Przejdź do treści
Talerie
Słowik

Słowik

Hans Christian Andersen

9 min czytania6–12 lat

Mały szary słowik ze zwykłego lasu śpiewa tak pięknie, że jego głos oczarowuje cesarza bardziej niż wszystkie skarby jego pałacu, nawet lśniący mechaniczny ptak przysłany z Japonii. Kiedy w najcięższej godzinie życia władcy wraca on z lasu i śpiewa mu prosto pod oknem, ta prawdziwa, żywa pieśń przywraca choremu cesarzowi zdrowie i nadzieję.


W Chinach, jak zapewne wiesz, cesarz jest Chińczykiem i wszyscy, którzy przy nim żyją, są Chińczykami także. Zdarzyło się to bardzo dawno temu, ale właśnie dlatego warto opowiedzieć tę historię teraz, zanim się o niej zapomni.

Pałac cesarza był najwspanialszy na świecie, zbudowany z najcieńszej porcelany, tak piękny i tak kruchy, że trzeba było chodzić po nim z największą ostrożnością. W ogrodzie rosły najpiękniejsze kwiaty, a do tych najcenniejszych przywiązano srebrne dzwoneczki, żeby nikt nie przeszedł obok, nie zauważywszy ich. Ogród był tak rozległy, że nawet ogrodnik nie znał jego granic. Kto szedł coraz dalej, trafiał w końcu do gęstego lasu z wysokimi drzewami, który sięgał aż po błękitne morze. Tam, w gałęziach nad wodą, mieszkał słowik. Śpiewał tak pięknie, że nawet biedny rybak, który w nocy zarzucał sieci, przystawał, by go posłuchać.

— Ach, jakie to piękne — szeptał wtedy do siebie i na chwilę zapominał o swojej pracy.

Podróżni z całego świata przyjeżdżali podziwiać miasto, pałac i ogród, lecz kiedy usłyszeli śpiew słowika, mówili wszyscy jednym głosem:

— To najpiękniejsze ze wszystkiego!

Wracając do domu, opisywali to w swoich księgach, a księgi wędrowały po całym świecie, aż pewnego dnia jedna z nich trafiła do rąk samego cesarza. Siedział na złotym tronie i czytał, kiwając głową z zadowoleniem nad pochwałami swojej stolicy. Lecz nagle natrafił na zdanie: „Jednak słowik jest najpiękniejszy ze wszystkiego.”

— Co to ma znaczyć? — zawołał cesarz. — Słowik? Wcale go nie znam! Czy w moim własnym państwie, w moim własnym ogrodzie, żyje taki ptak, o którym nigdy nie słyszałem?

Wezwał więc swojego pierwszego dworzanina, człowieka tak dostojnego, że na pytania osób niżej postawionych odpowiadał zwykle tylko wzgardliwym prychnięciem.

— Podobno żyje tu ptak zwany słowikiem, najcudowniejsza rzecz w całym moim państwie — powiedział cesarz. — Dlaczego nikt mi o tym nie powiedział? Chcę, żeby dziś wieczorem śpiewał przede mną.

Dworzanin przebiegł wszystkie sale i schody, ale nikt na dworze nigdy nie słyszał o żadnym słowiku. Wreszcie w kuchni znalazł małą, biedną dziewczynkę, która powiedziała:

— Och, słowika znam dobrze! Każdego wieczoru zanoszę mojej chorej matce resztki jedzenia, a kiedy zmęczona odpoczywam w lesie, słyszę jego śpiew. Wtedy same napływają mi łzy do oczu, jakby mnie całowała moja matka.

Tak więc pół dworu wyruszyło z dziewczynką do lasu. Po drodze zaryczała krowa, a dworscy panowie zawołali:

— To na pewno on!

— Nie, to tylko krowy — powiedziała dziewczynka.

Potem w bagnie zakumkały żaby, a nadworny kaznodzieja zachwycił się:

— Jak dzwoneczki kościelne!

— Nie, to żaby — powiedziała dziewczynka. — Ale zaraz, już za chwilę, usłyszymy jego samego.

I wtedy słowik zaczął śpiewać.

— Tam jest! — zawołała dziewczynka, wskazując na małego, szarego, niepozornego ptaka na gałęzi.

Dworzanin był zdziwiony, że wygląda tak zwyczajnie, lecz gdy słowik zaczął śpiewać, zabrzmiało to tak, jakby przez las popłynęły małe szklane dzwoneczki. Słowik chętnie zgodził się zaśpiewać przed cesarzem i tego samego wieczoru pałac przystrojono uroczyście: tysiąc złotych lampek i dzwoniące kwiaty w korytarzach. Na środku wielkiej sali ustawiono złoty drążek, na którym miał usiąść słowik. Gdy zaczął śpiewać, cesarzowi napłynęły łzy do oczu, więc powiedział, że w nagrodę słowik będzie nosił na szyi jego złoty pantofel.

Lecz słowik podziękował i odmówił.

— Widziałem łzy w oczach cesarza. To dla mnie nagroda dość wielka.

I zaśpiewał jeszcze piękniej.

Od tej pory słowik żył na dworze, miał własną klatkę i wolno mu było wylatywać dwa razy dziennie i raz w nocy, choć zawsze w towarzystwie dwunastu służących, którzy trzymali go na jedwabnej wstążce. Trudno to było nazwać przyjemnością.

Pewnego dnia przyszła wielka paczka z napisem „Słowik”. Nie była to jednak książka, lecz dzieło sztuki: sztuczny ptak, cały wysadzany diamentami, rubinami i szafirami, dar od cesarza Japonii. Gdy się go nakręciło, śpiewał jedną z melodii prawdziwego słowika, a przy tym poruszał w górę i w dół swoim lśniącym ogonkiem.

— Niech teraz śpiewają razem! — postanowiono.

Lecz coś się nie zgadzało: prawdziwy słowik śpiewał tak, jak podpowiadało mu serce, sztuczny ptak zaś zawsze tak samo, jak zegarek. W końcu sztuczny ptak śpiewał sam, trzydzieści trzy razy tę samą melodię, wcale się nie męcząc, a wszyscy byli zachwyceni, bo przecież tak pięknie się mienił.

Kiedy cesarz zapragnął posłuchać znów prawdziwego słowika, ten już zniknął: wyfrunął przez otwarte okno z powrotem do swojego zielonego lasu. Nazwano go niewdzięcznikiem i cieszono się, że ma się teraz niezawodnego sztucznego ptaka, którego wkrótce mianowano Nadwornym Śpiewakiem Cesarskiej Sypialni, z miejscem na jedwabnej poduszce tuż obok cesarskiego łoża.

Cały rok śpiewał sztuczny ptak, a wszyscy na dworze znali jego melodię tak dobrze, że sami ją nucili. Lecz pewnego wieczoru, gdy znów śpiewał, a cesarz leżał w łóżku i słuchał, coś nagle szczęknęło we wnętrzu ptaka. Coś pękło. Kółka zazgrzytały jeszcze przez chwilę, a potem muzyka umilkła.

Wezwany zegarmistrz naprawił ptaka, jak umiał, ale ostrzegł, że trzeba go teraz oszczędzać: czopy są zużyte, a nowych nie da się już bezpiecznie założyć. Odtąd sztuczny ptak mógł śpiewać tylko raz do roku.

Minęło pięć lat i cesarz ciężko zachorował. Mówiono, że długo już nie pożyje, a na jego miejsce wybrano już nowego władcę. Słudzy, przekonani, że stary cesarz już umarł, uciekli, by złożyć hołd następcy. W całym pałacu rozłożono sukno na podłogach, żeby nie było słychać kroków, i zapanowała cisza, zupełna cisza.

Blady i nieruchomy leżał stary cesarz w swoim wielkim łożu. Wysoko okno było otwarte, a księżyc świecił prosto na cesarza i na milczącego sztucznego ptaka. Cesarz z trudem łapał oddech, jakby coś ciężkiego siedziało mu na piersi. Otworzył oczy i zobaczył: to Śmierć tam siedziała, z cesarską koroną na głowie, w jednej ręce trzymając złoty miecz, w drugiej cesarską chorągiew. A z fałd ciężkich aksamitnych zasłon wyglądały dziwne twarze, jedne brzydkie, inne łagodne: wszystkie dobre i złe uczynki jego życia, patrzące teraz na niego.

— Pamiętasz? — szeptały jedna po drugiej i opowiadały tyle, że pot występował mu na czoło.

— Muzyki! — zawołał cesarz. — Wielkiego bębna! Żebym tego nie musiał słuchać!

Lecz głosy mówiły dalej, a Śmierć kiwała głową na wszystko, co słyszała.

— Śpiewaj, mały złoty ptaku, śpiewaj! — zawołał cesarz do sztucznego ptaka. — Dałem ci złoto, zawiesiłem ci na szyi mój własny pantofel, śpiewaj!

Lecz nie było nikogo, kto by go nakręcił, a sam z siebie ptak śpiewać nie umiał. Panowała cisza, straszna cisza.

I wtedy zza okna popłynął nagle najpiękniejszy śpiew: to prawdziwy, żywy słowik siedział na gałęzi. Usłyszał o niedoli swojego cesarza i przyleciał, by zaśpiewać mu pociechę. A kiedy śpiewał, postacie w zasłonach bladły coraz bardziej, a krew zaczęła szybciej płynąć w słabnących żyłach cesarza. Nawet Śmierć zasłuchała się i powiedziała:

— Śpiewaj dalej, mały słowiku, śpiewaj dalej.

— Zaśpiewam, jeśli oddasz mi ten miecz. Zaśpiewam, jeśli oddasz chorągiew też. Zaśpiewam, jeśli oddasz koronę też —

śpiewał słowik, a Śmierć za każdą pieśń oddawała jeden ze skarbów. Potem słowik zaśpiewał o cichym cmentarzu, gdzie kwitną białe róże i pachnie bez, a trawa wilgotnieje od łez żywych. Śmierć poczuła wtedy tęsknotę za własnym ogrodem i wypłynęła przez okno jak zimna, biała mgła.

— Dziękuję, dziękuję! — powiedział cesarz. — Ty niebiański mały ptaku! Wiem, kim jesteś. Kiedyś przepędziłem cię z mojego kraju, a mimo to wyśpiewałeś śmierć z mojego serca. Jak mam ci się za to odwdzięczyć?

— Już mnie wynagrodziłeś — powiedział słowik. — Widziałem łzy w twoich oczach, gdy śpiewałem dla ciebie po raz pierwszy. Tego nigdy nie zapomnę. A teraz śpij i odzyskaj siły. Zaśpiewam ci jeszcze coś.

I śpiewał, a cesarz zapadł w głęboki, spokojny sen.

Kiedy następnego ranka słońce zajrzało do komnaty, cesarz obudził się zdrowy i pełen sił. Żaden sługa jeszcze nie wrócił, bo wszyscy myśleli, że umarł. Tylko słowik wciąż tam był i śpiewał.

— Zostań przy mnie na zawsze — powiedział cesarz. — Śpiewaj, kiedy tylko zechcesz, a sztucznego ptaka każę roztrzaskać na tysiąc kawałków.

— Nie rób tego — powiedział słowik. — Robił dobrze, dopóki mógł. Zatrzymaj go takim, jaki jest. Ja nie umiem uwić sobie gniazda w pałacu, ale pozwól mi przylatywać, kiedy sam zechcę. Wtedy usiądę wieczorem na gałęzi za twoim oknem i zaśpiewam ci o szczęśliwych i o cierpiących, o dobru i o złu, które kryje się wokół ciebie, o czym nigdy byś się inaczej nie dowiedział. Odlatuję daleko, do biednego rybaka, do chłopskiej chaty, do wszystkich, którzy żyją z dala od twojego dworu. Kocham twoje serce bardziej niż twoją koronę, a jednak niech korona zachowa swój blask. Będę wracać i śpiewać ci, ale obiecaj mi jedno.

— Wszystko — powiedział cesarz. Stał teraz w swoich cesarskich szatach, przyciskając do serca ciężki złoty miecz.

— Nikomu nie mów, że masz małego ptaka, który mówi ci wszystko. Wtedy będzie ci się wiodło znacznie lepiej.

I słowik odleciał, z powrotem do zielonego lasu.

Wtedy weszli słudzy, żeby zobaczyć swojego martwego cesarza, a on stał przed nimi zdrowy i wyprostowany, i powiedział tylko:

— Dzień dobry.