OryginalnaHistoria świętego Mikołaja
10 min czytaniaod 8 lattalerie.com/pl/bajki/historia-swietego-mikolaja-original
Mikołaj z Patary nocą wrzuca złoto do domu biednego sąsiada, a jako biskup Miry ratuje żeglarzy, głodujących i niewinnie skazanych, a cesarzowi ukazuje się we śnie. Po jego śmierci z marmurowego grobowca płynie święta oliwa, a żołnierze z Bari wynoszą jego kości ze zburzonej przez Turków Miry.
Mikołaj urodził się w Patarze, mieście w Licji, w rodzinie bogatej i pobożnej. Ojciec miał na imię Epifaniusz, a matka Joanna. Byli jeszcze młodzi, kiedy przyszedł na świat, i po jego narodzinach postanowili żyć ze sobą w czystości, jak brat z siostrą.
Już w dniu narodzin zdarzył się cud. Kiedy kąpano niemowlę, Mikołaj podniósł się i stanął prosto w balii. Przez całe dzieciństwo ssał pierś matki tylko dwa razy w tygodniu, w środę i w piątek. Jako młodzieniec stronił od swawolnych zabaw rówieśników. Chodził za to do kościoła i zapamiętywał każde słowo Pisma Świętego, które tam usłyszał.
Kiedy rodzice umarli, Mikołaj został bardzo bogatym człowiekiem. Zaczął się zastanawiać, jak użyć tego majątku, żeby przysporzył chwały Bogu, a nie jemu samemu pochwał od ludzi.
W sąsiedztwie mieszkał człowiek z dobrego rodu, który popadł w wielką biedę. Miał trzy córki i nie miał z czego żyć. W końcu postanowił, że córki będą sprzedawać się mężczyznom za pieniądze, a on będzie żył z tego, co zarobią.
Gdy Mikołaj się o tym dowiedział, przeraził się takiego grzechu. Owinął w płótno bryłę złota, nocą wrzucił ją przez okno do domu sąsiada i uciekł, zanim ktokolwiek go zobaczył. Rano sąsiad wstał i znalazł złoto. Podziękował Bogu i od razu zaczął szykować wesele najstarszej córki.
Po jakimś czasie sługa Boży w ten sam sposób podarował sąsiadowi drugą bryłę złota. Kiedy biedak ją znalazł, wychwalał Boga na głos i obiecał sobie, że odtąd będzie czuwał, żeby się dowiedzieć, kto tak pomaga mu w nędzy.
Kilka dni później do domu wpadła trzecia bryła, dwa razy większa od poprzednich. Tym razem upadła z głośnym stukiem, który sąsiad od razu usłyszał. Wybiegł z domu i puścił się w pogoń za uciekającym Mikołajem, błagając, żeby się zatrzymał i pokazał mu twarz. Biegł tak szybko, że w końcu dogonił młodzieńca i poznał, kto to jest.
Padł przed nim na ziemię i chciał całować mu stopy. Ale Mikołaj nie przyjął podziękowań. Zażądał tylko, żeby sąsiad aż do śmierci nikomu nie mówił, kto mu pomógł.

Jakiś czas potem umarł biskup Miry. Wszyscy biskupi z okolicy zebrali się, żeby wybrać następcę. Był wśród nich pewien stary biskup, tak poważany, że pozostali zdawali się na jego zdanie. To on wezwał zebranych do postu i modlitwy. Nocą usłyszał głos, który kazał mu stanąć rano przy drzwiach kościoła i wyświęcić na biskupa pierwszego człowieka, który przez nie wejdzie.
Stary biskup od razu opowiedział o tym pozostałym i poszedł czekać przy drzwiach kościoła. I stał się cud: jeszcze przed świtem Mikołaj, prowadzony przez Boga, przyszedł do kościoła i wszedł do niego pierwszy. Biskup podszedł do niego.
— Jak ci na imię? — zapytał.
Mikołaj, łagodny i niewinny jak gołąb, spuścił głowę.
— Mikołaj, sługa Waszej Świątobliwości — odpowiedział.

Wtedy biskupi przyodziali go w lśniące szaty i posadzili na biskupim tronie. Mikołaj jednak wśród tych zaszczytów pozostał tak samo pokorny i surowy dla siebie jak dawniej. Noce spędzał na modlitwie, umartwiał ciało i unikał towarzystwa kobiet. Każdego przyjmował życzliwie, mówił tak, że słowa trafiały do serca, chętnie służył radą, a kiedy trzeba było kogoś zganić, ganił surowo. Pewna kronika podaje też, że brał udział w soborze w Nicei.
Pewnego dnia na morzu rozpętała się burza. Żeglarze, którym groziła śmierć, modlili się ze łzami w oczach.
— Mikołaju, sługo Boży, jeśli to prawda, co nam o tobie mówiono, pozwól nam teraz tego doświadczyć!
Zaraz stanął przed nimi ktoś, kto miał twarz świętego.
— Wołaliście mnie, oto jestem! — powiedział.
I zaczął im pomagać przy żaglach, przy linach i przy wszystkim, co trzeba robić na statku, a burza natychmiast ucichła.

Ocaleni żeglarze przyszli potem do kościoła, w którym był Mikołaj, i od razu go poznali, choć nigdy wcześniej go nie widzieli. Dziękowali mu za ratunek, ale on kazał im dziękować Bogu, bo ocalenie zawdzięczali tylko Bożemu miłosierdziu i własnej wierze.
Kiedyś całą krainę, w której Mikołaj był biskupem, nawiedził straszny głód. Nikt nie miał już nic do jedzenia. Wtedy człowiek Boży dowiedział się, że w porcie stoją statki pełne zboża. Poszedł tam od razu i poprosił marynarzy, żeby pomogli głodującym i zostawili im choćby po sto korców zboża z każdego statku.
— Ojcze, nie śmiemy — odpowiedzieli. — Nasz ładunek odmierzono w Aleksandrii i musimy go oddać cały do cesarskich spichlerzy.
— Zróbcie jednak, o co was proszę — odparł święty. — Obiecuję wam w imię Boże, że cesarscy urzędnicy nie znajdą w waszym ładunku żadnego ubytku.
Marynarze tak zrobili. Kiedy dopłynęli na miejsce, oddali do cesarskich spichlerzy tyle samo zboża, ile odmierzono w Aleksandrii. Rozgłaszali ten cud wszędzie i wysławiali Boga, który działał przez swojego sługę.
A zboże, które zostawili w porcie, Mikołaj rozdzielił każdemu według potrzeby. I stało się z nim coś cudownego: nie tylko starczyło go całej okolicy na dwa lata, ale zostało jeszcze tyle, że można było obficie obsiać pola.
Ta kraina dawniej czciła bożki. Jeszcze za czasów Mikołaja niektórzy wieśniacy odprawiali pogańskie obrzędy pod drzewem poświęconym Dianie. Żeby położyć temu kres, święty kazał to drzewo ściąć. Rozwścieczony demon przyrządził wtedy niezwykłą oliwę, która płonęła wbrew naturze: na wodzie i na kamieniach.
Przebrany za zakonnicę, demon wsiadł do łodzi i podpłynął do pielgrzymów, którzy płynęli do Mikołaja.
— Żałuję, że nie mogę popłynąć z wami do tego świętego człowieka — powiedziała zakonnica. — Zróbcie przynajmniej to, na pamiątkę po mnie: wysmarujcie tą oliwą ściany jego kościoła i jego domu.
Łódź demona odpłynęła, a wtedy pielgrzymi zobaczyli, że zbliża się do nich druga łódź. Siedział w niej Mikołaj.
— Co wam powiedziała ta kobieta i co wam dała? — zapytał.
Pielgrzymi opowiedzieli mu wszystko, co się stało.
— Ta kobieta nie jest żadną zakonnicą, tylko bezwstydną Dianą we własnej osobie — powiedział Mikołaj. — A jeśli chcecie dowodu, wrzućcie jej oliwę do morza!
Ledwie ją wrzucili, oliwa zapłonęła na wodzie i wszyscy zobaczyli, że płonie wbrew naturze. Wtedy druga łódź zniknęła. A kiedy pielgrzymi weszli później do kościoła świętego Mikołaja, poznali w biskupie człowieka, który siedział w tamtej łodzi.
Pewien lud zbuntował się przeciw cesarstwu rzymskiemu. Cesarz wysłał przeciw buntownikom trzech wodzów: Nepocjana, Ursa i Apiliona. Przeciwny wiatr zatrzymał ich w drodze, więc zawinęli do portu w diecezji Mikołaja. Święty zaprosił ich do siebie na obiad, bo chciał uchronić swój lud przed grabieżą.
Tymczasem, pod nieobecność Mikołaja, konsul dał się przekupić i skazał na śmierć trzech niewinnych żołnierzy. Gdy tylko święty się o tym dowiedział, poprosił gości, żeby poszli z nim, i razem pospieszyli na miejsce kaźni. Skazańcy klęczeli już z zasłoniętymi twarzami, a kat wznosił miecz nad ich głowami.
Mikołaj, płonąc gorliwością, śmiało rzucił się na kata i wyrwał mu miecz z rąk. Rozwiązał trzech niewinnych i zabrał ich ze sobą całych i zdrowych. Potem pobiegł do siedziby konsula i wyważył zamknięte drzwi.

Konsul wybiegł mu na spotkanie i skwapliwie go pozdrowił, ale święty odepchnął go od siebie.
— Wrogu Boży, ty, który łamiesz prawo! — zawołał. — Jak śmiesz patrzeć nam w oczy, skoro masz na sumieniu tak straszną zbrodnię?
Długo czynił mu wyrzuty. Wodzowie prosili jednak za konsulem, a konsul szczerze żałował, więc Mikołaj w końcu mu przebaczył. Potem wodzowie przyjęli błogosławieństwo świętego i ruszyli w dalszą drogę. Poskromili buntowników bez rozlewu krwi, a kiedy wrócili, cesarz przyjął ich z wielkimi honorami.
Niektórzy dworzanie zazdrościli im jednak cesarskiej łaski. Przekupili prefekta, a ten oskarżył przed cesarzem trzech wodzów o obrazę majestatu. Cesarz wpadł w gniew, kazał ich wtrącić do więzienia i rozkazał, żeby nocą zabito ich bez żadnego przesłuchania.
Strażnik powiedział więźniom, co ich czeka. Trzej wodzowie rozdarli płaszcze i gorzko płakali. Nagle jeden z nich, Nepocjan, przypomniał sobie, że błogosławiony Mikołaj niedawno na ich oczach uratował od śmierci trzech niewinnych ludzi. Namówił więc towarzyszy, żeby wezwali świętego na pomoc.
Tej samej nocy, na ich modlitwę, święty Mikołaj ukazał się we śnie cesarzowi Konstantynowi.
— Dlaczego kazałeś niesłusznie uwięzić tych wodzów i skazałeś ich na śmierć, skoro są niewinni? — zapytał. — Wstań natychmiast i każ ich wypuścić! Jeśli tego nie zrobisz, będę prosił Boga, żeby zesłał na ciebie wojnę, w której zginiesz, a twoje ciało rzucą na pożarcie dzikim zwierzętom.
— Kim jesteś, że wchodzisz nocą do mojego pałacu i śmiesz tak do mnie mówić? — zapytał cesarz.
— Jestem Mikołaj, biskup miasta Miry — odpowiedział święty.
W ten sam sposób ukazał się prefektowi i bardzo go nastraszył.
— Szaleńcze, dlaczego zgodziłeś się na śmierć trzech niewinnych? — zapytał. — Idź szybko i postaraj się, żeby ich wypuszczono! Inaczej twoje ciało stoczą robaki, a twój dom zaraz legnie w gruzach.
— Kim jesteś, że mi tak grozisz? — zapytał prefekt.
— Wiedz — odpowiedział — że jestem Mikołaj, biskup miasta Miry!
Cesarz i prefekt obudzili się, opowiedzieli sobie nawzajem sny i czym prędzej kazali przyprowadzić trzech więźniów.
— Czy jesteście czarownikami, że zwodzicie nas takimi widzeniami? — zapytał cesarz.
— Nie jesteśmy czarownikami, Najjaśniejszy Panie — odpowiedzieli wodzowie. — Jesteśmy niewinni zbrodni, o którą nas oskarżono.
— Czy znacie człowieka, który nazywa się Mikołaj? — zapytał wtedy cesarz.
Kiedy więźniowie usłyszeli to imię, podnieśli ręce do nieba i prosili Boga, żeby za wstawiennictwem świętego Mikołaja wybawił ich z niebezpieczeństwa. Potem opowiedzieli cesarzowi o życiu i cudach świętego.
— Idźcie i dziękujcie Bogu, który was ocalił na prośbę tego Mikołaja! — powiedział cesarz. — Opowiedzcie mu też, jak postąpiłem, i zanieście mu ode mnie dary. I poproście go, żeby już więcej mi nie groził, tylko modlił się do Boga za mnie i za moje cesarstwo.
Kilka dni później wodzowie przyszli do Mikołaja. Padli przed nim na ziemię, nazywali go prawdziwym sługą Bożym i opowiedzieli mu dokładnie wszystko, co się wydarzyło. A on podniósł ręce do nieba i chwalił Boga, a potem starannie pouczył ich w wierze i odesłał do domu.
Kiedy Pan zechciał wezwać Mikołaja do siebie, święty poprosił Go, żeby zesłał mu swoich aniołów. Gdy zobaczył, że aniołowie nadchodzą, pochylił głowę i odmówił psalm „W Tobie, Panie, zaufałem”. Potem oddał ducha przy dźwiękach niebiańskiej muzyki. Było to w roku Pańskim 343.
Pochowano świętego w marmurowym grobowcu. Z głowy zaczęło wypływać źródło oliwy, a ze stóp źródło wody. Do dziś ze szczątków świętego sączy się święta oliwa, która przywraca zdrowie wielu chorym. Raz oliwa przestała płynąć: stało się to wtedy, gdy następcę świętego Mikołaja, człowieka bardzo dobrego, zazdrośnicy usunęli z biskupiego tronu. Ale gdy tylko biskup wrócił na swoje miejsce, oliwa od razu znowu popłynęła.
Wiele lat później Turcy zburzyli Mirę. Czterdziestu siedmiu żołnierzy z miasta Bari przechodziło właśnie tamtędy, a czterech mnichów otworzyło im grób świętego Mikołaja. Żołnierze wyjęli jego kości, które pływały w oliwie, i zanieśli je do Bari. Było to w roku Pańskim 1087.
Opowiedziała na nowo Talerie, źródło: La Légende dorée (otwiera się w nowym oknie)Licencja: Domena publicznaTen tekst możesz kopiować, zmieniać i wykorzystywać dowolnie. Link do Talerie nas ucieszy, ale nie jest wymagany.CC0 1.0 (otwiera się w nowym oknie)
