
Król Drozdobrody
8 min czytania od 5 lat talerie.com/pl/bajki/krol-drozdobrody
Piękna królewna odprawia wszystkich zalotników i z każdego szydzi, a jednego króla przezywa Drozdobrodym. Rozgniewany ojciec przysięga, że wyda ją za pierwszego żebraka, który stanie u jego drzwi. Kilka dni później pod oknem zamku zaczyna śpiewać grajek w podartych łachmanach.
Był sobie król, który miał córkę piękną ponad wszelką miarę. Królewna była jednak tak dumna i wyniosła, że żaden kandydat na męża nie wydawał jej się dość dobry. Odprawiała jednego za drugim, a na dodatek z każdego szydziła.
Pewnego razu król wyprawił wielką ucztę i zaprosił na nią z bliska i z daleka wszystkich, którzy chcieli się żenić. Zalotników ustawiono w jednym rzędzie według rangi: najpierw królów, potem książąt, hrabiów i baronów, a na samym końcu zwykłych szlachciców. Królewnę poprowadzono wzdłuż tego rzędu, ale w każdym znalazła coś, co jej się nie podobało.
Jeden był dla niej za gruby.
— Beczka na wino! — zawołała.
Drugi był za wysoki i za chudy, więc prychnęła: „Tyczka do fasoli!”. Trzeci był za niski: „Pękaty karzełek!”. Czwarty był za blady: „Blady jak śmierć!”. Piąty za czerwony: „Czerwony jak indor!”. Szósty nie stał dość prosto: „Krzywe polano, za piecem suszone!”.
I tak każdemu coś wytknęła. Najbardziej jednak śmiała się z pewnego dobrego króla, który stał na samym początku rzędu. Podbródek wyrósł mu trochę krzywo.
— Ojej! — zawołała ze śmiechem. — Ten ma brodę jak dziób drozda!
Od tej pory wszyscy nazywali go królem Drozdobrodym.

Stary król patrzył na to i patrzył. Kiedy zobaczył, że córka tylko drwi z ludzi i odtrąca wszystkich zalotników, wpadł w gniew. Przysiągł, że królewna wyjdzie za pierwszego żebraka, który stanie u jego drzwi.
Kilka dni później pod oknem zamku zaczął śpiewać grajek, żeby zarobić parę groszy. Król usłyszał śpiew.
— Przyprowadźcie go tu na górę — rozkazał.
Wszedł więc grajek w brudnych, podartych łachmanach. Zaśpiewał przed królem i królewną, a kiedy skończył, ukłonił się nisko.
— Najjaśniejszy Panie, proszę o jałmużnę za tę piosenkę — powiedział.
— Twój śpiew tak mi się spodobał, że dam ci za żonę moją córkę — odparł król.
Królewna okropnie się przestraszyła.
— Ojcze, przecież to żebrak! — zawołała.
— Przysiągłem, że oddam cię pierwszemu żebrakowi, który przyjdzie do mojego zamku — powiedział król. — I dotrzymam przysięgi.
Na nic zdały się prośby i płacz. Wezwano księdza i królewna musiała od razu wziąć ślub z grajkiem. Kiedy było już po wszystkim, król rzekł do córki:
— Żona żebraka nie może dłużej mieszkać w moim zamku. Idź teraz ze swoim mężem.
Żebrak wziął ją za rękę i wyprowadził z zamku. Królewna musiała odejść z nim piechotą. Wkrótce weszli do wielkiego lasu. Królewna rozejrzała się dookoła i zapytała:
Ach, czyj jest ten piękny las?
Grajek odpowiedział:
To las króla Drozdobrodego. Byłby twój, gdybyś wzięła jego.
A królewna westchnęła:
Ach, ja biedna, głupia byłam, że Drozdobrodego odprawiłam!
Potem przeszli przez łąkę, na której rosła soczysta, zielona trawa, i królewna znowu zapytała:
Ach, czyja jest ta piękna łąka?
Grajek odpowiedział:
To łąka króla Drozdobrodego. Byłaby twoja, gdybyś wzięła jego.
A królewna westchnęła:
Ach, ja biedna, głupia byłam, że Drozdobrodego odprawiłam!
Później weszli do wielkiego miasta, pełnego wież i pięknych domów, i królewna zapytała po raz trzeci:
Ach, czyje jest to piękne miasto?
Grajek odpowiedział:
To miasto króla Drozdobrodego. Byłoby twoje, gdybyś wzięła jego.
A królewna westchnęła:
Ach, ja biedna, głupia byłam, że Drozdobrodego odprawiłam!
— Wcale mi się nie podoba, że ciągle chciałabyś mieć innego męża — powiedział grajek. — Czy ja nie jestem dla ciebie dość dobry?
Szli i szli, aż w końcu stanęli przed maleńkim domkiem. Królewna spojrzała na ten domek i zawołała:
Ach, mój Boże, jaki domek mały! Czyj jest ten kąt nędzny i spróchniały?
— To nasz dom — odparł grajek. — Tutaj będziemy razem mieszkać.
Drzwi były tak niskie, że królewna musiała się schylić, żeby wejść do środka.
— A gdzie są słudzy? — zapytała.
— Jacy słudzy? — odparł żebrak. — Wszystko musisz teraz robić sama. Rozpal zaraz ogień, nastaw wodę i ugotuj mi coś do jedzenia, bo jestem bardzo zmęczony.
Królewna nie umiała jednak ani rozpalić ognia, ani gotować, więc żebrak sam musiał przyłożyć do tego rękę, żeby w ogóle było co jeść. Zjedli skromną kolację i poszli spać. Nazajutrz bladym świtem mąż wygonił ją z łóżka, bo miała zająć się domem.
Przez kilka dni jakoś sobie radzili, aż wyjedli wszystkie zapasy.
— Żono, tak dalej być nie może — powiedział wtedy mąż. — Tylko jemy, a nic nie zarabiamy. Będziesz pleść koszyki.
Poszedł, naciął wierzbowych witek i przyniósł je do domu. Królewna zaczęła pleść, ale twarde witki pokaleczyły jej delikatne dłonie.
— Widzę, że nic z tego nie będzie — powiedział mąż. — Spróbuj prząść, może to lepiej ci pójdzie.
Usiadła więc przy kołowrotku, ale twarda nić szybko wrzynała się w jej miękkie palce, aż popłynęła krew.

— Sama widzisz — westchnął mąż. — Do żadnej pracy się nie nadajesz. Ale mi się żona trafiła! Spróbuję handlować glinianymi garnkami i dzbankami. Ty usiądziesz na targu i będziesz je sprzedawać.
„Ach”, pomyślała królewna, „jeśli na targ przyjdą ludzie z królestwa mojego ojca i zobaczą, że siedzę tam i handluję garnkami, to dopiero będą ze mnie drwić!”
Nie było jednak innej rady: musiała się zgodzić, bo inaczej oboje umarliby z głodu.
Za pierwszym razem poszło dobrze. Ludzie chętnie kupowali od niej garnki, bo była piękna, i płacili, ile tylko zażądała. Wielu dawało jej nawet pieniądze, a garnków wcale nie brało. Żyli z tego, dopóki starczyło, a potem mąż znowu nakupił mnóstwo nowych naczyń.
Tym razem królewna usiadła na samym rogu targu, ustawiła wokół siebie gliniane garnki i dzbanki i czekała na kupców. Nagle nadjechał galopem pijany huzar, żołnierz z konnego wojska, i wjechał prosto w jej garnki. Koń stratował je tak, że rozprysły się na tysiąc kawałków.

Królewna rozpłakała się i ze strachu nie wiedziała, co robić.
— Ach, co teraz ze mną będzie? — zawołała. — Co powie mój mąż?
Pobiegła do domu i opowiedziała mężowi o swoim nieszczęściu.
— A kto to widział, siadać z glinianymi garnkami na samym rogu targu! — powiedział mąż. — Przestań już płakać, widzę, że do porządnej pracy się nie nadajesz. Byłem w zamku naszego króla i zapytałem, czy nie potrzebują dziewczyny do kuchni. Obiecali, że cię przyjmą. Będziesz tam miała jedzenie za darmo.
I tak królewna została pomywaczką w kuchni. Pomagała kucharzowi i musiała robić wszystko, co najcięższe. Do obu kieszeni przywiązała sobie po garnuszku i przynosiła w nich do domu resztki jedzenia, które jej dawano. Z tego oboje żyli.
Pewnego dnia w zamku miało się odbyć wesele najstarszego królewicza. Biedaczka poszła na górę, stanęła w drzwiach sali i patrzyła. Zapalono wszystkie świece, wchodzili goście, jeden wspanialszy od drugiego, a wszystko lśniło od złota i przepychu.

Wtedy z ciężkim sercem pomyślała o swoim losie. Przeklinała swoją pychę i wyniosłość, bo to przez nie tak nisko upadła i żyła teraz w takiej nędzy.
Słudzy wnosili i wynosili wspaniałe potrawy, a ich zapach dolatywał aż do drzwi. Czasem któryś rzucił jej parę kąsków. Wkładała je do garnuszków, żeby zanieść do domu.
Nagle do sali wszedł królewicz, ubrany w aksamit i jedwab, ze złotymi łańcuchami na szyi. Zobaczył piękną kobietę w drzwiach, chwycił ją za rękę i chciał z nią zatańczyć. Ona jednak cofnęła się przerażona, bo poznała w nim króla Drozdobrodego, tego samego, który kiedyś starał się o jej rękę i którego wyśmiała.
Na próżno się opierała. Królewicz wciągnął ją do sali i wtedy pękła tasiemka, na której wisiały kieszenie. Garnuszki wypadły, zupa się rozlała, a resztki jedzenia potoczyły się po podłodze.
Na ten widok cała sala wybuchnęła śmiechem i wszyscy zaczęli z niej drwić. Królewna tak się wstydziła, że najchętniej zapadłaby się pod ziemię.

Wybiegła za drzwi i chciała uciec, ale na schodach dogonił ją jakiś mężczyzna i zaprowadził z powrotem. Spojrzała na niego, a był to znowu król Drozdobrody.
— Nie bój się — powiedział łagodnie. — Ja i grajek, z którym mieszkałaś w tej nędznej chatce, to jedna i ta sama osoba. Przebrałem się tak, bo cię kochałem. Huzarem, który rozbił ci garnki, też byłem ja. Wszystko to stało się po to, żeby złamać twoją dumę i ukarać cię za pychę, z jaką mnie wyśmiałaś.
Królewna rozpłakała się gorzko.
— Wyrządziłam ci wielką krzywdę i nie jestem godna zostać twoją żoną — powiedziała.
— Nie płacz już — odparł król Drozdobrody. — Złe dni minęły. Teraz wyprawimy nasze wesele.
Przyszły dworki i ubrały ją w najwspanialsze suknie. Przyszedł też stary król z całym dworem i wszyscy życzyli córce szczęścia z królem Drozdobrodym. Dopiero teraz zaczęła się prawdziwa radość. Szkoda, że nie było tam nas dwojga, ciebie i mnie.
Opowiedziała na nowo Talerie, źródło: Kinder- und Hausmärchen (otwiera się w nowym oknie) Domena publiczna Ten tekst możesz kopiować, zmieniać i wykorzystywać dowolnie. Link do Talerie nas ucieszy, ale nie jest wymagany. CC0 1.0 (otwiera się w nowym oknie)

