Przejdź do treści
Chłopak siedzi na drewnianej ławie w zrujnowanej komnacie obok pieńka z nożem, a przy ogniu na kominku dwa czarne koty, jeden z nich podsuwa mu karty.Oryginalna

O tym, który wyruszył, by nauczyć się bać

Bracia Grimm

17 min czytania od 8 lat

Młodszy syn nie rozumie ludzi, którym przy strasznych opowieściach przechodzą ciarki. Ojciec wypędza go z pięćdziesięcioma talarami, a chłopak idzie w świat i powtarza pod nosem, że chciałby to wreszcie poczuć. Karczmarz mówi mu, że nauczy się tego w zaczarowanym zamku, jeśli spędzi tam trzy noce.


Był sobie raz ojciec, który miał dwóch synów. Starszy był mądry i rozgarnięty, umiał sobie poradzić w każdej sytuacji. Młodszy był głupi, niczego nie pojmował i niczego nie umiał się nauczyć. Kiedy ludzie go widzieli, kręcili głowami i mówili:

— Oj, będzie miał z nim ojciec jeszcze kłopot!

Jeśli trzeba było coś załatwić, zawsze musiał to robić starszy. Ale kiedy ojciec posyłał go po coś późnym wieczorem albo nocą, a droga prowadziła przez cmentarz czy inne ponure miejsce, starszy odpowiadał:

— Ach, nie, ojcze, nie pójdę tam, aż mnie ciarki przechodzą!

Starszy po prostu się bał. A kiedy wieczorami przy ogniu opowiadano takie historie, od których skóra cierpnie, słuchacze też czasem wzdychali: „Ach, aż mnie ciarki przechodzą!”. Młodszy siedział w kącie, słuchał tego wszystkiego i nie mógł zrozumieć, o co chodzi.

— Ciągle tylko powtarzają: „ciarki mnie przechodzą, ciarki mnie przechodzą!” — mówił. — A mnie żadne ciarki nie przechodzą. To pewnie jakaś sztuka, na której też się nie znam.

Pewnego dnia ojciec powiedział do niego:

— Słuchaj no, ty tam w kącie! Wyrosłeś na dużego i silnego chłopa, musisz się nauczyć czegoś, z czego wyżyjesz. Popatrz, jak twój brat się stara, a z tobą to szkoda zachodu.

— Ech, ojcze — odpowiedział chłopak — chętnie się czegoś nauczę. Jeśli się da, chciałbym się nauczyć, jak to jest, kiedy przechodzą ciarki. Na tym zupełnie się nie znam.

Starszy brat roześmiał się, gdy to usłyszał, i pomyślał: „Mój Boże, co za głupek z tego mojego brata! Nic z niego w życiu nie będzie. Czego Jaś się nie nauczy, tego Jan nie będzie umiał”.

W chacie przy palenisku chłopak w kamizelce tłumaczy coś zmartwionemu ojcu, a starszy brat, wsparty o stół, głośno się śmieje.

Ojciec westchnął i odpowiedział:

— Co to ciarki, tego się jeszcze nauczysz, ale chleba na tym nie zarobisz.

Wkrótce potem przyszedł do nich w odwiedziny kościelny. Ojciec poskarżył mu się na swoje zmartwienie i opowiedział, jaki to niezdara z jego młodszego syna: nic nie umie i niczego się nie uczy.

— Wyobraźcie sobie — mówił — że kiedy go zapytałem, czym chce zarabiać na chleb, zażądał, żeby go nauczyć, co to ciarki.

— Jeśli tylko o to chodzi — odpowiedział kościelny — to może się tego nauczyć u mnie. Przyślijcie go do mnie, już ja go okrzeszę.

Ojciec był zadowolony, bo pomyślał: „Trochę go tam przynajmniej utemperują”.

Kościelny wziął więc chłopaka do siebie i kazał mu dzwonić w dzwon. Po kilku dniach obudził go o północy i kazał mu wstać, wejść na wieżę kościelną i zadzwonić. „Już ty się nauczysz, co to ciarki”, pomyślał, i sam po cichu poszedł na wieżę przed nim.

Kiedy chłopak był już na górze i odwrócił się, żeby chwycić linę od dzwonu, zobaczył na schodach, naprzeciw okna dzwonnicy, białą postać.

— Kto tam? — zawołał.

Postać nie odpowiedziała i ani drgnęła.

Na drewnianych schodach dzwonnicy chłopak trzyma linę od dzwonu i ogląda się na białą postać okrytą prześcieradłem, która stoi nieruchomo przy drzwiach.

— Odpowiadaj — zawołał chłopak — albo zmykaj stąd! Nie masz tu nocą nic do roboty.

Kościelny jednak stał bez ruchu, żeby chłopak wziął go za upiora. Chłopak zawołał po raz drugi:

— Czego tu chcesz? Mów, jeśli jesteś uczciwym człowiekiem, bo zrzucę cię ze schodów!

„Przecież nie mówi tego na serio”, pomyślał kościelny. Nie wydał żadnego dźwięku i stał, jakby był z kamienia.

Wtedy chłopak zawołał po raz trzeci. A kiedy i to nic nie dało, wziął rozbieg i zepchnął upiora ze schodów. Upiór zleciał dziesięć stopni w dół i znieruchomiał w kącie. Chłopak zadzwonił w dzwon, wrócił do domu, położył się bez słowa do łóżka i spał dalej.

Żona kościelnego długo czekała na męża, ale on nie wracał. W końcu ogarnął ją niepokój. Obudziła chłopaka i zapytała:

— Nie wiesz, gdzie się podział mój mąż? Wszedł na wieżę przed tobą.

— Nie wiem, gospodyni — odpowiedział chłopak. — Ale na schodach naprzeciw okna dzwonnicy stał jakiś człowiek. Nie chciał ani odpowiedzieć, ani odejść, więc wziąłem go za łotra i zepchnąłem na dół. Idźcie tam, to zobaczycie, czy to on. Jeśli tak, to bardzo mi przykro.

Kobieta pobiegła i znalazła męża, który leżał w kącie i jęczał, bo złamał nogę. Zniosła go na dół i z krzykiem popędziła do ojca chłopaka.

— Wasz syn narobił wielkiego nieszczęścia! — wołała. — Zrzucił mojego męża ze schodów, aż ten złamał nogę! Zabierzcie tego nicponia z naszego domu!

Ojciec przestraszył się, przybiegł i nakrzyczał na chłopaka:

— Co to za bezbożne figle? Chyba sam zły ci je podsunął!

— Ojcze — odpowiedział chłopak — posłuchaj mnie, jestem zupełnie niewinny. On stał tam w nocy jak ktoś, kto ma złe zamiary. Nie wiedziałem, kto to, i trzy razy go upominałem, żeby się odezwał albo sobie poszedł.

— Ach — powiedział ojciec — z tobą mam same nieszczęścia. Zejdź mi z oczu, nie chcę cię więcej oglądać.

— Dobrze, ojcze, bardzo chętnie. Poczekaj tylko, aż zrobi się jasno. Wtedy wyruszę w świat i nauczę się, co to ciarki. Przynajmniej będę umiał coś, z czego da się wyżyć.

— Ucz się, czego chcesz — odparł ojciec — wszystko mi jedno. Masz tu pięćdziesiąt talarów, idź z nimi w szeroki świat i nikomu nie mów, skąd jesteś ani kto jest twoim ojcem, bo wstyd mi za ciebie.

— Dobrze, ojcze, jak chcesz. Jeśli niczego więcej nie żądasz, łatwo to zapamiętam.

Kiedy zaczęło świtać, chłopak schował pięćdziesiąt talarów do kieszeni, wyszedł na szeroki gościniec i powtarzał sobie pod nosem:

— Ach, gdyby mnie choć raz przeszły ciarki! Ach, gdyby mnie choć raz przeszły ciarki!

Wtem nadszedł jakiś człowiek, który usłyszał, co chłopak mówi sam do siebie. Poszli razem kawałek, a kiedy zobaczyli szubienicę, człowiek powiedział:

— Widzisz tamto drzewo? Tam siedmiu chłopów wzięło ślub z córką powroźnika, to znaczy z konopnym stryczkiem, a teraz uczy się latać. Usiądź pod nim i poczekaj, aż zapadnie noc, to już się nauczysz, co to ciarki.

— Jeśli nic więcej nie trzeba — odpowiedział chłopak — to łatwa sprawa. A jeśli tak szybko nauczę się, co to ciarki, dostaniecie moje pięćdziesiąt talarów. Przyjdźcie do mnie jutro rano.

Poszedł więc chłopak pod szubienicę, usiadł pod nią i czekał do wieczora. A że zmarzł, rozpalił sobie ognisko. O północy jednak zerwał się taki zimny wiatr, że mimo ognia nie mógł się rozgrzać. Wiatr popychał wisielców jednego na drugiego i kołysał nimi tam i z powrotem. „Skoro ja marznę tu na dole, przy ogniu”, pomyślał chłopak, „to jak oni muszą marznąć i trząść się tam na górze!”

Nocą na wzgórzu chłopak grzeje ręce przy ognisku i patrzy w górę na szubienicę, na której wisi siedmiu wisielców, a w dole wije się gościniec.

A ponieważ miał dobre serce, przystawił drabinę, wszedł na górę, odwiązywał jednego po drugim i zniósł na dół wszystkich siedmiu. Potem podsycił ogień, rozdmuchał go i posadził ich dookoła, żeby się ogrzali. Ale oni siedzieli i się nie ruszali, aż ogień zajął im ubrania.

— Uważajcie — powiedział chłopak — bo powieszę was z powrotem.

Umarli jednak nie słuchali, milczeli i pozwalali, żeby ich łachmany dalej się paliły. Wtedy chłopak się rozgniewał.

— Skoro nie chcecie uważać, to nie mogę wam pomóc — powiedział. — Nie zamierzam spłonąć razem z wami.

I powiesił ich po kolei z powrotem. Potem usiadł przy swoim ognisku i zasnął. Rano przyszedł do niego tamten człowiek, chciał dostać pięćdziesiąt talarów i zapytał:

— No i co, wiesz już, co to ciarki?

— Nie — odpowiedział chłopak. — Skąd miałbym wiedzieć? Tamci na górze nawet gęby nie otworzyli. I byli tacy głupi, że pozwolili, żeby im się spaliło tych parę starych szmat, które mają na sobie.

Człowiek zrozumiał, że dzisiaj pięćdziesięciu talarów nie dostanie. Odchodząc, mruczał:

— Takiego to jeszcze nie spotkałem.

Chłopak też ruszył w swoją drogę i znowu zaczął mówić do siebie:

— Ach, gdyby mnie choć raz przeszły ciarki! Ach, gdyby mnie choć raz przeszły ciarki!

Usłyszał to woźnica, który szedł za nim, i zapytał:

— Kim jesteś?

— Nie wiem — odpowiedział chłopak.

— Skąd jesteś? — pytał dalej woźnica.

— Nie wiem.

— Kto jest twoim ojcem?

— Tego nie wolno mi powiedzieć.

— A co tak ciągle mruczysz pod nosem?

— Ech, gospodarzu — odpowiedział chłopak — chciałbym, żeby mnie przeszły ciarki, ale nikt nie umie mnie tego nauczyć.

— Przestań gadać głupstwa — powiedział woźnica. — Chodź ze mną, zobaczę, czy znajdę dla ciebie jakieś miejsce.

Chłopak poszedł z woźnicą i wieczorem dotarli do karczmy, gdzie chcieli przenocować. Kiedy chłopak wszedł do izby, znowu powiedział na głos:

— Ach, gdyby mnie choć raz przeszły ciarki! Ach, gdyby mnie choć raz przeszły ciarki!

Usłyszał to karczmarz, roześmiał się i powiedział:

— Jeśli masz na to ochotę, to tutaj nie zabraknie ci okazji.

— Ach, daj spokój! — powiedziała karczmarka. — Tylu ciekawskich już przypłaciło to życiem. Szkoda by było tych pięknych oczu, gdyby już nigdy nie miały zobaczyć światła dnia.

— Choćby to było nie wiem jak trudne, gospodyni — odparł chłopak — chcę się tego nauczyć. Przecież po to wyruszyłem w świat.

Nie dawał karczmarzowi spokoju, aż ten mu w końcu opowiedział, że niedaleko stąd stoi zaczarowany zamek. Tam ktoś mógłby się nauczyć, co to ciarki, gdyby tylko zechciał czuwać w nim przez trzy noce. Król obiecał temu, kto się odważy, rękę swojej córki, a królewna jest najpiękniejszą panną, na jaką kiedykolwiek patrzyło słońce. W zamku leżą też wielkie skarby, których pilnują złe duchy. Kto przetrwa trzy noce, ten je uwolni, a wtedy niejeden biedak stałby się bogaczem. Wielu już tam weszło, ale żaden jeszcze nie wyszedł.

Następnego ranka chłopak stanął przed królem i powiedział:

— Jeśli Najjaśniejszy Pan pozwoli, chciałbym czuwać przez trzy noce w zaczarowanym zamku.

Król przyjrzał mu się, a że chłopak przypadł mu do serca, powiedział:

— Możesz poprosić jeszcze o trzy rzeczy, które weźmiesz ze sobą do zamku. Ale muszą to być rzeczy martwe.

— W takim razie proszę o ogień, tokarkę i ławę strugarską z nożem — odpowiedział chłopak.

Król kazał to wszystko zanieść za dnia do zamku. Gdy zaczęło się ściemniać, chłopak poszedł na górę, rozpalił w jednej z izb jasny ogień, postawił obok ławę strugarską z nożem i usiadł na ławie przy tokarce.

— Ach, gdyby mnie choć raz przeszły ciarki! — powiedział. — Ale tutaj też się tego nie nauczę.

Koło północy chciał podsycić ogień. Kiedy tak w niego dmuchał, nagle coś zawrzeszczało w kącie:

— Au, miau! Ale nam zimno!

— Głuptasy — zawołał chłopak — czego wrzeszczycie? Jak wam zimno, to chodźcie, siadajcie przy ogniu i grzejcie się.

Ledwie to powiedział, jednym potężnym susem przyskoczyły dwa wielkie czarne koty. Usiadły po obu jego stronach i wpatrywały się w niego dziko ognistymi oczami. Po chwili, kiedy już się ogrzały, odezwały się:

— Kamracie, może zagramy w karty?

— Czemu nie? — odpowiedział chłopak. — Ale pokażcie no najpierw łapy.

Koty wysunęły pazury.

— Ojej — powiedział chłopak — ale macie długie paznokcie! Zaczekajcie, najpierw muszę wam je przyciąć.

Chwycił je za karki, podniósł na ławę strugarską i przykręcił im łapy.

— Przyjrzałem się waszym pazurom — powiedział — i odechciało mi się grać w karty.

Zabił je i wyrzucił do wody.

Ale kiedy uporał się z tymi dwoma i chciał znowu usiąść przy ogniu, ze wszystkich kątów i zakamarków zaczęły wychodzić czarne koty i czarne psy na rozżarzonych łańcuchach. Było ich coraz więcej i więcej, aż w końcu nie miał się gdzie podziać. Wrzeszczały okropnie, deptały mu po ognisku, rozwlekały je na wszystkie strony i chciały je zgasić.

Przez chwilę przyglądał się temu spokojnie. Kiedy jednak zrobiło się tego za wiele, chwycił nóż strugarski i zawołał:

— Precz stąd, hołoto!

I rzucił się na nie. Część uciekła, a resztę zabił i wyrzucił do stawu. Kiedy wrócił, rozdmuchał żar na nowo i grzał się przy ogniu.

Tak sobie siedział, aż oczy zaczęły mu się kleić i zachciało mu się spać. Rozejrzał się i zobaczył w kącie duże łóżko.

— Akurat mi się przyda — powiedział i położył się.

Ale kiedy już chciał zamknąć oczy, łóżko samo ruszyło i zaczęło jeździć po całym zamku.

— Bardzo dobrze — powiedział chłopak. — Tylko szybciej!

Rzeźbione łóżko pędzi samo ciemnym, sklepionym korytarzem zamku między pochodniami, a chłopak leży w nim, śmieje się i macha ręką.

Łóżko pomknęło, jakby zaprzężono do niego sześć koni, przez progi i po schodach, w górę i w dół. Nagle, hop, hop, wywróciło się i przygniotło go jak góra. Ale on odrzucił pierzyny i poduszki, wygramolił się i powiedział:

— Teraz niech jeździ, kto ma ochotę.

Położył się przy swoim ogniu i spał, aż zrobiło się jasno.

Rano przyszedł król. Kiedy zobaczył chłopaka leżącego na podłodze, pomyślał, że upiory go zabiły i że nie żyje.

— Szkoda takiego pięknego chłopca — powiedział.

Chłopak to usłyszał, podniósł się i odpowiedział:

— Jeszcze do tego nie doszło!

Król się zdziwił, ale też ucieszył, i zapytał, jak mu minęła noc.

— Bardzo dobrze, Najjaśniejszy Panie — odpowiedział chłopak. — Jedna noc minęła, to i dwie pozostałe miną.

Kiedy przyszedł do karczmy, karczmarz zrobił wielkie oczy.

— Nie myślałem, że jeszcze zobaczę cię żywego — powiedział. — I co, nauczyłeś się już, co to ciarki?

— Nie — odpowiedział chłopak — wszystko na nic. Gdyby mi to chociaż ktoś mógł wytłumaczyć!

Drugiej nocy znowu poszedł na górę do starego zamku, usiadł przy ogniu i zaczął swoją starą śpiewkę:

— Ach, gdyby mnie choć raz przeszły ciarki!

Gdy zbliżała się północ, dał się słyszeć hałas i łoskot, najpierw cichy, potem coraz głośniejszy. Potem na chwilę ucichło, aż wreszcie z głośnym wrzaskiem przez komin spadła połowa człowieka i wylądowała przed nim.

— Hej tam! — zawołał chłopak. — Brakuje jeszcze drugiej połowy, tego za mało!

Wtedy hałas zaczął się od nowa, coś szalało i wyło, i spadła również druga połowa.

— Zaczekaj — powiedział chłopak — najpierw trochę rozdmucham ci ogień.

Kiedy to zrobił i znowu się obejrzał, obie połowy już się zrosły i na jego miejscu siedział szkaradny człowiek.

— Tak się nie umawialiśmy — powiedział chłopak. — Ława jest moja.

Szkaradny człowiek chciał go odepchnąć, ale chłopak mu nie ustąpił. Zepchnął go siłą i znowu usiadł na swoim miejscu.

Wtedy spadło jeszcze więcej ludzi, jeden po drugim. Przynieśli dziewięć trupich piszczeli i dwie trupie czaszki, ustawili kręgle i zaczęli grać. Chłopakowi też zachciało się zagrać.

— Słuchajcie no — zapytał — mogę zagrać z wami?

— Możesz, jeśli masz pieniądze — odpowiedzieli.

— Pieniędzy mam dosyć — odparł chłopak — ale wasze kule nie są całkiem okrągłe.

Wziął czaszki, założył je na tokarkę i toczył tak długo, aż się zrobiły okrągłe.

— No, teraz lepiej się potoczą — powiedział. — Hejże, ale będzie zabawa!

W zrujnowanej sali chłopak klęczy przy czaszce przed dziewięcioma piszczelami ustawionymi jak kręgle, a trzy blade postacie patrzą, jedna trzyma drugą czaszkę.

Grał z nimi i przegrał trochę pieniędzy. Ale kiedy wybiła dwunasta, wszystko zniknęło mu sprzed oczu. Położył się i spokojnie zasnął.

Następnego ranka przyszedł król, żeby się dowiedzieć, co słychać.

— Jak ci tym razem poszło? — zapytał.

— Grałem w kręgle, Najjaśniejszy Panie — odpowiedział chłopak — i przegrałem parę groszy.

— I nie przeszły cię ciarki?

— Gdzie tam — powiedział chłopak. — Bawiłem się świetnie. Gdybym tylko wiedział, co to są ciarki!

Trzeciej nocy znowu usiadł na swojej ławie i powiedział całkiem zniechęcony:

— Ach, gdyby mnie choć raz przeszły ciarki!

Kiedy zrobiło się późno, sześciu rosłych mężczyzn wniosło do izby trumnę.

— Ha, ha — powiedział chłopak — to na pewno mój kuzynek, co umarł parę dni temu.

Kiwnął palcem i zawołał:

— Chodź, kuzynku, chodź!

Mężczyźni postawili trumnę na podłodze. Chłopak podszedł i zdjął wieko: w środku leżał nieboszczyk. Dotknął jego twarzy, ale była zimna jak lód.

— Zaczekaj — powiedział — trochę cię rozgrzeję.

Podszedł do ognia, ogrzał sobie rękę i położył ją nieboszczykowi na twarzy, ale ten dalej był zimny. Wtedy chłopak wyjął go z trumny, usiadł przy ogniu, położył go sobie na kolanach i rozcierał mu ręce, żeby krew znowu zaczęła krążyć. A kiedy i to nie pomogło, przyszło mu do głowy: „Jak dwoje leży razem w łóżku, to się nawzajem grzeje”. Zaniósł go więc do łóżka, przykrył i położył się obok.

Po chwili nieboszczyk się rozgrzał i zaczął się ruszać.

— Widzisz, kuzynku? — powiedział chłopak. — Gdyby nie ja, dalej byłbyś zimny!

Ale nieboszczyk podniósł się i zawołał:

— A teraz cię uduszę!

— Co? — odparł chłopak. — Tak mi się odwdzięczasz? Zaraz wrócisz do swojej trumny!

Podniósł go, wrzucił do środka i zamknął wieko. Wtedy weszło tamtych sześciu mężczyzn i wyniosło trumnę.

— Żadne ciarki mnie nie przechodzą — powiedział chłopak. — Tutaj się tego do końca życia nie nauczę.

Wtem wszedł jakiś człowiek, większy od wszystkich poprzednich, i wyglądał strasznie. Był jednak stary i miał długą białą brodę.

— Ty chuchro! — zawołał. — Zaraz się nauczysz, co to ciarki, bo umrzesz.

— Nie tak prędko — odpowiedział chłopak. — Jeśli mam umrzeć, to ja też muszę przy tym być.

— Już ja cię dopadnę — powiedział potwór.

— Powoli, powoli, nie puszyj się tak — odparł chłopak. — Jestem tak samo silny jak ty, a może i silniejszy.

— Zobaczymy — powiedział starzec. — Jeśli jesteś silniejszy ode mnie, puszczę cię wolno. Chodź, spróbujemy.

Poprowadził go ciemnymi korytarzami do kuźni, wziął siekierę i jednym uderzeniem wbił kowadło w ziemię.

— Ja to umiem jeszcze lepiej — powiedział chłopak i podszedł do drugiego kowadła.

Starzec stanął obok, żeby popatrzeć, a jego biała broda zwisała nad kowadłem. Wtedy chłopak chwycił siekierę, jednym ciosem rozłupał kowadło i przytrzasnął w szczelinie brodę starca.

— Teraz cię mam — powiedział chłopak. — Teraz na ciebie kolej umierać.

W kuźni ogromny łysy starzec z długą białą brodą szarpie brodę przytrzaśniętą w rozłupanym kowadle, a chłopak spokojnie stoi obok z żelaznym prętem.

Potem chwycił żelazny pręt i okładał nim starca, aż ten zaczął jęczeć i błagać, żeby przestał, bo da mu wielkie bogactwa. Chłopak wyciągnął siekierę i puścił go.

Starzec zaprowadził go z powrotem do zamku i pokazał mu w piwnicy trzy skrzynie pełne złota.

— Jedna część jest dla ubogich — powiedział — druga dla króla, a trzecia twoja.

W tej samej chwili wybiła dwunasta i duch zniknął, a chłopak został w ciemności.

— Jakoś sobie poradzę — powiedział.

Szedł po omacku, aż trafił do swojej izby, i zasnął tam przy ogniu.

Następnego ranka przyszedł król i powiedział:

— No, teraz już chyba wiesz, co to ciarki?

— Nie, Najjaśniejszy Panie — odpowiedział chłopak. — Co to w ogóle jest? Był tu mój zmarły kuzyn, przyszedł jakiś brodaty człowiek i pokazał mi na dole mnóstwo pieniędzy, ale co to ciarki, tego mi nikt nie powiedział.

— Zdjąłeś czar z zamku — powiedział król — i ożenisz się z moją córką.

— To bardzo dobrze — odpowiedział chłopak — ale ja wciąż nie wiem, co to są ciarki.

Wyniesiono złoto z piwnicy i wyprawiono wesele. Młody król bardzo kochał swoją żonę i był szczęśliwy, a jednak ciągle powtarzał:

— Ach, gdyby mnie choć raz przeszły ciarki! Ach, gdyby mnie choć raz przeszły ciarki!

W końcu młodą królową zaczęło to złościć. Wtedy jej pokojówka powiedziała:

— Ja temu zaradzę, Najjaśniejsza Pani. Już on się nauczy, co to ciarki.

Nocą w komnacie młoda królowa w koszuli nocnej odsuwa kołdrę i wylewa wiadro wody z kiełbiami na chłopaka śpiącego w łóżku z baldachimem.

Poszła nad strumień, który płynął przez ogród, i kazała przynieść całe wiadro kiełbi. W nocy, kiedy młody król spał, żona ściągnęła z niego kołdrę i wylała na niego wiadro zimnej wody razem z kiełbiami, tak że rybki trzepotały się dookoła niego. Wtedy się obudził i zawołał:

— Ach, jakie mnie przechodzą ciarki, jakie ciarki, żono kochana! Tak, teraz już wiem, co to są ciarki!

Jak oceniasz tę bajkę?

Opowiedziała na nowo Talerie, źródło: Kinder- und Hausmärchen (otwiera się w nowym oknie) Domena publiczna