
Aksamitny królik
11 min czytania od 4 lat talerie.com/pl/bajki/aksamitny-krolik
Aksamitny Królik w brązowe i białe łaty trafia do szafy, gdzie droższe zabawki patrzą na niego z góry. Stary Skórzany Koń zdradza mu, że Prawdziwym staje się ten, kogo dziecko kocha bardzo długo. Królik marzy o tym, choć od takiego kochania wyciera się sierść i odpadają oczy.
Był sobie raz Aksamitny Królik i na początku był naprawdę wspaniały: pulchny i pękaty, w brązowe i białe łaty, z wąsami z prawdziwych nitek i uszami podszytymi różową satyną. W bożonarodzeniowy poranek wystawał z samej góry skarpety Chłopca, z gałązką ostrokrzewu w łapkach, i był najpiękniejszym ze wszystkich prezentów.
Przez co najmniej dwie godziny Chłopiec go kochał. Potem przyjechały ciocie i wujkowie, zaszeleściła bibułka, wszyscy rozpakowywali paczki i w tym zamieszaniu o Aksamitnym Króliku zapomniano.
Odtąd przez długi czas mieszkał w szafie z zabawkami albo leżał na podłodze w pokoju dziecinnym. Był z natury nieśmiały, a droższe zabawki patrzyły na niego z góry. Mechaniczne zabawki udawały, że są prawdziwe, model żaglówki popisywał się żeglarskimi słówkami, a drewniany lew Tymoteusz zadzierał nosa.

Królik nie wiedział nawet, że istnieją prawdziwe króliki. Myślał, że wszystkie są wypchane trocinami, tak samo jak on. Przy innych zabawkach czuł się mały i pospolity. Dobry był dla niego tylko Skórzany Koń.
Skórzany Koń mieszkał w pokoju dziecinnym dłużej niż ktokolwiek inny, a jego brązowa skóra w wielu miejscach wyłysiała. Widział już niejedną mechaniczną zabawkę, która się przechwalała, dopóki nie pękła jej sprężyna. Był mądry i rozumiał dziecięcą magię, która jest bardzo dziwna i cudowna.
— Co to znaczy być Prawdziwym? — zapytał go pewnego dnia Królik, kiedy leżeli obok siebie przy kominku. — Czy to znaczy, że ma się w środku coś, co brzęczy, a z boku wystaje korbka?
— Prawdziwość to nie to, jak cię zrobiono — odpowiedział Skórzany Koń. — To coś, co ci się przytrafia. Kiedy dziecko kocha cię długo, bardzo długo, i nie tylko się tobą bawi, ale kocha cię naprawdę, wtedy stajesz się Prawdziwym.
— Czy to boli? — zapytał Królik.
— Czasami — odparł Skórzany Koń, bo zawsze mówił prawdę. — Ale kiedy jesteś Prawdziwy, nie przejmujesz się bólem.
— A dzieje się to od razu, jak przy nakręcaniu, czy po trochu? — dopytywał Królik.
— Nie od razu — powiedział Skórzany Koń. — Stajesz się nim powoli i trwa to bardzo długo. Zwykle zanim ktoś stanie się Prawdziwym, większość sierści wytrze mu się od kochania, oczy mu odpadną i będzie bardzo sfatygowany. Ale to nie ma znaczenia, bo kto jest Prawdziwy, nie może być brzydki. Chyba że dla tych, którzy tego nie rozumieją.
— A ty jesteś Prawdziwy? — zapytał Królik.
Skórzany Koń tylko się uśmiechnął.
— Prawdziwym zrobił mnie wujek Chłopca, bardzo dawno temu — powiedział. — A kto raz stał się Prawdziwym, ten już nigdy nie przestanie nim być. To jest na zawsze.
Królik westchnął. Bardzo chciał stać się Prawdziwym. Ale smutno mu się robiło na myśl, że się wytrze, a oczy i wąsy mu odpadną. Wolałby stać się Prawdziwym bez tych wszystkich przykrości.
Pokojem dziecinnym rządziła Niania. Pewnego wieczoru Chłopiec, kładąc się spać, nie mógł znaleźć porcelanowego pieska, z którym zawsze sypiał. Niania się spieszyła i nie chciało jej się szukać pieska po kątach. Rozejrzała się i sięgnęła do otwartej szafy z zabawkami.
— Masz — powiedziała. — Weź swojego starego Króliczka! Niech z tobą śpi!
Wyciągnęła Królika za jedno ucho i włożyła go Chłopcu w ramiona.
Od tej nocy Aksamitny Królik spał w łóżku Chłopca. Z początku było mu niewygodnie, bo Chłopiec ściskał go bardzo mocno, a czasem wpychał tak głęboko pod poduszkę, że Królik ledwo mógł oddychać. Wkrótce jednak to polubił.
Chłopiec robił mu pod kołdrą tunele, takie jak nory, w których mieszkają prawdziwe króliki. Kiedy Chłopiec zasypiał, Królik wtulał się pod jego ciepły podbródek i śnił, a chłopięce ręce obejmowały go przez całą noc.
Mijał czas, a Królik był tak szczęśliwy, że wcale nie zauważał, jak jego piękny aksamit się wyciera, ogon się pruje, a z nosa znika różowy kolor tam, gdzie całował go Chłopiec.
Przyszła wiosna i Chłopiec z Królikiem spędzali całe dnie w ogrodzie. Królik jeździł na taczce, urządzali razem pikniki na trawie, a pod krzakami malin Chłopiec budował mu chatki dla wróżek.
Pewnego razu Królik został na trawniku długo po zmroku. Niania musiała wyjść po niego ze świecą, bo Chłopiec nie mógł bez niego zasnąć. Królik był cały mokry od rosy, a Niania zrzędziła, wycierając go rogiem fartucha.
— Musisz mieć tego swojego starego Króliczka! — powiedziała. — Tyle zamieszania o zabawkę!
Chłopiec usiadł na łóżku i wyciągnął ręce.
— Daj mi mojego Króliczka! — powiedział. — Nie wolno ci tak mówić. On nie jest zabawką. On jest Prawdziwy!

Kiedy Królik to usłyszał, poczuł się bardzo szczęśliwy, bo to, co mówił Skórzany Koń, w końcu się sprawdziło. Nie był już zabawką. Był Prawdziwy. Sam Chłopiec tak powiedział.
Tej nocy w trocinowym sercu Królika wezbrało tyle miłości, że omal nie pękło. W jego oczach z czarnych guzików, które dawno już straciły połysk, pojawiło się coś mądrego i pięknego. Zauważyła to nawet Niania, kiedy rano wzięła go do ręki.
— Słowo daję, ten stary Króliczek ma całkiem mądrą minę! — powiedziała.
Latem Chłopiec chodził bawić się do lasu. Zawsze zabierał ze sobą Królika i moszczył mu gniazdko w paprociach, żeby było mu tam miękko i wygodnie.
Pewnego wieczoru Królik leżał tam sam i przyglądał się mrówkom w trawie, gdy nagle z paproci wypełzły dwie dziwne istoty. Były to króliki, takie jak on, ale bardzo puszyste i jakby całkiem nowe. Nie miały ani jednego szwu, a kiedy się ruszały, zmieniały kształt: raz były długie i chude, a raz pulchne i pękate.
— Czemu nie wstaniesz i nie pobawisz się z nami? — zapytał jeden z nich.
— Nie mam ochoty — odpowiedział Królik, bo nie chciał przyznać, że nie ma w sobie sprężyny.
Puszysty królik skoczył w bok i stanął na tylnych łapach.
— Przecież to nic trudnego! — powiedział. — Założę się, że nie umiesz!
— Umiem! — zawołał Królik. — Skaczę wyżej niż ktokolwiek!
Miał na myśli to, jak wysoko podrzucał go Chłopiec.
— A umiesz skakać na tylnych łapach? — zapytał puszysty królik.
To było straszne pytanie, bo Aksamitny Królik nie miał żadnych tylnych łap! Tył miał uszyty z jednego kawałka, jak poduszeczka na igły. Siedział więc bez ruchu i miał nadzieję, że nikt tego nie zauważy.
— Nie mam ochoty! — powtórzył.
Ale dzikie króliki mają bardzo bystre oczy. Jeden z nich wyciągnął szyję i dobrze mu się przyjrzał.
— On nie ma tylnych łap! — zawołał i zaczął się śmiać. — Kto to widział, królik bez tylnych łap!
— Mam! — krzyknął Królik. — Siedzę na nich!
— To je wyciągnij i pokaż, o tak! — powiedział dziki królik i zaczął wirować w tańcu.

— Wolę posiedzieć — odparł Królik.
A przez cały czas marzył o tańcu i oddałby wszystko na świecie, żeby móc skakać tak jak one.
Obcy królik podszedł tak blisko, że jego wąsy musnęły ucho Aksamitnego Królika. Nagle zmarszczył nos, położył uszy po sobie i odskoczył.
— On nie pachnie jak trzeba! — zawołał. — To wcale nie jest królik! On nie jest prawdziwy!
— Jestem Prawdziwy! Chłopiec tak powiedział! — krzyknął Królik, bliski płaczu.
Właśnie wtedy niedaleko przebiegł Chłopiec. Mignęły białe ogonki i obce króliki zniknęły w paprociach.
— Wróćcie! — zawołał Królik. — Wiem, że jestem Prawdziwy!
Nikt jednak nie odpowiedział. Królik długo leżał bez ruchu i czekał, aż wrócą, ale nie wróciły. Wieczorem Chłopiec zaniósł go do domu.
Mijały tygodnie. Chłopiec kochał Królika tak mocno, że Królik od tego kochania stracił wszystkie wąsy, różowa podszewka uszu zszarzała, a brązowe łaty wyblakły. Stracił nawet dawny kształt i nikt poza Chłopcem nie widział już w nim królika. A dla Chłopca zawsze był piękny i tylko to się liczyło.
A potem, pewnego dnia, Chłopiec zachorował.
Twarz miał rozpaloną, mówił przez sen i był tak gorący, że parzył Królika, kiedy tulił go do siebie. Królik leżał ukryty pod kołdrą i nie ruszał się. Bał się, że jeśli go znajdą, ktoś go zabierze, a wiedział, że Chłopiec go potrzebuje.

Choroba ciągnęła się bardzo długo. Królik czekał cierpliwie, aż znów będą się bawić w malinowym gąszczu, i szeptał Chłopcu do ucha, jakie zabawy dla nich wymyślił. Wreszcie gorączka minęła. Pewnego słonecznego poranka Chłopcu pozwolono wstać i wyniesiono go na balkon, owiniętego w szal.
Nazajutrz Chłopiec miał jechać nad morze. Zostało już tylko zrobić to, co kazał doktor. Królik leżał pod kołdrą, z samą głową na wierzchu, i słuchał, jak dorośli o tym rozmawiają. Wszystkie książki i zabawki, które Chłopiec miał przy sobie w łóżku, trzeba było spalić.
„Hura! Jutro jedziemy nad morze!”, pomyślał Królik.
W tej chwili Niania go zauważyła.
— A co z jego starym Króliczkiem? — zapytała.
— Z tym? — zdziwił się doktor. — Przecież to siedlisko zarazków szkarlatyny! Proszę to natychmiast spalić. Co takiego? Bzdura! Proszę mu kupić nowego. Tego nie może już mieć!
Królika włożono więc do worka ze starymi książkami i śmieciami i wyniesiono na koniec ogrodu, za kurnik. Ogrodnik miał akurat za dużo pracy, ale obiecał, że rano przyjdzie bardzo wcześnie i wszystko spali.
Tej nocy Chłopiec spał w innej sypialni z nowym króliczkiem z białego pluszu, o szklanych oczach. Nie zwracał jednak na niego uwagi, bo myślał tylko o morzu.
A Królik leżał w worku za kurnikiem i czuł się bardzo samotny. Worka nie zawiązano, więc zdołał wysunąć głowę. Drżał z zimna, bo futerko tak mu się wytarło od przytulania, że wcale go już nie grzało.

Przypomniał sobie słoneczne dni w ogrodzie i ten cudowny dzień, kiedy dowiedział się, że jest Prawdziwy. Pomyślał o Skórzanym Koniu, takim mądrym i łagodnym, i o wszystkim, co od niego usłyszał.
„Na co mi było to, że mnie kochano, że straciłem całą urodę i stałem się Prawdziwym, skoro wszystko tak się kończy?”, pomyślał.
I wtedy łza, prawdziwa łza, spłynęła po jego wytartym aksamitnym nosie i spadła na ziemię.
W tym miejscu wyrósł z ziemi tajemniczy kwiat, zupełnie niepodobny do tych, które rosły w ogrodzie. Miał smukłe liście zielone jak szmaragdy, a pośrodku kielich podobny do złotej czarki. Był tak piękny, że Królik zapomniał o płaczu. Po chwili kielich się otworzył i wyszła z niego Wróżka.

Suknię miała z pereł i kropel rosy. Wzięła Królika na ręce i pocałowała go w nos, wciąż wilgotny od łez.
— Mały Króliku — powiedziała — nie wiesz, kim jestem?
Królik spojrzał na nią i wydało mu się, że gdzieś już widział tę twarz, ale nie mógł sobie przypomnieć gdzie.
— Jestem Wróżką dziecięcej magii — powiedziała Wróżka. — Opiekuję się zabawkami, które dzieci kochały. Kiedy są już stare i zniszczone, a dzieci ich nie potrzebują, zabieram je ze sobą i sprawiam, że stają się Prawdziwe.
— To ja nie byłem Prawdziwy już wcześniej? — zapytał Królik.
— Byłeś Prawdziwy dla Chłopca — odpowiedziała Wróżka — bo on cię kochał. Teraz będziesz Prawdziwy dla wszystkich.
Przytuliła Królika mocno i poleciała z nim do lasu.
Wzeszedł już księżyc, a liście paproci lśniły jak oszronione srebro. Na polanie dzikie króliki tańczyły ze swoimi cieniami, a kiedy zobaczyły Wróżkę, przestały tańczyć i stanęły wokół niej w kręgu.
— Przyniosłam wam nowego towarzysza zabaw — powiedziała Wróżka. — Bądźcie dla niego dobre i nauczcie go wszystkiego, co trzeba wiedzieć w Króliczej Krainie, bo będzie z wami mieszkał na zawsze!
Pocałowała Królika jeszcze raz i postawiła go na trawie.
— Biegnij i baw się, Mały Króliku! — powiedziała.
Ale Królik siedział nieruchomo. Kiedy zobaczył wokół siebie tańczące króliki, przypomniał sobie, że nie ma tylnych łap, i nie chciał, żeby zobaczyły, że jest uszyty z jednego kawałka. Nie wiedział, że ostatnim pocałunkiem Wróżka całkiem go odmieniła.
Siedziałby tak pewnie bardzo długo, gdyby coś nie połaskotało go w nos. Zanim się zastanowił, co robi, podniósł tylną łapę i się podrapał.
I okazało się, że naprawdę ma tylne łapy! Zamiast wypłowiałego aksamitu miał brązowe futro, miękkie i lśniące, a wąsy tak długie, że muskały trawę. Skoczył raz i poczuł taką radość, że zaczął hasać na nowych łapach i wirować razem z innymi.

Kiedy w końcu przystanął, żeby poszukać Wróżki, już jej nie było. Był wreszcie Prawdziwym Królikiem wśród innych królików i został z nimi w lesie.
Minęły jesień i zima, a wiosną Chłopiec poszedł pobawić się w lesie za domem. Z paproci wysunęły się dwa króliki i zerknęły na niego. Jeden był cały brązowy, a drugi miał na futrze dziwne, ledwo widoczne plamy, jakby dawno temu był łaciaty i ślady łat wciąż jeszcze prześwitywały.
W jego nosie i okrągłych czarnych oczach było coś znajomego, więc Chłopiec pomyślał: „Przecież on wygląda zupełnie jak mój stary Króliczek, który zaginął, kiedy chorowałem na szkarlatynę!”
Chłopiec nigdy się jednak nie dowiedział, że to naprawdę był jego Króliczek. Królik wrócił, żeby popatrzeć na dziecko, które jako pierwsze pomogło mu stać się Prawdziwym.
Opowiedziała na nowo Talerie, źródło: The Velveteen Rabbit (otwiera się w nowym oknie) Domena publiczna Ten tekst możesz kopiować, zmieniać i wykorzystywać dowolnie. Link do Talerie nas ucieszy, ale nie jest wymagany. CC0 1.0 (otwiera się w nowym oknie)
