
Legenda o Sennej Kotlinie
15 min czytania od 7 lat talerie.com/pl/bajki/legenda-o-sennej-kotlinie
Ichabod Crane, chudy jak tyka nauczyciel ze Sleepy Hollow, wierzy w każdą opowieść o duchach. Zaleca się do Katriny Van Tassel, jedynej córki bogatego gospodarza, i już liczy jej sady i indyki. Ale o względy panny zabiega też Brom Bones, silny jak niedźwiedź i zawsze gotów do figla.
Na wschodnim brzegu rzeki Hudson, niedaleko miasteczka Tarry Town, kryje się wśród wysokich wzgórz mała dolina, jedno z najcichszych miejsc na świecie. Płynie przez nią strumyk, który szemrze tak, że aż chce się spać, i tylko czasem zagwiżdże przepiórka albo zastuka dzięcioł.
Dolinę tę od dawna nazywano Sleepy Hollow, czyli Senną Kotliną. Mieszkali tu potomkowie holenderskich osadników i wszyscy jakby trochę śnili na jawie. Wierzyli w najdziwniejsze rzeczy, widywali zjawy i słyszeli w powietrzu muzykę i głosy.
Najsłynniejszym duchem doliny był jeździec bez głowy. Mówiono, że to heski żołnierz, któremu w czasie wojny o niepodległość kula armatnia urwała głowę. Pochowano go na cmentarzu przy kościele. Co noc wyjeżdżał stamtąd szukać swojej głowy, a potem gnał przez dolinę jak wichura, bo musiał wrócić na cmentarz przed świtem. Przy kominkach nazywano go też galopującym Heseńczykiem.
Przed laty mieszkał w Sleepy Hollow nauczyciel z Connecticut, Ichabod Crane. Był wysoki i chudy jak tyka, miał długie ręce i nogi, dłonie wystawały mu daleko z rękawów, a stopy przypominały łopaty. Mała głowa z wielkimi uszami i długim nosem sterczała na cienkiej szyi niczym kurek na dachu. Kiedy w wietrzny dzień Ichabod szedł grzbietem wzgórza, można go było wziąć za stracha na wróble, który uciekł z pola.
Ichabod uczył w niskiej szkole z bali, która stała nad strumykiem pod zalesionym wzgórzem. Pensję miał małą, a choć był chudy, jadł za trzech. Według miejscowego zwyczaju mieszkał i stołował się po kolei u gospodarzy, których dzieci uczył, po tygodniu u każdego. W niedzielę prowadził w kościele chór, bardzo dumny ze swojego nosowego głosu.

Kobiety uważały Ichaboda za uczonego, bo przeczytał od deski do deski kilka książek, przede wszystkim „Historię czarów w Nowej Anglii” Cottona Mathera, w którą wierzył święcie. Żadna opowieść o duchach nie była dla niego zbyt straszna ani zbyt nieprawdopodobna. Po lekcjach lubił leżeć w koniczynie nad strumykiem i czytać Mathera, dopóki zmierzch nie zamazał mu liter.
Potem nauczyciel wracał przez mokradła i ciemny las do domu, w którym akurat mieszkał, i drżał na każdy dźwięk: krzyk lelka, pohukiwanie sowy, szelest w krzakach. Wtedy zaczynał śpiewać psalmy, żeby odpędzić złe duchy. Ludzie, którzy siedzieli wieczorem przed domami, słuchali z dreszczem, jak z ciemnej drogi płynie jego nosowa melodia.
Zimowe wieczory lubił spędzać ze starymi holenderskimi gospodyniami, które przędły przy ogniu i opowiadały o nawiedzonych polach, strumieniach i mostach, a najchętniej o jeźdźcu bez głowy. Za tę przyjemność płacił jednak drogo, kiedy potem wracał sam do domu. Każdy krzak przysypany śniegiem wyglądał jak duch w prześcieradle, a gdy wiatr zawył między drzewami, Ichabod był pewien, że to galopujący Heseńczyk.
Za dnia wszystkie strachy znikały i nauczyciel żyłby sobie spokojnie, gdyby na jego drodze nie stanęła istota, która przysparza mężczyznom więcej kłopotu niż wszystkie duchy razem wzięte: kobieta.
Na lekcje śpiewu przychodziła Katrina Van Tassel, jedyna córka bogatego holenderskiego gospodarza. Miała osiemnaście lat, była rumiana jak brzoskwinia z ojcowskiego sadu i słynęła nie tylko z urody, ale i z majątku, który miała odziedziczyć. Była też trochę zalotna.
Ichabod miał słabość do płci pięknej, a kiedy odwiedził Katrinę w domu jej ojca, przepadł z kretesem. Stary Baltus Van Tassel był gospodarzem hojnym i zadowolonym z życia. Dom stał nad Hudsonem, pod wielkim wiązem, obok wznosiła się stodoła wielka jak kościół, a wokół roiło się od tłustych świń, gęsi, kaczek i indyków.
Nauczycielowi aż ślinka ciekła. Każde prosię widział już upieczone, z jabłkiem w ryju. Toczył wielkimi zielonymi oczami po łąkach, polach pszenicy i kukurydzy, po sadach pełnych czerwonych jabłek, i serce rwało mu się do panny, która to wszystko odziedziczy.

Zaraz też obmyślił, jak by to wszystko sprzedać, a za pieniądze kupić ogromne połacie dzikiej ziemi na zachodzie. Już widział Katrinę z gromadką dzieci na wozie wyładowanym garnkami, a siebie na klaczy ze źrebakiem u boku, w drodze do Kentucky albo Bóg wie dokąd. Od tej chwili myślał tylko o tym, jak zdobyć serce córki Van Tassela.
Najgroźniejszym z wielbicieli Katriny był Abraham Van Brunt, zdrobniale po holendersku Brom, bohater całej okolicy. Barczysty i silny jak niedźwiedź, dorobił się przezwiska Brom Bones i pod nim znali go wszyscy. Jeździł konno jak Tatar, wygrywał każdy wyścig i zawsze był gotów do bójki albo do figla, choć więcej było w nim psoty niż złości.
Z trzema czy czterema kompanami przemierzał okolicę, a kiedy o północy przelatywali z wrzaskiem obok domów, stare gospodynie budziły się i mówiły: „O, to Brom Bones ze swoją bandą!”. Od jakiegoś czasu Brom zalecał się do Katriny i szeptano, że dziewczyna wcale go nie zniechęca. Kiedy jego koń stał przywiązany do płotu Van Tasselów, inni konkurenci szli szukać szczęścia gdzie indziej.
Z takim rywalem musiał się mierzyć Ichabod. Otwarta walka byłaby szaleństwem, więc zalecał się po cichu, pod pozorem lekcji śpiewu. Rodzice mu nie przeszkadzali. Stary Baltus kochał córkę bardziej niż fajkę i we wszystkim pozwalał jej postępować, jak chciała, a jego żona miała dość roboty z domem i drobiem. Kaczki i gęsi, mawiała, trzeba pilnować, a dziewczęta same dadzą sobie radę.
Od kiedy nauczyciel zaczął się zalecać, szanse Broma wyraźnie zmalały, a między rywalami wybuchła zawzięta wojna. Brom najchętniej rozstrzygnąłby sprawę w pojedynku, ale Ichabod znał jego siłę. Słyszał zresztą, jak Brom się odgrażał, że „zegnie nauczyciela wpół i położy go na półce w jego własnej szkole”. Ichabod nie dawał mu więc okazji do bójki.
Bromowi nie pozostało nic innego, jak płatać rywalowi grubiańskie figle. Razem z kompanami Brom zatkał komin w szkole, tak że lekcja śpiewu skończyła się w kłębach dymu. Nocą włamali się do szkoły i przewrócili wszystko do góry nogami, aż biedny nauczyciel uwierzył, że zbierają się tam czarownice. A przy Katrinie Brom wyśmiewał go, jak tylko mógł.
Pewnego pięknego jesiennego popołudnia pod szkołę zajechał z tętentem młody czarnoskóry parobek na dzikim źrebaku. Z wielką powagą przekazał zaproszenie: tego wieczoru u pana Van Tassela odbędzie się zabawa. W szkole zawrzało. Uczniowie w pośpiechu odklepali lekcje, książki rzucono w kąt i dzieci wypadły na łąkę z krzykiem godzinę wcześniej niż zwykle.
Ichabod wyczyścił swój najlepszy, a właściwie jedyny, wyświechtany czarny surdut i przyczesał włosy przed kawałkiem stłuczonego lusterka. Żeby stawić się przed wybranką jak prawdziwy rycerz, pożyczył konia i odświętne siodło od Hansa Van Rippera, porywczego starego Holendra, u którego wtedy mieszkał.
Koń był starą szkapą od pługa, która przeżyła prawie wszystko poza własną złośliwością. Na jedno oko był ślepy, ale w drugim błyskał mu prawdziwy diabeł. Koń nazywał się Gunpowder, czyli Proch, i w młodości musiał mieć sporo ognia. Ichabod jechał na krótkich strzemionach, łokcie sterczały mu jak u pasikonika, a poły surduta powiewały aż do końskiego ogona.
Dzień był złoty. Lasy przybrały brąz i żółć, a Ichabod jechał powoli i rozglądał się z zachwytem. Wszędzie były jabłka, na drzewach i w beczkach, a na polach pod kukurydzą leżały żółte dynie, które wystawiały do słońca okrągłe brzuchy i obiecywały najwspanialsze placki.
Pod wieczór dotarł do Van Tasselów. Dom był pełen gości z całej okolicy, a bohaterem wieczoru był Brom Bones. Przyjechał na swoim ulubionym koniu Daredevilu, który był, jak jego pan, pełen ognia i psoty. Nikt poza Bromem nie umiał nad nim zapanować.
Ale Ichabod patrzył przede wszystkim na stół. Piętrzyły się na nim pączki i pierniki, szarlotki, placki z brzoskwiniami i z dynią, szynka, pieczone kurczęta i dzbany śmietany. Ichabod skosztował każdego przysmaku, a im bardziej był syty, tym weselej mu się robiło. Toczył oczami dokoła i myślał, że może kiedyś zostanie panem tego wszystkiego, a wtedy pstryknie palcami przed nosem Hansa Van Rippera.

Stary Baltus Van Tassel chodził między gośćmi z twarzą okrągłą i rozpromienioną jak księżyc w pełni. Ściskał gościom dłonie i klepał ich po ramieniu.
— Częstujcie się, częstujcie! — wołał do każdego.
Potem zabrzmiały skrzypce i wszyscy ruszyli do tańca. Ichabod był równie dumny ze swojego tańca jak ze śpiewu. A że jego partnerką była Katrina, która uśmiechała się łaskawie na każde jego spojrzenie, czuł się najszczęśliwszy na świecie. Brom Bones, chory z miłości i zazdrości, siedział tymczasem sam w kącie.

Po tańcu Ichabod przysiadł się do starszych gospodarzy, którzy palili fajki na ganku. Najpierw wspominali wojnę, a potem przyszła kolej na historie o duchach. Najwięcej mówiono o jeźdźcu bez głowy. Podobno ostatnio kilka razy słyszano, jak objeżdża okolicę, a na noc przywiązuje konia między grobami na cmentarzu.
Kościół stał na zielonym pagórku wśród wysokich wiązów i jego bielone ściany prześwitywały między drzewami. Obok płynął strumień, a nad jego najgłębszym, czarnym miejscem przerzucono drewniany most. Drzewa ocieniały go tak gęsto, że nawet za dnia było tam mroczno, a nocą zupełnie ciemno. Właśnie tam jeździec bez głowy pokazywał się najczęściej.
Opowiadano o starym Brouwerze, który w żadne duchy nie wierzył. Pewnej nocy spotkał jeźdźca i musiał wsiąść za nim na konia. Gnali przez wzgórza i bagna, aż dojechali do mostu. Tam jeździec nagle zamienił się w szkielet, wrzucił starego Brouwera do strumienia i z hukiem gromu przeskoczył nad wierzchołkami drzew.
Brom Bones zaraz przebił tę historię własną. Opowiadał, że kiedy pewnej nocy wracał z pobliskiej wioski, dogonił go galopujący Heseńczyk. Brom założył się z nim o wazę ponczu, kto będzie szybszy, i byłby wygrał, bo Daredevil zostawił upiornego konia daleko w tyle. Ale kiedy dojechali do mostu przy kościele, Heseńczyk skręcił w bok i zniknął w błysku ognia.

Wszystkie te historie, opowiadane półgłosem w ciemności, zapadły Ichabodowi głęboko w pamięć.
Wreszcie zabawa się skończyła i goście rozjechali się do domów. Tylko Ichabod został, żeby porozmawiać z Katriną w cztery oczy. Co się wydarzyło podczas tej rozmowy, nie wiadomo. Coś jednak musiało pójść źle, bo już po chwili wyszedł strapiony i zgnębiony. Może Katrina tylko się z nim drażniła, żeby wzbudzić zazdrość Broma? Tego już się nikt nie dowie.
Nie spojrzawszy nawet na bogactwa, którymi jeszcze niedawno tak się zachwycał, Ichabod poszedł prosto do stajni i kilkoma kuksańcami obudził Gunpowdera, któremu śniły się właśnie góry owsa.
Była północ, godzina duchów, kiedy Ichabod z ciężkim sercem ruszył z powrotem tą samą drogą wśród wzgórz, którą po południu jechał tak wesoło. Wszystkie opowieści o duchach wróciły teraz do niego naraz. Noc robiła się coraz ciemniejsza, chmury zasłaniały gwiazdy, a on nigdy jeszcze nie czuł się tak samotny.
Na środku drogi rósł olbrzymi tulipanowiec o pokręconych gałęziach, zwany drzewem majora André, bo w pobliżu pojmano tego nieszczęsnego oficera. Ichabod zaczął gwizdać. Wydało mu się, że ktoś mu odpowiada, ale to był tylko wiatr w suchych gałęziach.
Podjechał bliżej i zobaczył w środku drzewa coś białego. Przyjrzał się i dostrzegł, że to miejsce, gdzie piorun zdarł korę i odsłonił jasne drewno. Nagle rozległ się jęk. Ichabodowi zaszczękały zęby, a kolana zaczęły obijać się o siodło. Ale to tylko dwa wielkie konary ocierały się o siebie na wietrze.
Szczęśliwie minął drzewo, ale dalej czekały go nowe strachy. Kawałek dalej drogę przecinał strumyk, który znikał w zarośniętym wąwozie zwanym Bagnem Wileya. Za mostek służyło kilka nieociosanych bali, a dęby oplecione dzikim winem rzucały na nie gęsty cień.
Ichabodowi mocniej zabiło serce. Kopnął konia w boki i chciał szybko przejechać przez mostek. Ale uparty Gunpowder uskoczył w bok, na płot, a potem w krzaki jeżyn po drugiej stronie drogi. Dopiero gdy nauczyciel zaczął go okładać batem i piętami, koń rzucił się naprzód i stanął jak wryty tuż przed mostkiem, tak nagle, że Ichabod omal nie przeleciał mu przez łeb.
W tej samej chwili przy mostku coś głucho chlupnęło. W ciemnym cieniu nad strumieniem Ichabod dostrzegł coś ogromnego i czarnego. Nie ruszało się, tylko czaiło w mroku jak potwór gotów do skoku.
Nauczycielowi włosy stanęły dęba. Na ucieczkę było za późno, a zresztą jak uciec przed duchem, który pędzi na skrzydłach wiatru? Ichabod zebrał więc resztki odwagi i wyjąkał:
— Kim jesteś?
Nie było odpowiedzi. Zapytał drugi raz, głosem drżącym jeszcze bardziej. Znowu cisza. Wtedy zamknął oczy i z całych sił zaintonował psalm. Cień się poruszył i jednym susem stanął na środku drogi. Nawet w ciemności było teraz widać, że to rosły jeździec na potężnym czarnym koniu. Nie zbliżał się i nie odzywał, tylko jechał skrajem drogi obok Gunpowdera.
Ichabod przypomniał sobie przygodę Broma z galopującym Heseńczykiem i popędził konia, żeby zostawić nieznajomego w tyle. Tamten też przyspieszył. Ichabod zwolnił do stępa, licząc, że obcy go wyprzedzi. Obcy zrobił to samo.
Serce nauczyciela zamarło. Próbował znów zaśpiewać psalm, ale język przylgnął mu do podniebienia. W uporczywym milczeniu towarzysza było coś strasznego. Wkrótce okazało się dlaczego. Kiedy wjechali na wzniesienie, sylwetka obcego zarysowała się na tle nieba, olbrzymia i owinięta płaszczem. Ichabod zobaczył z przerażeniem, że jeździec nie ma głowy! Głowa, która powinna tkwić na ramionach, leżała przed nim na łęku siodła.
Strach zamienił się w rozpacz. Ichabod okładał Gunpowdera pięściami i piętami, żeby umknąć upiorowi, ale upiór ruszył razem z nim. Pędzili na złamanie karku, kamienie pryskały spod kopyt, sypały się iskry. Na rozstaju Gunpowder, jakby wstąpił w niego zły duch, zamiast skręcić do Sleepy Hollow, rzucił się w dół, w piaszczysty parów, prosto ku mostowi przy kościele.
W połowie parowu popręg puścił i Ichabod poczuł, że siodło zsuwa się spod niego. Zdążył tylko objąć starego Gunpowdera za szyję. Siodło spadło na ziemię i nauczyciel usłyszał, jak tratują je kopyta czarnego konia. Przez chwilę pomyślał z trwogą o gniewie Hansa Van Rippera, bo było to jego odświętne siodło. Ale upiór siedział mu na karku, a Ichabod ledwie trzymał się na gołym końskim grzbiecie.
Wtem między drzewami zrobiło się jaśniej. W strumieniu zadrgało odbicie srebrnej gwiazdy, a dalej zamajaczyły białe ściany kościoła. Ichabod przypomniał sobie, że właśnie tu zniknął upiorny rywal Broma Bonesa.
„Jeśli tylko dojadę do mostu, jestem ocalony”, pomyślał Ichabod.
Usłyszał tuż za sobą sapanie czarnego konia. Jeszcze jeden kopniak i Gunpowder wskoczył na most. Zadudniły deski, koń przeleciał na drugą stronę, a Ichabod obejrzał się, żeby zobaczyć, czy prześladowca zniknie, jak w opowieściach, w błysku ognia.
I wtedy Ichabod ujrzał, jak upiór staje w strzemionach i z rozmachem ciska w niego swoją głową. Ichabod próbował się uchylić, ale było za późno. Pocisk trafił go z trzaskiem i nauczyciel runął z konia w pył drogi, a Gunpowder, czarny koń i upiorny jeździec przemknęli obok jak wicher.

Następnego ranka stary koń stał bez siodła pod bramą swojego pana i spokojnie skubał trawę. Ichabod nie zjawił się na śniadaniu ani na obiedzie. Uczniowie zebrali się pod szkołą, ale nauczyciela nie było. Wreszcie Hans Van Ripper zaczął się niepokoić o los biednego Ichaboda i o swoje siodło.
Ruszono na poszukiwania. Na drodze do kościoła leżało w błocie stratowane siodło. Głębokie ślady kopyt prowadziły aż do mostu, a za mostem, nad miejscem, gdzie woda była głęboka i czarna, znaleziono kapelusz Ichaboda, a tuż obok rozbitą dynię.

Przeszukano strumień, ale nauczyciela nie znaleziono. Hans Van Ripper spalił jego książki o czarach i postanowił, że więcej nie pośle dzieci do szkoły, bo z czytania i pisania nigdy nic dobrego nie wyszło. W niedzielę przy kościele pokiwano głowami i uznano, że Ichaboda porwał galopujący Heseńczyk. Szkołę przeniesiono w inny koniec doliny i zaczął w niej uczyć ktoś nowy.
Kilka lat później pewien stary gospodarz wrócił z Nowego Jorku z nowiną, że Ichabod Crane żyje. Wyjechał z doliny po części ze strachu przed upiorem i przed Hansem Van Ripperem, a po części ze wstydu, że Katrina go odprawiła. Osiadł w odległym zakątku kraju, studiował prawo, został adwokatem, a w końcu sędzią.
Brom Bones wkrótce po zniknięciu rywala poprowadził Katrinę do ołtarza. Zauważono, że ilekroć ktoś opowiadał historię Ichaboda, Brom robił bardzo porozumiewawczą minę, a na wzmiankę o dyni zawsze wybuchał serdecznym śmiechem. Niektórzy zaczęli więc podejrzewać, że wie o tej sprawie więcej, niż chce powiedzieć.
Stare gospodynie, które znają się na tych rzeczach najlepiej, do dziś utrzymują jednak, że Ichaboda porwały nieczyste moce. Opuszczona szkoła szybko popadła w ruinę i mówią, że straszy w niej duch nauczyciela. A chłopiec, który w cichy letni wieczór wraca późno z pola, nieraz słyszy podobno w oddali, wśród ciszy Sleepy Hollow, jego głos śpiewający smętny psalm.
Opowiedziała na nowo Talerie, źródło: The Sketch-Book of Geoffrey Crayon (otwiera się w nowym oknie) Domena publiczna Ten tekst możesz kopiować, zmieniać i wykorzystywać dowolnie. Link do Talerie nas ucieszy, ale nie jest wymagany. CC0 1.0 (otwiera się w nowym oknie)
