojrzeli, gładzili się po brodzie. Ten gest powtarzał się tak uparcie, że Rip mimowolnie zrobił to samo i ku swojemu zdumieniu stwierdził, że broda urosła mu na stopę!
Wszedł na skraj wioski. Biegła za nim gromada obcych dzieci, które pohukiwały i pokazywały palcami jego siwą brodę. Szczekały na niego psy, z których żadnego nie poznawał. Sama wieś też się zmieniła: była większa i ludniejsza. Stały w niej rzędy domów, których nigdy przedtem nie widział, a te, które dobrze znał i gdzie często bywał, zniknęły. Nad drzwiami widniały obce nazwiska, w oknach obce twarze, wszystko było obce.
Ogarnęły go złe przeczucia. Zaczął się zastanawiać, czy on sam i cały świat wokół nie zostali zaczarowani. Przecież to była jego rodzinna wioska, z której wyszedł zaledwie wczoraj. Tam stały góry Catskill, tam w oddali płynął srebrny Hudson, każde wzgórze i każda dolina wyglądały dokładnie tak jak zawsze. Rip był zupełnie zbity z tropu. „Ten wczorajszy dzban”, pomyślał, „okropnie pomieszał mi w głowie!”
Z pewnym trudem odnalazł drogę do własnego domu. Podchodził do niego w milczeniu i z lękiem, bo w każdej chwili spodziewał się usłyszeć przenikliwy głos pani Van Winkle. Dom był w ruinie: dach się zapadł, okna były powybijane, a drzwi wisiały wyrwane z zawiasów. Wokół kręcił się wygłodzony pies, podobny do Wolfa. Rip zawołał go po imieniu, ale kundel warknął, wyszczerzył zęby i poszedł dalej. To dopiero był okrutny cios.
— Nawet mój własny pies mnie zapomniał! — westchnął biedny Rip.
Wszedł do domu, który, trzeba przyznać, pani Van Winkle zawsze utrzymywała w czystości i porządku. Był pusty, smutny i najwyraźniej opuszczony. Ta pustka przemogła wszystkie małżeńskie lęki Ripa. Zaczął głośno wołać żonę i dzieci. Przez chwilę puste izby rozbrzmiewały jego głosem, a potem znów zapadła cisza.

Wybiegł z domu i pośpieszył do swojego dawnego schronienia, wiejskiej gospody. Ale i jej już nie było. Na jej miejscu stał duży, rozklekotany drewniany budynek o wielkich, ziejących pustką oknach. Część szyb była potłuczona, a dziury zatkano starymi kapeluszami i halkami. Nad drzwiami wymalowano napis: „Union Hotel, prowadzi Jonathan Doolittle”.
Zamiast wielkiego drzewa, które ocieniało kiedyś cichą holenderską gospodę, sterczał teraz wysoki, goły maszt. Na jego szczycie tkwiło coś w rodzaju czerwonej szlafmycy, a niżej łopotała flaga w dziwną mozaikę gwiazd i pasów. Wszystko to było obce i niepojęte.
Na szyldzie Rip poznał jednak rumianą twarz króla Jerzego, pod którą wypalił tyle spokojnych fajek. Ale nawet ona dziwnie się odmieniła. Czerwony surdut zamienił się w granatowo-płowy, w dłoni zamiast berła tkwiła szabla, głowę zdobił trójgraniasty kapelusz, a pod spodem wielkimi literami wymalowano: „GENERAŁ WASZYNGTON”.

Przed drzwiami jak zwykle tłoczyli się ludzie, ale Rip nie znał nikogo. Nawet sam charakter ludzi wydawał się inny. Zamiast dawnej flegmy i sennego spokoju panowała tu krzątanina, ruch i swarliwy ton. Na próżno wypatrywał mądrego Nicholasa Veddera z jego szeroką twarzą, podwójnym podbródkiem i długą jasną fajką, z której zamiast próżnych słów płynęły kłęby tytoniowego dymu. Na próżno szukał nauczyciela Van Bummela, który odczytywał treść starej gazety.
Zamiast nich jakiś chudy, kwaśny jegomość z kieszeniami pełnymi ulotek perorował zapalczywie o prawach obywateli, o wyborach, o członkach Kongresu, o wolności, o Bunker Hill, o bohaterach roku siedemdziesiątego szóstego i o wielu innych rzeczach. Dla oszołomionego Ripa była to prawdziwa wieża Babel.
Rip, z długą siwą brodą, zardzewiałą strzelbą, w dziwacznym ubraniu i z całą armią kobiet i dzieci za plecami, szybko zwrócił uwagę karczemnych polityków. Otoczyli go i z wielką ciekawością mierzyli wzrokiem od stóp do głów. Mówca przepchnął się do niego, odciągnął go nieco na bok i zapytał, na kogo głosuje. Rip patrzył na niego tępo, nic nie rozumiejąc.
Jakiś inny, niski i ruchliwy człowieczek pociągnął go za rękaw, wspiął się na palce i zapytał go szeptem, czy jest federalistą, czy demokratą. Tego pytania Rip też nie zrozumiał.
Wtedy przez tłum przecisnął się stary, przemądrzały i zarozumiały pan w ostro zawiniętym trójgraniastym kapeluszu. Rozpychał ludzi łokciami na prawo i lewo, aż stanął przed Ripem. Jedną rękę wsparł pod bok, drugą na lasce, a bystrymi oczami i spiczastym kapeluszem zdawał się przewiercać go do głębi duszy.
— Po co pan przyszedł na wybory ze strzelbą na ramieniu i z tłumem za plecami? — zapytał surowo. — Czy zamierza pan wszcząć we wsi rozruchy?
— Ależ, panowie! — zawołał Rip, nieco przestraszony. — Jestem biednym, spokojnym człowiekiem, urodziłem się tutaj i jestem wiernym poddanym króla, niech go Bóg błogosławi!
Na to gapie wybuchnęli wrzaskiem:
— Torys! Szpieg! Zdrajca! Brać go! Precz z nim!
Z wielkim trudem zarozumiały pan w trójgraniastym kapeluszu przywrócił porządek. Zmarszczył brwi jeszcze dziesięć razy surowiej i znów zażądał od nieznajomego winowajcy, żeby powiedział, po co tu przyszedł i kogo szuka. Biedak zapewnił go pokornie, że nie ma złych zamiarów i przyszedł tylko poszukać kilku sąsiadów, którzy zwykle przesiadywali przed gospodą.
— No dobrze, a co to za sąsiedzi? Proszę ich wymienić.
Rip zastanowił się chwilę.
— Gdzie jest Nicholas Vedder? — zapytał.
Przez chwilę panowała cisza, aż wreszcie jakiś starzec odpowiedział cienkim, piskliwym głosem:
— Nicholas Vedder? Przecież on nie żyje już od osiemnastu lat! Na cmentarzu stał drewniany nagrobek, na którym było o nim wszystko napisane, ale i ten już spróchniał i przepadł.
— A gdzie jest Brom Dutcher? — dopytywał Rip.
— Och, ten poszedł do wojska na początku wojny — odparł starzec. — Jedni mówią, że zginął przy szturmie na Stony Point, inni, że utonął w nawałnicy pod Antony’s Nose. Nie wiem. W każdym razie nigdy nie wrócił.
— A gdzie Van Bummel, nauczyciel?
— On też poszedł na wojnę. Został wielkim generałem milicji, a teraz zasiada w Kongresie.
Serce Ripa zamarło, kiedy usłyszał o tych smutnych zmianach w domu i wśród przyjaciół i zrozumiał, że został na świecie zupełnie sam. Każda odpowiedź wprawiała go też w zakłopotanie, bo mówiła o tak ogromnych odstępach czasu i o sprawach, których nie rozumiał: o wojnie, o Kongresie, o Stony Point. Nie miał już odwagi pytać o innych przyjaciół, więc zawołał tylko z rozpaczą:
— Czy nikt tu nie zna Ripa Van Winkle?
— Ach, Ripa Van Winkle! — zawołało kilku naraz. — No pewnie! Przecież to Rip Van Winkle, o tam, oparty o drzewo.
Rip spojrzał i zobaczył wierną kopię samego siebie, takiego, jakim szedł w góry: najwyraźniej tak samo leniwego i z pewnością tak samo obdartego. Biedak był teraz zupełnie skołowany. Zwątpił, kim jest, czy jest sobą, czy kimś zupełnie innym. Pośród tego zamętu pan w trójgraniastym kapeluszu zażądał, żeby powiedział, kim jest i jak się nazywa.
— Bóg jeden wie! — wykrzyknął Rip, zupełnie bezradny. — Ja to nie ja, ja to ktoś inny. To ja tam stoję… nie, to ktoś inny, kto wszedł w moją skórę. Wczoraj wieczorem byłem sobą, ale zasnąłem w górach, a oni zamienili mi strzelbę, i wszystko się zmieniło, i ja się zmieniłem, i nie umiem już powiedzieć, jak się nazywam ani kim jestem!
Gapie zaczęli spoglądać po sobie, kiwać głowami, mrugać porozumiewawczo i stukać się palcem w czoło. Rozległy się też szepty, że trzeba odebrać staremu strzelbę, zanim narobi jakiegoś nieszczęścia. Na samą tę wzmiankę zarozumiały pan w trójgraniastym kapeluszu dość pośpiesznie się wycofał.
W tej krytycznej chwili przez tłum przecisnęła się młoda kobieta, rumiana i ładna, żeby przyjrzeć się siwobrodemu przybyszowi. Na rękach trzymała pucołowate dziecko, które przestraszyło się jego wyglądu i zaczęło płakać.
— Cicho, Ripie — powiedziała. — Cicho, głuptasku, ten staruszek nic ci nie zrobi.
Imię dziecka, wygląd matki, brzmienie jej głosu: wszystko to obudziło w Ripie cały ciąg wspomnień.
— Jak się pani nazywa, moja pani? — zapytał.
— Judith Gardenier.
— A jak się nazywał pani ojciec? — pytał dalej Rip.
— Ach, biedny człowiek! Nazywał się Rip Van Winkle, ale już dwadzieścia lat temu wyszedł z domu ze strzelbą i od tamtej pory nikt o nim nie słyszał. Jego pies wrócił do domu sam. Czy ojciec się zastrzelił, czy porwali go Indianie, tego nikt nie wie. Byłam wtedy jeszcze dzieckiem.
Rip miał jeszcze tylko jedno pytanie, ale zadał je drżącym głosem:
— A gdzie jest pani matka?
— Ona też umarła, niedawno — odpowiedziała Judith. — Ze złości pękła jej żyłka, kiedy kłóciła się z domokrążcą z Nowej Anglii.
W tej wiadomości była przynajmniej kropla pociechy. Poczciwiec nie mógł się już dłużej powstrzymać. Porwał córkę i jej dziecko w ramiona.
— Jestem twoim ojcem! — zawołał. — Kiedyś młody Rip Van Winkle, a teraz stary Rip Van Winkle! Czy nikt nie zna biednego Ripa Van Winkle?

Wszyscy stali jak wryci, aż z tłumu wyszła chwiejnym krokiem staruszka. Przyłożyła dłoń do czoła, zajrzała spod niej Ripowi w twarz i po chwili zawołała:
— No pewnie! To Rip Van Winkle, on sam we własnej osobie! Witaj w domu, sąsiedzie. Gdzieżeś ty się podziewał przez te dwadzieścia długich lat?
Rip opowiedział swoją historię szybko, bo całe dwadzieścia lat było dla niego jak jedna noc. Sąsiedzi słuchali z otwartymi ustami. Niektórzy mrugali do siebie i uśmiechali się pod nosem. Zarozumiały pan w trójgraniastym kapeluszu, który po ustaniu alarmu wrócił na pole bitwy, wykrzywił kąciki ust i pokręcił głową. Na ten znak całe zgromadzenie zaczęło kręcić głowami.
Postanowiono jednak zasięgnąć zdania starego Petera Vanderdonka, który właśnie powoli nadchodził drogą. Był potomkiem historyka o tym samym nazwisku, autora jednej z najwcześniejszych kronik kolonii. Peter był najstarszym mieszkańcem wioski i znał wszystkie cudowne wydarzenia i podania okolicy. Od razu poznał Ripa i potwierdził jego opowieść jak najdokładniej.
Stary Vanderdonk zapewnił zebranych, że z przekazu jego przodka, historyka, wiadomo na pewno, że w górach Catskill od zawsze straszyły dziwne istoty. Podobno wielki Hendrick Hudson, który pierwszy odkrył tę rzekę i ten kraj, co dwadzieścia lat odbywa tam coś w rodzaju warty ze swoją załogą z „Półksiężyca”. W ten sposób wolno mu odwiedzać miejsca dawnych wypraw i czuwać nad rzeką i nad wielkim miastem, które nosi jego imię.
Ojciec Petera widział ich kiedyś w starych holenderskich strojach, jak grali w kręgle w górskiej kotlinie. Sam Peter zaś pewnego letniego popołudnia słyszał stukot ich kul, podobny do odległych grzmotów.
Krótko mówiąc, zebrani rozeszli się i wrócili do ważniejszej sprawy, czyli do wyborów. Córka zabrała Ripa do siebie. Miała przytulny, dobrze urządzony dom i za męża tęgiego, wesołego farmera, w którym Rip rozpoznał jednego z urwisów, którzy dawniej wspinali mu się na plecy.
Syn i dziedzic Ripa, jego wykapany sobowtór, którego widziano opartego o drzewo, dostał pracę w gospodarstwie. Okazywał jednak odziedziczoną skłonność do zajmowania się wszystkim, tylko nie własną robotą.
Rip wrócił do dawnych spacerów i zwyczajów. Wkrótce odnalazł wielu starych kompanów, ale wszystkich mocno nadgryzł ząb czasu. Wolał więc zaprzyjaźniać się z młodszym pokoleniem, u którego szybko zyskał wielkie względy.
Nie miał nic do roboty w domu i dożył tego szczęśliwego wieku, w którym człowiek może próżnować bezkarnie. Znów zajął więc swoje miejsce na ławce przed drzwiami gospody i czczono go tam jako jednego z patriarchów wioski i żywą kronikę dawnych czasów, „sprzed wojny”.
Minęło trochę czasu, zanim znów wciągnął się w wiejskie plotki i zrozumiał, jakie dziwne wydarzenia zaszły podczas jego snu. Dowiedział się, że była wojna o niepodległość, że kraj zrzucił jarzmo starej Anglii i że on sam nie jest już poddanym Jego Królewskiej Mości Jerzego III, tylko wolnym obywatelem Stanów Zjednoczonych.
Rip zresztą nie był politykiem i zmiany państw i imperiów niewiele go obchodziły. Był jednak jeden rodzaj tyranii, pod którym długo jęczał: rządy w spódnicy. Na szczęście dobiegły one końca. Wyswobodził szyję z małżeńskiego jarzma i mógł wychodzić i wracać, kiedy chciał, nie lękając się pani Van Winkle. Ilekroć jednak ktoś o niej wspomniał, wzruszał ramionami, kręcił głową i wznosił oczy do nieba. Można to było uznać zarówno za pogodzenie się z losem, jak i za radość z wyzwolenia.
Swoją historię opowiadał każdemu przybyszowi, który zajechał do hotelu pana Doolittle’a. Zauważono, że z początku przy każdym opowiadaniu zmieniał to i owo, co bez wątpienia brało się stąd, że dopiero co się obudził. W końcu opowieść ustaliła się dokładnie w takiej postaci, w jakiej ją tu przedstawiłem, i w okolicy nie było mężczyzny, kobiety ani dziecka, które nie znałoby jej na pamięć.

Niektórzy zawsze udawali, że w nią wątpią, i upierali się, że Rip postradał wtedy zmysły i że w tej jednej sprawie już mu tak zostało. Starzy holenderscy mieszkańcy prawie wszyscy dawali jej jednak pełną wiarę. Do dziś, ilekroć letnim popołudniem usłyszą burzę nad górami Catskill, mówią, że to Hendrick Hudson i jego załoga grają w kręgle. A wszyscy mężowie pod pantoflem w okolicy, kiedy życie zaczyna im ciążyć, marzą o tym, żeby choć raz napić się na ukojenie z dzbana Ripa Van Winkle.
Opowiedziała na nowo Talerie, źródło: The Sketch-Book of Geoffrey Crayon (otwiera się w nowym oknie) Domena publiczna Ten tekst możesz kopiować, zmieniać i wykorzystywać dowolnie. Link do Talerie nas ucieszy, ale nie jest wymagany. CC0 1.0 (otwiera się w nowym oknie)

