OryginalnaAksamitny królik
17 min czytania od 5 lat talerie.com/pl/bajki/aksamitny-krolik-original
W bożonarodzeniowy poranek Aksamitny Królik w brązowe i białe łaty siedzi na samej górze skarpety Chłopca. W pokoju dziecinnym mechaniczne zabawki go lekceważą, a stary Skórzany Koń zdradza mu, jak zabawka staje się Prawdziwa. Trzeba, żeby dziecko kochało ją bardzo długo, a to czasem boli.
Był sobie raz Aksamitny Królik i na początku był naprawdę wspaniały. Pulchny i pękaty, jak przystało na królika, miał futerko w brązowe i białe łaty, wąsy z prawdziwych nitek, a uszy podszyte różową satyną. W bożonarodzeniowy poranek siedział wciśnięty na samą górę skarpety Chłopca, z gałązką ostrokrzewu w łapkach, i wyglądał uroczo.
W skarpecie były też inne rzeczy: orzechy i pomarańcze, lokomotywa, migdały w czekoladzie i nakręcana myszka, ale Królik był z nich wszystkich zdecydowanie najlepszy. Przez co najmniej dwie godziny Chłopiec go kochał. Potem przyjechały na obiad ciocie i wujkowie, zaszeleściła bibułka, rozpakowywano paczki i w zamieszaniu, kiedy wszyscy oglądali nowe prezenty, o Aksamitnym Króliku zapomniano.
Odtąd przez długi czas mieszkał w szafie z zabawkami albo na podłodze w pokoju dziecinnym i nikt specjalnie o nim nie myślał. Był z natury nieśmiały, a że uszyto go tylko z aksamitu, niektóre droższe zabawki zupełnie go lekceważyły. Mechaniczne zabawki uważały się za lepsze od innych i na wszystkich patrzyły z góry. Były pełne nowoczesnych pomysłów i udawały, że są prawdziwe. Model żaglówki, który przetrwał już dwa sezony i stracił prawie całą farbę, przejął od nich ten ton i przy każdej okazji opowiadał o swoim takielunku fachowymi słowami.
Królik nie mógł udawać, że jest modelem czegokolwiek, bo nie wiedział, że istnieją prawdziwe króliki. Myślał, że wszystkie są wypchane trocinami, tak jak on, i rozumiał, że trociny dawno wyszły z mody i w nowoczesnym towarzystwie lepiej o nich nie wspominać. Nawet Tymoteusz, drewniany lew z ruchomymi łapami, wystrugany przez inwalidów wojennych, który powinien mieć szersze horyzonty, zadzierał nosa i udawał, że ma znajomości w rządzie. Przy nich wszystkich biedny Królik czuł się nic nieznaczący i całkiem zwyczajny. Jedynym, kto w ogóle był dla niego dobry, był Skórzany Koń.

Skórzany Koń mieszkał w pokoju dziecinnym dłużej niż wszyscy inni. Był już tak stary, że jego brązowa skóra miejscami wytarła się do gołego i wyzierały spod niej szwy, a większość włosia z ogona dawno mu powyrywano, żeby nanizać na nie korale. Był mądry, bo widział całe szeregi mechanicznych zabawek, które przybywały, przechwalały się i puszyły, a potem znikały, kiedy pękały im sprężyny. Wiedział, że to tylko zabawki i że nigdy nie staną się niczym innym. Bo dziecięca magia jest bardzo dziwna i cudowna, a znają się na niej tylko zabawki stare, mądre i doświadczone, takie jak Skórzany Koń.
— Co to znaczy być Prawdziwym? — zapytał pewnego dnia Królik, kiedy leżeli obok siebie przy kominku, zanim Niania przyszła sprzątać pokój. — Czy to znaczy mieć w środku coś, co brzęczy, i wystającą korbkę?
— Prawdziwość to nie to, jak cię zrobiono — odpowiedział Skórzany Koń. — To coś, co ci się przytrafia. Kiedy dziecko kocha cię długo, bardzo długo, i nie tylko się tobą bawi, ale kocha cię naprawdę, wtedy stajesz się Prawdziwym.
— Czy to boli? — zapytał Królik.
— Czasami — odparł Skórzany Koń, bo zawsze mówił prawdę. — Ale kiedy jesteś Prawdziwy, nie przejmujesz się bólem.
— A dzieje się to od razu, jak przy nakręcaniu — zapytał Królik — czy po trochu?
— Nie od razu — powiedział Skórzany Koń. — Prawdziwym stajesz się powoli. Trwa to bardzo długo. Dlatego nieczęsto przytrafia się tym, którzy łatwo się tłuką, mają ostre krawędzie albo trzeba się z nimi obchodzić bardzo ostrożnie. Zwykle zanim ktoś stanie się Prawdziwym, większość sierści wytrze mu się od kochania, oczy mu odpadną, zacznie się rozłazić w szwach i będzie bardzo sfatygowany. Ale to wszystko nie ma żadnego znaczenia, bo kto jest Prawdziwy, nie może być brzydki. Chyba że dla tych, którzy tego nie rozumieją.
— A ty jesteś Prawdziwy? — zapytał Królik.
Zaraz pożałował, że to powiedział, bo pomyślał, że Skórzany Koń może być na tym punkcie drażliwy. Ale Koń tylko się uśmiechnął.
— Prawdziwym zrobił mnie wujek Chłopca, bardzo dawno temu — powiedział. — A kto raz stał się Prawdziwym, ten już nigdy nie przestanie nim być. To jest na zawsze.
Królik westchnął. Pomyślał, że minie dużo czasu, zanim ta magia, którą nazywają Prawdziwością, przytrafi się i jemu. Bardzo chciał stać się Prawdziwym i dowiedzieć się, jak to jest. A jednak myśl, że się wytrze, straci oczy i wąsy, była trochę smutna. Wolałby stać się Prawdziwym bez tych wszystkich przykrości.
Pokojem dziecinnym rządziła Niania. Czasem nie zwracała uwagi na porozrzucane zabawki, a czasem, bez żadnego powodu, przelatywała przez pokój jak wicher i upychała je po szafach. Nazywała to „sprzątaniem” i wszystkie zabawki tego nie znosiły, zwłaszcza blaszane. Królikowi aż tak to nie przeszkadzało, bo gdziekolwiek go rzucono, spadał miękko.
Pewnego wieczoru Chłopiec, kładąc się spać, nie mógł znaleźć porcelanowego pieska, z którym zawsze sypiał. Niania się spieszyła i nie chciało jej się szukać porcelanowych piesków przed snem. Rozejrzała się więc tylko, a widząc, że drzwi szafy z zabawkami są otwarte, jednym ruchem sięgnęła do środka.
— Masz — powiedziała. — Weź swojego starego Króliczka! Niech z tobą śpi!
Wyciągnęła Królika za jedno ucho i włożyła go Chłopcu w ramiona.
Tej nocy i przez wiele następnych Aksamitny Królik spał w łóżku Chłopca. Z początku było mu dość niewygodnie, bo Chłopiec ściskał go bardzo mocno, czasem przewracał się na niego, a czasem wpychał go tak głęboko pod poduszkę, że Królik ledwo mógł oddychać. Tęsknił też za długimi nocami w pokoju dziecinnym, kiedy świecił księżyc, a cały dom spał, i za rozmowami ze Skórzanym Koniem.
Wkrótce jednak Królik to polubił. Chłopiec rozmawiał z nim i robił mu pod kołdrą piękne tunele, o których mówił, że są jak nory prawdziwych królików. Bawili się też razem, szeptem, kiedy Niania wychodziła na kolację i zostawiała na kominku zapaloną lampkę nocną. A kiedy Chłopiec zasypiał, Królik wtulał się pod jego ciepły podbródek i śnił, a ręce Chłopca obejmowały go mocno przez całą noc.
Mijał czas, a mały Królik był bardzo szczęśliwy. Tak szczęśliwy, że wcale nie zauważał, jak jego piękny aksamit coraz bardziej się wyciera, ogonek się pruje, a z nosa znika różowy kolor tam, gdzie całował go Chłopiec.
Przyszła wiosna i całe dnie spędzali w ogrodzie, bo gdziekolwiek szedł Chłopiec, tam szedł i Królik. Jeździł na taczce, urządzali pikniki na trawie, a pod krzakami malin za kwietnikiem Chłopiec budował mu śliczne chatki dla wróżek. Pewnego razu Chłopca nagle zawołano, bo miał iść do kogoś na podwieczorek, i Królik został na trawniku długo po zmroku. Niania musiała wyjść go szukać ze świecą, bo Chłopiec nie mógł bez niego zasnąć.
Królik był przemoczony od rosy i cały w ziemi, bo nurkował w norach, które Chłopiec wykopał mu w kwietniku. Niania zrzędziła, wycierając go rogiem fartucha.
— Musisz mieć tego swojego starego Króliczka! — powiedziała. — Tyle zamieszania o zabawkę!
Chłopiec usiadł na łóżku i wyciągnął ręce.
— Daj mi mojego Króliczka! — powiedział. — Nie wolno ci tak mówić. On nie jest zabawką. On jest Prawdziwy!

Kiedy mały Królik to usłyszał, poczuł się szczęśliwy, bo wiedział, że to, co mówił Skórzany Koń, w końcu się sprawdziło. Dziecięca magia przytrafiła się także jemu. Nie był już zabawką. Był Prawdziwy. Sam Chłopiec tak powiedział.
Tej nocy Królik był tak szczęśliwy, że prawie nie mógł zasnąć, a w jego małym trocinowym sercu wezbrało tyle miłości, że omal nie pękło. W oczach z czarnych guzików, które dawno straciły połysk, pojawiło się coś mądrego i pięknego. Zauważyła to nawet Niania, kiedy rano wzięła go do ręki.
— Słowo daję, ten stary Króliczek ma całkiem mądrą minę! — powiedziała.
To było cudowne lato!
Niedaleko domu, w którym mieszkali, był las, i w długie czerwcowe wieczory Chłopiec lubił chodzić tam po podwieczorku, żeby się bawić. Zabierał ze sobą Aksamitnego Królika, a zanim odszedł zrywać kwiaty albo bawić się w zbójców między drzewami, zawsze moszczył mu gniazdko gdzieś w paprociach. Miał dobre serce i dbał, żeby Króliczkowi było wygodnie.
Pewnego wieczoru, kiedy Królik leżał tam sam i patrzył na mrówki, które biegały tam i z powrotem między jego aksamitnymi łapkami, zobaczył, jak z wysokich paproci tuż obok wypełzają dwie dziwne istoty.
Były to króliki, takie jak on, ale całe puszyste i zupełnie nowe. Musiały być bardzo dobrze uszyte, bo nie było u nich widać ani jednego szwu. Kiedy się ruszały, dziwnie zmieniały kształt: raz były długie i chude, a zaraz potem pulchne i pękate, zamiast przez cały czas wyglądać tak samo jak on. Cicho stąpały po ziemi i podeszły do niego całkiem blisko, ruszając noskami.
Królik wpatrywał się w nie z całych sił, żeby zobaczyć, z której strony wystaje im kluczyk do nakręcania. Wiedział przecież, że ci, którzy skaczą, zwykle mają w sobie coś, co ich nakręca. Ale nic takiego nie zobaczył. Najwidoczniej był to całkiem nowy rodzaj królików.
Patrzyły na niego, a mały Królik patrzył na nie. I przez cały czas ich noski drgały.
— Czemu nie wstaniesz i nie pobawisz się z nami? — zapytał jeden z nich.
— Nie mam ochoty — odpowiedział Królik, bo nie chciał tłumaczyć, że nie ma w sobie sprężyny.
— Ho, ho! — powiedział puszysty królik. — Przecież to nic trudnego!
Skoczył wysoko w bok i stanął na tylnych łapach.
— Założę się, że nie umiesz! — powiedział.
— Umiem! — zawołał mały Królik. — Skaczę wyżej niż ktokolwiek!
Miał na myśli to, jak podrzucał go Chłopiec, ale oczywiście nie chciał tego mówić.
— A umiesz skakać na tylnych łapach? — zapytał puszysty królik.
To było straszne pytanie, bo Aksamitny Królik nie miał żadnych tylnych łap! Tył miał uszyty z jednego kawałka, jak poduszeczka na igły. Siedział bez ruchu w paprociach i miał nadzieję, że tamte króliki tego nie zauważą.
— Nie mam ochoty! — powtórzył.
Ale dzikie króliki mają bardzo bystre oczy. Puszysty królik wyciągnął szyję i spojrzał.
— On nie ma tylnych łap! — zawołał. — Kto to widział, królik bez tylnych łap!
I zaczął się śmiać.
— Mam! — krzyknął mały Królik. — Mam tylne łapy! Siedzę na nich!
— To je wyciągnij i pokaż, o tak! — powiedział dziki królik i zaczął wirować w tańcu, aż małemu Królikowi zakręciło się w głowie.

— Nie lubię tańczyć — odparł Królik. — Wolę posiedzieć!
A przez cały czas marzył o tańcu, bo poczuł w sobie jakieś nowe, dziwne łaskotanie i oddałby wszystko na świecie, żeby móc skakać tak jak te króliki.
Obcy królik przestał tańczyć i podszedł bardzo blisko. Tym razem tak blisko, że jego długie wąsy musnęły ucho Aksamitnego Królika, a wtedy nieznajomy nagle zmarszczył nos, położył uszy po sobie i odskoczył do tyłu.
— On nie pachnie jak trzeba! — zawołał. — To wcale nie jest królik! On nie jest prawdziwy!
— Jestem Prawdziwy! — powiedział mały Królik, bliski płaczu. — Jestem Prawdziwy! Chłopiec tak powiedział!
W tej chwili rozległy się kroki i niedaleko przebiegł Chłopiec. Tupnęły łapy, mignęły białe ogonki i oba obce króliki zniknęły.
— Wróćcie i pobawcie się ze mną! — zawołał mały Królik. — Och, wróćcie! Wiem, że jestem Prawdziwy!
Nikt jednak nie odpowiedział. Tylko mrówki biegały tam i z powrotem, a paprocie kołysały się lekko tam, gdzie przemknęły obce króliki. Aksamitny Królik został zupełnie sam.
„Ojej! Dlaczego tak uciekły? Czemu nie mogły zostać i ze mną porozmawiać?”, pomyślał.
Długo leżał bez ruchu, patrzył na paprocie i miał nadzieję, że wrócą. Ale nie wróciły. Wkrótce słońce zeszło niżej, wyfrunęły małe białe ćmy, a Chłopiec przyszedł i zaniósł go do domu.
Mijały tygodnie. Mały Królik bardzo się zestarzał i wytarł, ale Chłopiec kochał go tak samo. Kochał go tak mocno, że od tego kochania Królik stracił wszystkie wąsy, różowa podszewka uszu zszarzała, a brązowe łaty wyblakły. Zaczął nawet tracić kształt i właściwie tylko w oczach Chłopca wciąż wyglądał na królika.
Dla Chłopca zawsze był piękny, a tylko na tym małemu Królikowi zależało. Nie przejmował się tym, jak wygląda w oczach innych, bo dziecięca magia sprawiła, że stał się Prawdziwy, a kiedy jest się Prawdziwym, wytarte futerko nie ma znaczenia.
A potem, pewnego dnia, Chłopiec zachorował.
Twarz miał czerwoną i rozpaloną, mówił przez sen i był cały tak gorący, że kiedy przytulał Królika, aż go parzył. Obcy ludzie wchodzili do pokoju dziecinnego i wychodzili, przez całą noc paliło się światło, a przez cały ten czas mały Aksamitny Królik leżał ukryty pod kołdrą i nawet nie drgnął. Bał się, że jeśli go znajdą, ktoś go zabierze, a wiedział, że Chłopiec go potrzebuje.

To był długi, męczący czas. Chłopiec był zbyt chory, żeby się bawić, i małemu Królikowi dłużyły się dni, kiedy nie miał nic do roboty. Ale Królik cierpliwie się wtulał i wyczekiwał chwili, kiedy Chłopiec wyzdrowieje i znów pójdą do ogrodu, między kwiaty i motyle, i będą się bawić w malinowym gąszczu tak jak dawniej.
Królik wymyślał najróżniejsze cudowne zabawy, podpełzał do poduszki i szeptał je Chłopcu do ucha, kiedy ten drzemał. Aż w końcu gorączka minęła i Chłopcu zaczęło się poprawiać. Mógł już siadać na łóżku i oglądać książki z obrazkami, a mały Królik tulił się do jego boku. Pewnego dnia Chłopcu pozwolono wstać i się ubrać.
Był jasny, słoneczny poranek i okna stały szeroko otwarte. Chłopca, owiniętego w szal, wyniesiono na balkon, a mały Królik leżał zaplątany w pościel i rozmyślał.
Nazajutrz Chłopiec miał jechać nad morze. Wszystko już było przygotowane i zostało tylko wykonać polecenia doktora. Dorośli o wszystkim rozmawiali, a mały Królik leżał pod kołdrą, z samą głową na wierzchu, i słuchał. Pokój miał zostać odkażony, a wszystkie książki i zabawki, którymi Chłopiec bawił się w łóżku, trzeba było spalić.
„Hura! Jutro jedziemy nad morze!”, pomyślał mały Królik. Chłopiec często opowiadał o morzu, a Królik bardzo chciał zobaczyć wielkie fale bijące o brzeg, malutkie kraby i zamki z piasku.
W tej chwili Niania go zauważyła.
— A co z jego starym Króliczkiem, panie doktorze? — zapytała.
— Z tym? — powiedział doktor. — Przecież to siedlisko zarazków szkarlatyny! Proszę to natychmiast spalić. Co takiego? Bzdura! Proszę mu kupić nowego. Tego nie może już mieć!
Małego Królika włożono więc do worka razem ze starymi książkami i stertą śmieci, a worek wyniesiono na koniec ogrodu, za kurnik. Było to dobre miejsce na ognisko, tylko że ogrodnik miał akurat za dużo pracy, żeby się tym zająć. Musiał wykopać ziemniaki i zebrać zielony groszek, ale obiecał, że nazajutrz przyjdzie bardzo wcześnie i spali wszystko naraz.
Tej nocy Chłopiec spał w innej sypialni i miał do spania nowego króliczka. Był to wspaniały króliczek, cały z białego pluszu, z prawdziwymi szklanymi oczami, ale Chłopiec był zbyt przejęty, żeby zwracać na niego uwagę. Nazajutrz miał przecież jechać nad morze, a to było coś tak cudownego, że nie potrafił myśleć o niczym innym.
A kiedy Chłopiec spał i śnił o morzu, mały Królik leżał wśród starych książek w kącie za kurnikiem i czuł się bardzo samotny. Worka nie zawiązano, więc Królik, wiercąc się trochę, zdołał wysunąć głowę i wyjrzeć na zewnątrz. Trochę drżał, bo przywykł do spania w porządnym łóżku, a jego futerko tak się już wytarło od przytulania, że wcale go nie chroniło. Niedaleko widział gąszcz malin, wysoki i gęsty jak tropikalna dżungla. W jego cieniu bawił się kiedyś z Chłopcem w słoneczne poranki.

Królik przypomniał sobie te długie, jasne godziny w ogrodzie i to, jak bardzo byli wtedy szczęśliwi, i ogarnął go wielki smutek. Wszystko przesuwało mu się przed oczami, jedno piękniejsze od drugiego: chatki dla wróżek w kwietniku, ciche wieczory w lesie, kiedy leżał w paprociach, a mrówki przebiegały mu po łapkach, i ten cudowny dzień, kiedy po raz pierwszy dowiedział się, że jest Prawdziwy. Pomyślał o Skórzanym Koniu, takim mądrym i łagodnym, i o wszystkim, co od niego usłyszał.
„Na co mi było to, że mnie kochano, że straciłem całą urodę i stałem się Prawdziwym, skoro wszystko tak się kończy?”, pomyślał.
I wtedy łza, prawdziwa łza, spłynęła po jego małym, wytartym aksamitnym nosie i spadła na ziemię.
A potem stało się coś dziwnego. W miejscu, gdzie spadła łza, wyrósł z ziemi kwiat, tajemniczy kwiat, zupełnie niepodobny do tych, które rosły w ogrodzie. Miał smukłe liście zielone jak szmaragdy, a pośrodku kielich podobny do złotej czarki. Był tak piękny, że mały Królik zapomniał o płaczu i tylko leżał, przyglądając mu się. Po chwili kielich się otworzył i wyszła z niego Wróżka.

Była to najpiękniejsza wróżka na całym świecie. Suknię miała z pereł i kropel rosy, kwiaty na szyi i we włosach, a twarz jak najdoskonalszy z kwiatów. Podeszła do małego Królika, wzięła go na ręce i pocałowała w aksamitny nos, wilgotny od łez.
— Mały Króliku — powiedziała — nie wiesz, kim jestem?
Królik spojrzał na nią i wydało mu się, że gdzieś już widział tę twarz, ale nie mógł sobie przypomnieć gdzie.
— Jestem Wróżką dziecięcej magii — powiedziała Wróżka. — Opiekuję się zabawkami, które dzieci kochały. Kiedy są już stare i zniszczone, a dzieci ich nie potrzebują, zabieram je ze sobą i sprawiam, że stają się Prawdziwe.
— To nie byłem Prawdziwy już wcześniej? — zapytał mały Królik.
— Byłeś Prawdziwy dla Chłopca — odpowiedziała Wróżka — bo on cię kochał. Teraz będziesz Prawdziwy dla wszystkich.
Przytuliła małego Królika mocno i poleciała z nim do lasu.
Było już jasno, bo wzeszedł księżyc. Cały las był piękny, a liście paproci lśniły jak oszronione srebro. Na polanie między pniami drzew dzikie króliki tańczyły ze swoimi cieniami na aksamitnej trawie, ale kiedy zobaczyły Wróżkę, przestały tańczyć i stanęły dookoła w kręgu, żeby się jej przyjrzeć.
— Przyniosłam wam nowego towarzysza zabaw — powiedziała Wróżka. — Bądźcie dla niego bardzo dobre i nauczcie go wszystkiego, co trzeba wiedzieć w Króliczej Krainie, bo będzie z wami mieszkał na zawsze!
Pocałowała małego Królika jeszcze raz i postawiła go na trawie.
— Biegnij i baw się, Mały Króliku! — powiedziała.
Ale mały Królik przez chwilę siedział zupełnie nieruchomo. Kiedy zobaczył wokół siebie tańczące dzikie króliki, nagle przypomniał sobie, że nie ma tylnych łap, i nie chciał, żeby zobaczyły, że jest uszyty z jednego kawałka. Nie wiedział, że ostatnim pocałunkiem Wróżka całkiem go odmieniła. Może siedziałby tak długo, zbyt nieśmiały, żeby się ruszyć, gdyby w tej chwili coś nie połaskotało go w nos. Zanim się zastanowił, co robi, podniósł tylną łapkę, żeby się podrapać.
I okazało się, że naprawdę ma tylne łapy! Zamiast wypłowiałego aksamitu miał brązowe futro, miękkie i lśniące, uszy same mu drgały, a wąsy były tak długie, że muskały trawę. Skoczył raz i poczuł taką radość, że zaczął hasać na nowych łapach po murawie, skakać w bok i wirować tak jak inni. Tak się rozbawił, że kiedy w końcu przystanął, żeby poszukać Wróżki, już jej nie było.

Był wreszcie Prawdziwym Królikiem, u siebie wśród innych królików.
Minęła jesień i zima, a wiosną, kiedy dni zrobiły się ciepłe i słoneczne, Chłopiec poszedł pobawić się w lesie za domem. Kiedy się bawił, z paproci wysunęły się dwa króliki i zerknęły na niego. Jeden był cały brązowy, a drugi miał pod futrem dziwne znaki, jakby kiedyś, dawno temu, był w łaty, które wciąż prześwitywały. W jego miękkim nosku i okrągłych czarnych oczach było coś znajomego, więc Chłopiec pomyślał: „Przecież on wygląda zupełnie jak mój stary Króliczek, który zaginął, kiedy chorowałem na szkarlatynę!”
Chłopiec nigdy się jednak nie dowiedział, że to naprawdę był jego własny Króliczek. A Królik wrócił, żeby popatrzeć na dziecko, które jako pierwsze pomogło mu stać się Prawdziwym.
Opowiedziała na nowo Talerie, źródło: The Velveteen Rabbit (otwiera się w nowym oknie) Domena publiczna Ten tekst możesz kopiować, zmieniać i wykorzystywać dowolnie. Link do Talerie nas ucieszy, ale nie jest wymagany. CC0 1.0 (otwiera się w nowym oknie)
