Przejdź do treści
Dziewczynka w białej sukience siedzi w otwartym różowym tulipanie nad stawem z liliami i patrzy na jaskółkę lecącą po różowo-niebieskim niebie.Oryginalna

Calineczka

Hans Christian Andersen

19 min czytania6–10 lat

Ropucha porywa maleńką Calineczkę na żonę dla swojego syna, a gdy dziewczynka odpływa na liściu, zabiera ją chrabąszcz, na zimę zaś przygarnia ją polna mysz, która swata ją z kretem. Uratowana jaskółka zanosi ją do ciepłych krajów, gdzie w białym kwiecie anioł kwiatów wkłada jej na głowę złotą koronę i nazywa ją Mają.


Była sobie kiedyś kobieta, która bardzo pragnęła mieć maleńkie dziecko, ale nie wiedziała, skąd mogłaby je wziąć. Poszła więc do starej czarownicy i powiedziała jej:

— Tak bardzo chciałabym mieć małe dziecko. Nie powiesz mi, skąd mogę je dostać?

— Och, z tym sobie poradzimy! — odpowiedziała czarownica. — Masz tu ziarnko jęczmienia. To nie jest takie ziarno, jakie rośnie na polu gospodarza albo jakie sypie się kurom. Włóż je do doniczki, a zobaczysz, co się stanie.

— Dziękuję ci — powiedziała kobieta i dała czarownicy dwanaście szylingów, bo tyle to kosztowało.

Potem wróciła do domu i zasadziła ziarnko jęczmienia. Natychmiast wyrósł z niego wspaniały, duży kwiat, podobny do tulipana, ale płatki miał ciasno zwarte, jakby wciąż był jeszcze pąkiem.

— Co za piękny kwiat! — powiedziała kobieta i pocałowała go w czerwone i żółte płatki.

A gdy tylko go pocałowała, kwiat otworzył się z trzaskiem. Był to prawdziwy tulipan, teraz już każdy mógł to zobaczyć, ale w samym jego środku, na zielonym aksamitnym słupku, siedziała maleńka dziewczynka, delikatna i śliczna. Nie miała nawet cala wzrostu i dlatego nazwano ją Calineczką.

Za kołyskę dostała Calineczka ładną, lakierowaną łupinę orzecha włoskiego, materacykiem były jej niebieskie płatki fiołków, a kołderką płatek róży. Tam spała w nocy, a w dzień bawiła się na stole, gdzie kobieta postawiła talerz i otoczyła go wieńcem kwiatów, których łodygi stały w wodzie. Na wodzie pływał wielki płatek tulipana, a Calineczka mogła na nim siedzieć i przeprawiać się z jednego brzegu talerza na drugi; za wiosła służyły jej dwa białe końskie włosy. Wyglądało to prześlicznie. Umiała też śpiewać, i to tak łagodnie i tak pięknie, jak jeszcze nikt nigdy nie słyszał.

Pewnej nocy, kiedy leżała w swoim ładnym łóżeczku, przez okno, w którym pękła jedna szyba, wpełzła stara ropucha. Ropucha była wielka, mokra i brzydka. Skoczyła na stół, gdzie Calineczka spała pod czerwonym płatkiem róży.

Ogromna ropucha wpełza nocą przez wybitą szybę na drewniany stół, gdzie w łupinie orzecha śpi dziewczynka na czerwonym płatku.

— To byłaby piękna żona dla mojego syna! — powiedziała ropucha, chwyciła łupinę orzecha, w której spała Calineczka, i wyskoczyła z nią przez okno do ogrodu.

Płynął tam szeroki strumień, ale brzeg był grząski i błotnisty. Tu właśnie mieszkała ropucha ze swoim synem. Ojej, jaki on był brzydki i wstrętny, zupełnie podobny do matki!

— Rech, rech, brekeke! — to było wszystko, co potrafił powiedzieć, kiedy zobaczył śliczną małą dziewczynkę w łupinie orzecha.

— Nie mów tak głośno, bo się obudzi! — powiedziała stara ropucha. — Mogłaby nam jeszcze uciec, bo jest lekka jak łabędzi puch. Posadzimy ją w strumieniu, na jednym z szerokich liści lilii wodnej. Dla niej, takiej lekkiej i małej, to będzie prawdziwa wyspa! Stamtąd nie ucieknie, a my tymczasem przygotujemy pod bagnem paradną izbę, w której będziecie oboje mieszkać.

W strumieniu rosło wiele lilii wodnych o szerokich zielonych liściach, które zdawały się pływać po wierzchu wody. Liść, który leżał najdalej od brzegu, był zarazem największy; do niego popłynęła stara ropucha i postawiła na nim łupinę orzecha z Calineczką.

Maleńka, malutka Calineczka obudziła się wczesnym rankiem, a kiedy zobaczyła, gdzie jest, zaczęła gorzko płakać, bo ze wszystkich stron wielkiego zielonego liścia była woda i nie mogła się dostać na ląd.

Dziewczynka stoi boso pośrodku wielkiego okrągłego liścia lilii wodnej, otoczona ze wszystkich stron wodą, i z lękiem ściska splecione dłonie.

Stara ropucha siedziała na dnie bagna i przystrajała swoją izbę sitowiem i żółtymi kwiatami lilii wodnych, żeby było tam ładnie dla nowej synowej. Potem popłynęła ze swoim brzydkim synem do liścia, na którym siedziała Calineczka. Chcieli zabrać jej ładne łóżeczko i ustawić je w komnacie ślubnej, zanim ona sama do niej wejdzie. Stara ropucha skłoniła się przed nią nisko w wodzie i powiedziała:

— Oto mój syn. On będzie twoim mężem, a wy oboje będziecie mieszkać wspaniale, tam na dole w bagnie.

— Rech, rech, brekeke! — to było wszystko, co potrafił powiedzieć syn.

Zabrali więc śliczne łóżeczko i odpłynęli z nim, a Calineczka została sama na zielonym liściu i płakała, bo nie chciała mieszkać u wstrętnej ropuchy ani mieć jej brzydkiego syna za męża. Małe rybki, które pływały w głębi wody, dobrze widziały ropuchę i słyszały, co mówiła; wysunęły więc głowy nad wodę, żeby też zobaczyć dziewczynkę. A kiedy ją zobaczyły, wydała im się tak śliczna, że zrobiło im się bardzo przykro, iż miałaby zejść na dół do brzydkiej ropuchy. Nie, do tego nie wolno dopuścić! Zebrały się w wodzie wokół zielonej łodygi, która trzymała liść, na którym stała Calineczka, i przegryzły ją zębami. Liść popłynął z prądem w dół strumienia, a Calineczka razem z nim, daleko, daleko, tam gdzie ropucha nie mogła jej już dosięgnąć.

Calineczka płynęła obok wielu miast, a małe ptaki siedziały w krzakach, patrzyły na nią i śpiewały: „Jaka śliczna dziewczynka!” Liść płynął z nią coraz dalej i dalej, i tak Calineczka opuściła swój kraj.

Śliczny, mały, biały motylek fruwał wciąż wokół niej i w końcu usiadł na liściu. Calineczka mu się spodobała, a ona bardzo się z tego cieszyła, bo teraz ropucha nie mogła jej już dosięgnąć, a wszędzie, gdzie płynęła, było tak pięknie. Słońce świeciło na wodę, a woda lśniła jak najczystsze srebro. Calineczka zdjęła swój pasek, jeden koniec zawiązała wokół motyla, a drugi przywiązała do liścia. Liść pomknął teraz o wiele szybciej, a ona razem z nim, bo przecież na nim stała.

Wtem nadleciał wielki chrabąszcz, zobaczył ją, w jednej chwili objął pazurkami jej smukłe ciałko i uleciał z nią na drzewo. Zielony liść popłynął dalej w dół strumienia, a z nim motyl, bo był do liścia przywiązany i nie mógł się uwolnić.

Wielki lśniący chrabąszcz trzyma dziewczynkę w gałęziach drzewa, a w dole biały motyl szarpie się na wstążce uwiązanej do liścia na wodzie.

Ach, jakże się biedna Calineczka przestraszyła, kiedy chrabąszcz uniósł ją na drzewo! Ale najbardziej martwiła się o pięknego białego motyla, którego przywiązała: gdyby się nie zdołał oswobodzić, musiałby umrzeć z głodu. Chrabąszcza to jednak wcale nie obchodziło. Usiadł z nią na największym zielonym liściu drzewa, dał jej do jedzenia słodycz z kwiatów i powiedział, że jest bardzo ładna, choć wcale nie przypomina chrabąszcza. Potem przyszły z wizytą wszystkie inne chrabąszcze, które mieszkały na tym drzewie. Przyglądały się Calineczce.

— Przecież ona ma tylko dwie nogi! Aż żal patrzeć! — powiedział jeden.

— I nie ma czułków! — powiedział drugi.

— A w pasie jest taka cienka! Fuj, wygląda jak człowiek! Jaka ona brzydka! — mówiły wszystkie chrabąszczowe panie.

A przecież Calineczka była śliczna. Wiedział o tym i ten chrabąszcz, który ją porwał. Ale kiedy wszyscy inni powiedzieli, że jest brzydka, w końcu i on w to uwierzył i nie chciał jej już u siebie; niech sobie idzie, dokąd chce. Zleciał więc z nią z drzewa i posadził ją na stokrotce. Tam płakała, że jest tak brzydka, iż chrabąszcze nie chcą jej u siebie, a przecież była najmilszym stworzeniem, jakie można sobie wyobrazić, delikatnym i subtelnym jak najpiękniejszy płatek róży.

Przez całe lato biedna Calineczka mieszkała sama w wielkim lesie. Uplotła sobie łóżeczko z trawy i zawiesiła je pod liściem koniczyny, żeby ją chronił przed deszczem. Zbierała z kwiatów słodycz na jedzenie, a piła rosę, która co rano stała na liściach. Tak minęło lato i minęła jesień, ale potem przyszła zima, długa i mroźna zima. Wszystkie ptaki, które śpiewały jej tak pięknie, odleciały; z drzew i kwiatów opadły liście, a wielki liść koniczyny, pod którym mieszkała, zwinął się i został z niego tylko zwiędły badyl. Calineczka strasznie marzła, bo jej ubranko było całe w strzępach, a sama była taka drobna i mała, biedna Calineczka: musiała zamarznąć. Zaczął padać śnieg, a każdy płatek, który na nią spadał, był dla niej tym, czym dla nas cała łopata śniegu, bo my jesteśmy duzi, a ona miała tylko cal wzrostu. Owinęła się więc w suchy liść, ale liść pękł na pół i wcale nie chciał grzać; trzęsła się z zimna.

Dziewczynka siedzi skulona w śniegu pod zwiędłym brunatnym liściem, obejmuje kolana, a wokół stoją oszronione drzewa i suche źdźbła.

Tuż przy lesie, do którego teraz doszła, leżało wielkie pole zboża, ale zboże dawno już zebrano i z zamarzniętej ziemi sterczało tylko nagie, suche ściernisko. Dla niej było to jak cały las, przez który trzeba przejść. Ach, jak ona drżała z zimna! Wreszcie stanęła przed drzwiami polnej myszy. Mysz miała małą norkę pod ścierniskiem i mieszkała tam ciepło i wygodnie, całą izbę miała pełną ziarna, a do tego wspaniałą kuchnię i spiżarnię. Biedna Calineczka stanęła w drzwiach jak mała żebraczka i poprosiła o kawałeczek ziarnka jęczmienia, bo od dwóch dni nie miała nic w ustach.

— Ty biedactwo! — powiedziała polna mysz, bo w gruncie rzeczy była dobrą staruszką. — Chodź do mojej ciepłej izby i zjedz coś ze mną.

A ponieważ Calineczka jej się spodobała, dodała:

— Możesz u mnie zostać na całą zimę, ale musisz utrzymywać moją izbę w czystości i opowiadać mi bajki, bo bardzo je lubię.

I Calineczka robiła to, o co prosiła dobra stara polna mysz, i było jej u niej wyjątkowo dobrze.

— Niedługo będziemy miały gościa! — powiedziała polna mysz. — Mój sąsiad odwiedza mnie raz w tygodniu. Powodzi mu się jeszcze lepiej niż mnie, ma wielkie sale i nosi piękne czarne aksamitne futro. Gdybyś tak mogła dostać go za męża, byłabyś zabezpieczona na całe życie! Ale on nie widzi. Musisz mu opowiedzieć najładniejsze bajki, jakie znasz.

Calineczka jednak wcale o to nie dbała; nic jej nie zależało na sąsiedzie, bo był to kret.

Przyszedł i złożył wizytę w swoim czarnym aksamitnym futrze. Polna mysz mówiła, że jest bardzo bogaty i bardzo uczony, a jego mieszkanie jest ponad dwadzieścia razy większe niż jej własne. Uczoności owszem, miał w sobie dosyć, ale słońca i pięknych kwiatów nie znosił; mówił o nich źle, bo nigdy ich nie widział.

Calineczka musiała śpiewać i zaśpiewała „Chrabąszczu, leć!” oraz „Idzie ksiądz przez pole”. Kret zakochał się w niej dla pięknego głosu, ale nic nie powiedział, bo był rozważny.

Niedawno przedtem wykopał pod ziemią długi korytarz od swojego domu aż do domu polnej myszy; polna mysz i Calineczka dostały pozwolenie, żeby się tam przechadzać, ile tylko zechcą. Prosił je jedynie, żeby się nie bały martwego ptaka, który leży w korytarzu. Był to cały ptak, z piórami i dziobem; z pewnością umarł niedawno i został pogrzebany właśnie tam, gdzie kret przekopał swoje przejście.

Kret wziął w pysk kawałek próchna, bo ono świeci w ciemności jak ogień, i poszedł przodem, żeby im oświetlać długi, ciemny korytarz. Kiedy doszli do miejsca, gdzie leżał martwy ptak, kret podparł szerokim nosem sufit i pchnął ziemię w górę, tak że powstała duża dziura, przez którą mogło zaświecić światło. Na samym środku, na ziemi, leżała martwa jaskółka, piękne skrzydła miała przyciśnięte do boków, a nóżki i głowę schowane pod pióra; biedny ptak z pewnością zamarzł na śmierć. Calineczce zrobiło się bardzo smutno; kochała wszystkie małe ptaki, przecież całe lato tak pięknie jej śpiewały i ćwierkały. Ale kret trącił jaskółkę krzywymi nogami i powiedział:

— Teraz już nie zaświergocze! Musi być prawdziwym nieszczęściem urodzić się takim małym ptaszkiem. Dzięki Bogu, żadne z moich dzieci nim nie będzie. Taki ptak nie ma nic prócz swojego „kiwit, kiwit” i zimą musi umrzeć z głodu!

— Jako człowiek rozsądny może pan tak mówić — przyznała polna mysz. — Co ptakowi przyjdzie z całego tego świergotania, kiedy nadchodzi zima? Musi głodować i marznąć. A podobno to takie wytworne!

Calineczka nic nie powiedziała, ale kiedy oboje odwrócili się do ptaka plecami, pochyliła się nad nim, odgarnęła pióra, które zakrywały mu głowę, i pocałowała go w zamknięte oczy.

„Może to właśnie on śpiewał mi tak pięknie latem”, pomyślała. „Ileż radości mi sprawił, ten miły, piękny ptak!”

Kret zatkał teraz dziurę, przez którą świecił dzień, i odprowadził panie do domu. Ale w nocy Calineczka nie mogła zasnąć. Wstała więc z łóżka i uplotła z siana duży, piękny dywan, zaniosła go do korytarza, rozpostarła nad martwym ptakiem, a po jego bokach ułożyła miękką watę, którą znalazła w izbie polnej myszy, żeby ptakowi było ciepło w ziemi.

W ziemnej norze dziewczynka pochyla się nad nieruchomą jaskółką i gładzi jej pióra, a obok leży kawałek próchna świecący zielonkawo w ciemności.

— Żegnaj, piękny ptaszku! — powiedziała. — Żegnaj i dziękuję ci za twój cudowny śpiew latem, kiedy wszystkie drzewa były zielone, a słońce grzało nas z góry.

Potem przyłożyła głowę do serca ptaka. A ptak wcale nie był martwy: leżał tylko zdrętwiały z zimna, a teraz się ogrzał i wrócił do życia.

Jesienią wszystkie jaskółki odlatują do gorących krajów, ale jeśli któraś się spóźni, marznie tak bardzo, że spada jak martwa i zostaje tam, gdzie upadnie, a wtedy przykrywa ją zimny śnieg.

Calineczka drżała, tak się przestraszyła, bo ptak był duży, bardzo duży w porównaniu z nią, która miała tylko cal wzrostu. Ale zdobyła się na odwagę, ułożyła watę ciaśniej wokół biednej jaskółki, przyniosła listek mięty kędzierzawej, który dotąd sam służył jej za kołderkę, i położyła go jaskółce na głowie.

Następnej nocy znowu zakradła się do niej. Ptak żył, ale był bardzo słaby i tylko na krótką chwilę zdołał otworzyć oczy i spojrzeć na Calineczkę, która stała przed nim z kawałkiem próchna w ręku, bo innej latarni nie miała.

— Dziękuję ci, śliczne dziecko — powiedziała chora jaskółka. — Tak cudownie się rozgrzałam! Niedługo odzyskam siły i będę mogła znowu latać na dworze, w ciepłym słońcu.

— Och — powiedziała Calineczka — na dworze jest zimno, pada śnieg i mrozi. Zostań w swoim ciepłym łóżku, a ja będę cię pielęgnować.

Potem przyniosła jaskółce wodę w płatku kwiatu. Jaskółka napiła się i opowiedziała, jak rozdarła sobie jedno skrzydło o cierniowy krzak i dlatego nie mogła lecieć tak szybko jak inne jaskółki, które odleciały daleko, do ciepłych krajów. Tak w końcu spadła na ziemię, ale więcej już nie pamiętała i zupełnie nie wiedziała, jak się tutaj znalazła.

Jaskółka została tam na dole przez całą zimę, a Calineczka opiekowała się nią serdecznie i troskliwie. Ani kret, ani polna mysz nie dowiedzieli się o tym niczego, bo przecież nie lubili biednej jaskółki.

Gdy tylko nadeszła wiosna i słońce ogrzało ziemię, jaskółka pożegnała się z Calineczką, a ta otworzyła dziurę, którą kret zrobił u góry. Słońce zaświeciło do nich tak cudownie, a jaskółka zapytała, czy Calineczka nie chciałaby polecieć razem z nią; mogłaby siedzieć na jej grzbiecie, poleciałyby daleko, w zielony las. Ale Calineczka wiedziała, że stara polna mysz zmartwiłaby się, gdyby ją tak zostawiła.

— Nie, nie mogę — powiedziała Calineczka.

— Żegnaj, żegnaj, dobra, śliczna dziewczynko! — powiedziała jaskółka i wyleciała w słońce.

Calineczka patrzyła za nią, a do oczu napłynęły jej łzy, bo bardzo pokochała biedną jaskółkę.

— Kiwit, kiwit! — zaśpiewał ptak i poleciał w zielony las.

Calineczka była bardzo smutna. Nie wolno jej było wychodzić w ciepłe słońce. Zboże, które zasiano na polu nad domem polnej myszy, wyrosło wysoko w górę i było gęstym lasem dla biednej małej dziewczynki, która miała przecież tylko cal wzrostu.

— Teraz jesteś panną młodą, Calineczko! — powiedziała polna mysz. — Sąsiad poprosił o twoją rękę. Co za szczęście dla biednego dziecka! Musisz teraz uszyć sobie wyprawę, i wełnianą, i lnianą, bo niczego nie może zabraknąć, kiedy zostaniesz żoną kreta.

Calineczka musiała prząść, a polna mysz najęła cztery pająki, żeby tkały dla niej dniem i nocą. Co wieczór odwiedzał ją kret i wciąż mówił o tym, że kiedy lato się skończy, słońce nie będzie już świecić tak gorąco; teraz przecież wypala ziemię na kamień. Tak, kiedy lato minie, wtedy odbędzie się jego wesele z Calineczką. Ale ona wcale się nie cieszyła, bo nie znosiła nudnego kreta. Co rano, gdy słońce wschodziło, i co wieczór, gdy zachodziło, wymykała się za drzwi, a kiedy wiatr rozchylał kłosy tak, że mogła zobaczyć błękitne niebo, myślała o tym, jak jasno i pięknie jest tam na zewnątrz, i z całego serca pragnęła znów zobaczyć kochaną jaskółkę. Ale jaskółka nigdy nie wróciła; z pewnością odleciała daleko, do pięknego zielonego lasu.

Kiedy nadeszła jesień, Calineczka miała już gotową całą wyprawę.

— Za cztery tygodnie twoje wesele! — powiedziała jej polna mysz.

Ale Calineczka rozpłakała się i powiedziała, że nie chce nudnego kreta.

— Bzdury! — powiedziała polna mysz. — Nie stawiaj się, bo ugryzę cię moimi białymi zębami! Przecież dostajesz pięknego męża. Sama królowa nie ma takiego czarnego aksamitnego futra! On ma pełną kuchnię i pełną piwnicę. Dziękuj za niego Bogu!

I tak nadszedł dzień wesela. Kret już przyszedł po Calineczkę; miała z nim mieszkać głęboko pod ziemią i nigdy nie wychodzić na ciepłe słońce, bo on go nie znosił. Biedna mała była bardzo smutna; miała teraz pożegnać piękne słońce, na które u polnej myszy wolno jej było przynajmniej patrzeć z progu.

— Żegnaj, jasne słońce! — powiedziała, wyciągając wysoko ramiona, i odeszła jeszcze kawałek od domu polnej myszy, bo zboże było już zebrane i stało tu tylko suche ściernisko. — Żegnaj, żegnaj! — powiedziała jeszcze i objęła ramionami mały czerwony kwiatek, który tam jeszcze kwitł. — Pozdrów ode mnie jaskółkę, jeśli ją zobaczysz!

— Kiwit, kiwit! — rozległo się nagle nad jej głową.

Podniosła oczy: to była mała jaskółka, która właśnie przelatywała. Kiedy zobaczyła Calineczkę, bardzo się ucieszyła, a Calineczka opowiedziała jej, jak bardzo nie chce brać brzydkiego kreta za męża i że będzie musiała mieszkać głęboko pod ziemią, gdzie nigdy nie dochodzi słońce. Nie mogła się przy tym powstrzymać od płaczu.

— Nadchodzi zimna zima — powiedziała mała jaskółka. — Ja odlatuję daleko, do ciepłych krajów. Chcesz polecieć ze mną? Możesz siedzieć na moim grzbiecie. Odlecimy od brzydkiego kreta i od jego ciemnej izby, daleko, ponad góry, do ciepłych krajów, gdzie słońce świeci piękniej niż tutaj, gdzie zawsze jest lato i rosną cudowne kwiaty. Leć ze mną, kochana mała Calineczko, bo przecież uratowałaś mi życie, kiedy leżałam zmarznięta w ciemnej ziemnej piwnicy!

— Tak, polecę z tobą — powiedziała Calineczka.

Usiadła ptakowi na grzbiecie, oparła stopy na rozłożonym skrzydle i przywiązała swój pasek do jednego z najmocniejszych piór. Jaskółka wzbiła się wysoko w powietrze, poleciała nad lasem i nad jeziorem, wysoko ponad wielkie góry, gdzie zawsze leży śnieg. Calineczka marzła w zimnym powietrzu, ale wtedy chowała się pod ciepłe pióra ptaka i wystawiała tylko małą głowę, żeby podziwiać wszystkie piękności pod sobą.

Jaskółka szybuje nad błękitnym morzem i ośnieżonymi szczytami, a dziewczynka w powiewnej sukni trzyma się jej boku, osłonięta rozłożonym skrzydłem.

Wreszcie dotarły do ciepłych krajów. Słońce świeciło tam o wiele jaśniej niż u nas, niebo było dwa razy wyższe, a w rowach i na żywopłotach rosły najpiękniejsze zielone i niebieskie winogrona. W lasach wisiały cytryny i pomarańcze, pachniało mirtem i miętą, a po wiejskich drogach biegały najśliczniejsze dzieci i bawiły się dużymi, barwnymi motylami. Ale jaskółka leciała jeszcze dalej i było coraz piękniej, i coraz piękniej. Pod najwspanialszymi zielonymi drzewami, nad błękitnym jeziorem, stał olśniewająco biały marmurowy zamek, jeszcze z dawnych czasów. Winorośl pięła się w górę po wysokich kolumnach, a na samej górze było wiele jaskółczych gniazd; w jednym z nich mieszkała jaskółka, która niosła Calineczkę.

— To mój dom! — powiedziała jaskółka. — Ale nie wypada, żebyś ty w nim mieszkała; nie jest urządzony tak, żebyś mogła być zadowolona. Wybierz sobie sama jeden z tych wspaniałych kwiatów, które rosną tam na dole, a ja cię w nim posadzę i będzie ci tak dobrze, jak tylko zapragniesz.

— Cudownie! — powiedziała Calineczka i klasnęła w małe dłonie.

Leżała tam wielka biała marmurowa kolumna, która spadła na ziemię i pękła na trzy części, a między nimi rosły najpiękniejsze duże białe kwiaty. Jaskółka zleciała z Calineczką na dół i posadziła ją na jednym z szerokich płatków. Ale jakże się Calineczka zdziwiła! W samym środku kwiatu siedział mały człowieczek, biały i przezroczysty, jakby był ze szkła. Na głowie miał śliczną złotą koronę, a na ramionach najwspanialsze skrzydła i nie był wcale większy od Calineczki. Był to anioł kwiatu. W każdym kwiecie mieszkał taki mały człowieczek albo taka mała kobietka, ale ten był królem nad nimi wszystkimi.

— Boże, jaki on piękny! — szepnęła Calineczka do jaskółki.

Mały książę bardzo przestraszył się jaskółki, bo dla niego, tak małego i delikatnego, była olbrzymim ptaszyskiem. Ale kiedy zobaczył Calineczkę, ucieszył się ogromnie: była najpiękniejszą dziewczyną, jaką kiedykolwiek widział. Zdjął więc ze swojej głowy złotą koronę i włożył jej na głowę, zapytał, jak ma na imię i czy zostanie jego żoną; wtedy będzie królową wszystkich kwiatów. Tak, to był zupełnie inny mąż niż syn ropuchy i niż kret w czarnym aksamitnym futrze. Powiedziała więc wspaniałemu księciu „tak”.

Z każdego kwiatu wyszli wtedy dama i pan, tak śliczni, że aż miło było patrzeć. Każde z nich przyniosło Calineczce podarunek, ale najlepszym ze wszystkich była para pięknych skrzydeł wielkiej białej muchy. Przymocowano je Calineczce do pleców i teraz i ona mogła przelatywać z kwiatu na kwiat. Radości było co niemiara, a mała jaskółka siedziała na górze w swoim gnieździe i miała zaśpiewać pieśń weselną. Zaśpiewała ją, jak umiała najlepiej, ale w sercu było jej smutno, bo tak bardzo kochała Calineczkę i nigdy nie chciałaby się z nią rozstać.

Młodzieniec w koronie wkłada złotą koronę na głowę dziewczynki wśród wielkich białych płatków, a skrzydlaci mieszkańcy kwiatów znoszą dary.

— Nie będziesz się już nazywać Calineczka! — powiedział jej anioł kwiatów. — To brzydkie imię, a ty jesteś na nie za piękna. Będziemy cię nazywać Mają.

— Żegnaj, żegnaj! — powiedziała mała jaskółka z ciężkim sercem i odleciała z ciepłych krajów z powrotem, daleko, aż do Danii. Miała tam małe gniazdko nad oknem człowieka, który umie opowiadać baśnie. Jemu to zaśpiewała swoje „kiwit, kiwit” i stąd znamy całą tę historię.

Na nowo opowiedziane przez Talerie, Źródło: Sämmtliche Märchen (otwiera się w nowym oknie)

Licencja: Domena publiczna