OryginalnaJózef Egipski
29 min czytania od 7 lat talerie.com/pl/bajki/jozef-egipski-original
Jakub kocha Józefa bardziej niż pozostałych synów i sprawia mu długą wielobarwną szatę. Bracia nienawidzą chłopca, a jego sny o snopach i gwiazdach, które mu się kłaniają, tylko dolewają oliwy do ognia. Kiedy ojciec posyła go samego do braci na dalekie pastwiska, oni dostrzegają go już z daleka.
Jakub mieszkał w Kanaanie, w kraju, w którym jego ojciec żył kiedyś jako przybysz. Miał dwunastu synów. Jeden z nich, Józef, miał szesnaście lat i był jeszcze chłopcem, ale już pasł stada razem ze starszymi braćmi, synami Bilhy i Zilpy, które także były żonami Jakuba. Pewnego razu doniósł ojcu, że bracia dopuścili się czegoś bardzo złego.
Jakub kochał Józefa bardziej niż wszystkich swoich synów, bo urodził mu się na starość, i sprawił mu długą wielobarwną szatę z rękawami. Bracia widzieli, że ojciec kocha go najbardziej ze wszystkich, i znienawidzili go. Nie potrafili zamienić z nim ani jednego życzliwego słowa.
Do tego jeszcze pewnej nocy Józef miał sen. Opowiedział go potem braciom, a to rozpaliło ich nienawiść jeszcze bardziej.
— Posłuchajcie, co mi się śniło — powiedział. — Wiązaliśmy snopy na polu. Nagle mój snop podniósł się i stanął prosto, a wasze snopy obstąpiły go dookoła i kłaniały mu się.

— Co, chcesz zostać naszym królem? — odpowiedzieli z gniewem bracia. — Mamy być twoimi poddanymi?
Sny Józefa i jego opowieści dolewały oliwy do ognia: zazdrość i nienawiść braci rosły z każdym dniem.
Potem Józef miał drugi sen i też opowiedział go braciom.
— Śniło mi się znowu — mówił. — Słońce, księżyc i jedenaście gwiazd kłaniały mi się.
Kiedy powtórzył to ojcu i braciom, ojciec go skarcił.
— Cóż to za sen ci się przyśnił? — powiedział Jakub. — Czy ja, twoja matka i twoi bracia mamy ci się kłaniać aż do ziemi?
Bracia zazdrościli mu jeszcze bardziej, a ojciec nic więcej nie powiedział, ale zapamiętał słowa Józefa.
Pewnego razu bracia wyprowadzili stada ojca na pastwiska pod Sychem, daleko od domu, i długo tam zostali.
— Twoi bracia pasą owce w Sychem — powiedział Jakub do Józefa. — Chodź, poślę cię do nich.
— Jestem gotów — odpowiedział Józef.
— Idź i zobacz, czy bracia są zdrowi i czy stadom niczego nie brakuje — powiedział ojciec. — Potem wróć i daj mi znać, co słychać.
Józef wyruszył więc z doliny Hebronu i szedł, aż doszedł do Sychem. Braci jednak tam nie zastał. Błąkał się po polach i szukał ich, aż spotkał go jakiś człowiek i zapytał, czego szuka.
— Szukam moich braci — odpowiedział Józef. — Powiedz mi, gdzie pasą stada.
— Odeszli stąd — powiedział nieznajomy. — Słyszałem, jak mówili: „Chodźmy do Dotanu”.
Józef poszedł więc dalej, za braćmi, i znalazł ich w Dotanie. Bracia zobaczyli go z daleka, jak szedł przez pole, i zanim do nich podszedł, postanowili go zabić.
— Patrzcie, idzie ten od snów — mówili między sobą. — Chodźcie, zabijmy go i wrzućmy do starej studni. Powiemy, że pożarł go dziki zwierz. Wtedy zobaczymy, na co mu się zdadzą jego sny!
Usłyszał to Ruben i chciał wyrwać Józefa z ich rąk.
— Nie odbierajcie mu życia — powiedział. — Nie przelewajcie krwi. Wrzućcie go do tej studni na pustkowiu, a ręce zachowajcie czyste.
Mówił tak, bo chciał go uratować i odprowadzić z powrotem do ojca.
Ledwie Józef doszedł do braci, chwycili go, zdarli z niego długą wielobarwną szatę i wrzucili go do studni. Była stara i pusta, nie było w niej ani kropli wody.
Potem usiedli, żeby zjeść chleb. Wtem podnieśli oczy i zobaczyli w oddali karawanę Izmaelitów, którzy jechali z Gileadu do Egiptu. Ich wielbłądy niosły wonne korzenie, balsam i mirrę.
— Co nam przyjdzie z tego, że zabijemy brata i ukryjemy jego krew? — powiedział Juda do braci. — Lepiej sprzedajmy go Izmaelitom, a nie brudźmy sobie rąk. To przecież nasz brat, nasza krew.
Bracia zgodzili się z nim. Kiedy nadjechali kupcy madianiccy, bracia wyciągnęli Józefa ze studni i sprzedali go Izmaelitom za dwadzieścia srebrników. Kupcy ruszyli w dalszą drogę i zabrali go ze sobą do Egiptu.

Rubena nie było przy tym. Kiedy wrócił do studni i zajrzał w głąb, chłopca już w niej nie było. Rozdarł z rozpaczy szaty i poszedł do braci.
— Chłopca nie ma! — zawołał. — A ja, dokąd ja teraz pójdę?
Bracia wzięli szatę Józefa, zabili koźlę i umoczyli szatę w jego krwi. Potem posłali ludzi, żeby zanieśli ją ojcu.
— Znaleźliśmy to — powiedzieli posłańcy. — Zobacz, czy to szata twojego syna, czy nie.
Jakub poznał ją od razu.
— To szata mojego syna! — zawołał. — Dziki zwierz go pożarł. Bestia rozszarpała Józefa!
Rozdarł szaty, włożył na siebie wór pokutny i opłakiwał syna przez długi, długi czas. Zeszły się wszystkie jego dzieci, synowie i córki, żeby go pocieszyć, ale on nie dał się pocieszyć.

— Z płaczem zejdę za moim synem do krainy umarłych — mówił.
Jakub trwał w żałobie po synu i nie przestawał go opłakiwać.
Tak oto Józef znalazł się w Egipcie. Izmaelici, którzy go tam przywieźli, sprzedali go Potifarowi, Egipcjaninowi, dworzaninowi faraona i dowódcy straży.
Bóg był z Józefem i wszystko mu się udawało. Józef mieszkał w domu swojego pana, a Potifar dobrze widział, że Bóg jest z nim i sprawia, że wszystko, czego Józef się podejmie, kończy się pomyślnie.
Józef zyskał przychylność swojego pana i usługiwał mu. Potifar postawił go nad całym domem i oddał mu we władanie wszystko, co miał. Odtąd Bóg błogosławił domowi tego Egipcjanina ze względu na Józefa i pomnażał cały jego majątek, i w domu, i na polach. Potifar o nic się już nie troszczył, myślał tylko o tym, co zje.
A Józef był przystojny i miał piękną twarz.
Po pewnym czasie żona Potifara upodobała sobie Józefa.
— Połóż się przy mnie — powiedziała.
Ale Józef za nic nie chciał się zgodzić na taki zły uczynek.
— Mój pan oddał mi wszystko w ręce i nawet nie wie, co ma w domu — odpowiedział. — Nie ma tu niczego, nad czym nie miałbym władzy, i niczego, czego by mi nie powierzył, oprócz ciebie, bo jesteś jego żoną. Jak mógłbym zrobić coś tak złego i zgrzeszyć przeciwko mojemu Bogu?
Dzień po dniu kobieta nagabywała młodzieńca takimi słowami, a on dzień po dniu jej odmawiał, bo nie chciał popełnić cudzołóstwa.
Pewnego dnia Józef wszedł do domu, żeby zająć się jakąś pracą, a w pobliżu nie było nikogo ze służby. Wtedy żona Potifara chwyciła go za płaszcz.
— Połóż się przy mnie — powiedziała.
Józef zostawił płaszcz w jej rękach i uciekł z domu.
Kiedy kobieta zobaczyła płaszcz w swoich rękach i poczuła się wzgardzona, zawołała domowników.
— Patrzcie! — powiedziała. — Mąż sprowadził nam tu tego Hebrajczyka, żeby nas znieważał. Przyszedł do mnie, żeby się przy mnie położyć, ale zaczęłam krzyczeć. Kiedy usłyszał mój krzyk, zostawił płaszcz, za który go trzymałam, i uciekł.
Zatrzymała płaszcz na dowód, a kiedy Potifar wrócił do domu, pokazała mu go.
— Ten niewolnik, Hebrajczyk, którego tu przyprowadziłeś, przyszedł do mnie, żeby mnie znieważyć — powiedziała. — A kiedy usłyszał, że krzyczę, zostawił płaszcz, za który go trzymałam, i uciekł.
Potifar zbyt pochopnie uwierzył żonie i wpadł w wielki gniew. Kazał wtrącić Józefa do więzienia, w którym trzymano więźniów królewskich, i Józef siedział tam zamknięty.
Ale Bóg był z Józefem i okazał mu łaskawość: naczelnik więzienia upodobał go sobie. Oddał mu pod opiekę wszystkich więźniów, a cokolwiek się w więzieniu działo, działo się pod jego okiem. Naczelnik o nic się nie troszczył, bo wszystko mu powierzył. Bóg był z Józefem i darzył powodzeniem każdą jego pracę.
Jakiś czas potem dwaj dworzanie króla Egiptu, podczaszy i piekarz, zawinili wobec swojego pana. Jeden z nich był przełożonym podczaszych, drugi przełożonym piekarzy. Faraon rozgniewał się na nich i kazał ich zamknąć w więzieniu dowódcy straży, tam gdzie siedział Józef.
Naczelnik powierzył ich Józefowi i Józef im usługiwał. Minęło trochę czasu, a oni wciąż siedzieli pod strażą.
Pewnej nocy obaj mieli sen, każdy swój, i każdy sen miał własne znaczenie. Rano Józef przyszedł do nich jak co dzień i zobaczył, że są zasmuceni.
— Dlaczego macie dziś takie smutne twarze? — zapytał.
— Śniły nam się sny i nie ma nikogo, kto by nam je wyłożył — odpowiedzieli.
— Czy to nie Bóg wykłada sny? — powiedział Józef. — Opowiedzcie mi, co wam się śniło.
Pierwszy opowiedział swój sen podczaszy.
— Widziałem przed sobą winorośl — mówił. — Miała trzy gałązki. Nagle wypuściły pąki, rozkwitły, a z kwiatów dojrzały winogrona. W ręce trzymałem puchar faraona. Wziąłem winogrona, wycisnąłem je do pucharu i podałem puchar faraonowi.
— Oto, co znaczy twój sen — powiedział Józef. — Trzy gałązki to trzy dni. Za trzy dni faraon przypomni sobie twoją służbę i przywróci cię na dawne miejsce. Znowu będziesz mu podawał puchar, tak jak przedtem.
— Tylko pamiętaj o mnie, kiedy będzie ci dobrze — prosił dalej Józef. — Zrób mi tę łaskę i wspomnij o mnie faraonowi, żeby mnie wyprowadził z tego więzienia. Porwano mnie przecież z ziemi Hebrajczyków, a tu wtrącono do lochu, choć nic złego nie zrobiłem.
Kiedy przełożony piekarzy zobaczył, jak mądrze Józef wyłożył sen, odezwał się i on.
— Mnie też coś się śniło — powiedział. — Niosłem na głowie trzy kosze z mąką. W najwyższym koszu były wszelkie przysmaki, jakie umieją upiec piekarze, a ptaki wyjadały je z kosza.
— Oto, co znaczy twój sen — odpowiedział Józef. — Trzy kosze to trzy dni. Za trzy dni faraon odbierze ci życie i powiesi cię na drzewie, a ptaki będą dziobać twoje ciało.
Trzeciego dnia przypadały urodziny faraona. Wyprawił wtedy wielką ucztę dla wszystkich swoich sług i przy stole przypomniał sobie o przełożonym podczaszych i o przełożonym piekarzy. Pierwszego przywrócił na dawne miejsce, żeby znowu podawał mu puchar, a drugiego powiesił na szubienicy. Stało się dokładnie tak, jak wyłożył Józef.
Ale podczaszy, kiedy znowu dobrze mu się powodziło, nie wspomniał o Józefie faraonowi ani słowem i zapomniał o tym, który wyłożył mu sen.
Minęły całe dwa lata, a Józef wciąż siedział w więzieniu. Pewnej nocy faraonowi przyśniło się, że stoi nad rzeką. Z rzeki wychodziło siedem pięknych, bardzo tłustych krów i pasło się na podmokłej łące. Zaraz za nimi wyszło z rzeki siedem innych krów, brzydkich i chudych, i pasło się na samym brzegu, na zielonej trawie. I te chude krowy pożarły tamte, piękne i tłuste. Wtedy faraon się obudził.
Znowu zasnął i miał drugi sen. Na jednym źdźble wyrosło siedem kłosów, pełnych i pięknych. A po nich wyrosło siedem innych kłosów, chudych i spalonych gorącym wiatrem, i pochłonęło tamte piękne kłosy. Faraon znów się obudził.
Rano wstał przerażony i nie mógł znaleźć spokoju. Posłał po wszystkich wróżbitów i wszystkich mędrców Egiptu i opowiedział im swój sen, ale nikt nie umiał go wyłożyć.
Wtedy podczaszy przypomniał sobie o Józefie.
— Muszę dziś wyznać swoją winę — powiedział. — Kiedy król rozgniewał się na swoje sługi, na mnie i na przełożonego piekarzy, kazał nas wtrącić do więzienia dowódcy straży. Tam jednej nocy obaj mieliśmy sny, które zapowiadały, co nas czeka. Był tam z nami młody Hebrajczyk, sługa dowódcy straży. Opowiedzieliśmy mu nasze sny i usłyszeliśmy od niego to, co potem stało się naprawdę: ja wróciłem na swój urząd, a tamtego powieszono na drzewie.
Faraon natychmiast posłał po Józefa i na jego rozkaz pospiesznie wyprowadzono go z lochu. Ostrzyżono go, przebrano w inne szaty i postawiono przed faraonem.
— Śniły mi się sny i nie ma nikogo, kto by je wyłożył — powiedział faraon. — Słyszałem, że ty bardzo mądrze wykładasz sny.
— To nie ja wyłożę ci sen, faraonie — odpowiedział Józef. — Bóg da ci pomyślną odpowiedź.
Faraon opowiedział więc, co widział.
— Śniło mi się, że stoję na brzegu rzeki. Z rzeki wychodziło siedem krów, bardzo pięknych i tłustych, i skubały trawę na łące. Ale zaraz po nich wyszło siedem innych krów, tak brzydkich i chudych, że nigdy takich w całym Egipcie nie widziałem. Zjadły pierwsze krowy i strawiły je, a wcale nie było po nich znać, że się najadły: były tak samo chude i brzydkie jak przedtem.
— Potem się obudziłem, znowu zasnąłem twardo i miałem drugi sen — mówił dalej faraon. — Z jednego źdźbła wyrastało siedem kłosów, pełnych i bardzo pięknych. A po nich z tego samego źdźbła wyszło siedem innych kłosów, cienkich i spalonych gorącym wiatrem, i pożarły piękne kłosy. Opowiedziałem ten sen wróżbitom, ale nie ma nikogo, kto by mi go wyłożył.
— Oba twoje sny, faraonie, znaczą to samo — powiedział Józef. — Bóg pokazał ci, co zamierza zrobić. Siedem pięknych krów i siedem pełnych kłosów to siedem lat urodzaju: oba sny mówią jedno. Siedem chudych i brzydkich krów, które wyszły po nich, i siedem cienkich kłosów spalonych gorącym wiatrem to siedem lat głodu, który nadejdzie.

— A stanie się to tak — mówił dalej Józef. — Przyjdzie siedem lat wielkiego urodzaju w całym Egipcie. Po nich nastąpi siedem lat takiego nieurodzaju, że wszyscy zapomną o dawnej obfitości, bo głód wyniszczy cały kraj, a wielki niedostatek pochłonie całą wielką obfitość. To, że miałeś ten sam sen dwa razy, jest znakiem, że Bóg na pewno to sprawi i że stanie się to wkrótce.
— Wyszukaj więc teraz, faraonie, mądrego i rozumnego człowieka i postaw go nad całym Egiptem. Niech ten człowiek ustanowi urzędników we wszystkich krainach, a przez siedem lat urodzaju, które właśnie nadchodzą, niech zbierają do spichrzów piątą część plonów. Całe zboże niech będzie gromadzone pod twoją władzą i przechowywane w miastach. Niech będzie zapasem na siedem lat głodu, który spadnie na Egipt, żeby kraj nie zginął z niedostatku.
Rada spodobała się faraonowi i wszystkim jego sługom.
— Czy znajdziemy drugiego takiego człowieka, w którym jest duch Boży? — zapytał ich faraon.
Potem zwrócił się do Józefa.
— Skoro Bóg pokazał ci to wszystko, o czym mówiłeś, czy mógłbym znaleźć kogoś mądrzejszego od ciebie albo choćby równego tobie? — powiedział. — Ty będziesz zarządzał moim domem, a cały lud będzie słuchał twoich rozkazów. Tylko tronem będę wyższy od ciebie. Oto stawiam cię nad całym Egiptem.
Zdjął z palca swój pierścień i włożył go na palec Józefa. Kazał go ubrać w szaty z delikatnego lnu, a na szyję założył mu złoty łańcuch. Potem kazał mu wsiąść do swojego drugiego rydwanu, a herold wołał przed nim, żeby wszyscy mu się kłaniali i wiedzieli, że Józef rządzi całym Egiptem.
— Ja jestem faraonem — powiedział jeszcze król do Józefa — ale bez twojego rozkazu nikt w całym Egipcie nie podniesie ręki ani nogi.
Faraon nadał Józefowi nowe, egipskie imię, które znaczyło Zbawca świata, i dał mu za żonę Asenat, córkę Potifery, kapłana z Heliopolis.
Józef miał trzydzieści lat, kiedy stanął przed faraonem, królem Egiptu. Odszedł sprzed oblicza faraona, wyruszył w drogę i objechał wszystkie krainy Egiptu.
I rzeczywiście nadeszło siedem lat urodzaju: ziemia rodziła obficie, rok po roku. Zboże wiązano w snopy i zwożono do egipskich spichrzów, a cały ten obfity plon gromadzono we wszystkich miastach. Pszenicy było tyle, co piasku nad morzem, i w końcu przestano ją liczyć, bo nie dało się jej zmierzyć.
Zanim nadszedł głód, Asenat, córka kapłana z Heliopolis, urodziła Józefowi dwóch synów. Pierworodnemu dał na imię Manasses.
— Bóg sprawił, że zapomniałem o wszystkich moich udrękach i o domu mojego ojca — powiedział.
Drugiemu dał na imię Efraim.
— Bóg dał mi wyrosnąć w ziemi mojej niedoli — powiedział.
Minęło siedem lat urodzaju i zaczęło się siedem lat głodu, tak jak zapowiedział Józef. Głód ogarnął cały świat, ale w całym Egipcie był chleb. Kiedy i Egipt zaczął cierpieć głód, lud wołał do faraona o żywność.
— Idźcie do Józefa i róbcie wszystko, co wam powie — odpowiadał faraon.
Z każdym dniem głód w całym kraju się wzmagał. Wtedy Józef otworzył wszystkie spichrze i sprzedawał zboże Egipcjanom, bo i ich przycisnął głód. Ze wszystkich krajów przyjeżdżali ludzie do Egiptu, żeby kupić żywność i ulżyć sobie w biedzie.
Głód dotarł także do Kanaanu, a Jakub usłyszał, że w Egipcie sprzedają zboże.
— Czemu tak siedzicie z założonymi rękami i patrzycie jeden na drugiego? — powiedział do synów. — Słyszałem, że w Egipcie sprzedają pszenicę. Jedźcie tam i kupcie nam, czego trzeba, żebyśmy przeżyli i nie zginęli z głodu.
Dziesięciu braci Józefa osiodłało więc osły i wyruszyło do Egiptu po zboże. Beniamina Jakub zatrzymał w domu, bo bał się, że w drodze mogłoby go spotkać coś złego. Bracia przybyli do Egiptu razem z innymi, którzy jechali tam kupować, bo w Kanaanie panował głód.
A Józef rządził w Egipcie i to z jego woli sprzedawano ludziom zboże. Kiedy jego bracia przyszli i pokłonili mu się twarzą do ziemi, poznał ich od razu. Ale udawał, że są dla niego obcy, i mówił do nich surowo.

— Skąd przyszliście? — zapytał.
— Z ziemi Kanaan — odpowiedzieli. — Przyszliśmy kupić żywność.
Józef poznał braci, ale oni go nie poznali. Przypomniał sobie wtedy sny, które kiedyś miał, o snopach i o gwiazdach, które mu się kłaniały.
— Jesteście szpiegami! — powiedział. — Przyszliście wypatrzyć, gdzie ten kraj jest najsłabszy.
— Nie, panie! — odpowiedzieli bracia. — Twoi słudzy przyszli tylko kupić żywność. Wszyscy jesteśmy synami jednego ojca. Przyszliśmy w pokoju i nie knujemy nic złego.
— Nieprawda — odparł Józef. — Przyszliście wypatrzyć, gdzie ten kraj jest bezbronny.
— Było nas, twoich sług, dwunastu braci, synów jednego ojca z ziemi Kanaan — powiedzieli. — Najmłodszy został z ojcem, a jednego już nie ma.
— Tak jak mówiłem: jesteście szpiegami — powiedział Józef. — Ale zaraz was sprawdzę. Na życie faraona, nie wyjdziecie stąd, dopóki nie przyjdzie tu wasz najmłodszy brat. Poślijcie jednego z was, niech go przyprowadzi, a reszta zostanie w więzieniu, dopóki się nie okaże, czy mówicie prawdę, czy kłamiecie. Bo jeśli nie, to na życie faraona, jesteście szpiegami!
I kazał ich trzymać pod strażą przez trzy dni.
Trzeciego dnia wyprowadził ich z więzienia.
— Zróbcie, co wam powiem, a zostaniecie przy życiu, bo ja boję się Boga — powiedział. — Jeśli przyszliście w pokoju, niech jeden z was zostanie tu w więzieniu, związany, a wy jedźcie i zawieźcie kupione zboże do waszych domów. Ale przyprowadźcie do mnie najmłodszego brata, żebym mógł sprawdzić wasze słowa. Inaczej zginiecie.
Bracia zgodzili się, a potem zaczęli mówić między sobą.
— Słusznie nas to spotyka, bo zawiniliśmy wobec naszego brata — mówili jeden do drugiego. — Widzieliśmy, jak się męczył i jak nas błagał, a nie chcieliśmy go słuchać. Dlatego spadło na nas to nieszczęście.
— Czy nie mówiłem wam: „Nie grzeszcie przeciwko chłopcu”? — odezwał się Ruben. — A wy nie chcieliście mnie słuchać. Teraz przyszło nam odpowiedzieć za jego krew.
Nie wiedzieli, że Józef ich rozumie, bo rozmawiał z nimi przez tłumacza. Józef odwrócił się od nich na chwilę i zapłakał po cichu, żeby nie widzieli jego łez. Potem znów do nich podszedł i mówił z nimi dalej. Wziął spośród nich Symeona i na ich oczach kazał go związać.
Potem polecił sługom napełnić ich wory pszenicą, każdemu włożyć z powrotem do worka jego pieniądze i dać im jeszcze zapasy na drogę. Słudzy tak zrobili. Bracia załadowali zboże na osły i ruszyli w drogę do domu.
Na postoju w gospodzie jeden z nich otworzył wór, żeby nakarmić osła, i zobaczył swoje pieniądze na samym wierzchu.
— Oddano mi pieniądze! — zawołał do braci. — Są tu, w moim worze!
Bracia zdumieli się i przelękli, aż serca w nich zamarły.
— Co to Bóg nam zrobił? — mówili jeden do drugiego.
Kiedy wreszcie dotarli do ojca, do Kanaanu, opowiedzieli mu wszystko, co ich spotkało.
— Człowiek, który rządzi tamtym krajem, mówił do nas surowo i wziął nas za szpiegów — mówili. — Odpowiedzieliśmy mu: „Przyszliśmy w pokoju i nie myślimy o żadnej zdradzie. Jest nas dwunastu braci, synów jednego ojca. Jednego już nie ma, a najmłodszy jest z ojcem w ziemi Kanaan”.
— A on nam na to: „Tak się przekonam, czy jesteście uczciwi: zostawcie u mnie jednego brata, weźcie zboże, którego potrzebują wasze domy, i jedźcie. Ale przyprowadźcie do mnie najmłodszego brata, żebym wiedział, że nie jesteście szpiegami. Wtedy oddam wam tego, który siedzi w więzieniu, i będziecie mogli kupować, co zechcecie”.
Kiedy potem wysypywali zboże, każdy znalazł na wierzchu swojego wora zawiązany woreczek z pieniędzmi. Wszyscy się przerazili.
— Przez was zostaję bez dzieci! — powiedział ich ojciec, Jakub. — Józefa już nie ma, Symeona trzymają w więzieniu, a teraz chcecie mi zabrać Beniamina. Całe to nieszczęście spada na mnie!
— Zabij moich dwóch synów, jeśli go do ciebie nie przyprowadzę — odpowiedział Ruben. — Oddaj go w moje ręce, a ja ci go zwrócę.
— Mój syn nie pojedzie z wami — powiedział Jakub. — Jego brat umarł i tylko on mi został. Gdyby spotkało go coś złego w kraju, do którego jedziecie, wpędzilibyście mnie, siwego starca, ze zmartwienia do grobu.
Tymczasem głód coraz ciężej przygniatał całą ziemię. Kiedy zjedli już zboże, które przywieźli z Egiptu, Jakub znów zwołał synów.
— Jedźcie jeszcze raz i kupcie nam trochę żywności — powiedział.
— Ten człowiek ostrzegł nas pod przysięgą — odpowiedział Juda. — Powiedział: „Nie zobaczycie mojej twarzy, jeśli nie przyprowadzicie ze sobą najmłodszego brata”. Jeśli więc chcesz go z nami posłać, pojedziemy razem i kupimy ci żywność. Ale jeśli nie chcesz, nie pojedziemy, bo ten człowiek, jak już nieraz mówiliśmy, zapowiedział nam: „Nie zobaczycie mojej twarzy bez waszego najmłodszego brata”.
— Na moje nieszczęście powiedzieliście mu, że macie jeszcze jednego brata — powiedział Jakub.
— Ten człowiek wypytywał nas dokładnie o nasz ród — odpowiedzieli. — Czy ojciec jeszcze żyje, czy mamy jeszcze brata. A my odpowiadaliśmy po kolei na to, o co pytał. Skąd mogliśmy wiedzieć, że powie: „Przyprowadźcie tu swojego brata”?
— Poślij chłopca ze mną — powiedział Juda do ojca. — Pojedziemy, żebyśmy przeżyli i nie pomarli z głodu, my i nasze dzieci. Biorę go na siebie, ode mnie go żądaj. Jeśli go do ciebie nie przyprowadzę i nie postawię przed tobą, niech na zawsze spadnie na mnie wina przed tobą. Gdyby nie ta zwłoka, dawno już wrócilibyśmy drugi raz.
— Skoro tak trzeba, róbcie, jak chcecie — powiedział wreszcie Jakub. — Weźcie do worków najlepsze płody tej ziemi i zawieźcie temu człowiekowi w darze: trochę balsamu i miodu, wonnych żywic, mirry, pistacji i migdałów. Zabierzcie też ze sobą podwójnie pieniędzy, a te, które znaleźliście w workach, odwieźcie z powrotem, bo może to była pomyłka.
— Weźcie i waszego brata, i jedźcie do tego człowieka — mówił dalej Jakub. — Niech Bóg wszechmogący sprawi, żeby był dla was łaskawy i oddał wam waszego drugiego brata, którego trzyma, i Beniamina. A ja zostanę jak ojciec, któremu zabrano dzieci.
Bracia wzięli więc dary, podwójnie pieniędzy i Beniamina, pojechali do Egiptu i po długiej drodze stanęli przed Józefem. Kiedy Józef zobaczył z nimi Beniamina, przywołał zarządcę swojego domu.
— Wprowadź tych ludzi do domu — powiedział. — Zarżnij bydło i przygotuj ucztę, bo w południe będą jedli ze mną.
Zarządca zrobił, jak mu kazano, i wprowadził braci do domu Józefa. Bracia bardzo się przestraszyli, kiedy zobaczyli, dokąd ich prowadzą.
— Przyprowadzili nas tu przez te pieniądze, które za pierwszym razem wróciły w naszych workach — mówili jeden do drugiego. — Ten człowiek chce rzucić na nas oskarżenie i siłą zrobić z nas niewolników, a nasze osły zabrać.
Jeszcze w drzwiach podeszli więc do zarządcy.
— Prosimy cię, panie, wysłuchaj nas — powiedzieli. — Byliśmy już tu raz, żeby kupić żywność. Kiedy ją kupiliśmy i stanęliśmy w gospodzie, otworzyliśmy wory i znaleźliśmy pieniądze na wierzchu. Odwozimy je teraz, w tej samej wadze. Przywieźliśmy też inne srebro, żeby kupić, czego nam trzeba. Nie wiemy, kto włożył tamte pieniądze do naszych worków.
— Pokój z wami, nie bójcie się — odpowiedział zarządca. — Wasz Bóg, Bóg waszego ojca, dał wam ten skarb w waszych workach. Pieniądze, które mi daliście, mam u siebie.
I wyprowadził do nich Symeona. Potem wprowadził ich do domu, przyniósł wody, żeby umyli nogi, i dał paszę ich osłom. Bracia przygotowali dary i czekali, aż Józef przyjdzie w południe, bo usłyszeli, że będą tam jedli.
Kiedy Józef wszedł do domu, podali mu dary, które trzymali w rękach, i pokłonili mu się aż do ziemi. Józef przywitał ich łaskawie.
— Czy zdrowy jest wasz stary ojciec, o którym mi mówiliście? — zapytał. — Czy jeszcze żyje?
— Twój sługa, nasz ojciec, jest zdrowy i jeszcze żyje — odpowiedzieli. I znowu pochylili się i pokłonili mu.
Wtedy Józef podniósł oczy i zobaczył Beniamina, swojego rodzonego brata.
— Czy to jest ten wasz najmłodszy brat, o którym mi mówiliście? — zapytał. — Niech Bóg będzie dla ciebie łaskawy, mój synu.
I wyszedł pospiesznie, bo serce mu się ścisnęło na widok brata i łzy napłynęły mu do oczu. Wszedł do swojej komnaty i tam płakał. Potem obmył twarz, wyszedł z powrotem, opanował się i kazał podawać do stołu.
Podano osobno Józefowi, osobno braciom i osobno Egipcjanom, którzy jedli razem z nim, bo Egipcjanom nie wolno jadać z Hebrajczykami: taki posiłek uważają za nieczysty.
Bracia siedzieli przed Józefem, od najstarszego po najmłodszego, każdy według wieku, i bardzo się temu dziwili, spoglądając po sobie. Józef posyłał im potrawy ze swojego stołu, ale Beniamin dostał pięć razy więcej niż każdy z nich. Jedli i pili z nim wino, i było im wesoło.
Potem Józef wydał rozkaz zarządcy swojego domu.
— Napełnij ich wory zbożem, ile tylko uniosą, i każdemu włóż pieniądze na wierzch wora — powiedział. — A mój srebrny puchar włóż na wierzch wora najmłodszego, razem z pieniędzmi, które dał za zboże.
Tak się stało. O świcie, kiedy tylko się rozjaśniło, wypuszczono braci w drogę razem z ich osłami. Ledwie wyjechali z miasta i nie oddalili się jeszcze daleko, Józef zawołał zarządcę.
— Wstawaj i goń tych ludzi — powiedział. — Kiedy ich dogonisz, powiedz im: „Czemu odpłaciliście złem za dobro? Ukradliście puchar, z którego pije mój pan i z którego wróży. Bardzo źle zrobiliście”.
Zarządca zrobił, jak mu kazano. Pospieszył za nimi, dogonił braci i powtórzył im te słowa co do joty.
— Czemu nasz pan tak mówi? — odpowiedzieli bracia. — Jak twoi słudzy mogliby zrobić coś tak niegodziwego? Przecież pieniądze, które znaleźliśmy na wierzchu worów, odwieźliśmy ci aż z ziemi Kanaan. Jak więc mielibyśmy kraść złoto albo srebro z domu twojego pana? Ten z twoich sług, u którego się znajdzie to, czego szukasz, niech umrze, a my zostaniemy niewolnikami naszego pana.
— Niech będzie tak, jak mówicie — odpowiedział zarządca. — Ten, u kogo się znajdzie, zostanie moim niewolnikiem, a wy będziecie wolni od winy.
Wszyscy szybko zdjęli wory na ziemię i każdy otworzył swój. Zarządca przeszukiwał je po kolei, zaczął od najstarszego, a skończył na najmłodszym. Wór po worze okazywał się czysty, aż wreszcie zarządca znalazł puchar w worze Beniamina.
Bracia z rozpaczy rozdarli szaty, objuczyli znowu osły i wrócili do miasta. Juda pierwszy wszedł z braćmi do Józefa, który był jeszcze w domu, i wszyscy razem padli przed nim na ziemię.
— Coście zrobili? — powiedział Józef. — Czy nie wiecie, że nikt nie dorówna mi w sztuce wróżenia?
— Co mamy powiedzieć naszemu panu? — odpowiedział Juda. — Co mamy mówić i jak się usprawiedliwić? Bóg odkrył winę twoich sług. Jesteśmy teraz wszyscy twoimi niewolnikami, panie, i my, i ten, u którego znaleziono puchar.
— Nie daj Boże, żebym tak postąpił! — powiedział Józef. — Ten, kto ukradł puchar, zostanie moim niewolnikiem, a wy wracajcie wolni do waszego ojca.
Wtedy Juda podszedł bliżej i śmiało przemówił.
— Proszę cię, panie, pozwól swojemu słudze powiedzieć ci jedno słowo i nie gniewaj się na mnie, bo jesteś pierwszy po faraonie. Zapytałeś wtedy swoich sług: „Macie ojca albo brata?”. A my odpowiedzieliśmy ci: „Mamy starego ojca i najmłodszego brata, który urodził mu się na starość. Jego rodzony brat umarł, on jeden został swojej matce, a ojciec kocha go całym sercem”.
— Wtedy powiedziałeś swoim sługom: „Przyprowadźcie go do mnie, chcę go zobaczyć” — mówił dalej Juda. — Mówiliśmy ci, panie: „Chłopiec nie może opuścić ojca, bo jeśli go opuści, ojciec umrze”. A ty powiedziałeś swoim sługom: „Jeśli wasz najmłodszy brat nie przyjedzie z wami, więcej nie zobaczycie mojej twarzy”.
— Kiedy więc wróciliśmy do twojego sługi, naszego ojca, powtórzyliśmy mu wszystko, co mówiłeś, panie. A nasz ojciec powiedział: „Jedźcie jeszcze raz i kupcie nam trochę zboża”. Odpowiedzieliśmy mu: „Nie możemy jechać. Jeśli nasz najmłodszy brat pojedzie z nami, pojedziemy razem, ale bez niego nie odważymy się stanąć przed tym człowiekiem”.
— A on na to: „Wiecie, że moja żona urodziła mi dwóch synów. Jeden odszedł i powiedzieliście: „Zwierz go pożarł”. I do dziś go nie ma. Jeśli zabierzecie i tego, a w drodze coś mu się stanie, wpędzicie mnie, siwego starca, ze zmartwienia do grobu”.
— Jeśli więc wrócę teraz do twojego sługi, naszego ojca, a chłopca nie będzie z nami, ojciec umrze, kiedy zobaczy, że go nie ma, bo jego życie związane jest z życiem chłopca. I twoi słudzy wpędzą naszego ojca, siwego starca, ze zmartwienia do grobu. To ja wziąłem chłopca na swoją odpowiedzialność i przysiągłem: „Jeśli go nie przyprowadzę, niech na zawsze spadnie na mnie wina przed ojcem”.
— Pozwól więc, że zostanę twoim niewolnikiem zamiast chłopca, a on niech wraca z braćmi — prosił Juda. — Nie mogę wrócić do ojca bez niego. Nie zniosę widoku nieszczęścia, które spotkałoby mojego ojca.
Józef nie mógł już dłużej panować nad sobą przed wszystkimi, którzy przy nim stali. Kazał wszystkim wyjść, żeby nikt obcy nie był przy tym, jak da się poznać braciom. I zapłakał tak głośno, że słyszeli to Egipcjanie i cały dom faraona.
— Jestem Józef — powiedział do braci. — Czy mój ojciec jeszcze żyje?
Bracia nie mogli wydobyć z siebie słowa, tak bardzo przerazili się na jego widok.
— Podejdźcie do mnie — powiedział łagodnie Józef.
Podeszli blisko.
— Jestem Józef, wasz brat, którego sprzedaliście do Egiptu — powiedział. — Nie bójcie się i nie gryźcie się tym, że mnie tu sprzedaliście, bo to Bóg posłał mnie przed wami do Egiptu, żeby was ocalić. Od dwóch lat jest głód na ziemi, a jeszcze przez pięć lat nie będzie można ani orać, ani żąć. Bóg wysłał mnie przed wami, żebyście przetrwali na ziemi i mieli co jeść.
— Nie wy mnie tu przysłaliście, ale Bóg — mówił dalej Józef. — To on uczynił mnie jakby ojcem dla faraona, panem całego jego domu i władcą całego Egiptu. Pospieszcie się, jedźcie do mojego ojca i powiedzcie mu: „Tak mówi twój syn Józef: Bóg uczynił mnie panem całego Egiptu. Przyjedź do mnie bez zwłoki. Zamieszkasz w krainie Goszen i będziesz blisko mnie, ty, twoi synowie i wnukowie, twoje owce, twoje bydło i wszystko, co masz. Będę cię tam żywił, bo zostało jeszcze pięć lat głodu, żebyś nie zginął ani ty, ani twój dom, ani nic z tego, co masz”.
— Przecież widzicie na własne oczy, i mój brat Beniamin też widzi, że to ja sam do was mówię. Opowiedzcie mojemu ojcu o całej mojej chwale w Egipcie i o wszystkim, co tu widzieliście. Pospieszcie się i przywieźcie go do mnie.
Potem rzucił się Beniaminowi na szyję i płakał, a Beniamin także płakał, obejmując go. Józef ucałował wszystkich braci i płakał nad każdym. Dopiero wtedy bracia odważyli się z nim rozmawiać.

Wieść szybko rozeszła się po królewskim dworze: „Przyjechali bracia Józefa!”. Ucieszył się faraon i cały jego dwór.
— Powiedz swoim braciom — powiedział faraon do Józefa — niech objuczą zwierzęta i jadą do ziemi Kanaan. Niech zabiorą stamtąd ojca i rodziny i przyjadą do mnie. Dam im najlepsze dobra Egiptu i będą jeść to, co najlepsze w tym kraju.
— Każ im też wziąć z Egiptu wozy, żeby przewieźć dzieci i żony — mówił dalej faraon. — Powiedz im: „Zabierzcie ojca i przyjeżdżajcie jak najprędzej. Nie żałujcie niczego, co zostawicie, bo wszystkie bogactwa Egiptu będą wasze”.
Synowie Jakuba zrobili, jak im kazano. Józef dał im wozy, tak jak rozkazał faraon, i zapasy na drogę. Każdemu dał też po dwie szaty, a Beniaminowi trzysta srebrników i pięć najpiękniejszych szat. Ojcu posłał wiele pieniędzy i szat, a do tego dziesięć osłów objuczonych bogactwami Egiptu i dziesięć oślic niosących pszenicę i chleb na drogę.
Potem pożegnał braci.
— Nie kłóćcie się w drodze — powiedział, kiedy odjeżdżali.
Bracia wyjechali z Egiptu, jechali długo i wreszcie przybyli do ziemi Kanaan, do swojego ojca Jakuba.
— Józef, twój syn, żyje! — powiedzieli. — I panuje nad całym Egiptem!
Serce Jakuba zamarło. Ocknął się jak z ciężkiego snu, ale nie uwierzył synom. Opowiedzieli mu więc wszystko po kolei i powtórzyli każde słowo, które Józef do nich mówił. A kiedy Jakub zobaczył wozy i wszystko, co Józef mu posłał, odżył w nim duch.

— To mi wystarczy — powiedział. — Mój syn Józef jeszcze żyje! Pojadę i zobaczę go, zanim umrę.
Opowiedziała na nowo Talerie, źródło: Biblia Jakuba Wujka (otwiera się w nowym oknie) Domena publiczna Ten tekst możesz kopiować, zmieniać i wykorzystywać dowolnie. Link do Talerie nas ucieszy, ale nie jest wymagany. CC0 1.0 (otwiera się w nowym oknie)

