Przejdź do treści
Na drewnianym stoliczku w lesie o zmierzchu obrus, pieczony ptak, chleb, owoce i dzbanek wina. W głębi zdumiony czeladnik w fartuchu i szary osioł.

Stoliczku, nakryj się

Bracia Grimm

11 min czytania od 5 lat

Koza kłamie, że chodziła głodna, i krawiec po kolei wypędza z domu wszystkich trzech synów. Najstarszy dostaje od mistrza stoliczek, który sam zastawia się pieczystym i winem. W drodze do ojca częstuje nim gości w gospodzie, a gospodarz przygląda się temu z kąta.


Był sobie kiedyś krawiec, który miał trzech synów i jedną jedyną kozę. Koza żywiła ich mlekiem, więc trzeba ją było dobrze karmić i co dzień wyprowadzać na pastwisko. Synowie robili to po kolei.

Pierwszy poszedł najstarszy. Zaprowadził kozę na przykościelny cmentarzyk pełen najlepszych ziół i pozwolił jej skubać do woli. Wieczorem zapytał:

— Kozo, czy jesteś syta?

Najadłam się do syta, listka nie chcę i kwita: mee! mee!

— To chodź do domu — powiedział chłopiec, zaprowadził ją do obórki i uwiązał.

— No i co, najadła się koza? — zapytał stary krawiec.

— Tak się najadła, że listka już nie chce — odpowiedział syn.

Ojciec chciał się jednak przekonać sam. Poszedł do obórki, pogłaskał kozę i zapytał:

— Kozo, czy jesteś syta?

Z czego ja mam być syta? Po mogiłkach skakałam, ani listka nie znalazłam: mee! mee!

Zielony listek wisiał jej jeszcze przy brodzie, ale krawiec tego nie zauważył.

Stary krawiec kuca przy drzwiach obórki i wyciąga palec ku kozie, która beczy z otwartym pyskiem; przy jej brodzie wiszą zielone listki, obok świeci lampa.

— Co ja słyszę! — krzyknął i wybiegł z obórki. — Mówisz, że koza syta, a trzymałeś ją o głodzie?

W gniewie zdjął ze ściany łokieć, którym mierzył sukno, i wypędził syna z domu.

Nazajutrz poszedł średni. Wyszukał przy żywopłocie miejsce pełne dobrych ziół, a koza wyskubała je do czysta. Wieczorem zapytał:

— Kozo, czy jesteś syta?

Najadłam się do syta, listka nie chcę i kwita: mee! mee!

— To chodź do domu — powiedział i uwiązał ją w obórce. Ojcu powtórzył to samo co brat.

Krawiec i tym razem nie uwierzył. Poszedł do obórki i zapytał:

— Kozo, czy jesteś syta?

Z czego ja mam być syta? Po mogiłkach skakałam, ani listka nie znalazłam: mee! mee!

— A to bezbożny nicpoń! — zawołał krawiec i wypadł z obórki. — Trzymać o głodzie takie poczciwe zwierzę!

I drugiego syna wypędził tego wieczora za drzwi.

Trzeciego dnia poszedł najmłodszy. Wyszukał krzaki o najpiękniejszych liściach i pozwolił kozie objadać je do wieczora, a potem zapytał:

— Kozo, czy jesteś syta?

Najadłam się do syta, listka nie chcę i kwita: mee! mee!

— To chodź do domu — powiedział i uwiązał ją w obórce. Ojcu powtórzył to samo co bracia.

Krawiec nie dowierzał. Poszedł do obórki i zapytał:

— Kozo, czy jesteś syta?

A złośliwe zwierzę odpowiedziało:

Z czego ja mam być syta? Po mogiłkach skakałam, ani listka nie znalazłam: mee! mee!

— O, wy kłamczuchy! — krzyknął krawiec i wypadł na podwórze. — Jeden gorszy od drugiego! Dość! Nie pozwolę robić z siebie głupca!

I w gniewie wypędził z domu także najmłodszego.

Został krawiec sam ze swoją kozą. Rano poszedł do obórki, pogłaskał ją i powiedział:

— Chodź, kochane zwierzę, dziś sam cię poprowadzę na pastwisko.

Zaprowadził ją pod zielone żywopłoty, gdzie rosło wszystko, co kozy lubią, i pasł ją tam do wieczora. Potem zapytał:

— Kozo, czy jesteś syta?

Najadłam się do syta, listka nie chcę i kwita: mee! mee!

— To chodź do domu — powiedział i uwiązał ją w obórce. W drzwiach odwrócił się jeszcze raz.

— No, dziś to się przynajmniej najadłaś — dodał.

Ale koza zawołała za nim:

Z czego ja mam być syta? Po mogiłkach skakałam, ani listka nie znalazłam: mee! mee!

Krawiec stanął jak wryty. Zrozumiał, że wygnał z domu trzech synów bez żadnej winy.

— Ty niewdzięczne stworzenie! — zawołał. — Wypędzić cię to za mało. Naznaczę cię tak, że nie pokażesz się między uczciwymi krawcami.

Pobiegł po brzytwę, namydlił kozie łeb i ogolił go gładko jak własna dłoń. Potem wziął bicz i wypędził ją z podwórza.

Odtąd siedział sam w pustym domu. Chętnie sprowadziłby synów z powrotem, ale nikt nie wiedział, dokąd poszli.

Najstarszy terminował tymczasem u stolarza. Gdy przyszedł czas iść w świat, mistrz podarował mu stoliczek ze zwyczajnego drewna, na który nikt by się dwa razy nie obejrzał.

Miał on jednak pewną zaletę: gdy się go postawiło i powiedziało: „Stoliczku, nakryj się!”, nakrywał się w jednej chwili obrusem, a na nim stały półmiski z pieczystym i kielich wina.

„Tego mi starczy do końca życia”, pomyślał czeladnik. Odtąd stawiał stoliczek na łące albo w lesie, mówił: „Stoliczku, nakryj się!”, i jadł do syta.

W końcu zatęsknił za ojcem: gniew już mu pewnie przeszedł, a z takim stoliczkiem ojciec przyjmie go z radością. W drodze do domu trafił wieczorem do gospody pełnej gości, a ci zaprosili go do wspólnej wieczerzy.

— Nie — odpowiedział stolarz. — Nie będę wam odejmował od ust. To wy będziecie dziś moimi gośćmi.

Roześmiali się, pewni, że żartuje. A on postawił stoliczek na środku izby i powiedział:

— Stoliczku, nakryj się!

W tej samej chwili stoliczek zastawił się potrawami, jakich gospodarz nie umiałby podać, a zapach rozszedł się po izbie.

Stłoczeni przy kominku goście składają dłonie i otwierają usta, a przed czeladnikiem na nakrytym obrusem stoliczku paruje pieczyste.

— Częstujcie się, przyjaciele! — zawołał stolarz.

Goście nie dali sobie tego dwa razy powtarzać, a co najdziwniejsze: ledwie półmisek się opróżnił, już stał pełny.

Gospodarz przyglądał się z kąta. „Taki kucharz przydałby mi się w gospodzie”, pomyślał.

Bawili się do późnej nocy, a potem poszli spać. W rupieciarni gospodarza stał stary stolik, zupełnie taki sam, i gdy wszyscy zasnęli, gospodarz po cichu zamienił stoliczek na ten stary.

Rano stolarz zapłacił za nocleg, zarzucił stoliczek na plecy i poszedł, nie przeczuwając, że niesie cudzy. W południe stanął u ojca.

— No, synu, czego się nauczyłeś? — ucieszył się stary.

— Jestem stolarzem, ojcze.

— Dobre rzemiosło — powiedział krawiec. — A co przyniosłeś z wędrówki?

— Najlepsze, co mam, to ten stoliczek.

— Arcydzieło to to nie jest — mruknął krawiec. — Stary, lichy stolik.

— Ale to stoliczek, który sam się nakrywa — odparł syn. — Zaproście całą rodzinę, niech się raz najedzą do syta.

Kiedy krewni się zeszli, stolarz postawił stoliczek na środku izby i powiedział:

— Stoliczku, nakryj się!

Ale stoliczek nawet nie drgnął i został pusty jak każdy inny stół. Czeladnik poznał, że mu go zamieniono, i wyszedł przed rodziną na kłamcę. Krewni wrócili do domu bez jedzenia.

Średni syn terminował u młynarza. Gdy skończył naukę, mistrz powiedział:

— Żeś się dobrze sprawował, dostaniesz ode mnie niezwykłego osła. Wozu nie pociągnie i worków nie poniesie.

— A na cóż mi taki? — zapytał czeladnik.

— Pluje złotem — odpowiedział młynarz. — Postaw go na płótnie, powiedz: „Bricklebrit”, a posypią się dukaty.

Chłopak podziękował i ruszył w świat. Ilekroć potrzebował pieniędzy, rozkładał płótno, wołał: „Bricklebrit” i klękał, żeby pozbierać złote krążki.

W słoneczny dzień spod ogona siwego osła sypią się na rozłożone płótno złote dukaty; czeladnik w umączonym fartuchu klęczy i trzyma brzeg płótna.

Po jakimś czasie pomyślał, że pora wrócić do ojca: na widok złotego osła gniew mu przejdzie.

Trafiło się, że zajechał do tej samej gospody, w której bratu zamieniono stoliczek. Gospodarz chciał odprowadzić osła do stajni.

— Nie trudźcie się — powiedział czeladnik. — Swojego siwego osła sam zaprowadzę do stajni i sam uwiążę, bo muszę wiedzieć, gdzie stoi.

Gospodarzowi wydało się to dziwne: kto sam obrządza osła, ten niewiele w gospodzie zostawi. Ale gość wyjął dwa dukaty i kazał kupić co najlepszego.

Po wieczerzy gospodarz policzył podwójnie, a czeladnikowi właśnie skończyło się złoto.

— Poczekajcie chwilę, gospodarzu — powiedział czeladnik. — Pójdę tylko po pieniądze.

Wziął ze stołu płótno i wyszedł, a gospodarz po cichu ruszył za nim. Gość zaryglował drzwi stajni, więc gospodarz zajrzał do niej przez dziurę po sęku.

Przybysz rozłożył pod osłem płótno i zawołał:

— Bricklebrit!

I zaraz posypało się złoto, z przodu i z tyłu, aż dzwoniło o ziemię.

„Ten ma dukaty jak na zawołanie”, pomyślał gospodarz. „Taki osioł to chodząca sakiewka.”

W blasku księżyca gospodarz z chytrą miną zagląda przez szparę w drzwiach stajni z żelazną zasuwą, a ze środka sączy się ciepłe światło.

Gość zapłacił rachunek i poszedł spać, a gospodarz w nocy zakradł się do stajni i na miejscu złotego osła uwiązał zwyczajnego. Rano czeladnik odszedł pewien, że prowadzi swojego, i w południe stanął u ojca.

— A co z ciebie wyrosło, synu? — zapytał stary.

— Młynarz, ojcze. A z wędrówki przyniosłem osła.

— Osłów tu dosyć — powiedział krawiec. — Wolałbym już dobrą kozę.

— To nie byle osioł, tylko złoty — odparł syn. — Powiem: „Bricklebrit”, a napluje wam całe płótno dukatów. Zwołajcie krewnych.

Krawiec zwołał ich skwapliwie, bo już widział, że nie będzie musiał męczyć się z igłą. Młynarz rozłożył płótno, wprowadził osła i zawołał:

— Bricklebrit!

Ale nie spadł ani jeden dukat: zwyczajny osioł nic o tej sztuce nie wiedział. Młynarz przeprosił krewnych, a oni wrócili do domu tak samo biedni, jak przyszli.

Trzeci brat terminował u tokarza i uczył się najdłużej, bo to kunsztowne rzemiosło. Bracia napisali mu, jak gospodarz pozbawił ich czarodziejskich darów.

Gdy skończył naukę i miał iść w świat, mistrz dał mu na drogę worek.

— Leży w nim kij — powiedział.

— A po co mi kij? — zdziwił się czeladnik.

— Zaraz ci powiem — odrzekł mistrz. — Jeśli ci ktoś zrobi krzywdę, powiedz: „Kiju, z worka!”, a kij wyskoczy i sprawi mu takie lanie, że tamten przez osiem dni się nie ruszy. Przestanie dopiero na słowa: „Kiju, do worka!”

Odtąd, ilekroć ktoś chciał się na czeladnika rzucić, ten wołał: „Kiju, z worka!”, a kij brał się do roboty, zanim tamten zdążył się obejrzeć.

Pod wieczór tokarz dotarł do tej samej gospody, w której oszukano braci, położył worek na stole i zaczął opowiadać o dziwach świata.

— Bywa stoliczek, co sam się nakrywa, bywa i złoty osioł — mówił. — Piękne rzeczy. Ale to nic wobec skarbu, który noszę w tym worku.

Gospodarz nadstawił uszu. „Pewnie worek pełen drogich kamieni”, pomyślał. „Do trzech razy sztuka.”

Gdy przyszła pora spać, gość wyciągnął się na ławie i wsunął worek pod głowę. Gospodarz odczekał, aż gość zaśnie, i pociągnął za worek.

Ale tokarz czekał na to od dawna. Ledwie gospodarz szarpnął mocniej, tokarz zawołał:

— Kiju, z worka!

Kij wyskoczył i zatańczył gospodarzowi po plecach. Gospodarz cofał się pod ścianę, zasłaniając rękami głowę, a im głośniej krzyczał, tym raźniej kij wybijał takt.

Rudy tokarz leży na ławie z głową na worku, a z otwartego worka wylatuje lśniący kij. Stojący za nim gospodarz unosi ręce w przerażeniu.

— Jeśli nie oddacie stoliczka i złotego osła, taniec zacznie się od nowa — powiedział tokarz.

— Oddam wszystko, oddam! — jęknął gospodarz. — Tylko niech ten przeklęty kij wraca do worka.

— Puszczę wam to płazem — odparł czeladnik. — Ale pilnujcie się.

I zawołał:

— Kiju, do worka!

Nazajutrz tokarz ruszył do ojca ze stoliczkiem i ze złotym osłem, a krawiec i jego zapytał, czego się nauczył.

— Jestem tokarzem, ojcze.

— Kunsztowne rzemiosło — powiedział krawiec. — A co przyniosłeś z wędrówki?

— Kij w worku.

— Kij! — zawołał ojciec. — Taki to sobie możesz uciąć z każdego drzewa.

— Ale nie taki, ojcze. Na słowa „Kiju, z worka!” wyskakuje i sprawia lanie każdemu, kto mnie skrzywdzi. Tym kijem odebrałem gospodarzowi stoliczek i osła, które zabrał braciom. Zwołajcie krewnych.

Stary krawiec nie bardzo wierzył, ale krewnych zebrał. Tokarz rozłożył w izbie płótno, wprowadził osła i skinął na brata.

— No, bracie, teraz ty do niego przemów.

Młynarz zawołał:

— Bricklebrit!

I dukaty posypały się na płótno jak grad, aż każdy miał tyle, ile zdołał unieść.

Potem tokarz przyniósł stoliczek i skinął na najstarszego brata.

— Stoliczku, nakryj się! — powiedział stolarz.

Stoliczek nakrył się w jednej chwili, a na nim stanęły najpiękniejsze półmiski. Takiej uczty nie widziano jeszcze w domu krawca i cała rodzina została razem do późnej nocy.

W izbie osioł sypie z pyska dukaty na płótno, które trzyma jeden z braci, a przy stole z pieczystym i chlebem roześmiani krewni wznoszą kufle.

A krawiec zamknął w szafie igłę i nici, łokieć i żelazko, i żył odtąd szczęśliwie z trzema synami.

A co się stało z kozą, przez którą krawiec wygnał synów z domu? Zaraz wam powiem.

Wstydziła się łysego łba, więc schowała się w lisiej norze. Gdy lis wrócił do domu, zaświeciła na niego z ciemności para wielkich oczu, a on uciekł ze strachu.

Po drodze spotkał niedźwiedzia.

— Co ci jest, bracie lisie? Czemu robisz taką minę? — zapytał niedźwiedź.

— Ach — odpowiedział lis. — W mojej norze siedzi groźne zwierzę i patrzy ognistymi oczami.

— Zaraz je stamtąd wygonimy — powiedział niedźwiedź.

Poszedł z lisem do nory, ale gdy zajrzał w te ogniste oczy, zrobiło mu się nieswojo i wziął nogi za pas.

Po drodze spotkała go pszczoła.

— Niedźwiedziu, masz strasznie kwaśną minę — powiedziała. — Gdzie się podziała twoja wesołość?

— Łatwo ci mówić — odparł niedźwiedź. — W norze lisa siedzi groźne zwierzę, a my nie umiemy go wygonić.

— Żal mi cię — powiedziała pszczoła. — Jestem słabym stworzeniem, ale chyba potrafię wam pomóc.

Biała koza z ogolonym łbem wyskakuje z ciemnej nory wśród omszałych korzeni, tuż przy jej głowie brzęczy pszczoła, a lis i niedźwiedź uciekają w bok.

Wleciała do nory, usiadła kozie na gołym łbie i ukłuła ją tak mocno, że koza zerwała się, zabeczała „mee! mee!” i wypadła z nory jak szalona. Do dziś nikt nie wie, dokąd pobiegła.

Jak oceniasz tę bajkę?

Opowiedziała na nowo Talerie, źródło: Kinder- und Hausmärchen (otwiera się w nowym oknie) Domena publiczna

Podobne bajki

Rumpelsztyk

4 min czytania od 6 lat

Pani Zima

5 min czytania od 4 lat

Roszpunka

5 min czytania od 6 lat

O tej bajce

Baśń „Stoliczku, nakryj się” bracia Grimmowie wydali w 1812 roku w Berlinie jako numer 36 swoich Kinder- und Haus-Märchen, i to od razu w postaci dwóch różnych opowieści. Pierwszą, według Boltego i Polívki, przekazała im w Kassel jesienią 1812 roku Jeanette Hassenpflug, która usłyszała ją od starej Mamsell Storch.

Od 1819 roku Grimmowie drukowali już tylko jedną opowieść, opartą na pierwszej, ale dłuższą i bogatszą w dialogi, a ojciec z szewca stał się w niej krawcem. Podstawą naszej opowieści jest tekst z 1857 roku, czyli siódme wydanie, ostatnie, jakie Grimmowie przygotowali osobiście.

Dwa wydania Grimmów: 1812 i 1857

Grimmowie 1812 (opowieść I)Grimmowie 1857, nasza podstawa
Ojciecszewckrawiec
Czym bije synówkijem zdjętym ze ścianyłokciem do mierzenia sukna
Na stoliczkusrebrny talerz, kryształowy kieliszektalerz, półmiski, duży kieliszek wina
Złoty osiołnazywa się Bricklebrit„Bricklebrit” to tylko słowo do wypowiedzenia
Skąd tokarz wieze słyszeniaz listu od braci
Zakończenietokarz żyje szczęśliwie z ojcem i braćmiuczta dla krewnych i złoto dla każdego
Zwrot do słuchaczabrakjest, w nawiasie
Pokaż więcej
Najadłam się do syta, listka nie chcę i kwita: mee! mee!
Grimmowie, 1857: ich bin so satt, / ich mag kein Blatt: meh! meh!

Jak tę baśń opowiada nasz tekst

Nasz tekst zachowuje całą fabułę z 1857 roku. Koza okłamuje krawca, więc ojciec wypędza z domu po kolei trzech synów, a kiedy sam wyprowadza ją na pastwisko, odkrywa prawdę, goli jej łeb i przegania ją biczem. Synowie uczą się rzemiosła u stolarza, młynarza i tokarza, a gospodarz w tej samej gospodzie podmienia najpierw stoliczek, potem złotego osła. Odzyskuje je dopiero najmłodszy dzięki kijowi z worka. Na końcu koza chowa się w lisiej norze; lis i niedźwiedź boją się jej oczu, a wypłasza ją dopiero pszczoła. Jeden szczegół jest tylko nasz: kiedy koza pierwszy raz okłamuje krawca, przy brodzie wisi jej jeszcze zielony listek. U Grimmów go nie ma.

Baśń możesz przeczytać u nas w dwóch wersjach. Obie opowiedzieliśmy na nowo sami: „Łagodniejsza” jest krótsza, „Oryginalna” dłuższa. W „Łagodniejszej” krawiec zdejmuje ze ściany łokieć i wypędza najstarszego syna, dwóch młodszych tylko wyrzuca za drzwi, a kozę przegania biczem. W „Oryginalnej” krawiec okłada synów łokciem i smaga kozę biczem, a narrator zwraca się w nawiasie wprost do słuchacza. W obu wersjach kij spuszcza gospodarzowi lanie i w obu nikt nie ginie, więc przy małym dziecku wystarczy wybrać tę, która ci bardziej odpowiada.

Pokrewne baśnie i jedna możliwa pomyłka

Grimmowie sami zauważyli, że główny wątek ich baśni wyraźnie przypomina pierwszą opowieść z „Pentameronu” Basilego, a w uwagach z 1856 roku za pokrewną uznali baśń o tornistrze, kapelusiku i różku (w ich zbiorze nr 54). W drugiej opowieści z 1812 roku, którą Dortchen Wild opowiedziała 1 października 1811 roku, nie ma kozy: synowie pasą tam stado bogatego człowieczka, który mieszka w łupinie orzecha. Bolte i Polívka opisują cały typ: biedak dostaje od potężnego darczyńcy naczynie, które daje jedzenie, i zwierzę, które daje pieniądze; odbiera mu je karczmarz, sąsiad albo książę, a odzyskać je pomaga worek z kijem. Wśród wielu wersji wymieniają polskie opowieści z Kolberga; w jednej z nich występują trzej bracia, stoliczek, jagnię i kij z worka.

Inna nasza baśń, „Słodka owsianka”, też ma naczynie, które słucha słów („Garnuszku, gotuj!”), ale to zupełnie inna opowieść, bez kozy, osła i gospody.

Źródła

Dawne wydania

Katalog

Dane sprawdziliśmy w tych źródłach 30 października 2026.

Kolorowanki do wydruku

Gdzie jeszcze znajdziesz tę bajkę